Tag Archives: bardzo biali ludzie

Ed Nealy

Ed Nealy

Fun Fact: Gdybym miał wymyślić od zera koszykarza, który nazywa się Ed Nealy, wyglądałby dokładnie jak Ed Nealy, czyli byłby bardzo biały, bardzo niekontrowersyjnie uczesany i posiadający budowę ciała, którą porównywano albo do kartonu płatków śniadaniowych (Bob Ford z „The Philadelphia Inquirer”) albo (to już Sam Smith w „Jordan Rules”) do beczki (jedyną rozbieżnością byłoby to, że wyobrażałbym sobie go bardziej jako mierzącego 210 centymetrów środkowego, niż nieco ponad dwumetrowego silnego skrzydłowego).

I miałby dokładnie taki sam przebieg kariery.

Po solidnych czterech latach na uniwersytecie zostaje wybrany z odległym numerem draftu (to jedyna część, którą bym zmienił, bo w jego czasach tacy Edowie Nealy byli gwiazdami NCAA i potem szli w pierwszej dziesiątce draftu, ale może właśnie przez brak tych 10 centymetrów Nealy nie był numerem 6 tylko numerem 166).

Szybko rozgaszcza się w roli rezerwowego, który przez większość kariery będzie trzecią opcją na swojej pozycji, oferując solidną, ale absolutnie wyruganą z jakichkolwiek objawów spektakularności podkoszową obecność.

Skacze po drużynach przeplatając swoją karierę postojami w CBA. W którymś momencie zostaje graczem końca ławki w drużynie walczącej o najwyższe laury i ulubieńcem kibiców, a dziennikarze piszą o nim z czułością, że „każda drużyna powinna mieć kogoś takiego, naprawdę. Bo Ed Nealy jest naprawdę w porządku, poza tym, że jest trochę za niski, wolny, nie umie rzucać i nie jest zbyt utalentowany” (to akurat napisał w lutym 1990 felietonista Gene Seymour, choć ten komentarz o braku rzutu już dwa lata później się zdezaktualizował, gdy Nealy trafił 20 razy za trzy w jednym sezonie).

Na emeryturę przechodzi po 11 latach, ze średnimi z NBA wynoszącymi 2.7 punktu i 3.3 zbiórki oraz tytułem mistrzowskim przy swoim nazwisku, mimo, że nie zagrał ani jednego meczu w playoffowej kampanii swojej drużyny.

I choć w szerokiej perspektywie jego dokonania przemykają niezauważone, to Ed Nealy miał momenty.

Jak wspomniałem – trudno mówić o nim, jako o mistrzu NBA – w sezonie 1992/93 pojawił się na parkiecie w koszulce Bulls tylko 10 razy (trafił do Chicago przed trade deadline). Bulls oddali wtedy za niego drugorundowy pick, bo Phil Jackson był jego wielkim fanem.

Co prawda nie załapał się do playoffowej dwunastki, ale na bycie członkiem tamtej mistrzowskiej drużyny zapracował sobie wcześniej – w sezonie 1989/90.

Co ciekawe (no dobra, może i niezbyt ciekawe, w końcu to tekst o Edzie Nealym, ale warte wspomnienia…), wtedy też był już znany w Chicago, bo był graczem Bulls między 27 października i 14 grudnia 1988 roku. Wówczas został oddany do Phoenix za Craiga Hodgesa, ale już niecały rok później Jerry Krause ściągnął go z powrotem, także w cenie drugorundowego picku.

I to była naprawdę dobra decyzja, bo playoffy 1990 rozgrywane w barwach Bulls, były najjaśniejszym punktem kariery Nealy’ego.

W wyniku problemów ze zdrowiem Billa Cartwrighta i śmierci ojca Scottie’ego Pippena, w trakcie ostatniego niemistrzowskiego postseason ery Jordana (nie liczę 1995 roku), Jax musiał szukać wsparcia w dalszych rejonach ławki i Ed był jednym z tych gości, którym mógł zaufać.

W czwartym meczu drugiej rundy z Sixers, zdobył 9 punktów i zebrał 9 piłek dodatkowo twardo kryjąc i frustrując Charlesa Barkleya. Wypadł tak dobrze, że został poproszony o udzielenie pomeczowego wywiadu u boku Michaela Jordana (który rzucił wtedy 45 punktów) i został okrzyknięty graczem meczu przez stację CBS. Jego praca pod koszami przyczyniła się do zwycięstwa wyjazdowego i objęcia prowadzenia 3-1.

W półfinałach przeciwko Detroit Pistons, w trzecim starciu, które zakończyło się „kontaktowym” zwycięstwem Byków, zagrał 22 minuty i zdobył 8 punktów, a Phil Jackson nazwał go po meczu swoim „ulubionym zawodnikiem, najmądrzejszym graczem w całej drużynie”.

Mecz wcześniej zapracował też na sympatię Horace’a Granta i Stacey Kinga, bo choć we trójkę faulowali Jamesa Edwardsa, to z liścia dostał tylko Nealy.

W całej kampanii 1990, która zakończyła się dla Byków porażką z Tłokami, rozegrał 15 spotkań i spędzał na parkiecie średnio 15 minut. Zasłużył nawet na szacunek Jordana, który uważał, że Ed jest jedynym kolegą z zespołu potrafiącym stawiać dobre zasłony.

Ale gdy przyszło do negocjacji nowego kontraktu, Nealy nie był specjalnie sentymentalny – Bulls oferowali mu 400 tysięcy dolarów rocznie i dwuletnią umowę, ale Ed powiedział, że chce zarabiać 700 tysięcy dolarów rocznie i mieć kontrakt na trzy lata. Byki go wyśmiały, ale on nie blefował – wymarzoną umowę otrzymał od Phoenix Suns, czyli swojego poprzedniego klubu, prowadzonego przez Cottona Fitzsimmonsa, który był jego pierwszym trenerem w NBA, gdy w 1982 roku trafił do Kansas City Kings i jako rookie rozegrał najlepszy sezon w karierze (61 meczów w pierwszej piątce, 4.4 PPG, 5.9 RPG).

Zauważyliście trend, że każdy kto się pozbywa Eda, chce go potem z powrotem? Istotę jego uroku najlepiej wyartykułował Sam Smith w „Jordan Rules”:

[Nealy] jest koszykarskim odpowiednikiem podwinięcia rękawów, naplucia na dłonie i wzięcia się do roboty.

Scott Hastings Fact: Co Ed Nealy ma wspólnego ze Scottem Hastingsem?

To proste: obydwaj byli bardzo białymi ludźmi o ograniczonym repertuarze koszykarskim, sprowadzającym się do harowania na treningach i bycia boiskowym twardzielem, o ile oczywiście akurat byli na boisku, a nie – jak zazwyczaj – na ławce.

Dlatego, gdy w 1990 roku Bulls, z Nealym w składzie, bili się o finał z Pistons, z Hastingsem w składzie, bohaterowi Tygodnia Scotta Hastingsa nie umknęło to podobieństwo. Tuż przed początkiem pojedynku ogłosił, że razem z Edem zamierzają zorganizować własny camp koszykarski, gdzie podzielą się z ogółem swoimi unikatowymi umiejętnościami:

„Zamiast szybkiego ataku, będziemy uczyć wolnego ataku – pięciu gości będzie próbowało jak najwolniej przebiec długość boiska. Inne rzeczy, które będziemy trenować to rzut z wyskoku bez odrywania stóp z parkietu, nauka zagrania ‚screen-and-screen-and-screen-some-more’, rzucanie się na parkiet, obijanie sobie bioder, wsady z krzesełka, noszenie toreb i przeprowadzka całej rodziny w 24 godziny.”

Nikt tak poetycko nie ujmował istoty bycia drewnianym wyrobnikiem w NBA, jak Scott.

Otagowane , ,

Scott Hastings

Scott Hastings

Fun Fact: Witajcie w drugiej odsłonie Tygodnia Scotta Hastingsa!

Co?

Kogo?

Jeśli zadajecie te pytania, znaczy, że przegapiliście pierwszą odsłonę cyklu: zapraszam TUTAJ.

