Quintin Dailey

Quintin Dailey

Fun Fact: Dwie najbardziej imponujące rzeczy, jakich dokonał w swojej karierze Quintin Dailey nie dotyczyły gry w koszykówkę, a jedzenia.

Pierwsza wydarzyła się, gdy był koszykarzem Chicago Bulls, w czasie jednego ze spotkań sezonu 1984/85. Najpierw poprosił trenera Kevina Loughery’ego o zdjęcie go z parkietu po 11 minutach gry z powodu bólu pleców. Potem kazał chłopcu od podawania piłek podskoczyć do loży prasowej, pożyczyć „piątaka” a następnie kupić i przynieść mu popcorn, który skonsumował siedząc na ławce, na oczach trenera.

Dailey przekąszający co nieco na ławce w trakcie meczu stał się jedną z ulubionych anegdotek dziennikarzy sportowych w USA, którzy z czasem zaczęli urozmaicać mu menu o pizzę, nachosy i napoje gazowane, choć wierzę najbardziej temu artykułowi, zapewniającemu, że chodziło jednak o prażoną kukurydzę.

Co ciekawe, nie był to największy przypał Quintina na ławce Bulls. W kolejnym sezonie siedział na niej pewnego razy tak naćpany, że myślał, że nowy trener Stan Albeck jest zwolnionym w lecie Lougherym. Po tej akcji sam zapisał się na swój drugi odwyk (pierwszy miał zaraz po sezonie debiutanckim).

Drugi spożywczy wyczyn Quntina to z kolei przytycie 16 kilo w mniej więcej trzy miesiące, mimo regularnego zawodowego grania w koszykówkę.

To był początek rozgrywek 1988/89. Był on wówczas już dwa lata po trzecim odwyku i okupionym dużą pracą powrocie do NBA, po tym jak Bulls wreszcie dali sobie z nim spokój. Ale Dailey narkotyki zastąpił podjadaniem. Było to widoczne od pierwszego założenia koszulki Los Angeles Clippers, dla których grał już wtedy trzeci rok.

Q wcześniej jako tako utrzymywał się w granicach wagowej przyzwoitości, mozolnie próbując odbudować karierę, którą młodemu Daileyowi wróżono swego czasu równie wielką, co młodemu Michaelowi Jordanowi. Paradoksalnie właśnie w tym sezonie, w którego połowie został zawieszony za przytycie z 88 do 104 kilogramów, miał najlepsze statystyki od pierwszych lat w lidze, gdy jako debiutant został powołany do All-Rookie Team, a jako drugoroczniak rzucał ponad 18 punktów w każdym meczu ostatnich rozgrywek ery przedjordanowskiej.

Gdy wchodził na tę bezlitosną wagę, był pierwszym strzelcem w składzie, ze średnią 17 punktów (jeśli nie liczymy kontuzjowanego w tamtym czasie Danny’ego Manninga, zdobywającego 0.1 punktu na mecz więcej). No ale to jednak byli Clippers, więc nic dziwnego, że po dwóch latach tej beznadziei poczuł potrzebę zajedzenia niesmaku w ustach.

Jak się okazało, Quintin nie tylko szybko tył, ale też szybko chudł. Prawie 9 kilogramów zrzucił w ledwie 10 dni (podobno dużo ćwiczył a myśli od jedzenia odganiał oglądając kreskówki z Woodym Woodpeckerem) i wrócił do zespołu zaraz potem.

Oprócz problemów z utrzymaniem wagi, Dailey miał też problemy z utrzymaniem dyscypliny. Nie wiem czy jakikolwiek koszykarz zawalił kiedyś początek sezonu tak bardzo, jak Quintin swoją przygodę z Lakers w sezonie 1989/90.

Wicemistrzowie NBA, niezrażeni dziwnym przypadkiem tycia z poprzednich rozgrywek, zaoferowali mu rolę rezerwowego obrońcy i gwarantowany kontrakt. W tamtym czasie nie było większego awansu w tej lidze niż przejście z Clippers do Lakers.

Nasz bohater wykorzystywanie życiowej szansy i walkę o względy Pata Rileya zaczął od… przegapienia samolotu, którym zespół leciał na obóz przygotowawczy na Hawaje.

Następnie nie przyszedł na klubowe zebranie, a pierwszy trening zakończył wcześniej, bo prawie zemdlał (mówił potem, że nie jadł dwa dni).

