Tag Archives: bardzo biali ludzie

Andrew DeClercq

Andrew DeClercq

Fun Fact: Nie byłem ostatnim razem sprawiedliwy wobec Andrew DeClercqa. Wcale jest jakąś niewartą zapamiętania ligową pomyłką (choć każde nazwisko z „q” na końcu wygląda jak pomyłka). Nikt, kto spędził w NBA 10 lat nie powinien być bohaterem żartu „lol, nie wierzę, że ktoś taki istniał”. Istniał, harował (za samo wytrwanie 1,5 sezonu w obozie pracy Ricka Pitino powinno dostawać się pierścienie), biegał, skakał, siłował się z innymi wielkimi kolesiami i zasłużył na każdą z 10014 minut jakie spędził na parkietach NBA w sezonie regularnym i playoffs (dość często zdarzało mu się nawet występować w pierwszej piątce, choć to zazwyczaj był sygnał, że jego zespół miał poważną lukę w składzie).

Jedyny problem z Andrew DeClercqiem jest taki, że nie jest to zbyt interesująca postać w kontekście koszykarskim. Serio, to „q” na końcu nazwiska to najbardziej „fun” fakt, jaki mogę przytoczyć, nie licząc tego, że liga ukarała go kiedyś finansowo za grę w zbyt długich spodenkach, ale to już było w XXI wieku, więc w pewnym sensie na tym blogu się nie liczy.

Z drugiej jednak strony MUSIAŁEM dodać do zasobów blogaska tę jego kartę, na której stoi oparty o drabinę na tle skąpanych w półmroku luksfer. Co prawda nie jest jedynym debiutantem z rocznika ’95, którego zdjęcie z tej sesji trafiło na kartę, ale jednak zdecydowanie jego interpretacja „rookie ladder” jest moją ulubioną, zwłaszcza, że idzie w parze z takim oto charyzmatycznym rewersem:

Tyle, że w związku z tym wypadałoby napisać jeszcze coś ciekawego na temat Andrew, a wstępny research spełzł na niczym (chyba, że kogoś zainteresuje, że DeClercq miał ksywę „Hammer”, co czyni go – według danych zebranych na stronach Basketball Reference – jednym z ośmiu graczy w historii, którym przypisywano przydomek będący jakąś wariacją na temat młota… co w sumie całkiem dobrze pasuje do tej drabiny na karcie)

Ponieważ ja nie potrafię napisać ciekawego tekstu na temat Andrew DeClercqa, postanowiłem poprosić o to sztuczną inteligencję.

Na czacie z Open AI zagaiłem:

Napisz krótki, ciekawy artykuł, którego bohaterem jest koszykarz NBA, Andrew DeClercq.

A potem dodałem:

Użyj w nim słów „drabina” i „luksfer”.

Oto efekt:

Andrew DeClercq to wschodząca gwiazda w NBA. Ten młody koszykarz przeszedł długą drogę, by dostać się na szczyt swojego sportu. Jego historia jest inspirującym przykładem tego, jak ciężka praca i determinacja mogą pomóc w osiągnięciu celu.

DeClercq zaczynał swoją karierę od najniższych lig koszykarskich. Wiele osób zwątpiało w jego umiejętności i twierdziło, że nigdy nie zostanie profesjonalnym zawodnikiem. Jednak DeClercq nie poddał się i ciężko pracował, by poprawić swoje umiejętności na boisku.

Jego ciężka praca zaczynała przynosić owoce, a on stopniowo wspinał się po drabinie kariery koszykarskiej. Przeszedł przez niższe ligi, aż w końcu znalazł się w NBA. Jego marzenie o grze w najlepszej lidze świata zostało spełnione.

DeClercq nie jest jedynie utalentowanym sportowcem, ale również człowiekiem o wielkim charakterze. Jego pozytywne nastawienie i podejście do życia są inspirujące dla innych. On jest prawdziwym luksferem w świecie sportu.

Jego historia pokazuje, że marzenia mogą się spełnić, jeśli tylko jest się gotowym do ciężkiej pracy i walki o nie. Andrew DeClercq jest żywym przykładem tego, że z determinacją i ciężką pracą można osiągnąć wszystko.

PRAWDZIWY. LUKSFER. W. ŚWIECIE. SPORTU.

Co by nie mówić o walorach pióra AI (PRAWDZIWY. LUKSFER. W. ŚWIECIE. SPORTU.), to sztuczna inteligencja bezbłędnie wyczuła, że motyw ciężkiej pracy, to motyw przewodni kariery Andrew, która w porywach sięgała średnich 8 punktów i 5 zbiórek, a jej najlepszy boiskowy moment wyglądał tak (jakby ktoś miał wątpliwości, tutaj już AI nie dodało żadnych efektów specjalnych):

Podobno Eric Mobley powiedział później, że po tym wsadzie poczuł się, jakby zderzył się z luksferową ścianą.

AI wyczuła nawet jego pozaboiskowe właściwości – DeClercq na sportowej emeryturze został pastorem i założył kościół razem z innym byłym podkoszowcem Orlando Magic, Keithem Towerem. Jestem pewien, że w tej działalności, cytując sztucznie inteligentnego klasyka, „jego pozytywne nastawienie i podejście do życia są inspirujące dla innych”. Wiecie, że – innymi słowy – jest PRAWDZIWYM LUKSFEREM W ŚWIECIE PASTORÓW.

Otagowane ,

Bryce Drew

Bryce Drew

Fun Fact: Równo jedenaście lat temu opublikowałem na tym blogu pierwszy tekst. Jak co roku – chyba, że akurat przegapię rocznicę – staram się przypominać Wam o lecących latkach, bo długowieczność tego blogaska, to dla mnie powód do dumy.

Staram się też wyrazić wdzięczność wszystkim czytającym to osobom.

To nadal dla mnie miejsce, gdzie mogę ulżyć mojemu nostalgicznemu Tourette’owi i odrdzewiać stare uczucia. I choć zdarzają mi się przestoje, to zapewniam Was, że wciąż bawię się przednio wyszukując ciekawostki sprzed 30 lat.

Postanowienia na kolejny rok?

Jak zawsze – pisać częściej, może poprzez powrót do formuły z początków istnienia blogaska, czyli króciutkich wpisów, które przeplatałyby się z bardziej rozbudowanymi postami. Wymierny cel to dobić w tym roku do wpisu numer 1000 (brakuje na ten moment pięćdziesięciu kilku sztuk).

