Pomyślałem więc, że skoro tyle lat Iverson był w tych stronach zaniedbywany, to równie dobrze można mu to wynagrodzić z nawiązką.
Możliwe, że ta nieobecność Allena jest podświadomym efektem tego, że nigdy nie byłem jego wielkim fanem. Doceniam go za bycie kulturowym fenomenem i potrafię uszanować jego bezkompromisowość, ale trudno mi się kibicuje graczom tak zafiksowanym na własnym punkcie.
Nie zmienia to faktu, że jest ikoną i autorem jednego z najsłynniejszych zagrań, nie tylko lat 90., ale i wszech czasów – podwójnego crossovera, po którym Michael Jordan wykonał swój przedostatni taniec:
Iverson wykończył ten zwód trafieniem na cztery i pół minuty przed końcem trzeciej kwarty przy stanie 69:59 dla Bulls. Dość symbolicznie, rzut po ośmieszeniu najsłynniejszego gościa w koszulce z numerem 23 dał Allenowi 23 punkty. Był to początek małego runu Sixers, którzy dwie minuty później wyrównali na 71:71.
Ale Iverson nie był częścią tego zrywu.
Zaraz po crossoverze – gdy Bulls szybko wyprowadzili piłkę i dalekim podaniem znaleźli Michaela Jordana, który próbował natychmiast zrewanżować się własnym trafieniem z półdychy, ale chybił – debiutant z Philly złapał czwarty faul na zbierającym Billu Wenningtonie i usiadł na ławce.
Chwilę później z parkietu zszedł też Jordan, nie dostaliśmy więc żadnego gorącego follow upu z Michaelem „biorącym rzeczy do siebie”. Gdy panowie wrócili na parkiet w czwartej kwarcie, Jego Powietrzność jeszcze tylko raz bronił Iversona jeden na jeden – na 28 sekund przed końcem, przy sześciopunktowym prowadzeniu i tym razem nie dał się zgubić (posiadanie AI zakończył podaniem do Jerry’ego Stackhouse’a).
Sixers ostatecznie przegrali 104:108, a Iverson spadł z boiska za faule na 18 sekund przed końcem, z wyrównującymi rekord kariery 37 punktami. Jeśli myślicie, że Jordan jednak zaplanował zemstę w kolejnym meczu – jak niegdyś na LaBradfordzie Smithcie – to znów muszę Was rozczarować. Gdy Sixers ponownie grali z Bulls, niecały miesiąc później, Allen poprawił swój punktowy rekord o siedem oczek.
Właśnie to spotkanie rozpoczęło jego historyczną passę pięciu meczów z ponad 40 punktami (44 z Bulls, 40 z Hawks, 44 z Bucks, 50 z Cavs i 40 z Bullets – Philadelphia nie odniosła w czasie tej serii ani jednego zwycięstwa). To najdłuższa taka seria w wykonaniu debiutanta po dziś dzień (AI zabrał rekord Wiltowi Chamberlainowi).
A wracając do meczu z 12 marca 1997.
Allen Iverson, na niecałe dwie minuty przed jego końcem, taką samą symulację zamknięcia w bębnie działającej pralki jak wcześniej Jordanowi, zafundował również Scottie’emu Pippenowi. Minął go, ale floater zakończył się nadgorliwą dobitką Marka Davisa, gdy piłka wciąż jeszcze była nad koszem (punkty jednak uznano). Ta akcja już nie była tak nośna, jak crossover na MJ’u, ale warto ją przypomnieć:
Fun Fact: Najlepsze zdanie jakie zostało kiedykolwiek napisane w jakimkolowiek „skarbie kibica” NBA? Znaleźć je można w jednym z numerów Pro-Basketu, w ramach krótkich lokautowych podsumowań dla każdej drużyny.
Będziecie wiedzieli, o które zdanie chodzi:
Tak szczerze, to jestem w szoku, że jeszcze tego tutaj nie wrzucałem, ani nawet nie wspominałem (a tak przynajmniej twierdzi blogowa wyszukiwarka). W mojej głowie pamięć o lecie 1998 w wykonaniu Pata Croce’a żyje bezczynszowo.
Pata Croce’a, który jest postacią nie mniej barwną niż Allen Iverson, ilustrujący ten wpis swoją kartą.
Specjalnie wybrałem taką, na której AI występuje w tej konkretnej koszulce, ponieważ:
a) zaliczyła ona comeback w sezonie 2025/26 jako jeden z alternatywnych strojów 76ers i muszę przyznać, że świetnie się zestarzała;
b) to kolejny pretekst, żeby pisać o prezydencie Pacie, bo to jego miłość do motocykli była inspiracją do sięgnięcia przez projektantów po czerń i złoto nawiązujące do logo Harleya Davidsona.
Ale i bez tego, losy Pata Croce’a i Allena Iversona są powiązane.
Pierwszą oficjalną fuchą Pata jako prezydenta klubu było reprezentowanie 76ers na loterii draftu 1996. Do historii tej imprezy przeszła celebracja Croce’a, który nie ograniczył się do standardowego tryumfalnego machnięcia pięścią, ale zrobił rundę honorową po podium, zbijając piątki z reprezentantami innych drużyn.
Oczywiście jeśli chodzi o reakcje z loterii draftu to i tak nic nie przebije Jerry’ego Westa. Jego mina, gdy okazało się, że Grizzlies nie wylosowali jedynki w drafcie LeBrona i w związku z tym muszą oddać pick numer dwa do Pistons, wyrażała coś pomiędzy flashbackami z drugiej i trzeciej bitwy pod Ypres oraz jednoczesnym doświadczeniem wszystkich sytuacji, o których śpiewała Alanis Morissette w „Ironic”.
MVP loterii draftu jest jednak zmarły dwa lata temu Pat Williams. Najpierw, w 1986 roku, cieszy się z jedynki dla Sixers, mimo iż uważał, że nie potrzebuje Brada Daugherty’ego bo ma Mosesa Malone’a, więc dzień przed draftem wymienił pierwszy pick za Roya Hinsona z Cavaliers oraz oddał… Mosesa Malone’a do Bullets. Potem, w 1992 roku, opada mu szczęka, gdy reprezentując Orlando wygrywa prawo do wyboru Shaquille’a O’Neala (dobrze, że nie miał wtedy w składzie Mosesa Malone’a). Wreszcie, w 1993 roku widać, że jest mu po ludzku głupio przed kolegami, że znowu ich wykiwał. Jak ktoś lubi starszych panów w garniturach niezdarnie wyrażających emocje, to piętnaście lat temu NBA zrobiła swoje TOP 10 loteryjnych reakcji:
Ale wracając do gościa, który spędził całe lato 1998 na uprawianiu seksu.