Wagę miał w normie, ale podobno był zupełnie bez formy, co dobitnie obnażyły kolejne sesje. Gdy zaspał na jeden z kolejnych treningów, Riley i Jerry West mieli dość. Zerwali jego gwarantowany kontrakt po niecałym tygodniu od rozpoczęcia campu w Honolulu.

Nawet grający wtedy w Jeziorowcach, Orlando Woolridge, który rozumiał go dobrze, bo znał Q i z Bulls, i z odwyku, przyznał, że odstawienie używek to jedno, ale nauczenie się odpowiedzialności to drugie i z tym jego kolega ma kłopoty. Co prawda agent Daileya twierdził potem, że jego klient miał trudną sytuację rodzinną – jego żona miała powikłania w trakcie ciąży – ale nie zmieniło to faktu, że jego pierwsza okazja na grę w klasowej drużynie NBA poszła mniej więcej tak dobrze, jak ostatnie lądowanie Hindenburga.

Trzecią szansę dostał od Seattle i z grubsza przeszedł tam ten sam cykl, co w innych miastach. Przed rozgrywkami 1991/92 zdiagnozowano mu ADHD, które tłumaczyłoby sporą część jego problemów. Dailey spędził miesiąc w szpitalu, przez co stracił początek sezonu, ale dobrano mu odpowiednie leki i wrócił do drużyny w świetnym nastroju. Niestety zepsuł mu go trener K.C. Jones, który zredukował jego rolę. Quentin narzekał na minuty tak bardzo, że zwolniono go już w drugim tygodniu grudnia.

Tak skończyła się kariera, która skręciła w złą stronę jeszcze zanim się zaczęła.

Q był jednym z najbardziej ekscytujących talentów akademickich, gdy na ostatnim roku gry na uczelni, został oskarżony o próbę gwałtu jednej ze studentek w akademiku. Sprawa (w której bardzo dużo mącił sam Uniwersytet San Francisco, próbując chronić wizerunek swojej koszykarskiej gwiazdy) zakończyła się przyznaniem oskarżonego do napaści w zamian za oddalenie zarzutów seksualnych (choć Dailey do końca utrzymywał, że jest niewinny – pomimo bardzo dziwnych, jeśli nie obciążających zeznań złożonych na policji – to chciał zakończenia procesu jeszcze przed draftem, żeby drużyny znały jego status). Quentin dostał trzy lata w zawieszeniu, zapłacił pokrzywdzonej 100 tysięcy dolarów i oficjalnie ją przeprosił, ale też uniknął więzienia, został cztery dni później wybrany z siódmym numerem draftu, podpisał lukratywny kontrakt, a na powitalnej konferencji prasowej zachowywał się, jakby to on był ofiarą. Dlatego nikt mu nie odpuścił.

Prasę miał fatalną, w sezonie debiutanckim przed każdym meczem Bulls odbywały się protesty grup kobiecych, a gdy był przy piłce, kibice buczeli. Nie lepiej było poza halą – ludzie na mieście w najlepszym razie krzywo na niego patrzyli, długo nie mógł znaleźć sobie mieszkania, bo nikt nie chciał mu go wynająć, a gdy już się udało, zaczęły się telefony z pogróżkami. Można się domyślić, jak to wpływało na zdrowie psychiczne Quintina. Pewnego razu po prostu nie pojawił się na meczu nic nikomu nie mówiąc. Znaleziono go chowającego się w szafie w swoim domu.

Jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej o tej skomplikowanej postaci, polecam wideofelieton Jeffa Pearlmana:

Jak wielki talent się tu zmarnował?

Pewne pojęcie o jego skali daje nam fakt, że do 1 listopada 1986 roku, kiedy to Jordan ustrzelił swoją pierwszą 50-tkę w Madison Square Garden, to właśnie Dailey był rekordzistą (razem z Rickiem Barrym) pod względem punktów zdobytych w Mekce Koszykówki przez gracza przyjezdnego – 2 kwietnia 1984 roku rzucił ich 44 (dodając 8 zbiórek i 5 asyst). Quintin Dailey rzucający duże ilości naraz punktów w meczu NBA wygląda mniej więcej tak:

W sumie to MJ sporo mu odebrał – rekord w MSG, miejsce w składzie Bulls (Dailey tak się kiedyś zdenerwował na „faworyzowanie” Jordana, że w ramach protestu nie pojawił się na jednym z meczów) – ale Jego Powietrzność w 1991 roku, po zwolnieniu Q przez Sonics, akurat przed meczem z Bulls, wypowiadał się o nim bardzo pozytywnie.