Poza tym – wykosztować się wreszcie na nowy skaner, bo stary niestety zakończył karierę (albo spróbować przerzucić się ze skanów na zdjęcia kart).

Do tego – przeczytać tę stertę książek o koszykówce, które nabyłem w roku ubiegłym i najlepsze anegdoty sprzedać na blogu.

Koniecznie – zrobić nową serię MMJK NBA Trading Cards. Albo i dwie.

Ponieważ nie za bardzo mam możliwość zrobienia tego gdzie indziej, chciałem też z tego miejsca podziękować tym kilku osobom, które w ostatnich miesiącach postawiły mi kawę w napiwkowym serwisie Buycoffee. Wasze zdrowie!

A co do Bryce’a Drew, to pasuje na ozdobę wpisu na jedenaste urodziny, bo grał z numerem jedenastym na koszulce i wyglądał jakby miał jedenaście lat…

No dobra…

Miałem nie pisać już nic więcej (w ramach postanowienia powrotu do króciutkich fun factów, no i co tu dużo pisać o Brycie Drew), ale raz się żyje.

Bryce Drew zanim jeszcze zaczął karierę uniwersytecką był po trzech operacjach serca i na lekach trzymających w ryzach jego tachykardię (to samo schorzenie zmusiło do nagłego zakończenia kariery LaMarcusa Aldridge’a, a w latach 90. grał z nim Terry Cummings). Na uniwerku spędził 4 lata jako największa gwiazda mało prestiżowej reprezentacji Valparaiso – przede wszystkim dlatego, że był świetnym strzelcem i ogólnie kumatym grajkiem, ale pewnie też trochę dzięki temu, że trenerem był jego stary, Homer, a asystentem trenera – jego brat Scott. Trudno jednak wypominać tu nepotyzm, bo rodzina Drew poprowadził Valpo do największego sukcesu w historii – awansu do Sweet Sixteen w 1998 roku, a Bryce, w meczu pierwszej rundy NCAA Tournament, był autorem jednego z najbardziej pamiętnych uniwersyteckich game winnerów.

(Szacuneczek także dla gościa, który podawał z autu, czyli niejakiego Jamiego Sykesa)

Naspidowany tym sukcesem przebił się do pierwszej rundy draftu NBA, gdzie Rockets wybrali go z numerem 16. Był jednym z trzech rookies (obok Michaela Dickersona i Cuttino Mobleya), którym przypadło trudne zadanie rozkręcenia imprezy seniorskiej, której wodzierejami byli Hakeem Olajuwon, Scottie Pippen i Charles Barkley. Ten ostatni po debiutanckim sezonie Drew powiedział nawet, że Bryce będzie miał najlepszą karierę z całej trójki (to było tak samo nieładne wobec pozostałych kolegów z zespołu, jak i nietrafione).

Jako rookie, Bryce Drew wystąpił w 34 spotkaniach skróconego sezonu 1998/99, grając średnio po 13 minut oraz zaliczając po 3.5 punktu i 1.5 asysty na spotkanie. W trzecim meczu kariery miał 8 punktów i 8 asyst, a w połowie kwietnia rzucił 18 punktów Grizzlies i w zasadzie to tyle, jeśli chodzi o jego wyczyny w inauguracyjnym sezonie. W drugim miewał przebłyski typu 20/10 i 20/6 w dwóch kolejnych spotkaniach…

…ale ogólnie Ci fani Rockets, którzy liczyli na „lepszego Matta Maloneya„, nie doczekali się – Drew jesienią 2000 przeszedł do Bulls za dwa picki drugorundowe i w słabiutkim zespole został podstawowym point guardem (choć wystąpił tylko w 48 meczach). Kolejne trzy lata występował w koszulce Hornets, a już w 2005 roku dołączył do sztabu szkoleniowego Valparaiso, nadal kierowanego przez jego ojca, kończąc tym samym karierę.

Bryce w ogóle swoją koszykarską przygodę przeżył w rodzinnej atmosferze. Jednym z jego rywali w sezonie debiutanckim (choć nigdy nie spotkali się na boisku) był Casey Shaw – ówczesny chłopak siostry Bryce’a i center Philadelphia 76ers (przez 9 meczów), a przyszły szwagier i, między innymi, gracz Anwilu Włocławek (przez 2 mecze). Do tego w 2001 i 2002 roku jedną z cheerleaderek Atlanta Hawks była jego żona Tara. Gdy w 2016 obejmował stanowisko głównego trenera uczelni Vanderbilt (wcześniej na pięć lat przejął od ojca posadę head coacha Valpo), zatrudnił nikogo innego jak Casey Shawa (pewnie zatrudniłby i brata Scotta, ale on był już wtedy, i jest do dziś, trenerem Baylor University).

OK, starczy.

Czas zacząć dwunasty sezon blogowania.

Dobra wiadomość na ten rok jest taka, że nie będzie już wpisów na ponad 3000 znaków o Brycie Drew.

Otagowane ,

Les Jepsen

Les Jepsen

Fun Fact: Leslie Burnell Jepsen miał mniej więcej tyle wspólnego z udaną karierą w NBA co tata dilera z narkotykami i mercedesami. Był bardzo białym człowiekiem, który poza ostatnim, faktycznie udanym sezonem na uczelni Iowa (14.9 PPG, 10.0 RPG), nie podbił nawet ligi akademickiej (2.6 PPG, 3.1 RPG na przestrzeni trzech pierwszych lat). A jednak w dniu draftu wcisnął między futrynę a zamykające się drzwi z napisem „NBA” stopę, a w zasadzie to siedem stóp (wiadomo „nie da się wytrenować wzrostu”). Był też pracowitym chłopakiem, a draft 1990 był podkoszową Saharą. Dość powiedzieć, że nasz bohater był uznawany za czwartego najlepszego klasycznego środkowego w tamtym naborze, po Feltonie Spencerze, Duanie Causwellu i Dwaynie Schintziusie. Z pierwszym pickiem drugiej rundy trafił do Golden State Warriors, którzy rok później unieśmiertelnili go, dorzucając gratisowo do wymiany Mitcha Richmonda za Billy’ego Owensa.

Co zabawne, Królowie tym samym uzbierali trzech z czterech rzekomo najlepszych „sewenfiterów” z draftu 1990 – oprócz Jepsena, grali tam wtedy też Causwell i Schintzius (a także inny sławny inaczej podkoszowiec z tamtego naboru, Steve Scheffler). Mniej zabawne, ale mnie śmieszy: obok Lesa Jepsena w składzie był też Jim Les (który jakimś cudem ma aż dwa wpisy na tym blogu).