Zanim został działaczem, który wprowadził Philadelphię w erę Allena Iversona, zwieńczoną występem w finale, Pat Croce był fizjoterapeutą, który między 1984 a 1993 zbudował i sprzedał małe imperium (sieć 40 klinik w całych Stanach), a w międzyczasie dorabiał jako trener od przygotowania fizycznego w Philadelphia Flyers, później pełniąc tę funkcję także w 76ers.
Sixers w latach 90. powierzyli mu ważne zadanie – sprawić, żeby Shawn Bradley nabrał ciała. Cóż. Pat podobno bardzo się starał. Fiasko zrzucał na samego Bradleya, który po prostu nie stosował się do diety „7000 kalorii”, ale prawda jest taka, że takie same efekty na tym projekcie osiągnąłby ten gość z „Robocopa”, który wjechał do kadzi z toksycznymi odpadami i to po tym, jak z niej wyszedł.
Choć można było mu zarzucić, że się nie sprawdza, Croce zamiast zostać zwolnionym przez Sixers… został ich właścicielem mniejszościowym. To tak z serii „ścieżki kariery, których nie próbujcie w domu” (jeśli chodzi o ścieżkę kariery chudego Shawna, to został on wymieniony na grubego Derricka Colemana).
W jaki sposób Croce stał się pierwszym w historii ligi fizjoterapeutą, który awansował na prezydenta klubu? Skumał się z założycielem Flyers, Edem Sniderem, który szykował się do przejęcia drużyny koszykarskiej, dorzucił mu część świeżo zbitej fortuny i zaklepał sobie pozycję prezydenta w nowym reżimie.
Jako prezydent-naturszczyk radził sobie naprawdę nieźle. Jego niespożyta energia przekładała się na co raz lepszy PR, nawet gdy klub wciąż zbierał bęcki, bo Pat za wszelką cenę starał się być blisko kibiców, słuchać i rad oraz oczekiwań. A gdy Sixers wreszcie zaczęli wygrywać, Croce stał się ich najbardziej zwariowanym fanem: w przerwie jednego meczu zwisał spod dachu hali do góry nogami, podczas playoffowego runu ’01 najpierw wspiął się na wieżę ciśnień, by rozwiesić baner „Go Sixers”, a potem przebił sam siebie, gdy po awansie do finałów zrobił to samo, ale na moście Walta Whitmana (Croce to ten gość w środku na tym zdjęciu).
Nadpobudliwość prezydenta przekładała się też na liczne transfery i podejmowanie ryzyka, które jednak w końcowym rozrachunku się opłaciło.
Za marny pick drugorundowy skompletował wicemistrzowski backcourt, ściągając Erica Snowa.
Jackson i Clarence Weatherspoon zamienili się miejscami z Joe Smithem i Brianem Shawem, choć obaj akurat szybko okazali się ślepą uliczką. Podobnie jak chimeryczny Derrick Coleman, dlatego cała ta trójka nie dostała propozycji przedłużenia kontraktu po zakończeniu lokautu.
Croce naprawił te błędy podpisując umowy z podstawowym skrzydłowym przyszłej wicemistrzowskiej drużyny, George’em Lynchem oraz ważnym członkiem jej rotacji, Mattem Geigerem. Już w trakcie sezonu wymienił Tima Thomasa na Tyrone’a Hilla.
Wcześniej, Croce wybrał w drafcie 1998 Larry’ego Hughesa, który nie do końca się sprawdził, więc już półtora roku później został zamieniony w Toniego Kukoca – także średnio przydatnego, ale dołączonego do, między innymi, Ratliffa w transferze podczas trade deadline 2001. Na jego mocy do Miasta Braterskiej Miłości trafił Dikembe Mutombo. Trzy i pół miesiąca później, Sixers grali już w finale NBA.
Dodatkowo, to właśnie Pat Croce zwerbował Larry’ego Browna i oddał mu ster w Philly. Był mediatorem w licznych konfliktach między trenerem a Allenem Iversonem i bardzo możliwe, że gdyby nie empatia i zaraźliwy entuzjazm szefa, ten zespół implodowałby jeszcze przed finałowym runem. Nie znam historii poniższego zdjęcia, ale jestem przekonany, że taka sytuacja nie byłaby możliwa bez obecności Pata:
Najbardziej kontrowersyjną decyzję kadrową podjął w styczniu 2001. To wtedy zwolnił… swojego brata.
Żeby było zabawniej, drugi brat Pata, Vincent, parę miesięcy później został oskarżony o defraudację kilkunastu milionów dolarów należących do firmy ubezpieczeniowej, w której pracował (miejmy nadzieję, że nie trzymał ich w spodniach, gdy John Croce wpadał w odwiedziny).
Pat Croce przestał być prezydentem po wicemistrzowskiej kampanii. Przestał, bo – w skrócie – wygasł mu kontrakt a on przeszarżował, żądając od Snidera awansu na jego stanowisko, czyli CEO w spółce Comcast Spectator, do której należeli i Sixers, i Flyers. Dwójka braci-złodziei pewnie też nie sprzyjała szansom Pata na powrót i promocję.
Jak tylko przestał w klubie podejmować decyzje, prawie od razu wszystko zaczęło się sypać.
Gdy Pat Croce spławiał ze składu Derricka Colemana, uważał, że DC uosabia wszystkie największe problemy drużyny, która właśnie zaliczyła siódmy ujemny sezon z rzędu. I dawał zły przykład Iversonowi.
Bez leniwego Teodoryka w składzie (onomastyczny Fun Fact: Coleman i Nowitzki mieli tak samo na imię), Sixers od razu wskoczyli nad kreskę.
Po odsunięciu Croce’a od władzy, klub dokonał dwóch dużych ruchów w offseason – oddał Tyrone’a Hilla do Cleveland oraz sprowadził… Derricka Colemana (za m.in. George’a Lyncha).
Wicemistrzowie NBA z Colemanem powracającym do pierwszej piątki wygrali 13 meczów mniej i odpadli w pierwszej rundzie z Bostonem. Iverson z Sixers już nie osiągnął niczego znaczącego (z innymi drużynami zresztą też).
Fun Fact: Gdyby cała kariera Bryanta Reevesa była tak dynamiczna i udana, jak zdjęcie na tej karcie, to może Grizzlies wciąż graliby w Vancouver.
A może nie.
Dziś kanadyjskie początki Miśków wspominane są jako mała sportowa katastrofa, która zraziła lokalnych kibiców i ułatwiła przenosiny do Memphis. Owszem, Grizzlies przez sześć lat w największym mieście Kolumbii Brytyjskiej przegrali 78 procent rozegranych meczów, co jest najgorszym wynikiem w historii w takim przedziale czasowym (inne historycznie fatalne sześcioletnie wyniki to 74.4% Minnesoty Timberwolves między 1989 a 1995 oraz 74.1% pojordanowskich Chicago Bulls z lat 1998-2004).
