Quintin Dailey

Quintin Dailey

Fun Fact: Dwie najbardziej imponujące rzeczy, jakich dokonał w swojej karierze Quintin Dailey nie dotyczyły gry w koszykówkę, a jedzenia.

Pierwsza wydarzyła się, gdy był koszykarzem Chicago Bulls, w czasie jednego ze spotkań sezonu 1984/85. Najpierw poprosił trenera Kevina Loughery’ego o zdjęcie go z parkietu po 11 minutach gry z powodu bólu pleców. Potem kazał chłopcu od podawania piłek podskoczyć do loży prasowej, pożyczyć „piątaka” a następnie kupić i przynieść mu popcorn, który skonsumował siedząc na ławce, na oczach trenera.

Dailey przekąszający co nieco na ławce w trakcie meczu stał się jedną z ulubionych anegdotek dziennikarzy sportowych w USA, którzy z czasem zaczęli urozmaicać mu menu o pizzę, nachosy i napoje gazowane, choć wierzę najbardziej temu artykułowi, zapewniającemu, że chodziło jednak o prażoną kukurydzę.

Co ciekawe, nie był to największy przypał Quintina na ławce Bulls. W kolejnym sezonie siedział na niej pewnego razy tak naćpany, że myślał, że nowy trener Stan Albeck jest zwolnionym w lecie Lougherym. Po tej akcji sam zapisał się na swój drugi odwyk (pierwszy miał zaraz po sezonie debiutanckim).

Drugi spożywczy wyczyn Quntina to z kolei przytycie 16 kilo w mniej więcej trzy miesiące, mimo regularnego zawodowego grania w koszykówkę.

To był początek rozgrywek 1988/89. Był on wówczas już dwa lata po trzecim odwyku i okupionym dużą pracą powrocie do NBA, po tym jak Bulls wreszcie dali sobie z nim spokój. Ale Dailey narkotyki zastąpił podjadaniem. Było to widoczne od pierwszego założenia koszulki Los Angeles Clippers, dla których grał już wtedy trzeci rok.

Q wcześniej jako tako utrzymywał się w granicach wagowej przyzwoitości, mozolnie próbując odbudować karierę, którą młodemu Daileyowi wróżono swego czasu równie wielką, co młodemu Michaelowi Jordanowi. Paradoksalnie właśnie w tym sezonie, w którego połowie został zawieszony za przytycie z 88 do 104 kilogramów, miał najlepsze statystyki od pierwszych lat w lidze, gdy jako debiutant został powołany do All-Rookie Team, a jako drugoroczniak rzucał ponad 18 punktów w każdym meczu ostatnich rozgrywek ery przedjordanowskiej.

Gdy wchodził na tę bezlitosną wagę, był pierwszym strzelcem w składzie, ze średnią 17 punktów (jeśli nie liczymy kontuzjowanego w tamtym czasie Danny’ego Manninga, zdobywającego 0.1 punktu na mecz więcej). No ale to jednak byli Clippers, więc nic dziwnego, że po dwóch latach tej beznadziei poczuł potrzebę zajedzenia niesmaku w ustach.

Jak się okazało, Quintin nie tylko szybko tył, ale też szybko chudł. Prawie 9 kilogramów zrzucił w ledwie 10 dni (podobno dużo ćwiczył a myśli od jedzenia odganiał oglądając kreskówki z Woodym Woodpeckerem) i wrócił do zespołu zaraz potem.

Oprócz problemów z utrzymaniem wagi, Dailey miał też problemy z utrzymaniem dyscypliny. Nie wiem czy jakikolwiek koszykarz zawalił kiedyś początek sezonu tak bardzo, jak Quintin swoją przygodę z Lakers w sezonie 1989/90.

Wicemistrzowie NBA, niezrażeni dziwnym przypadkiem tycia z poprzednich rozgrywek, zaoferowali mu rolę rezerwowego obrońcy i gwarantowany kontrakt. W tamtym czasie nie było większego awansu w tej lidze niż przejście z Clippers do Lakers.

Nasz bohater wykorzystywanie życiowej szansy i walkę o względy Pata Rileya zaczął od… przegapienia samolotu, którym zespół leciał na obóz przygotowawczy na Hawaje.

Następnie nie przyszedł na klubowe zebranie, a pierwszy trening zakończył wcześniej, bo prawie zemdlał (mówił potem, że nie jadł dwa dni).

Wagę miał w normie, ale podobno był zupełnie bez formy, co dobitnie obnażyły kolejne sesje. Gdy zaspał na jeden z kolejnych treningów, Riley i Jerry West mieli dość. Zerwali jego gwarantowany kontrakt po niecałym tygodniu od rozpoczęcia campu w Honolulu.

Nawet grający wtedy w Jeziorowcach, Orlando Woolridge, który rozumiał go dobrze, bo znał Q i z Bulls, i z odwyku, przyznał, że odstawienie używek to jedno, ale nauczenie się odpowiedzialności to drugie i z tym jego kolega ma kłopoty. Co prawda agent Daileya twierdził potem, że jego klient miał trudną sytuację rodzinną – jego żona miała powikłania w trakcie ciąży – ale nie zmieniło to faktu, że jego pierwsza okazja na grę w klasowej drużynie NBA poszła mniej więcej tak dobrze, jak ostatnie lądowanie Hindenburga.