„Wielu ludzi mówiło, że mnie nie lubił, ale ja uważam, że mieliśmy zdrową rywalizację. Był fajnym gościem, dobrze było mieć go obok. Nauczył mnie wielu rzeczy. Koszykarskich sztuczek. Jak przytrzymać rywala, jak go odepchnąć. Co robić podczas wejścia pod kosz, żeby wymusić faul. Jak wbić się ciałem w obrońcę i utrzymać równowagę.”

Litościwie przemilczę tę część, w której Mike biadoli jak to Quintina skrzywdzili w Chicago wypominając mu napaść na kobietę (do której, jakby nie patrzeć, się przyznał), ale zmierzał wtedy do słusznej konkluzji, że Dailey po tamtym skandalu był skazany na porażkę.

„Myślę, że wszystko, przez co tutaj [w Chicago] przeszedł, zostawiło trwały ślad. Miało to związek z problemami, które miał przez resztę kariery — z narkotykami i innymi rzeczami.”

Kolejne terapie i odwyki nie szły w jego przypadku zupełnie na marne, Quintinowi – który w wieku 13 lat stracił obydwoje rodziców w przeciągu paru miesięcy – udało się w końcu ułożyć sobie życie. Po zakończeniu kariery wydawało się ono zupełnie zwyczajne. W 2010 roku zmarł nagle, we śnie, w wieku 49 lat.

Trudno sympatyzować z gościem oskarżonym o napaść na tle seksualnym, ale jedno Daileyowi trzeba oddać. W końcu zrozumiał – a wiemy to, bo mówił o tym w wywiadach – że za wszystkie rzeczy, które go spotkały odpowiedzialny był tylko i wyłącznie Quintin Dailey.

A walka z samym sobą jest niestety znacznie trudniejsza, niż pojedynki na treningu z Michaelem Jordanem.

Postaw kawę
Otagowane

Rex Walters

Rex Walters

Fun Fact: Pół-Japończyk, pół-bardzo-biały-człowiek został wybrany z szesnastym pickiem draftu 1993, ale w miarę szybko się okazało, że jego atuty – rzut, ciąg na kosz, pewien potencjał playmakerski – na poziomie NBA na nikim nie robią wrażenia.

Czego jeszcze mu brakowało?

Cierpliwości do pracy z idiotami.

Rex może wygląda na grzecznego i układnego, ale w połowie swojego drugiego sezonu zamienił się nagle w Kevina Duranta zalogowanego na fejkowym koncie twitterowym.

Gdy przedostatniego dnia stycznia 1995 ukazał się numer Sports Illustrated z niesławną okładką przedstawiającą żałośnie rozdziawioną twarz lidera Nets z nagłówkiem „Łaaaaaa! Kapryśne primadonny takie, jak Derrick Coleman z New Jersey, to złe wieści dla NBA”, na początku tekstu Phila Taylora pojawiła się następująca wypowiedź Rexa na temat jego zespołu:

„Cóż, mamy jednego milionera, który nie zawiąże sznurówek, gdy trener mu każe, jeszcze bogatszego milionera, który narzeka, ponieważ nie chce nosić krawata w samolocie, kilku graczy, którzy co drugi dzień mówią, że chcą transferu i jeszcze kilku, trenujących tylko wtedy, jak ich akurat najdzie ochota. Jeśli piszesz o nas, mam nadzieję, że nazywasz się Zygmunt Freud, ponieważ jest to najbardziej szalona grupa facetów, jaką można spotkać.”

Jak można się domyślać, koledzy z drużyny nie byli zadowoleni z tak precyzyjnego opisu sytuacji. Coleman (to on nie chciał nosić krawata) podczas konfrontacji nawrzucał Rexowi, ale ten miał odpowiedzieć, że DC też mówił o nim i o innych różne rzeczy, więc on, zwyczajnie, zrobił to samo. Kenny Anderson z kolei przestał po prostu ukrywać swoją niechęć do Waltersa, co raz bardziej otwarcie wyśmiewając jego pośledni skill. Zapytany przez dziennikarzy o ocenę gry innych zawodników Nets, wszystkim dał szóstki i piątki, a przy Reksie wymownie odmówił komentarza.