Ale jakich innych efektów spodziewać się podczas budowy zespołu od zera? Zresztą lada moment mieli w jednym drafcie wybrać Pau Gasola (pick pozyskany za Shareefa Abdura-Rahima) oraz Shane’a Battiera i wreszcie ruszyć pewniej w stronę relewantności.
Mam wrażenie, że rozgoryczenie fanów w Vancouver mogło być większe przez ciągłe porównywania z Toronto Raptors, którzy zawsze radzili sobie znacznie lepiej i już w piątym sezonie awansowali do playoffów, a przede wszystkim posiadali magnes na fanów – najpierw w osobie Mocarnej Myszy, Damona Stoudamire’a, a chwilę później Półczłowieka-Półniesamowitości, Vince’a Cartera.
A Grizzlies?
Twarz tej drużyny była pulchna, czasem z lekko głupkowatym wyrazem i miała niemodną fryzurę.
Ale trudno też powiedzieć, że Bryant Reeves był złym wyborem. Nie był najlepszym, bo zaraz po nim Raptors zgarnęli przyszłego Debiutanta Roku, wspomnianego Stoudamire’a, ale żaden inny zawodnik z tamtego rocznika bardziej by Miśkom nie pomógł.
Tamten proces decyzyjny streszcza ówczesny szef skautingu Grizzllies, blisko pracujący z generalnym menadżerem, Stu Jacksonem i mający sporo do powiedzenia podczas draftu, Larry Riley:
„Jeśli chodzi o nasz pierwszy nabór, to można by argumentować, że Big Country nie był tym, kim powinien być… Ale spójrzcie na tamten draft. Pierwszych pięciu graczy było naprawdę świetnych, a potem na szóstym miejscu, na którym my byliśmy, następował spadek poziomu. Uważaliśmy (…), że wybór środkowego, który może być naszym centrem przez następne 10 lat, to będzie właściwa decyzja.”
Niestety Reeves nie dbał o siebie, łapał kontuzje i bardziej jarał się rolnictwem niż koszykówką, ale gdy wchodził na wysokie obroty, zdecydowanie miał papiery na bycie podstawowym centrem drużyny NBA przez 10 lat, co w połowie lat 90. było syrenim śpiewem dla działaczy.
Jackson i Riley uważali, że znacznie łatwiej będzie im znaleźć point guarda przyszłości w kolejnych naborach… i trochę mieli rację, a trochę jej nie mieli.
W następnym drafcie jeszcze go nie szukali, bo postawili na łowcę punktów, Abdur-Rahima, ale z kolei gdy już zaczęli, to przedobrzyli.
W trzech kolejnych latach wybrali trzech rozgrywających („potrzymajcie nam piwo” – powiedzieli Brooklyn Nets z 2025 wybierając trzech point guardów w JEDNYM DRAFCIE), ale żaden z nich nie został w ich zespole dłużej niż trzy sezony.
Najpierw był, wybrany z czwórką, Antonio Daniels, który się nie sprawdził i rok później przeszedł do San Antonio za Carla Herrerę i Felipe Lopeza – marny „haul”, biorąc pod uwagę, że podobno Suns byli gotowi oddać im Steve’a Nasha, pochodzącego zresztą z Kolumbii Brytyjskiej, za czwarty pick, który Grizzlies ostatecznie woleli wykorzystać sami.
Potem był Mike Bibby – celny strzał, choć Bibby miał nigdy nie wspiąć się na poziom All-Star – ale był wystarczająco kompetentny by być podstawowym point guardem bardzo dobrej drużyny, czego dowiódł już w Sacramento Kings (tam jednak wysłał go już kolejny reżim menadżerski, zainstalowany przez nowego właściciela, Michaela Heisleya).
Jednak najgorszym ruchem kanadyjskich Grizzlies było postawienie na Steve’a Francisa, mimo iż twardo powtarzał, że nie zamierza przeprowadzać się do Kanady. To był zupełnie stracony pick w naprawdę niezłym drafcie (po Francisie poszli: Baron Davis, Lamar Odom, Jonathan Bender, Wally Szczerbiak, Richard Hamilton, Andre Miller, Shawn Marion oraz Jason Terry i na dobrą sprawę to nawet niewypał Bender miałby więcej sensu niż otrzymany za Steve’a dziaderski pakiet Antoine Carr + Michael Dickerson + Othella Harrington + Brent Price).
Zdecydowanie najlepszą decyzję jako pracownik Grizzlies, Larry Riley podjął 9 stycznia 1997 roku, na lotnisku Cincinnati/Northern Kentucky.
Oczekiwał wtedy na lot do Detroit, który opóźniał się z powodu opadów śniegu. Riley czekał i czekał, ale coś mu mówiło, że powinien odpuścić tę skautingową delegację i po prostu wrócić do Vancouver. Parę razy rozmawiał z pracownikami linii dopytując o prognozy dotyczące lotu do Detroit, aż w końcu spontanicznie poprosił o zmianę biletu na lot do domu z przesiadką w Seattle.
(Jedną z ofiar była Maureen DeMarco, lecąca na pogrzeb brata, Briana Scully’ego, który zginął… w katastrofie lotniczej dwa tygodnie wcześniej).
Jak wiemy z „Oszukać przeznaczenie”, Śmierć zaczęła wtedy polować na Larry’ego, ostatecznie zadowalając się śmiercią koszykówki w Vancouver. A początkiem dramatycznej sekwencji splatających się okoliczności był tamten wybór Steve’a Francisa.
To był naprawdę, naprawdę zły ruch.
I nie chodzi nawet o wymiar sportowy, ale o to, że postawił klub i miasto w roli koszykarskiej Syberii.
Mogło się wręcz wtedy wydawać, że młode aspirujące gwiazdy wolałyby wziąć udział w zawodach, w których uzbrojeni bogaci ludzie polują na nich dla zabawy, niż grać w koszykówkę w koszulce Grizzlies.
Przez ten impas na linii Miśki-Steve, uprzedzenia Francisa zostały upublicznione i utrwalone w zbiorowej świadomości, upokarzając już i tak niezbyt dumną ze swojego teamu fanbazę. Nic dziwnego, że Heisley ukradł drużynę bez większych problemów.
Inaczej być nie mogło. Wiosną 2000 roku, czyli rok po francisowym fiasku, Stu Jackson i Larry Riley nie byli już pracownikami Vancouver Grizzlies.
Ale parę lat później, Larry w końcu znalazł swojego point guarda…
W 2009 roku, zaczynając pierwszy sezon pracy w roli generalnego menadżera drużyny NBA, Riley miał za zadanie jak najlepiej wykorzystać siódmy pick w drafcie. Wybrał wtedy chyba nawet jeszcze lepiej niż tamtego śnieżnego dnia na lotnisku Cincinnati:
Fun Fact: Ta karta to dowód, że Bryanta Reevesa było trudno i przeskoczyć, i obejść. Nie tylko Steve’owi Nashowi, ale i Vancouver Grizzlies, którym słabość do utalentowanego choć grubo ciosanego centra długo blokowała widoki na lepszą przyszłość.