Jepsen zmagał się z kontuzjami, brakiem siły i ogólnym drewniactwem. Rozegrał 21 spotkań w sezonie debiutanckim i 31 jako drugoroczniak. Łącznie w 52 meczach w NBA uzbierał 53 punkty (choć miał do kosza bliżej niż większość, miał problemy, żeby umieścić w nim choć co trzeci rzut) i 67 zbiórek, a potem zniknął z najlepszej ligi świata, by wypłynąć w nie najlepszej lidze świata – CBA.

Debiutował w niej jako gracz Rockford Lightning w rozgrywkach 1992/93, dzieląc szatnie m.in. z Lorenzo Williamsem, zawieszonym przez NBA za narkotyki starszym bratem Dereka Fishera, Duanem Washingtonem oraz swoim lustrzanym odbiciem, Alanem Oggiem. W kolejnym sezonie zaciągnął się do Fargo-Moorhead Fever (tak, z tego, znanego z filmu i serialu, Fargo). Tam z kolei spotkał się z kolegą ze studiów – Royem Marblem – a także bardzo białym człowiekiem z Milwaukee, Stevem Hensonem i jednym, jedynym Kurkiem Lee. Kampania 1994/95 to już Hartford Hellcats i spotkanie z jedną z moich największych niespełnionych nadziei, numerem dziewięć draftu 1990, Bo Kimblem. Jeśli wierzyć Wikipedii, karierę kontynuował w Europie, gdzie najpierw był członkiem objazdowego teamu „Footlocker Allstars” (nic więcej na ich temat nie znalazłem), a potem odwiedził ligę angielską i szwedzką. W każdym razie na pewno zobaczył więcej świata niż przeciętny mieszkaniec jego rodzinnej mieściny Bowbells w Dakocie Północnej, która liczy sobie obecnie ponad 300 mieszkańców.

Jepsen – z którego kart koszykarskich można się m.in. dowiedzieć, że na początku lat 90. jego ulubioną piosenką było „The Logical Song” zespołu Supertramp – na sportowej emeryturze zajął się obrotem nieruchomości i założył firmę z siedzibą w stanie Minnesota (widocznie dobrze wspominał roczną grę w Fargo), a konkretnie w St. Paul. Co ciekawe, to miasto też miało kiedyś swoją drużynę koszykówki. St. Paul Slam! przez dwa sezony rywalizowali w lidze IBA a sześć meczów w ich koszulce rozegrał nie kto inny jak Bo Kimble (a pięć występów zaliczył jakiś koleś, nazywający się dość kozacko Sonique Nixon, który dwa lata wcześniej był MVP ligi holenderskiej).

Jak można się domyślać, żaden użytkownik YouTube nie zrobił nigdy highlightów Lesa Jepsena, więc jeśli kogoś interesuje jak prezentował się w akcji, musi polegać na opisie jego gry autorstwa Briana Schmitza z Orlando Sentinel. Dziennikarz tak zapamiętał Lesa z występu w pokazowym turnieju Orlando All-Star Classic:

„Jego tyczkowate ciało nie potrafi nabrać wagi. […] Ze swoją twarzą chłopca rozwożącego gazety, wygląda jak dzieciak odbijający się w krzywym zwierciadle podczas wizyty w wesołym miasteczku.

Les wręcz trzeszczy, gdy biegnie – ta aktywność w jego wykonaniu wygląda na bolesną. Gdy składa się do rzutu hakiem wygląda jak żuraw, z rękami i nogami fruwającymi we wszystkich kierunkach”.

Musicie przyznać, że nie jest to opis przyszłej gwiazdy NBA, choć Schmitz chwalił jego walkę o zbiórki i bezpańskie piłki. Co oczywiście w koszykarskiej narracji jest odpowiednikiem grzecznego milczenia, gdy nie ma się do powiedzenia niczego miłego.

Otagowane ,

Matt Bullard

Matt Bullard

Halloween Fact: W latach dziewięćdziesiątych tylko jeden raz liga grała w Halloween. Szkoda, może wtedy mielibyśmy więcej takich kart, jak powyższa. Czyli durnych. Do Matta Bullarda – uwiecznionego na swojej sportowej karcie na sianie, z workiem w kształcie dyni na kolanach, z cukierkami w dłoni i w towarzystwie trzech innych, robiących dobrą minę do złej gry, kolegów – jeszcze wrócimy.

Na razie wróćmy do 31 października 1997 roku.

Wyjątkowo wypadła wówczas inauguracja sezonu 1997/98, znanego także jako „ostatni taniec„, choć w tamto Halloween Bulls postanowili się przebrać za drużynę, która przegrywa mecze z zespołem, którego pierwszą piątkę tworzą Dana Barros, Antoine Walker, Travis Knight, Ron Mercer i Walter McCarthy. Michael Jordan spudłował wówczas 16 z 23 rzutów, trafiając ich ledwie o dwa więcej niż Dennis Rodman, który tamto spotkanie zaczął na ławce. Dzięki 16 punktom zdobytym na linii rzutów wolnych, uzbierał wtedy 30 punktów, ale tamtego dnia w kostiumie najlepszego łowcy punktów wystąpił Latrell Sprewell, choć pewnie tylko dlatego, że przesyłka ze strojem Dusiciela z Bostonu zaginęła i doszła do niego dopiero miesiąc później.

45 punktów w przegranym meczu, to w tamtym momencie była druga największa zdobycz w Halloween. Lepszy był jedynie Adrian Dantley, zdobywca 50 punktów w 1980 roku (później wynik Sprewella poprawili pięcioma dyszkami jeszcze Rashard Lewis w 2003 i Derrick Rose w 2018, a w 2015 roku halloweenowy rekord ustanowił Steph Curry, rzucając 53 punkty).