Ale Walters nie pozostawał dłużny i chętnie udzielał kolejnych wypowiedzi dla prasy, skupiając się głównie na egoizmie Andersona:

„Kenny mnie krytykuje, a sam rzuca imponujące 40% z pola. Do tego ma monopol na piłkę. Jest najlepszym dryblerem w lidze, ale ten dar to jego największy wróg. Kocha kozłować piłkę tak bardzo, że czasem wszyscy inni nie mają co robić. Nie krytykuję, po prostu jestem szczery.”

Waltersowi i Andersonowi zdarzało się kłócić o to także w czasie meczów.

„Wydaje mi się, że Kenny liczy swoje asysty. A to jest naprawdę proste: ktoś jest niepilnowany, podajesz.”

Gdyby w sezonie 1994/95 wręczano nagrodę dla najgorszego kolegi z drużyny, bardzo możliwe, że zgarnąłby ją właśnie Rex Walters. Możliwe też, że paru innych graczy Nets byłoby w tym konkursie mocną konkurencją.

Postaw kawę
Otagowane

Winston Bennett

Winston Bennett

Fun Fact: Niski skrzydłowy, który grał w NBA od 1989 do 1992 roku, wiele lat później przyznał się do uzależnienia od seksu, twierdząc, że przez wiele lat sypiał z 90 kobietami miesięcznie, a po ślubie – mniej więcej z połową tej liczby.

Seks z trzema partnerkami dziennie to lepsza średnia niż wynik Wilta Chamberlaina, który niegdyś utrzymywał, że od 15-go roku życia, przez jego łóżko przewinęło się 20 tysięcy kobiet, co w momencie wyliczenia dawało 1.4 na dobę.

Tak napięty grafik poza boiskiem tłumaczy trochę brak wartych wspominania wyczynów na nim.

Największym koszykarskim powodem do chwały Winstona było powierzenie mu przez Lenny’ego Wilkensa zadania pilnowania od pierwszej minuty Michaela Jordana w meczu, w którym MJ ustanowił rekord kariery (choć Bennettowi w twarz rzucił tylko 8 z 69 punktów a wśród kilku niecelnych rzutów był też potencjalny game winner w regulaminowym czasie gry)…

…i w którym prawdziwy niedźwiedź w koszulce Larry’ego Nance’a balansował na przednich łapach na głowie jakiegoś kolesia.

CO DO DOSŁOWNEGO CH…

Postaw kawę
Otagowane

Ed O’Bannon

Ed O'Bannon

Fun Fact: W poprzednim poście o Edzie O’Bannonie, nie przyłożyłem się jakoś specjalnie do researchu i zostawiłem nas z pytaniami dotyczącymi powodów tego, że jego kariera w NBA – po tym jak był na absolutnym topie NCAA i dziewiątym pickiem dratu – trwała ledwie 2 lata:

„Czy nie wystarczająco się starał? Czy za słabo trafiał do kosza? Czy chodziło o problemy z kolanem? Czy stracił pewność siebie po trudnych początkach, zmianie trenera i transferze? Nie doczekaliśmy się żadnej wiodącej narracji w tej sprawie, gwiazda Eda O’Bannona po prostu nagle zgasła.”

Ten brak jednej, jasnej odpowiedzi jest jednak zgodny z obiegową opinią o czasie Eda w NBA.

Z punktu widzenia zwykłego fana, O’Bannon dość dziarsko wbił na ligowe salony a za chwilę już go nie było. Oto highlighty podsumowujące jego karierę:

Tak obiektywnie, za największy jego problem należy uznać kolano – na tę jedną rzecz nikt nie miał wpływu. Zerwane ACL na samym początku uniwersyteckiej przygody mogło zakończyć jego karierę już wtedy. Do tego nie doszło, ale po pięciu latach gry, Ed nie miał wątpliwości, że jego ciało nie wytrzymuje obciążeń sezonu NBA. W efekcie chuderlawy gwiazdor UCLA był za słaby na walkę pod koszem i za wolny na bieganie po obwodzie – i w ataku, i w obronie.

Choć on sam uważał, że noga nie jest żadną wymówką:

„To nie kontuzja [była problemem], tylko pewność siebie. Pudłowałem rzuty, byłem sadzany na ławce, to wpływało na moją postawę w defensywie i straciłem poczucie własnej wartości.”