Jedną ze zmarnowanych szans była odmowa wymiany Reevesa właśnie za Nasha – przyszłego dwukrotnego MVP, który wychowywał się w stolicy Kolumbii Brytyjskiej, Victorii, leżącej na wyspie Vancouver.
Jak wiadomo, Grizzlies mogli mieć Nasha już w 1996, ale nikt o zdrowych zmysłach, nie rozważałby wybrania drobnego chłopaka z uniwerku Santa Clara z trzecim numerem, który posiadały Miśki.
Nash zresztą nie od razu odpalił (10 minut, 3 punkty i 2 asysty na mecz jako rookie), ale akurat w Vancouver mogli zauważyć znaki. To właśnie w pierwszym meczu przeciwko drużynie z Brytyjskiej Kolumbii, w Vancouver, Steve – pod nieobecność Sama Cassella – dostał szansę gry w podstawowym składzie. I błysnął 17 punktami, 12 asystami i 7 zbiórkami (choć Suns to spotkanie przegrali).
W drugim sezonie, Nash miał przejąć minuty Kevina Johnsona, który zapowiadał przejście na emeryturę. Tyle, że KJ postanowił grać dalej, a rozwój kanadyjskiego rozgrywające nagle stracił wysoki priorytet. Odkąd w trakcie poprzednich rozgrywek szeregi Słońc zasilił 23-letni Jason Kidd, klub miał już swojego point guarda przyszłości.
Choć nie grał zbyt wiele jako debiutant, wszyscy uważali, że Nash zasługuje na większą rolę. Jego trener, Danny Ainge, dość bezpardonowo ocenił, że Steve już w pierwszym sezonie jest lepszym graczem niż Matt Maloney, który był podstawowym rozgrywającym Houston Rockets. Wiadomo, że Suns wiedzieli więcej o jego potencjale niż inne drużyny, które oglądały go tylko przez 10 minut na mecz, ale Phoenix słusznie uznali, że klubem najbardziej zainteresowanym Nashem powinni być Grizzlies.
W Vancouver szukali wówczas point guarda, a także kogoś, kto przyciągnąłby na trybuny więcej kibiców. Młody obiecujący chłopak, który dorastał w okolicy, nie tylko mógł być odpowiedzią na potrzeby sportowe, ale i marketingowe.
Wiedzieli o tym nie tylko Suns. W przeddraftowej zapowiedzi, Peter May z Boston Globe, opisując główną potrzebę klubu do zaspokojenia podczas naboru, napisał, że jest nią rozgrywający, a najlepiej Steve Nash, jeśli uda się go podebrać Suns. Dopiero potem zacząłby się przyglądać dostępnym graczom akademickim.
Nash był, w ocenie wielu, ryzykiem wartym podjęcia przez zespół, który nie miał wiele do stracenia.
Ale nie według generalnego menadżera, Stu Jacksona.
A przynajmniej niewartym ceny jaką był czwarty pick w drafcie 1997 oraz dodatkowy, niezidentyfikowany gracz. O tej możliwości informował niegdyś Howard Tsumura z Vancouver Sun, który rozmawiał o Nashu z Jacksonem po tym, jak Miśki już wykorzystały swój wybór na Antonio Danielsa. GM powiedział wtedy:
„Phoenix dzwoniło, ale propozycja była nierozsądna. Odezwali się, bo uświadomili sobie, że ten chłopak nie będzie grał, ale prosili nas o coś, na co po prostu nie możemy się zgodzić. Gdybyśmy zrobili to, czego żądali za Steve’a Nasha, to może cieszylibyśmy się przez jeden dzień, ale resztę roku spędzilibyśmy na powtarzaniu: ‚co my najlepszego zrobiliśmy?'”
Nie znamy szczegółów negocjacji i rozumiem, że potencjał wysokiego picku zawsze uwodzi bardziej niż potencjał drugoroczniaka, który dopiero się rozwija, ale Stu i tak źle ocenił sytuację.
Uważał, że Suns szukają frajera, bo Nash prawie w ogóle nie będzie grał w rozgrywkach 1997/98, a tymczasem jego średnia liczba minut spędzanych na parkiecie podwoiła się względem sezonu debiutanckiego. Ainge naprawdę był fanem jego talentu, dlatego wygospodarował dla niego minuty, co ułatwiły 32 spotkania bez Kevina Johnsona w składzie. W efekcie, średnia punktów Steve’a wzrosła trzykrotnie, zapewne tak samo, jak liczba chętnych na pozyskanie go.
Suns znów uznali, że najbardziej powinno na tym zależeć Grizzlies, którzy nie byli zadowoleni z tego, co jako rookie pokazał Daniels (ostatecznie, równo rok po jego wyborze, oddali go do Spurs za Carla Herrerę i Felipe Lopeza).
Podobno Słońca przed draftem 1998 ponownie zaoferowały Kanadyjczykom Nasha oraz Cliffa Robinsona, tym razem za pakiet, którego centralnym punktem był Bryant Reeves. Phoenix próbowali pozyskać też drugi pick naboru (który Miśki ostatecznie wykorzystali na Mike’a Bibby’ego), ale Stokke donosił, że tym, co ostatecznie zastopowało negocjacje była niechęć Jacksona do rozstania się z Big Countrym.
Reeves na boisku potrafił sporo (nawet Shaquille O’Neal mówił, jak ciężko przepychało się pod koszem z tym „turkusowym elewatorem zbożowym”) ale choć w 1998 roku jeszcze nie trapiły go chroniczne kontuzje, które miały zakończyć jego karierę raptem trzy lata później, to Jackson już wiedział, że Reeves nie dba o siebie (w sezon zawsze wchodził bez formy, rozkręcając się dopiero w drugiej połowie). Dodatkowo, rok wcześniej wręczył mu kontrakt, który uważano za zbyt wysoki nawet za zdrowego drugoroczniaka (62 miliony dolarów za 6 lat).
Ale Jackson nadal nie cenił Nasha wystarczająco wysoko.
Gdyby Grizzlies podjęli ryzyko i zgarnęli Steve’a za Bryanta, to z drugim numerem nie musieliby wybierać Mike’a Bibby’ego. Mogli postawić na przykład na Vince’a Cartera lub Paula Pierce’a czy nawet Antawna Jamisona.
Ostatecznie targu z Phoenix dobili Mavericks, oddając Pata Garrity’ego, Martina Muurseppa, Bubbę Wellsa oraz niechroniony pick w drafcie 1999. Ten niechroniony pick był bardzo cennym zasobem (i dał Suns Shawna Mariona), ale wierzę, że wiecznie szukający centra zespół z Arizony zadowoliłby się Reevesem po jego przełomowym, drugim sezonie.