Inne ciekawe przebrania z tamtego dnia, to między innymi:

  • Vin Baker w stroju Seattle Supersonics (Shawn Kemp nie przyszedł na imprezę halloweenową, bo liga zawiesiła go za udział w bójce w preseason, więc jego kostium Kawalerzysty musiał poczekać jeden mecz);
  • Chris Mullin przebrany za złego Chrisa Mullina – nie dość że miał na sobie koszulkę innej drużyny, to w debiucie jako gracz Indiana Pacers zdobył tylko dwa punkty przy skuteczności 1-8 z gry;
  • Tim Duncan w koszulce San Antonio Spurs (przygodę z NBA zaczął od 15 punktów w wygranym pojedynku z Denver Nuggets);
  • Jason Kidd (wtedy z Phoenix Suns) perfekcyjnie udający siebie samego, bo mało jest bardziej kiddowych rzeczy niż linijka statystyczna: 16 asyst, 14 zbiórek i tylko 6 punktów (od tamtego czasu nikt w Halloween nie miał tylu asyst, a Kidd byłby rekordzistą dnia, gdyby nie jeden mecz z 1968 roku, w którym Guy Rodgers i Dave Bing urządzili sobie zabawę w „podanie albo psikus” – pierwszy zakończył ją z 21 asystami, a drugi z 19);
  • Washington Bullets w przegranym starciu z Pistons przebrali się za Washington Wizards i tak już zostali;
  • Violet Palmer na mecz Vancouver Grizzlies i Dallas Mavericks założyła strój sędziego NBA, jako pierwsza kobieta w historii;
  • Linia rzutów za trzy punkty dla odmiany skończyła z przebierankami i wróciła do swojego dawnego wyglądu, znów sięgając 7 metrów i 24 centymetrów po dwuletnim eksperymencie z krótszym dystansem.

Matt Bullard także zagrał w tamto Halloween.

W meczu Houston Rockets z Cleveland Cavaliers zdobył 3 punkty rzutem za trzy… co właściwie mówi Ci wszystko, co powinieneś wiedzieć o tym koszykarzu. Po serii kontuzji kolan, które pozbawiły go sprawności fizycznej, zanim jeszcze jego kariera zawodowa się zaczęła, Matt stał się jednym z pierwszych specjalistów od trafiania trójek, pionierem pozycji „stretch four”, który wchodząc na boisko ułatwiał trochę życie Hakeemowi Olajuwonowi, odciągając obrońców przeciwnika spod kosza (oczywiście nie był na tyle cenny, żeby Rakiety nie chciały go oddać razem z Robertem Horrym za Seana Elliotta, w ramach niesławnej wymiany unieważnionej ze względu oblane testy medyczne Elliotta).

W swojej 11-letniej karierze w NBA (w sezonie 1994/95 zrobił sobie przerwę na grę w Europie) oddał więcej rzutów z dystansu (1561) niż za dwa punkty (1346). Choć dzisiaj trójki w NBA wpadają na prawo i lewo, to Bullard utrzymuje się w czołówce listy wszech czasów Rakiet pod względem celnych rzutów za trzy: jego 557 trafień to w tym momencie siódmy wynik (i więcej niż uzbierał np. inny znany z trójek koszykarz z Houston – Kenny Smith).

Co dziwne, nie udało mi się znaleźć żadnego krótkiego wideo z Mattem rzucającym za trzy, ale jeśli obejrzycie dowolny mecz Houston z lat 90., to jest naprawdę spora szansa, że tak widoczek się pojawi (Bullard grał dla Rockets w latach 1990-1994 oraz 1996-2001). Matt rzucający długą dwójkę wygląda zaś tak:

Bullard miał dobre oko nie tylko do umieszczania piłki w koszu z dalekich odległości. W styczniu 1993 roku, w trakcie timeoutu podczas jednego z meczów Rockets, w owe oko wpadła mu pewna blondynka siedząca na trybunach. Pomachał do niej, ona odmachała, a potem zaczęła mu pokazywać na palcach swój numer telefonu. Tak Matt wspomina tamtą sytuację:

„Zaraz po tym, jak skończyła mi przekazywać swój numer, Rudy [Tomjanovich] wysłał mnie na boisko, więc przez całą [drugą] kwartę w kółko powtarzałem w myślach jej telefon. W przerwie meczu natychmiast pobiegłem do szatni go zapisać.”

Zapisał, nic nie pomylił i trafił w dziesiątkę. Blondynka miała na imię Paula i została jego żoną.

Gorzej z celnością było podczas tej sesji zdjęciowej, z której Upper Deck złośliwie kupił zdjęcie na kartę Bullarda, ale mam na jej temat dwa przemyślenia:

  • Co prawda pisałem kiedyś, że Matt wygląda jak jeden z terrorystów ze „Szklanej Pułapki”, ale teraz stwierdzam, że chyba bardziej wygląda jak syn Gregga Popovicha.
  • „Pidżamy” Rockets to jedno z najstraszniejszych wdzianek, jakie można założyć w Halloween.
Postaw kawę
Otagowane ,

Radisav Ćurčić

Radisav Curcic

Fun Fact: Kontynuujemy nasz przegląd debiutantów Dallas Mavericks z sezonu 1992/93 (którzy nie nazywają się „Jim Jackson„). Wczoraj bohaterem był gość o nazwisku Bond, dzisiaj za to w roli głównej jegomość, który wygląda jak bondowski złoczyńca…

Znacie ten kawał? Przychodzi wielki Serb do fryzjera w Dallas… i wychodzi łysy, bo zna tak słabo angielski, że nie potrafi wyjaśnić jaką chce fryzurę. Taka sytuacja była podobno udziałem Radisava Ćurčicia na początku jego amerykańskiej przygody, choć bardzo możliwe, że to po prostu jeden z żarcików na jego temat, mających ilustrować jak bardzo odstawał od reszty ligi… tudzież, jak idealnie pasował do przypadkowej zbieraniny koszykarskiej jaką w sezonie 1992/93 byli „Mav-wrecks”.

Choć trzeba przyznać, że łysa głowa mu pasowała, bo po dziś dzień zajmuje jedno z czołowych miejsc w rankingu koszykarzy NBA, którzy wyglądają jak gangsterzy (choć ten dziennikarz, który pisał o jego wizycie u fryzjera, uważa, że bardziej jak zawodnik wrestlingu).

Jest też w czubie rankingu najmniej koszykarskich kart koszykarskich, o czym już kiedyś pisałem, ale dopiero teraz mogę się pochwalić, że wspomnianą wtedy kartę mam już u siebie w domu!