Trzecią szansę dostał od Seattle i z grubsza przeszedł tam ten sam cykl, co w innych miastach. Przed rozgrywkami 1991/92 zdiagnozowano mu ADHD, które tłumaczyłoby sporą część jego problemów. Dailey spędził miesiąc w szpitalu, przez co stracił początek sezonu, ale dobrano mu odpowiednie leki i wrócił do drużyny w świetnym nastroju. Niestety zepsuł mu go trener K.C. Jones, który zredukował jego rolę. Quentin narzekał na minuty tak bardzo, że zwolniono go już w drugim tygodniu grudnia.

Tak skończyła się kariera, która skręciła w złą stronę jeszcze zanim się zaczęła.

Q był jednym z najbardziej ekscytujących talentów akademickich, gdy na ostatnim roku gry na uczelni, został oskarżony o próbę gwałtu jednej ze studentek w akademiku. Sprawa (w której bardzo dużo mącił sam Uniwersytet San Francisco, próbując chronić wizerunek swojej koszykarskiej gwiazdy) zakończyła się przyznaniem oskarżonego do napaści w zamian za oddalenie zarzutów seksualnych (choć Dailey do końca utrzymywał, że jest niewinny – pomimo bardzo dziwnych, jeśli nie obciążających zeznań złożonych na policji – to chciał zakończenia procesu jeszcze przed draftem, żeby drużyny znały jego status). Quentin dostał trzy lata w zawieszeniu, zapłacił pokrzywdzonej 100 tysięcy dolarów i oficjalnie ją przeprosił, ale też uniknął więzienia, został cztery dni później wybrany z siódmym numerem draftu, podpisał lukratywny kontrakt, a na powitalnej konferencji prasowej zachowywał się, jakby to on był ofiarą. Dlatego nikt mu nie odpuścił.

Prasę miał fatalną, w sezonie debiutanckim przed każdym meczem Bulls odbywały się protesty grup kobiecych, a gdy był przy piłce, kibice buczeli. Nie lepiej było poza halą – ludzie na mieście w najlepszym razie krzywo na niego patrzyli, długo nie mógł znaleźć sobie mieszkania, bo nikt nie chciał mu go wynająć, a gdy już się udało, zaczęły się telefony z pogróżkami. Można się domyślić, jak to wpływało na zdrowie psychiczne Quintina. Pewnego razu po prostu nie pojawił się na meczu nic nikomu nie mówiąc. Znaleziono go chowającego się w szafie w swoim domu.

Jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej o tej skomplikowanej postaci, polecam wideofelieton Jeffa Pearlmana:

Jak wielki talent się tu zmarnował?

Pewne pojęcie o jego skali daje nam fakt, że do 1 listopada 1986 roku, kiedy to Jordan ustrzelił swoją pierwszą 50-tkę w Madison Square Garden, to właśnie Dailey był rekordzistą (razem z Rickiem Barrym) pod względem punktów zdobytych w Mekce Koszykówki przez gracza przyjezdnego – 2 kwietnia 1984 roku rzucił ich 44 (dodając 8 zbiórek i 5 asyst). Quintin Dailey rzucający duże ilości naraz punktów w meczu NBA wygląda mniej więcej tak:

W sumie to MJ sporo mu odebrał – rekord w MSG, miejsce w składzie Bulls (Dailey tak się kiedyś zdenerwował na „faworyzowanie” Jordana, że w ramach protestu nie pojawił się na jednym z meczów) – ale Jego Powietrzność w 1991 roku, po zwolnieniu Q przez Sonics, akurat przed meczem z Bulls, wypowiadał się o nim bardzo pozytywnie.

„Wielu ludzi mówiło, że mnie nie lubił, ale ja uważam, że mieliśmy zdrową rywalizację. Był fajnym gościem, dobrze było mieć go obok. Nauczył mnie wielu rzeczy. Koszykarskich sztuczek. Jak przytrzymać rywala, jak go odepchnąć. Co robić podczas wejścia pod kosz, żeby wymusić faul. Jak wbić się ciałem w obrońcę i utrzymać równowagę.”

Litościwie przemilczę tę część, w której Mike biadoli jak to Quintina skrzywdzili w Chicago wypominając mu napaść na kobietę (do której, jakby nie patrzeć, się przyznał), ale zmierzał wtedy do słusznej konkluzji, że Dailey po tamtym skandalu był skazany na porażkę.

„Myślę, że wszystko, przez co tutaj [w Chicago] przeszedł, zostawiło trwały ślad. Miało to związek z problemami, które miał przez resztę kariery — z narkotykami i innymi rzeczami.”

Kolejne terapie i odwyki nie szły w jego przypadku zupełnie na marne, Quintinowi – który w wieku 13 lat stracił obydwoje rodziców w przeciągu paru miesięcy – udało się w końcu ułożyć sobie życie. Po zakończeniu kariery wydawało się ono zupełnie zwyczajne. W 2010 roku zmarł nagle, we śnie, w wieku 49 lat.

Trudno sympatyzować z gościem oskarżonym o napaść na tle seksualnym, ale jedno Daileyowi trzeba oddać. W końcu zrozumiał – a wiemy to, bo mówił o tym w wywiadach – że za wszystkie rzeczy, które go spotkały odpowiedzialny był tylko i wyłącznie Quintin Dailey.

A walka z samym sobą jest niestety znacznie trudniejsza, niż pojedynki na treningu z Michaelem Jordanem.

Postaw kawę
Otagowane

Dodaj komentarz