Przypomnijmy sobie Stu marudzącego, że Suns chcą zbyt wiele, że Nash to grać w ogóle nie będzie, bo konkurencja za duża i zestawmy to z wypowiedzią Dona Nelsona po pozyskaniu Nasha:
„Sprawy nie mogły się potoczyć lepiej. Osiągnęliśmy wszystko, czego chcieliśmy. To się nie zdarza zbyt często w życiu. […] Chyba po raz pierwszy zrobiłem coś takiego [oddałem niechroniony pick pierwszorundowy]. To ryzyko, którego nie lubię podejmować… ale myślę, że będzie nam się opłacać.”
No właśnie. Nelson dostrzegł potencjał, nie przestraszył się ryzyka i już cztery sezony później doszedł z Nashem (i Dirkiem Nowitzkim, oczywiście) do finałów konferencji. Jackson wolał stawiać na Reevesa oraz kolejnych point guardów wybranych w drafcie (po Danielsie i Bibbym było przecież jeszcze fiasko ze Steve’em Francisem) i pomógł wpędzić cały projekt, jakim była koszykówka w Vancouver, do grobu.
Fun Fact: O Ericu Riley już kiedyś tu pisałem i w zasadzie niewiele mam do dodania: był tym szóstym z „Fab Five”, który w NBA nie osiągnął zbyt wiele poza mistrzowskim pierścieniem z 1994, zdobytym bez rozegrania ani jednej minuty w playoffach.
Wracam jednak do niego, bo jestem teraz w stanie powiązać z nim jeszcze jeden randomowy Fun Fact: jest najgorszym zawodnikiem jaki kiedykolwiek pojawił się w „Magic Basketball” w rubryce „Czy wiecie, że [WSTAW IMIĘ I NAZWISKO ZAWODNIKA] już wie. Następny numer ‚MB’ ukaże się [WSTAW DATĘ]„.
Mało tego – był pierwszym ever zawodnikiem, którego zdjęcie pojawiło w tej sekcji (zadebiutowała ona w trzecim numerze gazety). Zakładam, że odpowiedzialna za to była ta sama osoba, która na pierwszą w historii okładkę wybrała Richarda Dumasa (a na jeden z plakatów – Grega Grahama).
Nawet nie wiecie, jak tę osobę szanuję.
Być może są też tu ludzie, którzy nie mają pojęcia o czym teraz mówię i nie odczuwają żadnej nostalgii związanej z krótką informacją wydawcy starego koszykarskiego periodyku na temat daty ukazania się kolejnego numeru – niestety ten wpis po prostu nie jest dla nich.
Dla całej reszty mam za to Pierwszą Piątkę Najgorszych Graczy, Którzy Wiedzieli, Kiedy Ukaże Się Następny Numer „MB”:
Jak widać zdjęcie w „Magic Basketball” jest dokładnie takie same jak na karcie ilustrującej ten wpis, ale domyślam się, że po prostu nie ma zbyt wielu zdjęć Erica Riley’a.
Przyznam, że miałem problem z obsadzeniem pozycji niskiego skrzydłowego. Najpoważniejszym kontrkandydatem był skompromitowany już wtedy Charles Smith, ale uznałem, że Alan wygrywa (nawet jeśli był bardziej power forwardem), bo w 2025 roku jego nazwisko jest jednak mniej kojarzone. Warto jednak nadmienić, że w kontekście „wtedy”, Henderson nie był aż tak bardzo przypadkową postacią, bo rozgrywał akurat swój przełomowy sezon, zakończony zdobyciem nagrody Most Improved Player. Pod strzechy jednak nie trafił i dlatego ląduje w tym składzie.
Gdyby zlikwidować podział na pozycje to zażarcie o miejsce w składzie walczyliby z nim także Sherman Douglas i Michael Adams (który był swego czasu all-starem, ale zdecydowanie był jednym z najmniej znanych nazwisk w puli).
A oto lista wszystkich bohaterów „Czy wiecie, że…”:
3/94 – Eric Riley 1/95 – Ron Harper 2/95 – David Robinson 3/95 – Danny Manning 4/95 – Mitch Richmond 5/95 – Charles Smith 6/95 – Anthony Mason 7/95 – Horace Grant 8/95 – Michael Cage 9/95 – Glen Rice 10/95 – brak (to było „Michael Jordan Special”, więc bardziej wydania specjalne, które nigdy nie miały tej sekcji i były wyłączone ze standardowej numeracji, ale ten został oznaczony jako zwykły numer) 11/95 – Doug Overton 12/95 – Larry Johnson 1/96 – Jamal Mashburn 2/96 – Michael Adams 3/96 – Antonio McDyess 4/96 – Rex Chapman 5/96 – Damon Stoudamire 6/96 – Tim Hardaway 7/96 – Detlef Schrempf 8/96 – Dennis Rodman 9/96 – Mitch Richmond 10/96 – Dikembe Mutombo 11/96 – Sherman Douglas 12/96 – Allan Houston 1/97 – Joe Dumars 2/97 – Jason Kidd 3/97 – Allen Iverson 4/97 – Steve Smith 5/97 – Horace Grant 6/97 – Derek Harper 7/97 – Karl Malone 8/97 – Kevin Garnett 9/97 – Otis Thorpe 10/97 – Clyde Drexler 11/97 – Antonio McDyess 12/97 – Mario Elie 1/98 – Clifford Robinson 2/98 – Bob Sura 3/98 – Kobe Bryant 4/98 – Damon Stoudamire 5/98 – Alan Henderson 6/98 – Gary Payton
„Magic Basketball” z lipca 1998 roku miał już lekko odmienioną szatę graficzną, którego częścią był nowy spis treści, na tle całostronicowej fotki, której bohater jednak już nie wiedział, kiedy ukaże się następny numer „MB”. Gdyby jednak szukać najsłabszego gracza, który pojawił się w tym miejscu gazety, to z pewnością byłby nim Ervin „Nie Magic” Johnson z grudnia 1998.
Przy okazji dodam, że jedyni gracze, którzy pojawili się w „Czy wiecie, że…” więcej niż raz, to: Mitch Richmond, Horace Grant, Antonio McDyess i Damon Stoudamire.
Fun Fact: Zawsze lubiłem koszykarskie szufladki – zarówno te dotyczące stylu gry/pozycji (point forwardzi, stretch foursi, combo guardzi i tweenerzy, podkoszowi wyrobnicy, łowcy punktów z ławki i tak dalej), jak i przebiegu kariery/poziomu talentu (bust, gwiazda, której karierę przerwały kontuzje, gość, który mógłby zostać gwiazdą, gdyby nie kontuzje, bardzo biały rezerwowy center, rookie, który fajnie się pokazuje w sezonie debiutanckim a potem mniej lub bardziej gwałtownie znika, „zagrał 20 meczów w NBA, ale wynalazł autorski trick i wszyscy znają go do dziś”, prawie-ale-nie-all-star, all-star, hall-of-famer, GOAT, Brett Szabo).