Radisav (nie „Radislav”, choć właśnie tak jego imię zapisano na awersie karty, która ilustruje ten wpis – na rewersie pisownia jest już właściwa) raczej odstawał od gwiazd reprezentacji Jugosławii, ale łapał się na przełomie dekad do kadry. Dzięki temu zdobył złoty medal mistrzostw świata w 1990 roku i – w tym samym roku – miał szansę pokazać się z dobrej strony w finale koszykarskiego turnieju na Igrzyskach Dobrej Woli w Seattle. Zaliczył wówczas 10 punktów i 11 zbiórek z ławki, pomagając pokonać reprezentację gospodarzy (w której grali między innymi Alonzo Mourning i Christian Laettner). Można sobie tamten mecz nawet obejrzeć na YouTube (albo przewinąć od razu o godzinę i czterdzieści jeden minut, żeby zobaczyć, jak Toni Kukoc ładuje piłkę nad Zo):

W sezonie poprzedzającym angaż do NBA, Ćurčić notował średnio 20,4 punktu i 14,3 zbiórki w lidze włoskiej, ale po siedmiu meczach złapał kończącą sezon kontuzję. To jednak najwyraźniej wystarczyło, aby poręczył za niego europejski skaut Mavs, choć serbski środkowy (którego ulubionym koszykarzem był Vinko Jelovac, dwukrotny zwycięzca plebiscytu na słoweńskiego sportowca roku) miał już wtedy 27 lat.

W wywiadzie z 2020 roku, Ćurčić wspomina swój amerykański epizod z lekkim niedosytem. Podobno złamał wtedy rękę w wypadku samochodowym, przez co stracił cenne treningi. Był też daleki od optymalnej formy, co zmieniło się dopiero w drugiej części jego kariery, gdy zrzucił naddatek kilogramów i rozegrał swoje najlepsze kampanie w barwach Maccabi Tel Awiw (łącznie wygrał z nimi 4 tytuły mistrza kraju, dwa puchary i jedyny sezon SuproLigi, a w 1999 roku był MVP ligi izraelskiej). Twierdzi też, że na początku lat 90. obcokrajowcom w NBA wciąż było bardzo trudno, i że w dzisiejszych czasach z pewnością wywalczyłby sobie miejsce w NBA na „siedem lub osiem sezonów”.

Zaiste te 30 lat temu jak z płatka mu nie szło. W lidze nie osiągnął niczego. 20 meczów, średnio 8 minut i po dwa-coś punktów oraz zbiórek. Najlepszy mecz? 11 punktów, 6 zbiórek i 3 przechwyty przeciwko Chicago. Radisav spędził wtedy na parkiecie aż 17 minut, więc chyba nikogo nie zaskoczy informacja, że Bulls wygrali tamten mecz 35 punktami.

Do tego wszystkiego rzucał z wyskoku z finezją ulicznej bójki…

A propos bójek: Radisav – który po roku w NBA (i kolejnym roku we Włoszech) został gwiazdą ligi izraelskiej – we wrześniu 1995 roku uderzył podczas treningu dziennikarza Eliego Sahara za to, że skrytykował jego grę w swoim artykule. Mam nadzieję, że tego tekstu nie odbierze jako obraźliwego, choć nawet gdybym wystawił mu laurkę, to i tak nie chciałbym go spotkać w ciemnej uliczce… no, chyba, że akurat wyprowadzałby pieska na spacer:

Fot. Archiwum prywatne / siol.net/sportal
Postaw kawę
Otagowane , ,

Jamie Feick

Fun Fact: Jamie to jeden z wymarłych gatunków – jednowymiarowy koszykarz, który we współczesnej NBA czułby się jak twój stary na tik toku. Feick nie stał w kolejce, gdy Bóg rozdawał koszykarski talent, ale gdyby ten gość, który kiedyś przebrał się za Michaela Jordana, w trakcie wydawki taki talent upuścił, to nasz bohater prawdopodobnie wygrałby walkę o zbiórkę.

Feicka na boisku nie interesowało nic więcej poza zbieraniem piłki. Do ofensywy przykładał tyle uwagi, co MJ do dobrostanu psychicznego kolegów z zespołu. W obronie też nie był orłem, co udokumentowała wydana w 1999 roku gra na Game Boya „NBA 3 on 3 Featuring Kobe Bryant”, w której był najgorszym graczem z defensywnym wskaźnikiem równym zero. Gracz z defensywą level 0 wygląda mniej więcej tak:

Brak finezji Jamie’ego nie dziwił, skoro uczył się on koszykówki grając w „barn ball”, czyli w zasadzie w futbol amerykański z obręczami, rozgrywany na klepisku stodoły, gdzieś na ohiowskiej wsi. Z tego samego powodu nie dziwiła też jednak zaciętość w podkoszowych przepychankach.

Pierwszy odcinek serialu „Rolnik szuka zbiórki” nie miał zbyt wartkiej akcji. Choć wybór w drafcie do NBA w 1996 roku był ogromny sukcesem gościa, w którym właśni trenerzy – zarówno w liceum, jak i na studiach – nie widzieli materiału na zawodowca, to pierwsze trzy lata spędził jako niewidoczny rezerwowy na ławkach, kolejno, Hornets, Spurs i Bucks (nie zagrał ani jednego spotkania w zespole, który wziął go w naborze z 48-ką, czyli w Sixers, spędził też trochę czasu w CBA i zagranicą). Nic dziwnego, że właśnie tak wygląda jeden z dwóch dostępnych obecnie na YouTube highlightów z czasów gry Feicka w NBA:

W tej części kariery najbardziej chwalebnym wyczynem było 41 meczów w barwach Spurs i dorzucenie cegiełki do heroicznej walki Ostróg o jedynkę w drafcie 1997.

Dopiero w drugim odcinku życie napisało mu nieco bardziej frapujący scenariusz. Po podpisaniu w marcu 1999 roku dziesięciodniowego kontraktu z New Jersey Nets, został bohaterem ich sezonu ogórkowego. Słabi i zdziesiątkowani kontuzjami Nets wpuścili go na boisko w 26 meczach, a w czternastu ostatnich spotkaniach tamtego lokautowego sezonu powierzyli rolę pierwszopiątkową. W tamtym okresie zaliczał ponad 13 zbiórek na mecz i nagle stał się jednym z najgorętszych podkoszowców bez kontraktu końca XX wieku. Latem odebrał m.in. telefon od Karla Malone’a, świeżo upieczonego podwójnego MVP i kolegi rednecka, który przekonywał go, że potrzebuje jego wsparcia w walce pod tablicami. Dzwonili też Clippersi i dawali 20 milionów dolarów, choć to wciąż były czasy, kiedy odbieranie telefonu od Clippersów mogło zdziałać dla twojej kariery równie wiele dobrego, co obejrzenie kasety wideo z „Ringu”. Feick ostatecznie odrzucił walkę o mistrzostwo z Jazz oraz lepsze pieniądze w Mieście Aniołów i podpisał się pod kontraktem od Nets, wartym 15 milionów płatnych w 6 lat.

