Charles Smith

Charles Smith

Fun Fact: Mimo że jestem fanem New York Knicks, postanowiłem napisać coś pozytywnego o Charlesie „Autora Tego Tekstu Nigdy Nie Przestanie Śmieszyć Wymawianie ‚Smith’ jako ‚SMIS'” Smith’cie.

Wiadomo dlaczego to trudne.

Dość powiedzieć, że jedna z moich drużyn fantasy basketball nazywa się „Charles Smith layup package” (w tym roku wygrała swoją ligę!).

Nie pokażę więc Wam, obowiązkowego w każdym innym wpisie o nim, wideo z końcówki piątego meczu serii Knicks-Bulls z 1993 roku, zwłaszcza, że po jego obejrzeniu zadzwoniłby telefon i umarlibyście tydzień później.

Pokażę za to wideo z innym popisem Smitha – pięćdziesięcioma dwoma punktami rzuconymi Nuggets w 1990 roku, które wyrównywały rekord klubu Boba McAdoo:

W sumie, to mam jeszcze jedno wideo – ze Smithem sprzedającym ubezpieczenia:

Ale wracając do jego 52 punktów.

Jasne, że to było przeciwko Denver, drużynie, która w tamtym sezonie radziła sobie w defensywie mniej więcej tak dobrze, jak dobrze radziły sobie z pozostawaniem przy życiu aktywne seksualnie nastolatki w slasherach. Ale jednak, przez prawie 35 lat, nikomu w koszulce Clippers nie udało się poprawić wyniku Smitha (McAdoo dokonał tego w koszulce Buffalo Braves) – dopiero niedawno, na początku rozgrywek 2025/26, zrobił to najpierw James Harden, a potem Kawhi Leonard (i jeden, i drugi, rzucił 55 punktów).

Co prawda pięćdziesiątkę Smitha często wrzuca się do wora tych najdziwniejszych, najbardziej przypadkowych, ale trzeba jasno powiedzieć, że przez pierwsze trzy sezony – zanim spowolniła go kontuzja kolana a prominentnej boiskowej roli pozbawił transfer do Knicks – Charles zdecydowanie spełniał oczekiwania pokładane w numerze trzecim draftu 1988. A Clippers z nim – i z wybranym z jedynką w tym samym naborze, Dannym Manningiem – wreszcie dokądś zmierzali, nawet jeśli miało się okazać że była to tylko pierwsza runda draftu i implozja (Smith był pierwszym graczem tamtego trzonu, który opuścił Los Angeles – po nieudanych negocjacjach nowego kontraktu przedłużył umowę o rok oraz wystosował oficjalny list do klubu, w którym oznajmił, że zamierza zostać wolnym agentem i odejść, nie pozostawiając klubowi innego wyboru niż transfer).

Liczby potwierdzają, że młody Smith miał wyjątkowy start swojej zawodowej kariery.

W rozgrywkach 1990/91 notował średnio 20.0 PPG, 8.2 RPG, 1.1 SPG oraz 2.0 BPG. Od tamtego momentu, tylko trzem zawodnikom udało się osiągnąć takie statystyczne pułapy w jednym z trzech pierwszych swoich sezonów w lidze: Davidowi Robinsonowi, Anthony’emu Davisowi i Victorowi Wembanyamie (a wcześniej: Patrickowi Ewingowi, Hakeemowi Olajuwonowi, Ralphowi Sampsonowi, Joe Barry’emu Carrollowi i Bobowi McAdoo).

Jeśli brać pod uwagę wszystkie sezony w karierze, to Smith jest jednym z 20 graczy w historii ligi, którzy tego dokonali.

Dodatkowo, Charles jest w innym wąskim gronie – koszykarzy, którzy w trzech pierwszych latach uzbierali minimum 4000 punktów, 1500 zbiórek, 200 przechwytów i 350 bloków. Poza nim, byli to tylko Elton Brand, Shaquille O’Neal, David Robinson, Patrick Ewing, Hakeem Olajuwon, Ralph Sampson i Joe Barry Carroll.

W 1992 roku nie wiedziałem tego wszystkiego, ale i tak uważałem Charlesa Smitha za jednego z moich ulubionych zawodników.