Nie chcę z tego robić konkursu, ale zaryzykuję stwierdzenie, że Scott Hastings dorównywał poczuciem humoru Charlesowi Bakleyowi. Co prawda dziennikarze nie spisywali jego dowcipów tak gorliwie, jak robili to z cytatami Chuckstera, ale Scott był dwunastym zawodnikiem, a Charles gwiazdą pierwszej wielkości. Hastingsowi brakowało oczywiście bezczelności i braku politycznej poprawności Krągłego Pagórka Zbiórek, ale nadrabiał to ogromnym dystansem do siebie.

W trakcie inauguracyjnego sezonu Miami Heat – gdzie Hastings trafił po tym, jak Atlanta Hawks pozostawili go niechronionego w expansion drafcie – podczas jednego z „fanowskich wieczorów”, można było wygrać meczowe koszulki graczy beniaminka. Scott wyraził wówczas swoją szczerą obawę:

„Ktokolwiek wygra moją koszulkę, prawdopodobnie nie będzie chciał w niej wychodzić na ulicę, żeby nie zostać obrzuconym kamieniami.”

Z przejściem do Miami wiąże się też najbardziej nieudany żart Hastingsa. Ponieważ plotkowano, że Heat wybiorą w ramach ekspansji Randy’ego Wittmana, Scott – gdy jego kolega pojechał z rodziną na wakacje – wbił na trawniku przed domem obrońcy Hawks znak „NA SPRZEDAŻ” i przyczepił do drzwi mapę z zaznaczoną drogą z Atlanty na Florydę. Niespodziewanie Heat zmienili jednak zdanie i wybrali Hastingsa. Wittman oddał mu jego znak na oczach dziennikarzy przeprowadzających wywiad po ogłoszeniu wyników expansion draftu.

Scott nie chował urazy i pojawił się później na charytatywnej imprezie organizowanej przez fundację coacha Atlanty, Mike’a Fratello. W ramach aukcji, z których dochód przeznaczony był na szczytny cel, licytowano m.in. miejsce na ławce Hawks. Wygrał prawnik David Cofrin, który zapłacił za nie 8 tysięcy dolarów. Kto jeszcze licytował razem z nim? Nikt inny, jak Hastings, który był już wtedy zawodnikiem Miami, ale najwyraźniej tęsknił za ławką na której spędził większość poprzednich ośmiu lat.

Jak już pisałem, to nie konkurs, ALE gdyby faktycznie był konkurs o nazwie „Kto jest większym żartownisiem, Charles Barkley czy Scott Hastings?” i w jego regulaminie byłby zapis, że w przypadku trudności z wyłonieniem zwycięzcy na podstawie oceny poczucia humoru decyduje pojedynek na pięści, to trzeba byłoby uznać wyższość Hastingsa.

To była swego czasu najdroższa bójka w historii ligi. Scott za możliwość bezkarnego przywalenia Sir Charlesowi musiał zapłacić 10 tysięcy dolarów, kwotę o połowę mniejszą niż kara nałożona na każdego z głównych aktorów – Billa Laimbeera i Barkleya (Chuck schodząc z boiska jeszcze napluł w twarz kibicowi, który wychylił się z trybun i zamachnął się na niego). Finansowe represje dotknęły też jedenastu innych graczy, w tym Isiah Thomasa, który w momencie bójki już był poza boiskiem za uderzenie Ricka Mahorna. Dodatkowo każda z drużyn została ukarana za brak dyscypliny wśród personelu po 50 tysięcy. Tak właśnie uzbierało się rekordowe 162 500 dolarów kary.

Bo, widzicie, Scott Hastings, słynął nie tylko z poczucia humoru, ale też z bycia boiskowym twardzielem.

Jeszcze w latach osiemdziesiątych poprztykał się z Jeffem Rulandem…

…a w trakcie gry dla Złych Chłopców z Detroit, oprócz niesławnego pobicia leżącego Barkleya, miał zatargi m.in. ze Stacey Kingiem (dostał 1500 dolarów kary za bycie prowodyrem) oraz Williem Burtonem z Heat, z którym zdążył się pobić mimo, iż w tamtym spotkaniu wyszedł na parkiet na dwie minuty, a do końca meczu zostało mniej niż 3 sekundy. Można też znaleźć krótką scenkę pokazującą jak w pojedynku przedsezonowym z powodu Hastingsa nerwy puszczają Shawnowi Kempowi:

Byłem bardzo zawiedziony, że nie znalazłem wzmianki o naszym bohaterze w książce „FreeDarko Presents: The Undisputed Guide To Pro Basketball”, w której pojawił się rozbudowany diagram, ilustrujący kto się z kim bił na parkietach NBA między 1980 a 2009 rokiem. To największa dziura tego zestawienia, zaraz obok braku kultowej bójki JoJo Englisha i Dereka Harpera na oczach (i prawie, że na kolanach) Davida Sterna.

Ale Hastings nie był bucem. Choć lubił brudną robotę, to tylko on, John Salley, James Edwards i trener Chuck Daly pogratulowali zawodnikom Bulls po przegranym finale konferencji w 1991 – cała reszta zawodników Pistons niesławnie odmówiła symbolicznego uścisku dłoni rywalom.

Wiedział po prostu, że ma zazwyczaj tylko kilka minut na to, by dać swojej drużynie kopa i często najlepszym sposobem była odrobina staroświeckiego zastraszenia przeciwnika – łokieć tu, odepchnięcie tam, twarda zasłona siam. Gong w krągłe pagórki twarzy leżącego Charlesa Barkleya to była wisienka na torcie (tudzież posolenie z łokcia pieczołowicie masowanej sztuki mięsa).

Zresztą, gdy jego Miami Heat przegrywali mecz za meczem i ktoś go zapytał co zrobić, żeby beniaminek odmienił swój los, jednym z punktów jego trzyetapowego szczwanego planu było wszczynanie bójek ze wszystkimi przeciwnikami, którzy mają średnią powyżej 20 punktów i tym samym prowokowanie sędziów do wyrzucenia ich z boiska. Pozostałe dwie rady Hastingsa? Ściągnąć Magica Johnsona, Michaela Jordana i Karla Malone’a oraz ciężko pracować.

Oczywiście Scott był ulubieńcem kibiców, kolegów i trenerów w trakcie trudnego inauguracyjnego sezonu Heat. Jeszcze zanim wzniósł na wyższy poziom sztukę grzania ławy w Detroit Pistons, dbał z powodzeniem o morale zespołu, który wygrał jedynie 15 spotkań w rozgrywkach 1988/89. Z jego inicjatywy w szatni Heat był zawsze pełno dmuchanych lalek i śmiesznych gadżetów, do tego lubił tańczyć i śpiewać na klubowych imprezach promocyjnych i w każdej sytuacji potrafił znaleźć sposób na rozładowanie napięcia.

Gdy Heat zaczęli sezon od 16 kolejnych porażek, ustanawiając rekord NBA, podekscytowany Hastings biegał po szatni i prosił wszystkich o podpisanie dla niego protokołu meczowego, który zamierzał oprawić i powiesić na ścianie swojego sportowego baru w Atlancie (potem Miami przegrało jeszcze po raz siedemnasty, a ich rekord równo 10 lat później wyrównali Clippers, a pobili – dopiero 21 lat później – New Jersey Nets, których 0-18 w 2015 roku stało się też udziałem Philadelphia 76ers).

(Scott Hastings ma na swoim koncie jeszcze jeden rekord NBA, który dla odmiany wciąż jest niepobity: między 16 grudnia 1989 i 11 lutego 1992 roku rozegrał 65 kolejnych spotkań bez ani jednego przechwytu, co pokazuje przy okazji w jak wielu spotkaniach nie wystąpił nawet przez sekundę).

Czas w Miami to też jednak chyba jedyna rzecz, której Hastings żałuje ze sportowego punktu widzenia.

To była jego szansa, żeby wreszcie wychodzić w pierwszej piątce i być, po raz pierwszy w karierze, zawodnikiem, który ma realny wpływ na wynik meczu. Niestety, jak sam potem przyznał, stawił się na Florydzie bez formy, tracąc zaufanie trenera Rona Rothsteina i znów zostając przygwożdżonym do ławki.

Dopiero pod koniec sezonu dostał szansę i wykorzystał ją: wychodząc od pierwszej minuty w pięciu ostatnich spotkaniach sezonu, notował po 14 punktów, trafiając 55% rzutów z pola, w tym 4 z 8 oddanych trójek. Choć wydawało się, że w kolejnych rozgrywkach ma otwartą drogę do roli podstawowego silnego skrzydłowego, to skusiła go szansa gry dla mistrzów NBA, Detroit Pistons – ruch, który dał mu tytuł, ale też zredukował czas gry do wielkości błędu statystycznego.