I choć kolejny odcinek „Rolnik szuka zbiórki” już wjeżdża nam w lata zerowe, to warto jeszcze dodać na zakończenie, że w raju szybko pojawił się kłopoty. Feick dużo mówił o lojalności wobec Nets, ale podobno zrozumiał, że generalny menadżer John Nash obiecał mu miejsce w pierwszej piątce. Gdy okazało się, że trener Don Casey chce go trzymać na ławce, a na dodatek nie cofa się przed okazjonalnym przyklejaniem go do niej, mina Jamie’ego zrzedła.

Choć nadal był maszynką do zbiórek, mógł żałować, że nie jest zmiennikiem Karla Malone’a, a Jima McIlvaine’a. Niestety jego walka o minuty w rotacji Nets nie potrwała długo. Po sześciu meczach rozgrywek 2000/01 zakończył sezon ze względu na kontuzję Achillesa i już nigdy nie wrócił na boisko. Łapanie piłek zastąpił łapaniem ryb (wyczynowym), trenował zawodowo konie cuttingowe oraz reprezentację liceum, do którego sam kiedyś uczęszczał, a w końcu założył razem ze wspólnikiem firmę produkującą stalowe rury.

Nie wiem, jak się produkuje stalowe rury, ale myślę, że ten proces ma mniej więcej tyle polotu, co koszykówka w wydaniu Jamie’ego Feicka. W dobrym tego porównania znaczeniu.

Otagowane ,

Greg Foster

Greg Foster

Fun Fact: Najbardziej pamiętny artykuł z magazynu Pro-Basket to moim zdaniem tekst o tatuażach w NBA. Już pierwsze jego zdanie to być może najlepsze pierwsze zdanie w historii piśmiennictwa:

Greg Ostertag paraduje z Fredem Flinstonem, wykonującym wsad.

Potem dostajemy jeszcze więcej ciekawostek na temat tego kto, co i gdzie uwiecznił na swoim ciele.

Nagrodę za najgłupszy tatuaż wymieniony w tamtym tekście zdobył Cherokee Parks, mający na plecach wydziaraną twarz, której usta otwierają się przy schylaniu (miał także czaszkę z zielonego jabłka na łydce). Nagrodę za najbardziej oczywisty tatuaż zgarnia z kolei Doug Christie, który miał na ramieniu wytatuowaną twarz znanej z chorobliwej zazdrości żony Jackie (a w zasadzie pół twarzy żony i pół twarzyczki córki). W kategorii „Business in front, party in the back” tryumfował z kolei Michael Cage – posiadacz złożonych w geście modlitwy rąk na ramieniu i róży na pośladku.

I choć mógłbym ciągnąć tę galę wręczania nagród w nieskończoność, to odsyłam Was do lektury oryginalnego tekstu Chrisa Sheridana, a ja wytknę mu jego największą wadę: ani słowa o tym, że Greg Foster ma na lewym ramieniu wytatuowany napis „BOWIE”, bo znajomi z liceum (wśród nich Gary Payton) powtarzali mu, że jest podobny do Sama Bowiego

Pozwolę to skomentować samemu Fosterowi:

Byłem młodym, durnym chłopakiem.

Cóż, przynajmniej nie wytatuował sobie napisu „Bowie” po chińsku.

Greg to reprezentant drugiego garnituru ligowych podkoszowców, który dzięki zadziorności, chęci do odwalania czarnej roboty oraz przyzwoitemu rzutowi, utrzymał się w lidze 13 sezonów. Karierę zaczynał jednak, po wyborze z 35. numerem draftu 1990, od dwóch sezonów (i 10 meczów kolejnej kampanii) w Washington Bullets. Jego trener Wes Unseld także nie był fanem decyzji swojego debiutanta i twierdził, że gdyby Foster wydziarał sobie napis „Wes”, dostawałby więcej minut.

Nasz bohater ze swoim tatuażem i z bohaterem swojego tatuażu, wygląda mniej więcej tak:

Oto statystyki obydwu panów w bezpośrednich starciach:

Regular Season Table
Player G W L GS MP FG% FT% TRB AST STL BLK TOV PF PTS
Greg Foster1165012.6.447.5002.40.70.00.20.92.14.3
Sam Bowie1156829.6.407.7786.52.50.41.51.92.710.3
Provided by Stathead.com: View Stathead Tool Used
Generated 5/28/2022.

Cóż, nie ma tu niczego godnego wytatuowania, a przynajmniej nie według standardów nie należących do Grega Fostera.

A morał z tej historii jest taki: Sam Bowie to zły wybór nie tylko podczas draftu NBA.

Otagowane ,

Jeff Turner

Jeff Turner

Fun Fact: To drugi wpis o Jeffie Turnerze na tym blogu, choć w sumie ten pierwszy był bardziej o Stephenie Kingu, kradzieży tożsamości i wokaliście zespołu Creed.

Wypadałoby zatem oddać Turnerowi co turnerowskie: że był solidnym skrzydłowym bez iskry bożej, ale za to z niezłą półdychą i – w późniejszych latach – pewnym zagrożeniem zza łuku.

Do NBA trafił w 1984 roku, z siedemnastym pickiem. Po trzech sezonach w New Jersey przeniósł się na dwa lata do Włoch, a potem dostał ofertę z Orlando. Magicy myśleli o wyborze w drafcie Vlade Divaca i oglądali mecze Partizana Belgrad, gdy w oko wpadł im grający w drużynie przeciwnej Turner. Okazał się on na tyle kompetentny, że utrzymał się w składzie przez siedem lat. To właśnie Jeff był podstawowym power forwardem Magic w sezonie zakończonym pierwszym awansem do playoffów klubu z Florydy. W ostatnich 13 meczach, Jeff notował po 10 punktów i 6 zbiórek w każdym meczu (w tym 22/10 w starciu z Bucks), dokładając do tego po niecałej trójce. Niestety ten sezon zakończył się dla niego o cztery spotkania za wcześnie, zerwaniem ACL w lewym kolanie. Nie żeby to była tylko wina braku Turnera, ale osłabieni Magic nie mieli nic do powiedzenia w pierwszorundowym pojedynku z Pacers (ciekawostka: rok wcześniej sezon Orlando także zakończyła Indiana, która wygrała tie-break o wejście do playoffów pięcioma małymi punktami). Potem Magicy ściągnęli Horace’a Granta i Jeff wrócił do roli rezerwowego, choć i nią się nie nacieszył, bo z powodu kolejnych urazów jego kariera zakończyła się dwa lata i raptem 62 spotkania później.