Grega Grahama w archiwum boiskowych archetypów znaleźlibyśmy zapewne w szufladzie „rzucający obrońca bez rzutu” (co jest dziwne, bo w ostatnim sezonie na Uniwersytecie Indiana stał się pierwszym zawodnikiem w historii, który przewodził konferencji Big 10 w skuteczności rzutów z gry – 55% – oraz rzutów za trzy – 51.4% – a jako debiutant w NBA trafiał ledwie 40% z gry i… 8% zza łuku, jakoś szczególnie się w kolejnych latach nie poprawiając).
Z kolei jeśli chodzi o przebieg karier, to byłby on przedstawicielem typu składającego się w 50% z nudy i 50% z depresji – uznanego gracza uznanego uniwersyteckiego programu (to była Indiana (nie)sławnego Bobby’ego Knighta, która rokrocznie walczyła o najwyższe laury), który w lidze spędza 4-5 lat i nie robi absolutnie niczego ciekawego.
Nie było tam żadnego dramatu w tle, żadnego „what-if”, po prostu był gościem, który nie robił niczego wystarczająco dobrze, żeby utrzymać się w lidze dłużej lub wywalczyć sobie bardziej prominentną rolę niż 15 minut na mecz w słabej drużynie, którą była – przez jego pierwsze dwa sezony w NBA – Philadelphia 76ers.
Siedemnasty zawodnik wybrany w Drafcie 1993 przez Charlotte Hornets i oddany jeszcze przed początkiem rozgrywek – razem z Dana Barrosem – do Sixers, za Herseya Hawkinsa, grywał też dla New Jersey Nets (45 meczów po transferze, którego głównymi elementami byli Shawn Bradley i Derrick Coleman), Seattle Supersonics (Ponaddźwiękowcy wymienili za niego Vincenta Askew i choć grał dla nich niewiele, George Karl na tyle cenił jego obronę, że wstawił go do składu na playoffy 1997 zamiast Craiga Ehlo, a dodatkowo Graham walnie przyczynił się do pobicia drużynowego rekordu NBA pod względem liczby przechwytów w meczu, liderując w tym względzie Sonics w starciu z Raptors w styczniu 1997) oraz, przez miesiąc, dla Cleveland Cavaliers (do których trafił via Denver, gdzie wylądował w ramach wymiany za Dale’a Ellisa, a Kawalerzyści dali Bryłkom za niego Shermana Douglasa czyniąc z Grahama specjalistę od bycia wymienianym za przebrzmiałych zawodników z klasy średniej). W międzyczasie, latem 1995 roku, nie był chroniony w czasie expansion draftu, ale większe zainteresowanie z opcji dostępnych w składzie Sixers wzbudził B.J. Tyler, wybrany przez Toronto Raptors.
Koniec końców, po pięciu sezonach i 207 meczach, w których średnio rzucał 4.5 punktu, przy skuteczności 40.7% z gry, 29.0% za trzy i 77.5% z wolnych, notując dodatkowo 1.1 zbiórki, 1.0 asysty oraz 0.6 przechwytu, jego czas w NBA dobiegł końca. Na zawodniczą emeryturę przeszedł trzy lata później, po grze w niższych ligach amerykańskich i sezonie w Szwecji.
A w świadomości polskich kibiców koszykówki pozostanie już na zawsze najgorszym graczem, jaki został wydrukowany na plakacie w „Magic Basketball”:
Sad Fact: W końcówce 2025 roku straciliśmy dwóch bardzo charakterystycznych zawodników z drugiego planu lat dziewięćdziesiątych – Rodneya Rogersa i Eldena Campbella.
Rogers zmarł niemal równo 17 lat po wypadku na quadzie, od czasu którego był sparaliżowany od ramion w dół, z – jak napisała jego żona Faye w oficjalnym oświadczeniu – „przyczyn naturalnych związanych z urazem rdzenia kręgowego”. Miał 54 lata.
57-letni Campbell zmarł podczas wyprawy na ryby. Aktualna wersja wydarzeń mówi, że po powrocie na brzeg poczuł się źle i stracił przytomność. Oficjalna przyczyna śmierci to przypadkowe utonięcie.
Rodneya pamiętamy głównie z lat spędzonych w stanie Kolorado, gdzie rzucił kiedyś 9 punktów w 9 sekund i popisywał się niezwykłym połączeniem siły i atletyzmu. Gdy wszyscy jarali się jeszcze Zionem Williamsonem, na łamach „Magic Basketballa” sporządziłem jego drzewo genealogiczne. Rogersa uczyniłem ciocią:
Najlepszy rezerwowy NBA A.D. 2000 i członek kultowych składów Denver Nuggets z połowy lat 90. już w szkole średniej miał ksywę „Byk”, a gdy przystępował do draftu, przywoływał skojarzenia z Larrym Johnsonem. Ciocie zazwyczaj pytają o to, czy masz dziewczynę (a gdy ją masz, o ślub, a po nim – o dzieci). Ciocia Rodney powinien jednak zamęczać Ziona pytaniami o trening rzutów z dystansu. Wśród potężnie zbudowanych, ale niewysokich graczy, Rogers był jednym z lepszych rzucających za trzy (43,9% w nagradzanym sezonie 1999/00) i właśnie tu może tkwić klucz do sukcesów Williamsona na zawodowym szczeblu.
U Ziona dużo się od tego czasu zmieniło, ale ja wciąż widzę podobieństwo.
Rodney Rogers często też towarzyszył mi podczas gry w koszykówkę. Gdy jako dzieciak, razem z bratem stryjecznym, próbowałem trafiać piłką w środek felgi przybitej do drzwi stodoły naszych dziadków, mieliśmy swoje hasło: „akcja w stylu Denver”. Oznaczało to symulację szybkiego kontrataku z przynajmniej dwoma podaniami, zakończoną wsadem. W mojej głowie ta akcja zawsze uwzględniała Roberta Packa i właśnie Rodneya, bohaterów wielu highlightów z „NBA Action” („akcja w stylu Denver” to zresztą bezpośredni cytat z Ryszarda Łabędzia komentującego jedną z pozycji w zestawieniu 10 najlepszych akcji tygodnia).