Hastings kończył karierę w Denver Nuggets, gdzie przez dwa sezony znów siedział na ławce, choć jego rola była jednak trochę większa niż w Tłokach. Po ostatnim sezonie został nawet wybrany przez dziennikarzy piszących o NBA do All-Interview 2nd Team. Oczywiście najwięcej głosów zebrał Charles Barkley, ale sam fakt, że panel głosujących wyróżnił przedostatniego zawodnika ligowego średniaka świadczy o jego popularności.

Przejście na sportową emeryturę ogłosił dwa dni przed Michaelem Jordanem, czego oczywiście także nie pozostawił bez komentarza:

„Większość osób nie zauważyła, ze podczas pożegnalnej konferencji prasowej mikrofon Michaela na parę minut przestał działać. Akurat w tym czasie mówił, że nie widzi sensu w kontynuowaniu kariery, skoro nie może już rywalizować ze Scottem Hastingsem. Dalsza gra nie była już dla niego wyzwaniem.”

Aha, i winien Wam jeszcze ciąg dalszy beki „Inside the NBA” z partyzanckiego ciosu Hastingsa, który wyłapał leżący na parkiecie Charles Barkley:

PS: Tym razem, po przekopaniu bazy Newspapers.com, wykorzystałem artykuły publikowane w The Atlanta Constitution, Detroit Free Press, South Florida Sun Sentinel.

Postaw kawę
Otagowane , ,

Scott Hastings

Scott Hastings

Fun Fact: Choć ma średnią punktową z całej kariery wynoszącą jedyne 2.8 punktu – co jest piątym najgorszym wynikiem wśród koszykarzy NBA z minimum 550 meczami w lidze – to wszędzie gdzie grał, był jednym z najważniejszych zawodników – sercem drużyny bijącym zazwyczaj na końcu ławki. Na parkiecie pojawiał się rzadko – prędzej czy później, trafiał na podkoszowy tłok w rotacji i ustępował bardziej „seksownym” nazwiskom – ale gdy odchodził do kolejnej drużyny, lokalne gazety zawsze publikowały ckliwe pożegnania.

Ba – pod koniec kariery miał już taką renomę, że pisać o nim chciał nawet prestiżowy magazyn „Life”, w grudniu 1992 przydzielając ówczesnemu centrowi Nuggets obstawę w postaci dwóch fotografów i dziennikarza. Tekst ukazał się dwa miesiące później, pomiędzy kroniką dwunastoletniego związku księżnej Diany i księcia Karola, a dramatycznymi wspomnieniami osób, które dwadzieścia lat wcześniej przeżyły w dramatycznych okolicznościach katastrofę lotu Fuerza Aérea Uruguaya 571.

„Jestem zaszczycony. To wspaniały hołd dla jedenastu lat mojej niewidzialności”

– komentował zainteresowanie „Life” nasz bohater.

Niedługo po publikacji został zaproszony do show Davida Lettermana, bo w tekście wspomniał dla żartu, że to jego marzenie. Cały segment w jednym z najsłynniejszych amerykańskich talk shows został poświęcony nabijaniu się z przyziemnej kariery Hastingsa – oczywiście prym w tym wiódł on sam, zadowolony, że może sprzedać szerokiej publiczności swoje najlepsze żarty, w tym jego popisowe (używał już tego dowcipu wcześniej przynajmniej raz):

„Gdziekolwiek jestem, wszyscy wymieniają mnie w jednym zdaniu z Larrym Birdem. Mówią: ten Scott Hastings to żaden Larry Bird”

Kim więc jest ten gość, który pojawił się u Lettermana i w „Life” mimo, że w lidze pełnej fruwających nad obręczami atletów, on głównie siedział na krzesełku?

Przede wszystkim jest niepoprawnym żartownisiem, ale też kimś, kto odkrył, że w NBA nie chodzi tylko o grę w koszykówkę.

Wiedział, że ma ważną pracę do wykonania, nawet jeśli nikt – nawet jego własny trener – nie patrzy nigdy na koniec ławki i nie zauważa ani zawodnika, ani wysiłku włożonego, żeby na ten koniec ławki się dostać i trzymać się go przez lata.

Dlatego gdy Hastings, który w latach 1989-1991 grał (tudzież: „grał”) w Detroit Pistons, został poproszony o udział w charytatywnym roaście Chucka Daly’ego, oznajmił na początku swojego wystąpienia, że przeprasza, ale musi zacząć od chwili prywaty, bo jest na sali ktoś, kogo zawsze chciał poznać. Po czym odwrócił się do Daly’ego i powiedział „Cześć Chuck, nazywam się Scott Hastings”.

Jako zawodnik Atlanty Hawks, podczas meczu wyjazdowego w Cleveland musiał skorzystać w przerwie z ubikacji. Gdy wyszedł, okazało się, że wszyscy już sobie poszli i zamknęli go w szatni:

„Najgorsze jest to, że gdy w końcu się wydostałem w połowie trzeciej kwarty, poszedłem przeprosić trenerów, a oni nawet nie zauważyli, że mnie nie było”.

Podoba sytuacja spotkała go w Detroit. Zespół po każdym meczu gromadził się w szatni, łapał za ręce i rytualnie wymieniał między sobą słowa wsparcia. Gdy pewnego razu Hastings spóźnił się kilkanaście sekund, okazało się, że już po wszystkim – nikt na niego nie poczekał.

Takie już jest życie dwunastego zawodnika.

I Scott Hastings był z tym pogodzony.

Pozostawał tylko jeden problem: nuda w trakcie meczów.

Gdy Scott Hastings podpisywał kontrakt ze świeżo upieczonymi mistrzami NBA, Detroit Pistons, miał marzenie: zastąpić w rotacji Ricka Mahorna, który przeniósł się do Philadelphii, grać solidne minuty w ważnych meczach i wreszcie zostać dostrzeżonym i docenionym. Aby pokazać, że ten jeden, jedyny raz nie żartuje, zaproponował Daly’emu, że stawi się na camp dla debiutantów i wolnych agentów, żeby jak najwcześniej zacząć poznawanie taktyki nowej drużyny. Chuck jednak nie docenił ani jego inicjatywy, ani jego solidnego pakietu koszykarskiego, na który składała się głównie twarda obrona i niezły rzut.

Scott przez dwa sezony w stanie Michigan grywał po cztery minuty w meczu, o ile w ogóle grywał, bo łącznie na 164 okazje, jego trener wystawił go na parkiet tylko 67 razy. Zdaniem Hastingsa, to naprawdę niewdzięczna rola:

„Nawet jeśli jesteś niepoprawnym optymistą, trudno jest siedzieć i patrzeć, jak ktoś wykonuje za ciebie twoją pracę i czuć, że jest się przydatnym”.

David Greenwood, gość, który został wybrany w drafcie zaraz po Magicu Johnsonie, także myślał przed sezonem 1989/90, że po podpisaniu kontraktu z Pistons może przejąć minuty po Ricku Mahornie. On jednak też znalazł się na końcu ławki, tuż obok Hastingsa.

Dwóch znających swoją wartość weteranów, którzy na jej potwierdzenie dostają często marne 30 sekund, gdy wynik jest już dawno rozstrzygnięty i nikt nie traktuje ich poważnie. „Tak właściwie, to płacą nam za drętwienie przez dwie godziny” – opisywał sytuację Hastings.

Dlatego właśnie Hastings i Greenwood bardzo się do siebie zbliżyli i założyli dwuosobowy klub komediowy. Za ich credo można uznać słowa Scotta z wywiadu dla Detroit Free Press:

„Wszystko, co robimy jest zwariowane. Robimy to, żeby samemu nie zwariować.”