Także tak.

Zmierzam do tego, że bez przesady z – udokumentowanym na ilustracji tego wpisu – umieszczaniem Jeffa Turnera w karcianych setach o nazwie „lista osób zasłużonych”.

Otagowane ,

Paul Mokeski

Paul Mokeski

Fun Fact: W swojej książce „The Book Of Basketball”, Bill Simmons włączył Paula Mokeskiego do swojej drużyny najbardziej niepowtarzalnych („z powodów genetycznych lub fizycznych”) koszykarzy w historii. Wtedy też zawarł całą istotę Mokeskiego w jednym akapicie (poniższy cytat to moje tłumaczenie z oryginału, bo polskiej wersji książki nie mam):

„O ‚potędze Mokeskiego’ pisałem w swoich felietonach na ESPN.com tak często, że doczekałem się wzmianki na jego profilu na Wikipedii. Rezerwowy center, który jakimś cudem grał aż 12 sezonów, biedny Mokeski był nieprawdopodobnie nieatletyczny i biegał tak, jakby miał dwie protezy nóg. Jakby to nie wystarczyło, próbował przywrócić do łask połączenie trwałej i wąskiego wąsika, które powinno umrzeć na początku lat 80. Dorzućmy zakola, kilka dodatkowych podbródków i stwierdzimy, że Mokeski wyglądał jak glina z Jersey stojący w kolejce po pączki. Możecie więc sobie wyobrazić, jak dziwaczny był fakt, że był całkiem pożytecznym graczem – twardym obrońcą, przyzwoitym siłaczem, niezłym strzelcem z półdystansu, który nigdy nie brał się za robienie czegoś, czego nie potrafił. Zaliczał 20 minut w meczu w składzie Bucks, który w 1985 roku wygrał 59 spotkań. Kochałem Mokeskiego tak bardzo, że trzy długie lata życia spędziłem na poszukiwaniu jego meczowej koszulki na eBayu, zanim ostatecznie się poddałem.”

Można by w zasadzie na tym zakończyć, ale z kronikarskiej przyzwoitości, rozwińmy nieco myśli Simmonsa.

Urodzony w 1957 roku Paul, koszykarskie nazwisko wyrabiał sobie na uniwersytecie Kansas (a trzeba przyznać, że trudno wyrobić koszykarsko nazwisko „Mokeski”). Stamtąd właśnie trafił do NBA jako 42. pick w Drafcie 1979. Wybrali go Houston Rockets, gdzie spędził jeden rok bez historii, po czym dołączył do słabych wówczas Detroit Pistons, gdzie jako drugoroczniak ustanowił rekordy kariery pod względem średniej punktowej (7.1), zbiórek (5.2) i celności z gry (48.9%). Na początku kolejnego sezonu do klubu dołączył debiutant Isiah Thomas, ale mierzący 213 centymetrów i ważący 113 kilogramów środkowy nie załapał się na erę legendarnych Bad Boys, choć miał w jej powstawaniu pewien udział: lutym 1982 roku przeszedł do Cleveland Cavaliers za m.in. Billa Laimbeera. Cavs zwolnili go na początku kolejnej kampanii i Mokeski zdecydował się na testy w Milwaukee Bucks, gdzie – po dwóch 10-dniowych kontraktach – osiadł na resztę sezonu 82/83 i sześć kolejnych rozgrywek (szkoda, że nie wytrzymał do lat dziewięćdziesiątych, bo wtedy mógłbym użyć tagu „bardzo biali ludzie z milwaukee”).

To właśnie tam spędził najlepsze lata, a prowadzeni przez Don Nelsona Bucks byli wówczas jedną z najgroźniejszych drużyn ligi, dwukrotnie grającą w finałach Konferencji Wschodniej i w obydwu przypadkach eliminowaną przez Boston Celtics. Najbliżej pokonania znienawidzonych Celtów, Milwaukee byli w 1987 roku, gdy ich drugorundowy pojedynek rozstrzygnął się dopiero po siedmiu meczach. Bohater tego tekstu wspomina ten moment z mieszanymi uczuciami – stracili wówczas prowadzenie w ostatnich minutach po kolejnych heroizmach Larry’ego Birda, ale po meczu Red Auerbach zaczepił go pod Boston Garden, poprosił o rozmowę na osobności, w której wyznał, że jest fanem gry Mokeskiego i po dziś dzień żałuje, że nie udało mu się go pozyskać w drafcie. True story, przynajmniej według Mokeskiego.

Paul Mokeski oficjalnie przeszedł na emeryturę w 1993 roku, ale z boisk zniknął w 1991 roku, po dwóch jednorocznych przygodach z Cavaliers i Warriors. Potem parał się trenerką, dzięki czemu wrócił nawet na krótko do NBA jako asystent trenera Charlotte Bobcats w sztabie Sama Vincenta.

Tyle od kronikarzy kariery Mokeskiego, czas przejść do rzeczy bardziej ulotnych…

Oczywiście w przypadku Mokeskiego trudno oderwać artystę od dzieła. Wielu było solidnych rezerwowych centrów, ale niewielu opakowano w tak brawurowe połączenie rachitycznego wąsika, afro białego człowieka i niestandardowej urody.

To zapewne ten kontrast tak fascynował Billa Simmonsa, choć trzeba przyznać, że jego miłość do Mokeskiego jest dość skomplikowana. W swojej książce jeszcze dwukrotnie wspomina Paula, samemu sobie zaprzeczając. Najpierw pisze, że gdyby klonowano koszykarzy, pierwsi w kolejce powinni być (niekoniecznie w tej kolejności) Michael Jordan, LeBron James i David Robinson, a ostatni – Paul Mokeski. Jakieś 200 stron później, rozważając wyjątkowość kariery Hakeema Olajuwona, stwierdza jednak, że gdyby w USA zaczęto klonować ludzi (jako część tezy, że nawet drugi Hakeem nie miałby tak samo wyjątkowej kariery jak oryginalny), to ma nadzieję iż zaczną od Mokeskiego.