Wtedy w moje ręce trafiła karta ilustrująca ten wpis (to była jedna z tych, które kupiłem od kolegi z ciocią z Ameryki, dealującego upperdecki i skyboxy z kartonu po Marlboro). Swoją sympatię oparłem na tym, że miał fajne zdjęcie, a na odwrocie pisano, że jest liderem swojej drużyny w punktach, zbiórkach, blokach i skuteczności z wolnych.

Charles Smith - rewers karty

Miałem wtedy jeszcze kartę Bo Kimble’a, którego też obdarzyłem irracjonalnym uczuciem na podstawie statystyk z odwrotu karty (w jego przypadku – statystyk uniwersyteckich).

Z kolei, gdy przeglądałem „Skarb Kibica” w „Przeglądzie Sportowym”, to uznałem, że ówczesny rozgrywający Clippers, Doc Rivers, ma tak cool imię i nazwisko, że pożyczyłem je sobie i nadałem najlepszemu graczowi zmyślonej przeze mnie ligi koszykówki (nazywała się NBL i jej rozgrywki toczyły się przez kilka sezonów w moim zeszycie).

Inne nazwisko, o którego właścicielu nie wiedziałem nic, ale przyspieszało bicie mojego serca podczas lektury składów? Rolando Blackman.

Inny zawodnik, którego kartę wtedy miałem i jarałem się, że ma na koncie dwa sezony ze średnią powyżej 20 punktów, a więc musi być gwiazdą? Tony Campbell.

Ta czwórka razem ze Smithem spokojnie mogła uchodzić w 1992 za moją pierwszą piątkę ulubionych graczy, których nigdy nie widziałem w akcji.

Zgadnijcie kogo moi New York Knicks ściągnęli w 1992.

Charlesa Smitha.

Bo Kimble’a.

Doca Riversa.

Rolando Blackmana.

Tony’ego Campbella.

Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że czułem się, jak w koszykarskiej grze komputerowej, gdzie zaczynasz sezon od ściągnięcia do ulubionej drużyny ulubionych zawodników.

Nie ma dyskusji, że te ruchy przełożyły się na wyniki. Głęboki skład wygrał 60 meczów – więcej niż Chicago Bulls (w jednym z meczów zafundowali Michaelowi Jordanowi największą wówczas porażkę w jego karierze) i mniej tylko od napędzanych najbardziej wartościowym Charlesem Barkleyem Phoenix Suns. To był ich najlepszy bilans od 1970 roku i do tej pory niepobity.

ALE.

Smith nie został drugim All-Starem obok Ewinga.

Kimble nie został zawodnikiem NBA.

Rivers stracił prawie cały następny sezon przez kontuzję i miejsce w składzie, na rzecz Dereka Harpera.

Blackman był u schyłku kariery oraz zmagał się z kontuzją pleców (choć i tak trafiłby więcej rzutów w siódmym meczu finału NBA niż John Starks, gdyby tylko Pat Riley mu pozwolił).

Campbell co prawda zaczął sezon 1992/93 w pierwszej piątce, no ale chyba nawet 10-letni ja nie był zdziwiony, że nie miał w ataku takiej roli, jak w Minnesocie Timberwolves.

Poza Charlesem i – na trzy mecze – Dokiem, dwa sezony później żadnego z nich nie było już w Nowym Jorku, ale latem 1992 roku myślałem, że Knicks rozbili bank.

I cóż, prawie rozbili.

I Charles Smith miał też w tym swój udział.

Nie tylko w „prawie”.

Niestety mojemu dziesięcioletniemu mnie nie dane było śledzić tamtego sezonu, w którym mój ulubiony zespół postanowił zbudować skład na podstawie mojej skromnej kolekcji kart, ale dziś może sobie tę kampanię nadrobić każdy, kto ma 9 godzin wolnego czasu:

Gdyby ktoś się zastanawiał, jak w równoległej rzeczywistości mogła skończyć się niesławna playoffowa akcja Smitha, to może włączyć powyższe wideo w jego pierwszej godzinie, szóstej minucie i piątej sekundzie.

Eurodance Fun Fact: ten powyższy montaż skrótów meczów i highlightów zawiera, około 29 minuty i 30 sekundy, teledysk zastępujący relację ze wspomnianego wcześniej pogromu Bulls, mający w tle zapomniany eurodance’owy „bengier” duetu AB Logic, których kaseta prawie na pewno, chociaż przez moment, leżała w moim pokoju obok karty Charlesa Smitha ilustrującej ten wpis.

Postaw kawę

Otagowane

Dodaj komentarz