Wspominał też, jak bardzo tęsknił za domem i rodziną po przeprowadzce z Los Angeles do New Jersey. Nie pozwoliło mu to skupić się w pełni na grze i przyspieszyło decyzję Nets o pozbyciu się go po półtorej sezonu.

Pisałem poprzednio, że jego karierę jak najbardziej zaliczam do kompletnych, bo zdążył zapakować nad Shawnem Bradleyem, ale chyba lepszą jej ilustracją (może nie tak dobrą, jak angielskie wyjście dziadka Simpsona, ale jednak) jest ta sekwencja z meczu z Celtics:

Najpierw mamy jeden z najładniejszych, najbardziej dynamicznych wsadów, jakie w tamtych latach można było zobaczyć na parkietach, który dał Nets 17-punktowe prowadzenie pod koniec trzeciej kwarty.

Potem: przechwyt i kolejną otwartą drogę do kosza dla debiutanta rozgrywającego swój czternasty mecz w NBA, który najpierw rzuca szelmowski uśmiech w stronę ławki rywala a potem… pudłuje stuprocentówkę. Co gorsza, ożywia publiczność i przeciwników, którzy po tym fiasku rzucają 13 kolejnych punktów, doprowadzając ostatecznie do dogrywki.

„Pudłowałem rzuty”, które padło z usta Eda chwilę wcześniej, z takim obrazkiem, brzmi jak niedomówienie rangi nazywania filmu „Coś” historią o grupie naukowców na Antarktyce przygarniających psa.

A tak a propos śniegu i suspensu, to gdyby zapytać o pierwsze skojarzenie z nimi Eda, który ostatnie trzy lata zawodowej gry w kosza spędził w Anwilu, Polonii i Astorii, to zapewne opowiedziałby ponownie historię o derbach Warszawy z sezonu 2002/03, podczas których na trybunach i parkiecie rozegrała się… bitwa na śnieżki.

Postaw kawę
Otagowane

Reggie Miller

Reggie Miller

Fun Fact: Oto moja pierwsza piątka koszykarzy z lat 90., którzy wyglądali najdziwniej z powodu tymczasowych decyzji dotyczących włosów na głowie:

PG – Kenny Smith z krowim plackiem na czole

SGReggie Miller z bródką i wąsikiem

Doceniam każde próby odciągnięcia uwagi od reszty głowy Reggie’ego i to naprawdę był dla niego dobry kierunek, ale Millerowi po prostu zabrakło konsekwencji i dlatego tak bardzo mnie zaskoczyła karta, która ilustruje ten wpis. Gdyby został przy tym zaroście na dłużej, może dałby radę ocieplić swój wizerunek w moich oczach, ale niestety wrócił szybko do swojej gładko wygolonej facjaty. O ile mi wiadomo, ta stylówka zadebiutowała jesienią 1996 roku podczas preseason. Odwiedziła wtedy nawet Stary Kontynent, podczas Europe Tour, obejmującego Berlin i Sewillę, w który Indiana Pacers wybrali się razem z Seattle Supersonics. Impreza zasłynęła głównie tym, że w Hiszpanii obie drużyny grały tak kiepsko, że zostały wygwizdane przez europejską widownię. Jedyne inne zdjęcia cool-bródki Millera, jakie znalazłem, pochodzą właśnie z berlińskiego pojedynku (w którym Reggie rzucił 37 punktów, w tym game-winnera z dystansu):

SFScottie Pippen z łysą głową

Wiem, że swoją łysą głowę Pip unieśmiertelnił w czasie All-Star Game 1994, ale nie bez powodu już do tego looku nie wracał. Okazało się, że Scottie jest jedną z tych osób, których skóra na czubku głowy wygląda jakby opinała nie gładką czaszkę a bezpośrednio mózg, którego zwoje są przez to doskonale widoczne. Albo, bo z takim określeniem się też spotkałem, jak sterta parówek. Albo, cytując wzmiankę Skipa Baylessa na ten temat, „jak pomarszczona głowa postaci z ‚Dicka Tracy’ego'”. Wzmiankę bardzo w punkt, trzeba dodać:

PF – Kevin McHale i jego wąsy harleyowca

CRik Smits z łysą głową

Holender bardzo niechętnie zgodził się na kolektywne golenie głów, które Pacers zarządzili w czasie playoffs 1998 w imię zespołowego zjednoczenia, nie wyglądał dobrze bez swojej blond czupryny (co mówi wiele o rozmiarach porażki, biorąc pod uwagę jak niemodna była jego wcześniejsza fryzura), a na dodatek – jak twierdzi – jego włosy potem zaczęły rosnąć inaczej niż wcześniej.