Zdecyduj się Simmons!

(Choć i tak wiadomo, że Bill Simmons najchętniej sklonowałby Larry’ego Birda. Albo Jamesa Younga.)

Fun Fact 2: Paul Mokeski był uczestnikiem pierwszej bójki Charlesa Oakleya w NBA. Skończył ją ze złamanym nosem.

Otagowane ,

Brett Szabo

Brett Szabo

Fun fact: Na każdej liście najbardziej zaskakujących faktów dotyczących NBA musi znaleźć się pozycja „Brett Szabo rozegrał pełny sezon w lidze”.

Brett Szabo nie miał wystarczająco dużo talentu, by grać w NBA, ale miał to gdzieś. Po liceum nie dostał żadnego stypendium koszykarskiego. Do reprezentacji Augustana College – który nie był żadnym koszykarskim tuzem – dostał się tylnymi drzwiami.

To był ten pierwszy raz, kiedy Brett mógł się przekonać, że ciężka praca popłaca.

Mimo że był zwykłym studentem, a nie sportowym stypendystą, stał się jednym z liderów Augustany. Na trzecim roku studiów rzucał prawie 16 punktów w meczu i zbierał około 8 piłek na mecz. Nie liczono mu bloków, ale to była główna specjalność mierzącego 6 stóp i 11 cali wzrostu centra (185 czap to rekord szkoły). Oczywiście nikogo nie obchodziło kto wykręca 16/8 w podrzędnym koledżu (zwłaszcza, że w ostatnim sezonie w NCAA było to bardziej 9/5), dlatego Brett musiał szukać pracy poza NBA. Zainteresowanie wyraził zespół Sioux Falls Skyforce z ligi CBA, zaintrygowany rzadkim lokalnym produktem koszykarskim (Augustana College ma kampus właśnie w Sioux Falls).

To był ten pierwszy raz, kiedy Brett mógł się przekonać, że nie jest wystarczająco dobry.

W półprofesjonalnej lidze nie dał rady przebić się do pierwszej piątki, zdobywając po 3 punkty i 3 zbiórki w meczu (tradycyjnie dodając trochę bloków, podobno w jednym z meczów miał nawet triple-double zawierające dwucyfrową liczbę czap). Poza Skyforce, przywdziewał także koszulkę Rochester Renegade i Rockford Lightning, a wobec przedłużającego się braku zainteresowania z NBA wyjechał do Niemiec w 1995 roku.

I potem znów okazało się, że praca popłaca, że po pewnym czasie obala argument pod tytułem „nie jest wystarczająco dobry”.

Przydaje się też uśmiech losu. I sprzyjające okoliczności.

M.L. Carr – były zawodnik i trener Celtics w latach 1995-1997 – natknął się przypadkiem na Szabo w hali treningowej Bostonu. Brett szlifował tam swój warsztat razem ze swoim agentem. Skończyło się na tym, że Carr zagrał z Szabo. Jakiś czas później, podczas obozu przygotowawczego do sezonu 96/97, M.L. przypomniał sobie o tym nieco dziwacznym gościu z hali i zaproponował mu kontrakt.

Na jego decyzję złożyły się trzy czynniki:

  1. M.L. Carr nie był najlepszym GM’em, choć miewał fantazję.
  2. Środkowi Celtów mieli akurat problemy z kontuzjami.
  3. Boston chciał w Drafcie 1997 wybrać Tima Duncana, a Brett Szabo posiadał wysokie kwalifikacje w nieprzeszkadzaniu tego rodzaju planom.

Cała reszta to już zasługa samego Bretta. Do swojej życiowej szansy podszedł bez kompleksów – po prostu grał w kosza najlepiej jak umiał, trenując najciężej jak się da. Efekt – 70 meczów NBA na koncie Bretta, w tym aż 24 w pierwszej piątce. Średnie z sezonu są skromne – 9.5 minuty, 2.2 punktu, 2.4 zbiórki i 0.5 bloku na mecz – ale tankujący Celtics doceniali jego gotowość do gry, dając mu od czasu do czasu szansę na dłuższe bieganie po parkiecie.

Miał 6 punktów i 7 zbiórek w 9 minut w styczniowym meczu przeciw Heat. 10 punktów, 5 zbiórek i 2 bloki ze zwycięskiej potyczki z Bucks w marcu 1997 były jego największym osiągnięciem tylko przez miesiąc. W drugim od końca i przedostatnim spotkaniu sezonu zasadniczego miał – odpowiednio – 7 punktów, 14 zbiórek, 2 asysty i 1 blok (przeciw Hornets), oraz 15 punktów, 13 zbiórek, 3 asysty i 3 bloki (przeciw 76ers). Co by nie mówić o końcówkach sezonu i tankowaniu, double-double w meczu NBA to nie jest coś czego dokonuje każdy 28-letni rookie, bez praktycznie żadnych wcześniejszych liczących się osiągnięć koszykarskich.

Celtowie nie wylosowali pierwszego numeru w drafcie, skończyło się też szczęście Bretta Szabo. Zabrakło dla niego miejsca w przetasowującym się składzie Bostończyków, a ponieważ żaden inny generalny menadżer nie miał miłych wspomnień z gry jeden-na-jeden z Brettem, musiał znów wyjechać za pracą do Europy. Karierę zakończył w 2000 roku w klubie ze słowackiego miasta Pezinok.

Dziś jest zwykłym kolesiem (ok – bardzo wysokim zwykłym kolesiem), mężem, ojcem i mieszkańcem Sioux Falls.

Co ciekawe, jeszcze tylko jeden absolwent Augustany trafił do NBA i był to Arvid Kramer, postać równie kultowa co Szabo wśród fanów bardzo białych koszykarzy, „słynąca” z tego, że mimo iż Kramer rozegrał w lidze raptem tylko 8 spotkań w sezonie 79/80 to został pierwszym pickiem w expansion drafcie z 1988 roku (wzięło go Miami). W 1980 roku, Dallas także wzięło go w expansion drafcie i po dziś dzień pozostaje on jedynym koszykarzem dwukrotnie wybieranym w naborze do ligowych beniaminków, który jednak nigdy dla nich nie zagrał.

Co do Szabo, to nie wspomniałem jeszcze tylko o jednej, dość ważnej rzeczy – jego goglach.

TE GOGLE!

Otagowane ,