Na długiej liście ich sposobów na walkę z nudą było m.in.:

  • Wyzwanie szybkościowe podczas 20-sekundowych timeoutów, w ramach którego próbowali klepnąć w tyłek całą drużynę i wrócić na swoje miejsca zanim zabrzmi syrena oznajmiająca koniec przerwy. Zadowoleni z siebie panowie przechwalali się, że zazwyczaj udaje im się zdążyć, o ile nie wdają się z kolegami w wymiany zdań dłuższe niż rzucenie „dobra robota”.
  • Namawianie kibiców, żeby kupowali im popcorn. Zazwyczaj potem chowali go pod krzesełko, choć Hastings pewnego razu stwierdził, że zaryzykuje i weźmie garstkę. Gdy wciąż jeszcze przeżuwał, trener nagle kazał mu wejść na boisku. Od tego czasu Scott i Dave uznali, że to przynosi szczęście, więc będą jeść popcorn w każdym meczu.
  • Wykrzykiwanie obelg w kierunku sędziów. Gdy arbitrowie spoglądali na nich, odwracali się w stronę widowni i dopytywali „Kto to powiedział?”
  • Wymyślanie układów tanecznych do piosenek puszczanych na rozgrzewkach.
  • Gryzienie ręcznika, które było konikiem Hastingsa. Robił to tak długo, aż materiał zaczynał się pruć i mógł wyciągnąć zębami nitkę: „Czasami po prostu zostawiałem ją w zębach i czekałem aż ktoś krzyknie ‚Hej, nitka Ci zwisa z ust'” Scott lubił też zdmuchiwać te nitki w kierunku widowni, albo na spoconych kolegów, do których się „fajnie” przylepiały.
  • Noszenie gumowych opasek na nadgarstkach, żeby – gdy robiło się szczególnie nudno – ten drugi mógł nagle ci ją naciągnąć i strzelić krzycząc „Pobudka!”.

Dziennikarze z Detroit opisując ich wygłupy podkreślali jednak, że tandem „ScottWood” największą część swojej energii zużywał na wspieranie swoich kolegów – to okrzykiem, to dobrym słowem, to dobrą radą, bo obydwaj znali się na koszu i mieli najlepsze miejsca w hali do obserwowania wydarzeń na boisku. Jak sam Scott i David wyjaśniali, kibicują najmocniej i najgłośniej jak potrafią, bo nie po to tracą cały rok na ławce, żeby nie wygrać mistrzostwa.

I to im się udało – zakończyli swój być może najtrudniejszy z czysto zawodowego punktu widzenia sezon z pierścieniami. Hastings zagrał w playoffach pięć meczów – w tym dwa w finałach (raz wszedł na trzy minuty, raz na jedną) – i zdobył 2 punkty. Greenwood również wystąpił pięć razy w postseason i trzykrotnie w finałach, w których uzbierał 3 ze swoich 5 punktów z fazy pucharowej.

Duet rozpadł się w sierpniu 1990 roku, gdy David podpisał kontrakt z San Antonio Spurs, zapewne mając już dość grzania ławy (w Teksasie jego czas gry wzrósł trzykrotnie). Scott został na jeszcze jedną posiadówkę i rozbudował swój komediowy klubik dla znudzonych „śmieciarzy”, do którego przyjął innego podstarzałego podkoszowca, kumpla jeszcze z czasów gry w Atlancie, Tree Rollinsa, oraz debiutantów – Lance’a Blanksa i Marka Hughesa (który, jak się miało okazać, nie doczekał się ani jednej minuty gry).

Czasem nawet sam los zapewniał im rozrywkę. 14 stycznia 1991 roku spodnie drogiego garnituru Chucka Daly’ego rozerwały się na tyłku. Choć trener Pistons w ogóle się tym nie przejął, Hastings i Rollins wymyślili sobie misję: podczas każdej przerwy na żądanie ustawiali się tak, żeby zasłaniać widok kamerzystom. W końcu Daly kazał Hughesowi skoczyć do hotelu po drugiej stronie ulicy i przynieść mu nowe spodnie. „Trudno sobie wyobrazić lepszy wieczór” – kontemplował Hastings.

Oczywiście kibice uwielbiali Scotta. Zbierał zawsze ogromne brawa, gdy wchodził na boisko, ba, nawet koledzy z zespołu krzyczeli czasem z ławki, żeby podać mu piłkę. Od czasu do czasu mógł wtedy zrobić tak:

W krótkiej rozmowie telefonicznej z Mitchem Albomem z Detroit Free Press, Hastings zdobył się na całkiem poważną refleksję na temat swojej roli:

„Osobiście uważam, że bycie dwunastym zawodnikiem jest wartościowe. Ostatni zawodnik może zepsuć atmosferę w zespole równie łatwo, jak gwiazda. Gdybym był generalnym menadżerem, chciałbym mieć pewność, że dwunasty zawodnik nie ma złego podejścia. Zawsze czułem, że skoro dostaję pieniądze, to jestem drużynie coś winny – chociażby ciężką pracę na treningach i kibicowanie pierwszemu składowi.”

Po czym już bardziej w swoim stylu dodaje:

„Nigdy nie życzyłem innym kłopotów z faulami, bo moim największym lękiem było, że gdy trzeba będzie wystawić kogoś na pozycji power forwarda, to zamiast mnie sięgną najpierw po Vinnie’ego Johnsona [niewysokiego obrońcę – przyp. red].

Już po zakończeniu kariery zawodniczej – i bardzo gładkiego przejścia do kariery dziennikarskiej – sam siebie okrzyknął „Królem Garbage Time Wszech Czasów” i obiecywał stworzenie Hall Of Fame dla siebie i innych grzejących ławę kolegów.

„Dlaczego nie? W NBA jest więcej gości grających śmieciowe minuty, niż grających jak Michael Jordan.”

Amen.

I dlatego właśnie niniejszym ogłaszam Tydzień Scotta Hastingsa na blogu.

W najbliższych dniach opublikuję jeszcze parę tekstów nawiązujących w ten, czy inny sposób do człowieka, który był zbyt dobry, żeby nie grać w NBA, zbyt pospolicie utalentowany, żeby w tej lidze się wybić i, jak sam powiedział, zbyt dziwaczny, żeby się przy tym dobrze nie bawić.

PS: Przy pisaniu tego tekstu korzystałem głównie z bazy Newspapers.com, stąd w tak wielu przypadkach nie linkuję do źródeł, bo dostęp do skanów artykułów jest płatny. Gazety, na których się opierałem, to przede wszystkim Detroit Free Press, a także The Sacramento Bee i Miami Herald.

Postaw kawę
Otagowane , ,

Kevin Pritchard

Kevin Pritchard

Fun Fact: Bum, i tym sposobem na blogu można zobaczyć wszystkie trzy istniejące karty Kevina Pritcharda jako zawodnika NBA (pomijam karty w koszulce uniwersyteckiej i wszelkie warianty językowe Upper Decków lub ich wersję ze znaczkiem „Player’s Club”). Skoro ma trzy karty, to czemu jest to czwarty post jemu poświęcony? A to dlatego, że jest jednym z dwóch (dotychczas wyłapanych) dubli na blogu.

Z grubsza o Pritchardzie wie się tyle, co o statystycznym polskim dzieciaku jarającym się NBA w latach dziewięćdziesiątych – że nosił czapkę z daszkiem z logo zespołu NBA. Wszystko przez to, że dwie z trzech jego kart pokazują to samo zdjęcie, tuż po podpisaniu kontraktu z Vancouver Grizzlies – w garniturze i z lokalnym merchem.

Kevin Pritchard

Szkoda, że producenci kart nie wykorzystali zdjęcia z początku prezentacji pierwszego w historii zawodnika Miśków – gdy wychodził z krzaków.

Nie jestem w stanie dodać dużo więcej do tego, co już napisałem o Pritchardzie – na przykład tutaj – ale udało mi się coś tam jeszcze doczytać.

Przede wszystkim dowiedziałem się, jak doszło do tego niespodziewanego zakontraktowania 28-letniego Kevina w Kanadzie. Otóż wpadł on w oko skautów Grizzlies podczas przedsezonowego campu Miami Heat w październiku 1994. Podobno grał jak drugi najlepszy point guard w drużynie, ale florydzki team nie zaproponował mu kontraktu. Zamiast tego Pritchard – który na tamtym etapie miał już za sobą epizody w Warriors, Celtics, Sixers, lidze hiszpańskiej i lidze włoskiej – zakotwiczył w CBA, w drużynie Quad City Thunder.