Pierwszym zmiennikiem mógłby tu być Charles Oakley, który po transferze do Toronto, zaczął na starość eksperymentować z warkoczykami i loczkami, ale ponieważ trzymał się tej decyzji dość długo, traci sporo minut w tej rotacji.

Otagowane , , , ,

Billy Owens

Fun Fact: Załączony powyżej rewers karty Billy’ego wygląda jak okładka płyty z pościelowym soulem. Wymyśliłem nawet tytuły utworów, jakie mogłyby się na niej znaleźć:

  1. „I Point Forward To Your Love”
  2. „Playin’ Billy Ball With Your Heart”
  3. „Let Me Be Your Rock”
  4. „Left My Heart In Golden State”
  5. „Shooting My Shot With You (But I Have No Range)”
  6. „Rebounding From You”
  7. „I Have Played Every Position But Haven’t Found What I’m Looking For”
  8. „You Keep Trading My Heart”
  9. „Was I Ever Enough?”

Billy był jednym z najbardziej ekscytujących talentów, jakie trafiły do NBA. Jeden z pionierów pozycji point forward i ponadprzeciętny zbierający był jednak co chwilę wymieniany (w tym za Mitcha „The Rock” Richmonda, zanim jeszcze zagrał pierwszy mecz w NBA) i nikt chyba nigdy nie wygrał transferu, w którym go pozyskiwał. Miał być all-starem a skończył jako role player, którego kariera straciła impet już po trzech latach w koszulce Warriors. Ale mimo wszystko wciąż był niezaprzeczalnie zdolny. Był nawet inspiracją dla Kevina Duranta, który studiował jego boiskowy styl. Dziś jego umiejętność gry na wszystkich pięciu pozycjach byłaby ceniona jeszcze wyżej, ale z drugiej strony, większą przeszkodą dla osiągnięcia pełni potencjału byłby jego kiepski rzut z dystansu. Czyli, owszem, mógłby być bieda-Durantem, ale mógłby też być drugim Benem Simmonsem… tylko gorszym w obronie.

W każdym razie taka fikcyjna płyta Billy’ego, z taką okładką i taką listą utworów to, że tak nieskromnie napiszę, idealny soundtrack do jego kariery, która może i powinna być lepsza, ale, do cholery, życie też powinno być lepsze.

Na szczęście zawsze zostaje nam pościelowy soul.

Postaw kawę
Otagowane

John Bagley

John Bagley

Fun Fact: Zasady zdrowej i wartościowej diety były dla Johna Bagleya jak Biblia.

Tyle że John był ateistą.

Dodatkowo, jeśli akurat nie narzekano na jego problemy z utrzymaniem wagi, to narzekano na niski wzrost (choć Basketball Reference przypisuje mu w swojej bazie równe sześć stóp wzrostu – pewną granicę przyzwoitości w tej lidze – to w artykułach sprzed draftu pisano, że ma cal lub nawet dwa albo i trzy mniej).

To wyjątkowo niewdzięczna kombinacja w koszykówce i dlatego właśnie dość rzadka, bo do głowy przychodzi mi ledwie dwóch jego „następców”: Khalid El-Amin i Raymond Felton. W tym kontekście, jedenastoletnia kariera Bagleya, zwieńczona średnimi 8.7 PPG i 6.0 APG, budzi wręcz szacunek.

Ale nie ma też wątpliwości, że mogło być lepiej, albo, przynajmniej, trochę dłużej.

Do NBA trafił w 1982 roku, jako gwiazda Boston College, wybrany z numerem 12 przez Cleveland Cavaliers. Klubem wciąż jeszcze zarządzał wtedy niesławny Ted Stepien, więc oczywiście trudno było traktować jego wybór na poważnie, zwłaszcza, że ekscentryczny właściciel w drugiej rundzie nakazał wybrać Davida Magleya tylko dlatego, że ich nazwiska się rymowały (na konferencji prasowej prezentującej debiutantów Stepien rozdawał koszulki z napisem „Bagley Magley Duo”). Inna sprawa, że znacznie szerzej komentowano pierwszy pick tego naboru, wykorzystany na Jamesa Worthy’ego przez Los Angeles Lakers, który jeszcze dwa i pół roku wcześniej należał do Kawalerzystów ale został oddany za Dona Forda i 22 pick dratu 1980 zmarnowany później na Chada Kincha.