Elden Campbell z kolei mógł być najmniej ekscytującym z ekscytujących graczy swoich czasów. Miał sprężyny w nogach i dryg do efektownych dobitek, ale mimo tego, w jakiś sposób, nie zwracał na siebie uwagi. Miał ksywkę „Easy E”, więc może po prostu jego spokój był zaraźliwy? Tu Elden uspokaja Charlesa Barkleya w akcji uwiecznionej na karcie ilustrującej ten wpis:
Możliwe też, że był aż za bardzo wyluzowany, bo w pierwszym okresie kariery krytykowano go za nierówną grę i nieszczególne zainteresowanie poprawą swoich umiejętności.
Jeśli mu się chciało, bywał jednak naprawdę niezły. Gdy w sezonie 1996/97 dłuższą przerwę od gry miał kontuzjowany Shaquille O’Neal, to właśnie Campbell wziął na siebie spory ciężar: na przestrzeni 25 meczów wykręcił średnie 21.6 PPG, 8.5 RPG i 2.2 BPG. 34 punkty i 14 zbiórek miał w wygranym meczu z mistrzowskimi Bykami, 40 i 10 – z 4 blokami – zaaplikował Knicks, a cztery dni później, w starciu z Bullets, zdobył 38 punktów (w swojej karierze, 30 lub więcej punktów zanotował w 8 meczach – cztery z nich miały miejsce właśnie w tamtym okresie).
No i do tego Elden był jednym z tych graczy, którzy wyróżniali się cechami fizycznymi – miał małe dłonie, grube łydki i długi tułów, a jak go sobie wyobrażam, to zawsze mam wrażenie, że większość z jego 211 centymetrów stanowiła szyja. Choć może to być po prostu złudzenie spowodowane małą głową. Zresztą obydwaj z Rodneyem nie byli najbardziej foremnymi koszykarzami, zwłaszcza gdy Rogersowi zaczął rosnąć tyłek.
Na tym blogu podtrzymuję pamięć o latach dziewięćdziesiątych w NBA, a to oznacza także pamięć o Rodneyu Rogersie i Eldenie Campbellu. Jestem przekonany, że ich wyczyny przewiną się w moich tekstach jeszcze nie raz. Dzięki Panowie za te wspomnienia.
Fun Fact: W połowie lat 90. zadaniowcy narzekający na czas gry w trakcie finałów NBA byli najwyraźniej jakąś nową modą. Zrobił to w 1995 roku bohater poprzedniego wpisu, Donald Royal, zrobił też – rok później – Vincent Askew.
Dzień przed trzecim meczem finałów 1996, defensywnie nastawiony swingman z Seattle opuścił bez usprawiedliwienia trening, co było później przedstawione jako wyraz frustracji związanej ze swoją rolą w drużynie. Podobno nie był jedynym malkontentem, bo z tego samego powodu naburmuszony był Ervin Johnson, ale on nie uchylał się od obowiązków.
Co gorsza, Vincent opuścił też sesję treningową w czasie poprzedniej serii, czyli trudnego, siedmiomeczowego pojedynku półfinałowego z Utah Jazz.
George Karl się wkurzył.
Askew, który w meczu numer 2 grał ponad 20 minut, w trzecim spędził ich na parkiecie 10. Spotkania czwarte i piąte przesiedział na ławce w całości, a w szóstym wstał z niej raptem na 5 minut.
Choć Askew już dużo później tłumaczył, że wcale nie był niezadowolony z minut i że ktoś zmyślił tę narrację, to klub dał się nabrać i równo miesiąc po ostatnim meczu finałów, Vincent był już graczem New Jersey Nets rozpoczynając kończący karierę krótki „walk of shame” – na przestrzeni dwóch kolejnych lat zagrał 1 mecz w Nets, 41 w Pacers, 1 w Nuggets oraz 30 w Blazers (tam też zdarzyło mu się nie przyjść na trening, za co został zawieszony na jedno spotkanie). Z Portland wyleciał na miesiąc przed końcem sezonu zasadniczego 1997/98 i już więcej do NBA nie wrócił.
Nie dostał drugiej szansy od George’a Karla, który trenował go jeszcze w CBA i zabrał ze sobą do NBA. Gdy lokalna prasa zapytała go, czy rozważa ponowne zatrudnienie zwolnionego właśnie przez Blazers obrońcy, szkoleniowiec Sonics odparł:
„Powiedziałem swoim asystentom, że jeśli będę kiedykolwiek namawiał ich do jego ściągnięcia, to mają mnie zastrzelić.”
To chyba znaczyło „nie”.
A jeśli zastanawialiście się, co Vincent Askew porabia dzisiaj, to przede wszystkim wisi 10 tysięcy dolarów Vernonowi Maxwellowi:
Fun Fact: Wiele lat temu jeden z komentujących zwrócił mi uwagę, że niedopatrzeniem jest brak na tym blogu wpisu o Donaldzie Royalu. W pełni się zgodziłem, ale też nie poczułem przejmującej potrzeby pisania o nim. To był taki gracz środka, element – nieco nieostry – ninetiesowego tła. Pamiętamy go, bo biegał obok Shaqa i Penny’ego, ale trudno znaleźć pretekst żeby zacząć zdanie od „A pamiętacie, jak Donald Royal…” i jeszcze trudniej znaleźć dla takiego zdania zakończenie.
Ale spróbujmy.
A pamiętacie, jak Donald Royal trafił pierwszy w historii klubu z Orlando zwycięski rzut równo z końcową syreną?
To było 16 marca 1994 roku, w spotkaniu z Dallas Mavericks a rzut był numerem jeden w ówczesnym toptenie akcji tygodnia:
To był drugi sezon Royala na Florydzie, ale jego pozycja była wówczas już mocno ugruntowana. Niski skrzydłowy, który przez pięć poprzednich lat przeplatał występy w NBA (Minnesota Timberwolves, San Antonio Spurs), CBA (Pensacola Tornados, Cedar Rapids Silver Bullets, Tri-City Chinook) oraz Europie (Maccabi Tel Aviv) był solidnym rezerwowym. Co prawda jego rzut za trzy był koszykarską wersją libacji na skwerku (gdy funkcjonariusze przyjechali na miejsce okazało się, że korzystał z niego w całej karierze tylko 14-krotnie, nie trafiając ani razu), ale siał zamęt w szeregach obronnych rywali wpychaniem się pod kosz.
W sezonie 1992/93 miał tylko jedną więcej próbę rzutu z pola niż prób rzutu wolnego, sugerując, z jednej strony, talent do wymuszania fauli, ale też profil ofensywny bliższy graczom podkoszowym niż obwodowym.
W historii NBA, jeśli weźmiemy pod uwagę zawodników, którzy w sezonie oddali minimum 100 rzutów z pola, jedynymi z wyższą liczbą wykonywanych rzutów wolnych byli DeAndre Jordan, Danny Fortson, Reggie Evans i Omer Asik – sami centrzy/silni skrzydłowi (świadomie nie liczę dwóch point guardów, Buddy’ego Jeannette’a i Frana Currana, którym trafiły się takie sezony pod koniec lat 40., gdy ten sport był jednak zupełnie inny, a NBA nawet jeszcze nie nazywała się NBA).