Tam został wybrany do pierwszej piątki ligi i zaliczał średnio 15.8 punktu oraz 7.7 asysty. Dyrektor scoutingu w Grizzlies, Larry Riley, wspominał swoją rozmowę z szefem trenerów CBA, Mauro Panaggio, który podobno powiedział, że gdyby miał zacząć budować nową drużynę od jednego zawodnika z CBA, to wybrałby właśnie Pritcharda.

Jak powiedział, tak generalny menadżer Vancouver, Stu Jackson, zrobił.

Przy czym ten dość zaskakujący ruch został sprowokowany przez Heat. Klub z Miami ściągnął Kevina pod koniec sezonu 1994/95 i trenerzy byli zadowoleni z tego, co pokazał w 14 meczach (grywał w nich po 11 minut i rzucał po 3 punkty), ale znów nie zaoferowali mu kontraktu, bo wtedy musieliby go wystawić w expansion drafcie, a zależało im, żeby jedynym niechronionym aktywem była niechciana umowa Johna Salleya. Po cichu liczyli, że potem po raz kolejny zaoferują mu miejsce w składzie, ale Grizzlies postanowili wykorzystać okazję i przechwycić rozgrywającego, którego upatrzyli sobie już rok wcześniej.

Cała kariera Pritcharda w Vancouver trwała raptem pół treningu. Już na pierwszej sesji złapał kontuzję pachwiny, przegapił cały preseason i został wysłany do Orlando przed rozpoczęciem rozgrywek. Dwa mecze w Bullets i jeden sezon w Bayerze Leverkusen później, był już na zawodniczej emeryturze.

Reasumując, na zawodowstwie nie liznął nawet prestiżu jaki stał się jego udziałem, gdy w 1988 roku był podstawowym rozgrywającym mistrzów NCAA, drużyny Kansas, której gwiazdą był wówczas Danny Manning. Z ciekawostek – jednym z jego kolegów z uniwersyteckiego skład był ojciec Lauriego Markkanena, Pekka, znany z tego, że był dryblasem, który – podobnie jak Hakeem Olajuwon – wykorzystywał na parkiecie zwinność nabytą w roli bramkarza piłkarskiego.

Ojciec Pritcharda, Steven, był prężnie działającym impresario, który oprócz organizowania festiwali i koncertów chełpił się także, że załatwił pierwszą płatną pracę amerykańskiej gwieździe familijnych sitcomów, Roseanne Barr, i był promotorem zespołu muzycznego Kansas.

Jedyne co mu się nie udało, to rozbujać kariery zespołu swojego syna, o którym wiem tylko tyle, co w artykule Sport’s Illustrated powiedział sam Steven: że byli muzycznym odpowiednikiem znanych standuperów, Rodneya Dangerfielda i Billa Cosby’ego, co próbował uzasadnić tym, iż zespół Kevina potrafi robić show bez pomocy świateł i pirotechniki (miejmy nadzieję, że to jedyne co ich łączyło z modus operandi Cosby’ego). Cóż, gdyby późniejsi pracownicy Vancouver Grizzlies byli pod koniec lat 80. na jakimś koncercie kapeli Kevina Pritcharda, to pewnie w 1995 roku od razu zakontraktowali by ich także do grania hymnów przed meczami.

Tyle.

Niniejszym ogłaszam, że do śmierci, podatków, klątwy Clippers i kolejnego sequelu „Szybkich i wściekłych” na liście rzeczy pewnych dołącza brak kolejnego posta o Kevinie Pritchardzie na tym blogu.

Dzięki Kevin, w tych stronach zawsze będziesz legendą.

Otagowane ,

Gheorghe Muresan

Gheorghe Muresan

Fun Fact: Przesuń się wspólna karto Gheorghe Muresana i Shawna Bradleya – oto nowy król bliskich spotkań baaaardzo wysokiego stopnia: Ghita grający jeden na jednego z Manute’em Bolem:

Oczywiście ten pojedynek nie mógł się skończyć inaczej: młody Muresan prezentuje swoją podkoszową dominację, ale Bol i tak zalicza blok. Panowie byli kolegami z drużyny tylko przez kilka dni w lutym 1994 (Gheorge rozgrywał właśnie sezon debiutancki, a Manute – bezrobotny po zwolnieniu przez Heat – podpisał 10-dniową umowę). Niestety nie spędzili ani jednej wspólnej minuty na boisku. Szansa była podczas pogromu (98:128) w Miami, ale Wes Unseld wstawił Bola za Muresana (podobnie zresztą jak parę dni później, w przegranym starciu z Bucks) pozbawiając nas widoku, na którego okazję dziennikarze mieli już nawet gotową ksywkę: „Pomniki Waszyngtona”. Na szczęście udało się odgrzebać i zachować dla potomności na YouTube powyższe starcie.

Druga przygoda Bola z Bullets (to w stolicy USA spędził pierwsze trzy sezony) trwała tylko dwa mecze. Kolejny 10-dniowy kontrakt podpisał z innym zespołem, w którym w przeszłości grał przez trzy lata – 76ers. Niestety ofertę dostał, bo kontuzjowany był Shawn Bradley, więc nie tylko nie mogliśmy zobaczyć ich razem na parkiecie albo chociaż na rozgrzewce – nikt im nie wymyślił nawet ksywki (choć biorąc pod uwagę, że czasami wzrost Manute’a podawano jako równy bradleyowym siedmiu stopom i sześciu calom, czyli o cal mniej niż zazwyczaj, to ja bym poszedł w Philadelphia 7’6″ers).

To był schyłek kariery „Ludzkiego ołówka”, za to Muresan (którego pierwsze słowa jako zawodnika NBA wypowiedziane po angielsku brzmiały „I love this game”) miał przed sobą udaną, choć skróconą przez kontuzje karierę. Ba – Wilt Chamberlain w wydanej w 1997 roku książce twierdził nawet, że Rumun jest lepszy niż Shaquille O’Neal (a konkretniej: byłby lepszy, gdyby oddawał tyle samo rzutów i sędziowie pozwalali mu na tyle samo, co pozwalali Shaqowi). Nie był lepszy niż O’Neal, ale na pewno przysparzał mu sporo problemów na boisku (sam O’Neal powiedział kiedyś, że Ghita i Bryant Reeves to dwaj goście, z którymi zawsze się męczył).

No i lepiej pachniał.

Otagowane , ,

Matt Harpring & Michael Doleac

Matt Harpring
Michael Doleac

Fun Fact: Wyobrażam sobie, że fani Orlando Magic nie byli szczególnie podekscytowani, gdy ich drużyna z draftu 1998 – w którym miała 12, 13 i 15 pick – wróciła z Michaelem Doleac’iem, Keonem Clarkiem i Mattem Harpringiem. No dobra, Clark – imponujący atleta, którego notowania spadły przez problemy pozaboiskowe – akurat był ekscytujący, ale w czasie lokautu klub najwyraźniej zmienił zdanie i dwa tygodnie przed rozpoczęciem sezonu oddał go za pierwszorundowy pick do Denver. Nagrodą pocieszenia za nieudane rozgrywki 1997/98 (tylko 19 meczów Penny’ego Hardawaya, brak awansu do playoffs) byli więc dwaj goście wyglądający jak główni bohaterowie „Wstrząsów”, tylko z gorszymi fryzurami:

Atmosferę wielkiego koszykarskiego święta podkręcał sam trener Chuck Daly, który nazwał Doleaca „Billem Laimbeerem dla ubogich”, co z kolei zainspirowało lokalną prasę do określenia Harpringa mianem „Dana Majerle dla ubogich”. Ba, sam trener uniwersytecki nowego centra Magic, Rick Majerus, powiedział o nim, że „w tym drafcie jest wielu lepszych graczy, ale myślę, że nie ma lepszego dzieciaka”.

Pozory jednak okazały się mylące i nie tylko dlatego, że rednecka twarz Doleaca (którą kiedyś redakcja Magic Basketball ozdobiła tekst o Jasonie Williamsie) naciągnięta była na czaszkę skrywającą mózg kochającego szachy niedoszłego ortopedy i przyszłego nauczyciela fizyki.

Choć Harpring miał obsesję na punkcie swoich włosów (nie tylko oblewał je żelem przed meczem, ale też w jego trakcie odświeżał look zwilżając fryzurę wodą podczas timeoutów) okazał się boiskowym twardzielem z przyzwoitymi umiejętnościami ofensywnymi, który zakończył sezon lokautowy w All-Rookie 1st Team, parę lat później awansował do finału jako gracz pierwszej piątki Philadelphia 76ers, a potem został drugim strzelcem Utah Jazz w ostatnim słonojeziorowym sezonie Karla Malone i pewnym punktem składu Jazzmenów przez parę lat (choć akurat to, że biały koszykarz skończył w Salt Lake City to najmniejsza niespodzianka w historii niespodzianek).