Choć ówczesny trener Cleveland, Tom Nissalke, nie był zbyt wielkim fanem Bagleya i dopiero jego następca, młody George Karl, obsadził go w roli podstawowego rozgrywającego – nasz bohater odchodził z Cavs po pięciu latach jako najlepszy asystujący w historii Cavs (do dziś wyprzedzili go tylko LeBron James, Mark Price i Darius Garland).

Miało się jednak wrażenie, że po przełomowych rozgrywkach 1984/85 (zbliżył się wówczas, na dwa sezony, do poziomu 10 punktów i 10 asyst w każdym meczu), zrobił albo krok wstecz, albo w niewłaściwym kierunku.

Żeby było zabawniej, jeden z zakrętów prowadził przez… „Manute Manię”. Latem 1986 roku, Manute Bol i – z jakiegoś powodu, nie wnikam – właśnie John Bagley, wzięli udział w cyklu eventów, podczas których wylosowani z publiczności śmiałkowie mogli albo spróbować zdobyć punkty przeciwko Sudańczykowi, albo pokonać „Bagsa” w konkursie rzutów za trzy. Powtórzę, nie wnikam dlaczego ktoś zaproponował tę fuchę Johnowi, ale nie stała za tym jakaś żelazna logika, skoro w roli speca od rzutów z dystansu zatrudniono gościa, który do tamtej chwili trafił raptem 14 „trójek” przez cztery lata i to przy skuteczności wynoszącej 14.9%… Manute spokojnie mógł ogarnąć obydwa konkursy sam.

Gdy szkoleniowcem Cavaliers został Lenny Wilkens, po roku wspólnej pracy oddał Johna do New Jersey Nets, bo wolał postawić na jeszcze niesprawdzonego drugoroczniaka, Price’a. Do stanu Nowy Jork ściągnął go generalny menadżer, Harry Weltman, który odpowiadał za jego wybór w drafcie przez Kawalerzystów, ale to była wówczas umieralnia karier i tej bagleyowej również się nie przysłużyła mimo utrzymania przyzwoitych zdobyczy statystycznych. Ci, którzy zwrócili na niego uwagę, gdy poprowadził marnych Cavs do playoffów w 1985, zdążyli już o nim zapomnieć. No chyba, że akurat wymyślali żarty o otyłych sportowcach.

Pomocną dłoń wyciągnęli szukający wsparcia dla starzejącego się Dennisa Johnsona, Boston Celtics, którzy byli gotowi wymienić za niego dwa picki drugorundowe. Choć ich Wielka Trójka zaczynała się sypać, światła Boston Garden wciąż były bardzo jasne. Gdy padły na wyciągniętego z koszykarskiego niebytu Bagleya, zrzędliwi lokalni dziennikarze natychmiast dostrzegli nadprogramowe kilogramy. I byli bezlitośni.

„Celtowie podpisali kontrakt z point guardem, Johnem Bagleyem. Gdzie on ma poprowadzić tę drużynę? Do najbliższego fast-fooda? Jan Hubbard, były felietonista ‚Dallas Morning News’, w zeszłym sezonie umieścił Bagleya w swojej All-Big Mac Team. Ze swoimi problemami z to rosnącą, to spadającą wagą, wydaje się, że jeśli chodzi o podania, to najlepiej wychodzi mu podawanie jedzenia samemu sobie.”

– pisał John Nash w „Bangor Daily News”.

John ostatecznie zagrał w 54 spotkaniach (17 z nich zaczynał w wyjściowym składzie) i, występując po 20 minut w meczu, był trzecim najlepszym bostońskim asystentem. Niestety całe kolejne rozgrywki stracił z powodu kontuzji kolana zakończonej artroskopią.

W międzyczasie Celtics zmienili trenera – Jimmy’ego Rodgersa zastąpił Chris Ford.

Jak zrobić wrażenie na nowym szefie, który swoją filozofię boiskową oparł o szybką grę?

Według wracającego do zdrowia Johna Bagleya, odpowiedź brzmiała: „stawić się na obozie przygotowawczym z 15 kilogramami nadwagi”.