A pamiętacie, jak Donald Royal narzekał na czas gry w trakcie finałów NBA?
W najlepszych latach, Royal był zadaniowcem który wyszarpywał 10 punktów i kilka zbiórek w każdym meczu. Był przydatny na tyle, że w sezonie 1994/95, trener Brian Hill zrobił z niego gracza pierwszej piątki, ale zmienił koncepcję w trakcie playoffs i zastąpił go specjalistą od trójek, Dennisem Scottem.
Średni czas gry naszego bohatera wynosił w sezonie zasadniczym ponad 26 minut, ale od trzeciego meczu drugiej rundy już tylko 6. W finale przebywał na boisku tylko przez jedną minutę pierwszego meczu.
Co prawda mówiło się, że ma problemy z kostką, ale on uważał, że jest gotowy do gry – a w każdym razie gotowy trafić przynajmniej jeden z czterech rzutów osobistych. Po drugim meczu finałowego pojedynku, w którym Magic przegrali 106:117 a Nick Anderson i Scott wspólnie trafili 7 rzutów na 27 prób, Royalowi deczko się ulało:
„Wiem, że mogę pomóc w defensywie, a Nick jest w dołku. Zaczyna mnie to bardzo irytować”.
Royal żałował później publicznego narzekania w momencie, w którym jego drużyna najbardziej potrzebowała zwarcia szeregów, ale w kolejnym sezonie nie przestał otwarcie mówić o rozczarowaniu swoją sytuacją.
Nadal miał powody.
Grał 15 minut na mecz i kilka razy pojawił się nawet w podstawowym składzie, ale znacznie częściej zdarzało mu się przesiedzieć cały mecz na ławce ze statusem „DNP (can’t shoot threes)„. Starał się jednak nie narzekać, dla dobra drużyny, która kroczyła ku rekordowej w historii klubu ilości zwycięstw – 60. Pogodzony z losem Royal w jednym z wywiadów pod koniec rozgrywek 1995/96 skwitował swoją sytuację słowami:
„Mogło być gorzej. Mogłem grać w Filadelfii.”
Wtedy jeszcze nie wiedział, że po jednym meczu następnego sezonu będzie grał w równie depresyjnym wówczas Oakland.
Bardziej mógł wykrakać tylko, gdyby powiedział wtedy, że „Mogło być gorzej. Mogłem grać w Golden State Warriors, dostawać nawet mniej minut w kiepskiej drużynie, podczas gdy koleś, którego poznałem parę miesięcy wcześniej, szantażuje mnie i moją żonę kompromitującymi zdjęciami”, bo dokładnie to się stało w kolejnych rozgrywkach.
A pamiętacie, jak Donald Royal został właśnie wtedy, w 1997 roku, uznany, przez przedstawiciela jednego z klubów NBA, za posiadacza szybszego pierwszego kroku niż Michael Jordan i Allen Iverson?
Szybki pierwszy krok, w zmieniającej się NBA, wciąż jednak nie równoważył rzutu z wyskoku, który pokochać mogła tylko matka. Dlatego właśnie Royal nie został w Kalifornii zbyt długo, bo przed trade deadline przeniósł się do Charlotte Hornets (tam też nie grał dużo).
Swój ostatni sezon – 1997/98 – zaczął od 10-dniowej umowy podpisanej z Magic, a potem – po kolejnych dwóch dziesięciodniówkach – wrócił na resztę rozgrywek do Hornets. Niestety, gdy jego koledzy tracili formę w trakcie przerwy lokautowej, on przechodził półroczną chemioterapię z powodu raka jelita grubego, zdiagnozowanego niedługo po zakończeniu playoffów 1998.
Ślad po Royalu trochę się w tym momencie urywa.
Widocznie, tak jak i ja przez ostatnie kilkanaście lat, nikt nie miał specjalnej ochoty o nim pisać.
Można się domyślić, że zdrowie pewnie przyspieszyło decyzję o zakończeniu kariery (efekty uboczne leczenia sprawiły, że sporo stracił na wadze). Znalazłem informację, że po chemioterapii i lokaucie pojawił się jeszcze na obozie treningowym Milwaukee Bucks, ale na pewno już więcej zawodowo nie grał w kosza. Nie udało mi się znaleźć nic na temat tego, co dziś u niego słychać, ale – jak to czasem bywa – brak wiadomości jest tu dobrą wiadomością. Wszystko wskazuje na to, że wczesne wykrycie nowotworu pozwoliło Donaldowi zrobić chorobie mniej więcej to, co zrobił kiedyś Clarence’owi Weatherspoonowi…
…zwłaszcza, że Royal to specjalista od wychodzenia obronną ręką ze śmiertelnie groźnych sytuacji.
Gdy grał w Izraelu, prawie zginął w wybuchu bomby w centrum handlowym. Zamachowczyni postawiła ukryty w torbie ładunek wybuchowy obok niczego nie podejrzewającego Donalda i gdyby nie pewien mężczyzna, który kazał mu uciekać, sytuacja mogła skończyć się dla niego tragicznie.
Chyba już nigdy później nie zrobił lepszego użytku ze swojego szybkiego pierwszego kroku.
Z filmikiem z Orlando Woolridge’em u schyłku kariery, ale dokładnie w tym jej momencie, w którym go poznałem.
Z filmikiem z Orlando Woolridge’em, który może w obronie nigdy nie błyszczał, ale w ataku wciąż jeszcze potrafił wykorzystać swoje walory. Na początku drugiej połowy tego meczu dostał zadanie wyciągania spod kosza młodego Shaquille’a O’Neala i w ciągu pierwszych pięciu minut trzeciej kwarty rzucił 12 punktów, powiększając prowadzenie Pistons z 53:51 do 69:56 (w całym meczu miał ich 17).
Nie mogłem się tylko zdecydować jak sformułować zdanie zachęcające do obejrzenia filmu. Ograniczyłem się do trzech wersji, wybierzcie sobie tę, która przemawia do Was najbardziej i dajcie się namówić na odpalenie tego randomowego highlightu:
wersja „clickbait na koszykarskim YouTubie”: Orlando Woolridge BYŁ PROBLEMEM! Młody Shaq nie wiedział, co się dzieje!
wersja „clickbait na Sport.pl”: Był środek nocy, gdy zrobił TO. Cała Ameryka widziała, co się stało
wersja „clickbait na portalu rozrywkowym”: Przed śmiercią ośmieszył gwiazdę, która ośmieszyła Krzysztofa Stanowskiego [WIDEO]
Załapało się nawet firmowe przełożenie piłki za plecami. Lowe.
I lowe Was, że wytrzymaliście z moim nostalgicznym popierdywaniem już ̶1̶3̶ 14 lat.