MD może nie miał tak dobrej kariery, ale był produktywny jako debiutant (za co wyróżniono go powołaniem do drugiej drużyny All-Rookie), razem z Mattem będąc zastrzykiem talentu, który pozwolił Magic zakończyć sezon z najlepszym bilansem w Konferencji Wschodniej (choć do playoffs przystępowali rozstawieni z trójką – taki sam bilans, ale lepszą sytuację w przypadku remisu, mieli bowiem Miami Heat i Indiana Pacers).

Co prawda statystycznie szczytował w pierwszych dwóch latach (a ten jego szczyt to dość jednak przyziemne 7 punktów i 4 zbiórki), w roli solidnego rezerwowego centra, obijał się pod ligowymi koszami przez 10 sezonów, w 2006 roku zdobywając mistrzostwo z Miami Heat (ale w finałach zagrał tylko przez 69 sekund).

Bardzo możliwe, że ze wszystkich koszykarzy granicznych – tych, którzy debiutowali na ostatniej prostej lat dziewięćdziesiątych, w okrojonych rozgrywkach – ta dwójka jest najbardziej ninetiesowa.

Tu chciałem dać w ramach puenty ich wspólne zdjęcie, ale jakimś cudem w calutkim internecie nie można takowego znaleźć (choć pamiętam doskonale, że jeszcze kilkanaście lat temu można istniało wspaniałe foto przedstawiające speszonego Doleca, wielkookiego Harpringa i ubawionego Horace’a Granta siedzących we wnętrzu limuzyny).

No nic. Zawsze można zamiast ich zdjęcia dać jeszcze raz ziomków z „Wstrząsów”:

Postaw kawę
Otagowane , ,

Joe Kleine

Joe Kleine

Fun Fact: Choć kilka lat temu Washington Post oceniło, że Joe Kleine miał piętnastą najgorszą karierę w historii NBA, to jednocześnie – moim zdaniem – była ona najlepszą możliwą wersją samej siebie.

Po jego przyjściu do ligi, szybko dorobił się – i, z całym szacunkiem, zasłużenie – miana niewypału. Był szóstym pickiem draftu 1985, gdy Sacramento Kings wciąż do wzięcia mieli jeszcze Karla Malone’a, Chrisa Mullina, Joe’ego Dumarsa, Terry’ego Portera, Detlefa Schrempfa, Charlesa Oakleya i A.C. Greena (ciekawostka: chwilę przed nim Hawks wzięli Jona Koncaka… podobno to właśnie widok wybieranych jeden po drugim Koncaka i Kleinego zainspirował Inuitów to wystrugania swoich okularów).

W Sacramento męczył się strasznie, mimo, że praktycznie nie miał konkurencji pod koszem. Gdy przez pół sezonu trenerem Królów został zupełnie znudzony koszykówką Bill Russell, Jerry Reynolds – który był jednocześnie poprzednikiem i następcą Billa – twierdził, że legendarny center w wieku 54 lat był szybszy i bardziej sprawny niż Kleine. I wtedy – a konkretnie w połowie czwartego sezonu Joe’ego w NBA – na ratunek przyszła mu była drużyna Russella, która, ku rozpaczy fanów z Bostonu, wysłała do Kalifornii Danny’ego Ainge’a (oraz Brada Lohausa) w zamian właśnie za naszego bohatera (i Eda Pinckneya).

I tak zaczęła się dobra passa Kleine’a, który od tego czasu dzielił parkiet z najwybitniejszymi koszykarzami swoich czasów – Larry Birdem i spółką w Bostonie, Charlesem Barkleyem (a później też Jasonem Kiddem) w Phoenix, Shaquille’em O’Nealem w Los Angeles (choć tylko przez 8 meczów) i Michaelem Jordanem oraz Scottiem Pippenem w Chicago.

Wielu zawodników mogło mu pozazdrościć liczby meczów o wysoką stawkę, a jednocześnie nikt nie wymagał od niego za wiele – miał wejść na kilkanaście minut, nie zabić się o własne nogi, poprzepychać się trochę pod koszem, wykorzystać parę swoich fauli i dać odpocząć lepszym zawodnikom. W cieniu legend zniknęły oczekiwania związane z byciem numerem sześć draftu – w roli maskotki było mu znacznie bardziej do twarzy.

Oczywiście bycie piątym kołem u wozu prowadzonego przez tak wielkie gwiazdy i jednocześnie silne osobowości wymaga dużej odporności psychicznej i jeszcze większego dystansu do siebie. Barkley był jego najlepszym kumplem, ale też uwielbiał się z niego nabijać. Gdy w kwietniu 1995 roku, Kleine opuścił mecz z Charlotte Hornets żeby spędzić czas z rodzącą żoną, Sir Charles, podczas pomeczowego wywiadu, powiedział do kamery:

„Wszystkim nam przykro z powodu Joe’ego, bo to nie jego dziecko. On myśli, że jego, ale gdy zobaczy jak wygląda, mina mu zrzednie. Dlatego dzisiejsze zwycięstwo chcieliśmy zadedykować właśnie jemu”.

Chyba jedynym razem, kiedy Barkley powstrzymał się od wbicia szpili koledze była utrata przytomności przez Kleine’a podczas hymnu, w kwietniu 1996 roku. Wszyscy bardzo się wystraszyli (choć ponieważ byli skupieni na słuchaniu „Gwieździstego sztandaru”, dopiero po kilku sekundach zorientowali się, że środkowy Suns leży na parkiecie), ale na szczęście okazało się, że to nic groźnego.

Chuckster dla Joe’ego i innego bardzo białego człowieka z Phoenix, Danny’ego Schayesa, wymyślił sympatyczną ksywkę „Schleine”, ale już na przykład Michael Jordan na Kleine’a, Luca Longleya i Billa Wenningtona mówił „dwadzieścia jeden stóp gówna”. Gdy Joe – który w playoffach 1998 nie zagrał ani minuty, ale zdobył mistrzowski pierścień – płakał ze szczęścia w szatni Chicago po finałowym tryumfie, Jordan rzucił do niego: „A Ty co się mazgaisz? Przecież to ja harowałem na boisku, żeby to dla Ciebie wygrać”.

Ale Kleine zdawał się nie przejmować uszczypliwościami, ani swoją, zazwyczaj skromną rolą.

W całej swojej karierze tylko raz wyraził niezadowolenie – gdy jego kumpel, Danny Ainge, przejął Suns i przykleił go do ławki. Przed jednym ze spotkań, dla hecy, nabazgrał na taśmie na jednej kostce „I NEED”, a na drugiej „SOME MINUTES” („Potrzebuję paru minut”). Ainge zrozumiał „aluzję” i wpuścił środkowego na 12 minut, a tydzień później… wytransferował go do Los Angeles.

W ogóle on i Ainge stanowili bardzo zgrany duet – także na polu golfowym…

Pewnie dlatego Danny ściągnął go z powrotem do Arizony w sezonie 1998/99. Lata dziewięćdziesiąte Kleine kończył z nosem zmasakrowanym przez Karla Malone’a w jednym z ostatnich spotkań sezonu zasadniczego. Konieczna była natychmiastowa wizyta w szpitalu, 30 szwów i operacja plastyczna. Ainge po meczu przekazał dziennikarzom informację o stanie zdrowia swojego zawodnika następującymi słowami:

„Joe właśnie przechodzi operację plastyczną. Wszystko jest w porządku, właściwie to operacja plastyczna mu się przyda”.

Joe Kleine wychodząc ze szpitala pewnie tego nie wiedział, ale miał wystąpić już tylko w 9 meczach NBA, w tym siedmiu, jako członek Jail Blazers. Czym zajmuje się na emeryturze? Trenowaniem, komentowaniem, zarządzaniem swoją knajpą w Arkansas oraz trwonieniem pieniędzy z tantiem otrzymywanych za swoją rolę w filmie „Eddie”.

Otagowane ,

Andrew DeClercq

Andrew DeClercq

Fun Fact: Nie byłem ostatnim razem sprawiedliwy wobec Andrew DeClercqa. Wcale jest jakąś niewartą zapamiętania ligową pomyłką (choć każde nazwisko z „q” na końcu wygląda jak pomyłka). Nikt, kto spędził w NBA 10 lat nie powinien być bohaterem żartu „lol, nie wierzę, że ktoś taki istniał”. Istniał, harował (za samo wytrwanie 1,5 sezonu w obozie pracy Ricka Pitino powinno dostawać się pierścienie), biegał, skakał, siłował się z innymi wielkimi kolesiami i zasłużył na każdą z 10014 minut jakie spędził na parkietach NBA w sezonie regularnym i playoffs (dość często zdarzało mu się nawet występować w pierwszej piątce, choć to zazwyczaj był sygnał, że jego zespół miał poważną lukę w składzie).

Jedyny problem z Andrew DeClercqiem jest taki, że nie jest to zbyt interesująca postać w kontekście koszykarskim. Serio, to „q” na końcu nazwiska to najbardziej „fun” fakt, jaki mogę przytoczyć, nie licząc tego, że liga ukarała go kiedyś finansowo za grę w zbyt długich spodenkach, ale to już było w XXI wieku, więc w pewnym sensie na tym blogu się nie liczy.

Z drugiej jednak strony MUSIAŁEM dodać do zasobów blogaska tę jego kartę, na której stoi oparty o drabinę na tle skąpanych w półmroku luksfer. Co prawda nie jest jedynym debiutantem z rocznika ’95, którego zdjęcie z tej sesji trafiło na kartę, ale jednak zdecydowanie jego interpretacja „rookie ladder” jest moją ulubioną, zwłaszcza, że idzie w parze z takim oto charyzmatycznym rewersem:

Tyle, że w związku z tym wypadałoby napisać jeszcze coś ciekawego na temat Andrew, a wstępny research spełzł na niczym (chyba, że kogoś zainteresuje, że DeClercq miał ksywę „Hammer”, co czyni go – według danych zebranych na stronach Basketball Reference – jednym z ośmiu graczy w historii, którym przypisywano przydomek będący jakąś wariacją na temat młota… co w sumie całkiem dobrze pasuje do tej drabiny na karcie)

Ponieważ ja nie potrafię napisać ciekawego tekstu na temat Andrew DeClercqa, postanowiłem poprosić o to sztuczną inteligencję.

Na czacie z Open AI zagaiłem:

Napisz krótki, ciekawy artykuł, którego bohaterem jest koszykarz NBA, Andrew DeClercq.

A potem dodałem:

Użyj w nim słów „drabina” i „luksfer”.

Oto efekt:

Andrew DeClercq to wschodząca gwiazda w NBA. Ten młody koszykarz przeszedł długą drogę, by dostać się na szczyt swojego sportu. Jego historia jest inspirującym przykładem tego, jak ciężka praca i determinacja mogą pomóc w osiągnięciu celu.

DeClercq zaczynał swoją karierę od najniższych lig koszykarskich. Wiele osób zwątpiało w jego umiejętności i twierdziło, że nigdy nie zostanie profesjonalnym zawodnikiem. Jednak DeClercq nie poddał się i ciężko pracował, by poprawić swoje umiejętności na boisku.

Jego ciężka praca zaczynała przynosić owoce, a on stopniowo wspinał się po drabinie kariery koszykarskiej. Przeszedł przez niższe ligi, aż w końcu znalazł się w NBA. Jego marzenie o grze w najlepszej lidze świata zostało spełnione.

DeClercq nie jest jedynie utalentowanym sportowcem, ale również człowiekiem o wielkim charakterze. Jego pozytywne nastawienie i podejście do życia są inspirujące dla innych. On jest prawdziwym luksferem w świecie sportu.

Jego historia pokazuje, że marzenia mogą się spełnić, jeśli tylko jest się gotowym do ciężkiej pracy i walki o nie. Andrew DeClercq jest żywym przykładem tego, że z determinacją i ciężką pracą można osiągnąć wszystko.

PRAWDZIWY. LUKSFER. W. ŚWIECIE. SPORTU.

Co by nie mówić o walorach pióra AI (PRAWDZIWY. LUKSFER. W. ŚWIECIE. SPORTU.), to sztuczna inteligencja bezbłędnie wyczuła, że motyw ciężkiej pracy, to motyw przewodni kariery Andrew, która w porywach sięgała średnich 8 punktów i 5 zbiórek, a jej najlepszy boiskowy moment wyglądał tak (jakby ktoś miał wątpliwości, tutaj już AI nie dodało żadnych efektów specjalnych):

Podobno Eric Mobley powiedział później, że po tym wsadzie poczuł się, jakby zderzył się z luksferową ścianą.

AI wyczuła nawet jego pozaboiskowe właściwości – DeClercq na sportowej emeryturze został pastorem i założył kościół razem z innym byłym podkoszowcem Orlando Magic, Keithem Towerem. Jestem pewien, że w tej działalności, cytując sztucznie inteligentnego klasyka, „jego pozytywne nastawienie i podejście do życia są inspirujące dla innych”. Wiecie, że – innymi słowy – jest PRAWDZIWYM LUKSFEREM W ŚWIECIE PASTORÓW.

Otagowane ,

Bryce Drew

Bryce Drew

Fun Fact: Równo jedenaście lat temu opublikowałem na tym blogu pierwszy tekst. Jak co roku – chyba, że akurat przegapię rocznicę – staram się przypominać Wam o lecących latkach, bo długowieczność tego blogaska, to dla mnie powód do dumy.

Staram się też wyrazić wdzięczność wszystkim czytającym to osobom.

To nadal dla mnie miejsce, gdzie mogę ulżyć mojemu nostalgicznemu Tourette’owi i odrdzewiać stare uczucia. I choć zdarzają mi się przestoje, to zapewniam Was, że wciąż bawię się przednio wyszukując ciekawostki sprzed 30 lat.

Postanowienia na kolejny rok?

Jak zawsze – pisać częściej, może poprzez powrót do formuły z początków istnienia blogaska, czyli króciutkich wpisów, które przeplatałyby się z bardziej rozbudowanymi postami. Wymierny cel to dobić w tym roku do wpisu numer 1000 (brakuje na ten moment pięćdziesięciu kilku sztuk).

Poza tym – wykosztować się wreszcie na nowy skaner, bo stary niestety zakończył karierę (albo spróbować przerzucić się ze skanów na zdjęcia kart).

Do tego – przeczytać tę stertę książek o koszykówce, które nabyłem w roku ubiegłym i najlepsze anegdoty sprzedać na blogu.

Koniecznie – zrobić nową serię MMJK NBA Trading Cards. Albo i dwie.

Ponieważ nie za bardzo mam możliwość zrobienia tego gdzie indziej, chciałem też z tego miejsca podziękować tym kilku osobom, które w ostatnich miesiącach postawiły mi kawę w napiwkowym serwisie Buycoffee. Wasze zdrowie!

A co do Bryce’a Drew, to pasuje na ozdobę wpisu na jedenaste urodziny, bo grał z numerem jedenastym na koszulce i wyglądał jakby miał jedenaście lat…

No dobra…

Miałem nie pisać już nic więcej (w ramach postanowienia powrotu do króciutkich fun factów, no i co tu dużo pisać o Brycie Drew), ale raz się żyje.

Bryce Drew zanim jeszcze zaczął karierę uniwersytecką był po trzech operacjach serca i na lekach trzymających w ryzach jego tachykardię (to samo schorzenie zmusiło do nagłego zakończenia kariery LaMarcusa Aldridge’a, a w latach 90. grał z nim Terry Cummings). Na uniwerku spędził 4 lata jako największa gwiazda mało prestiżowej reprezentacji Valparaiso – przede wszystkim dlatego, że był świetnym strzelcem i ogólnie kumatym grajkiem, ale pewnie też trochę dzięki temu, że trenerem był jego stary, Homer, a asystentem trenera – jego brat Scott. Trudno jednak wypominać tu nepotyzm, bo rodzina Drew poprowadził Valpo do największego sukcesu w historii – awansu do Sweet Sixteen w 1998 roku, a Bryce, w meczu pierwszej rundy NCAA Tournament, był autorem jednego z najbardziej pamiętnych uniwersyteckich game winnerów.

(Szacuneczek także dla gościa, który podawał z autu, czyli niejakiego Jamiego Sykesa)

Naspidowany tym sukcesem przebił się do pierwszej rundy draftu NBA, gdzie Rockets wybrali go z numerem 16. Był jednym z trzech rookies (obok Michaela Dickersona i Cuttino Mobleya), którym przypadło trudne zadanie rozkręcenia imprezy seniorskiej, której wodzierejami byli Hakeem Olajuwon, Scottie Pippen i Charles Barkley. Ten ostatni po debiutanckim sezonie Drew powiedział nawet, że Bryce będzie miał najlepszą karierę z całej trójki (to było tak samo nieładne wobec pozostałych kolegów z zespołu, jak i nietrafione).

Jako rookie, Bryce Drew wystąpił w 34 spotkaniach skróconego sezonu 1998/99, grając średnio po 13 minut oraz zaliczając po 3.5 punktu i 1.5 asysty na spotkanie. W trzecim meczu kariery miał 8 punktów i 8 asyst, a w połowie kwietnia rzucił 18 punktów Grizzlies i w zasadzie to tyle, jeśli chodzi o jego wyczyny w inauguracyjnym sezonie. W drugim miewał przebłyski typu 20/10 i 20/6 w dwóch kolejnych spotkaniach…

…ale ogólnie Ci fani Rockets, którzy liczyli na „lepszego Matta Maloneya„, nie doczekali się – Drew jesienią 2000 przeszedł do Bulls za dwa picki drugorundowe i w słabiutkim zespole został podstawowym point guardem (choć wystąpił tylko w 48 meczach). Kolejne trzy lata występował w koszulce Hornets, a już w 2005 roku dołączył do sztabu szkoleniowego Valparaiso, nadal kierowanego przez jego ojca, kończąc tym samym karierę.

Bryce w ogóle swoją koszykarską przygodę przeżył w rodzinnej atmosferze. Jednym z jego rywali w sezonie debiutanckim (choć nigdy nie spotkali się na boisku) był Casey Shaw – ówczesny chłopak siostry Bryce’a i center Philadelphia 76ers (przez 9 meczów), a przyszły szwagier i, między innymi, gracz Anwilu Włocławek (przez 2 mecze). Do tego w 2001 i 2002 roku jedną z cheerleaderek Atlanta Hawks była jego żona Tara. Gdy w 2016 obejmował stanowisko głównego trenera uczelni Vanderbilt (wcześniej na pięć lat przejął od ojca posadę head coacha Valpo), zatrudnił nikogo innego jak Casey Shawa (pewnie zatrudniłby i brata Scotta, ale on był już wtedy, i jest do dziś, trenerem Baylor University).

OK, starczy.

Czas zacząć dwunasty sezon blogowania.

Dobra wiadomość na ten rok jest taka, że nie będzie już wpisów na ponad 3000 znaków o Brycie Drew.

Otagowane ,

Les Jepsen

Les Jepsen

Fun Fact: Leslie Burnell Jepsen miał mniej więcej tyle wspólnego z udaną karierą w NBA co tata dilera z narkotykami i mercedesami. Był bardzo białym człowiekiem, który poza ostatnim, faktycznie udanym sezonem na uczelni Iowa (14.9 PPG, 10.0 RPG), nie podbił nawet ligi akademickiej (2.6 PPG, 3.1 RPG na przestrzeni trzech pierwszych lat). A jednak w dniu draftu wcisnął między futrynę a zamykające się drzwi z napisem „NBA” stopę, a w zasadzie to siedem stóp (wiadomo „nie da się wytrenować wzrostu”). Był też pracowitym chłopakiem, a draft 1990 był podkoszową Saharą. Dość powiedzieć, że nasz bohater był uznawany za czwartego najlepszego klasycznego środkowego w tamtym naborze, po Feltonie Spencerze, Duanie Causwellu i Dwaynie Schintziusie. Z pierwszym pickiem drugiej rundy trafił do Golden State Warriors, którzy rok później unieśmiertelnili go, dorzucając gratisowo do wymiany Mitcha Richmonda za Billy’ego Owensa.

Co zabawne, Królowie tym samym uzbierali trzech z czterech rzekomo najlepszych „sewenfiterów” z draftu 1990 – oprócz Jepsena, grali tam wtedy też Causwell i Schintzius (a także inny sławny inaczej podkoszowiec z tamtego naboru, Steve Scheffler). Mniej zabawne, ale mnie śmieszy: obok Lesa Jepsena w składzie był też Jim Les (który jakimś cudem ma aż dwa wpisy na tym blogu).

Jepsen zmagał się z kontuzjami, brakiem siły i ogólnym drewniactwem. Rozegrał 21 spotkań w sezonie debiutanckim i 31 jako drugoroczniak. Łącznie w 52 meczach w NBA uzbierał 53 punkty (choć miał do kosza bliżej niż większość, miał problemy, żeby umieścić w nim choć co trzeci rzut) i 67 zbiórek, a potem zniknął z najlepszej ligi świata, by wypłynąć w nie najlepszej lidze świata – CBA.

Debiutował w niej jako gracz Rockford Lightning w rozgrywkach 1992/93, dzieląc szatnie m.in. z Lorenzo Williamsem, zawieszonym przez NBA za narkotyki starszym bratem Dereka Fishera, Duanem Washingtonem oraz swoim lustrzanym odbiciem, Alanem Oggiem. W kolejnym sezonie zaciągnął się do Fargo-Moorhead Fever (tak, z tego, znanego z filmu i serialu, Fargo). Tam z kolei spotkał się z kolegą ze studiów – Royem Marblem – a także bardzo białym człowiekiem z Milwaukee, Stevem Hensonem i jednym, jedynym Kurkiem Lee. Kampania 1994/95 to już Hartford Hellcats i spotkanie z jedną z moich największych niespełnionych nadziei, numerem dziewięć draftu 1990, Bo Kimblem. Jeśli wierzyć Wikipedii, karierę kontynuował w Europie, gdzie najpierw był członkiem objazdowego teamu „Footlocker Allstars” (nic więcej na ich temat nie znalazłem), a potem odwiedził ligę angielską i szwedzką. W każdym razie na pewno zobaczył więcej świata niż przeciętny mieszkaniec jego rodzinnej mieściny Bowbells w Dakocie Północnej, która liczy sobie obecnie ponad 300 mieszkańców.

Jepsen – z którego kart koszykarskich można się m.in. dowiedzieć, że na początku lat 90. jego ulubioną piosenką było „The Logical Song” zespołu Supertramp – na sportowej emeryturze zajął się obrotem nieruchomości i założył firmę z siedzibą w stanie Minnesota (widocznie dobrze wspominał roczną grę w Fargo), a konkretnie w St. Paul. Co ciekawe, to miasto też miało kiedyś swoją drużynę koszykówki. St. Paul Slam! przez dwa sezony rywalizowali w lidze IBA a sześć meczów w ich koszulce rozegrał nie kto inny jak Bo Kimble (a pięć występów zaliczył jakiś koleś, nazywający się dość kozacko Sonique Nixon, który dwa lata wcześniej był MVP ligi holenderskiej).

Jak można się domyślać, żaden użytkownik YouTube nie zrobił nigdy highlightów Lesa Jepsena, więc jeśli kogoś interesuje jak prezentował się w akcji, musi polegać na opisie jego gry autorstwa Briana Schmitza z Orlando Sentinel. Dziennikarz tak zapamiętał Lesa z występu w pokazowym turnieju Orlando All-Star Classic:

„Jego tyczkowate ciało nie potrafi nabrać wagi. […] Ze swoją twarzą chłopca rozwożącego gazety, wygląda jak dzieciak odbijający się w krzywym zwierciadle podczas wizyty w wesołym miasteczku.

Les wręcz trzeszczy, gdy biegnie – ta aktywność w jego wykonaniu wygląda na bolesną. Gdy składa się do rzutu hakiem wygląda jak żuraw, z rękami i nogami fruwającymi we wszystkich kierunkach”.

Musicie przyznać, że nie jest to opis przyszłej gwiazdy NBA, choć Schmitz chwalił jego walkę o zbiórki i bezpańskie piłki. Co oczywiście w koszykarskiej narracji jest odpowiednikiem grzecznego milczenia, gdy nie ma się do powiedzenia niczego miłego.

Otagowane ,