Ford był wściekły i gotowy zwolnić Bagleya (który w międzyczasie zdążył już przekroczyć 30-tkę), ale kontuzje Dee Browna oraz Briana Shawa sprawiły, że rekonwalescent bez formy został jedynym rozgrywającym w składzie i to on otworzył sezon w pierwszej piątce.

Choć Celtowie zaczęli od bilansu 5-5, wygrali 9 z następnych 10 spotkań, w których John notował średnio 9 punktów i 7 asyst przy skuteczności rzutów z gry ponad 52%.

Pod koniec sezonu był już wręcz bohaterem Bostonu, który – nawet, gdyby jej trochę nie zrzucił – był wart swojej wagi w złocie.

W drugim meczu pierwszej rundy playoff, z Indiana Pacers, zagrał mecz życia, notując 35 punktów i 15 asyst, prowadząc grający bez Larry’ego Birda Boston do wygranej po dogrywce.

Kevin McHale powiedział, że Bagley był tamtego wieczoru „większy niż Alaska” a większość osób nawet nie uznała tego za dowcip o grubasach – tak bardzo zmieniła się narracja wokół naszego bohatera (nawet cytowany wcześniej John Nash z „Bangor Daily News” przyznawał w tamtym czasie, że John schudł i gra dobrze… choć i tak znalazł 10 innych powodów do narzekania na Celtów).

Średnie Johna z tamtej trzymeczowej serii – 20 punktów i prawie 12 asyst – nie utrzymały się niestety w kolejnym pojedynku, z jego byłym zespołem z Cleveland. Boston stracił okazję by wyjść na prowadzenie 3-1, przegrywając po dogrywce czwarty mecz we własnej hali, w którym – pierwszy raz od ponad miesiąca – na boisku pojawił się Bird. Celtowie przegrali tę serię w siedmiu spotkaniach, a Larry Legenda zakończył po sezonie karierę.

Chris Ford nie chciał dramatycznej przebudowy, ale w imię odmładzania składu postanowił nie przedłużać kontraktu z „Bagsem” i wypróbować na pełnym etacie chimerycznego Shermana Douglasa (wciąż nie tracąc nadziei, że zrobi point guarda z Dee Browna). Wkurzyło to innych weteranów. Robert Parish otwarcie skrytykował tę decyzję. Po tym, jak Celtics zaczęli kampanię 1992/93 od bilansu 10-13, leciwy center powiedział:

„Cały czas powtarzam, że chciałbym go tu widzieć, bo w zeszłym sezonie wykonał kawał dobrej roboty. Nawet gdybyśmy mieli na obozie przygotowawczym dwudziestu point guardów, to mam to gdzieś – John Bagley powinien być jednym z nich. Gdyby nie było go z nami w zeszłym roku, to sezon nadawałby się do spuszczenia w toalecie, bylibyśmy ostatni. To oczywiste, że nam go brakuje.”

Tydzień później, John Bagley był znów graczem Celtics.

Źródła milczą jednak na temat formy, w jakiej wrócił, ale wszyscy już znamy jego modus operandi.

Sporo mówi fakt, że choć John został w drużynie przez resztę rozgrywek, pojawił się na boisku tylko w 10 meczach.

Jeszcze więcej mówi anegdota posezonowa. John Bagley – który ponownie nie otrzymał od Celtów propozycji przedłużenia kontaktu – pojawił się w lipcu (czyli raptem dwa miesiące po zakończeniu rozgrywek) na obozie dla wolnych agentów Miami Heat nie tylko z dobrze znanymi Chrisowi Fordowi, 15 kilogramami nadwagi, ale też z torbą kijów golfowych na ramieniu.

Do składu się oczywiście nie załapał.

W listopadzie zakotwiczył w składzie Atlanty Hawks. Wystąpił w trzech meczach, uzbierał 2 punkty, 3 asysty, został zwolniony i więcej do NBA nie wrócił. Jego kariera skończyła się niemal równo rok po tym, jak Robert Parish przekonywał dziennikarzy, że John Bagley to najlepsza osoba do prowadzenia ataku Celtics.

Nie poprowadził go jednak do relewantności w erze post-birdowskiej.

Nie poprowadził go nawet, jak sugerował lata wcześniej felietonista dziennika z Bangor, do najbliższego fast-foodu.

Jak się miało okazać, „Bags” obrał już wtedy kurs na pole golfowe.

Postaw kawę
Otagowane

Grant Hill

Grant Hill

Fun Fact: Nie wiem, co jest bardziej najbardziej ninetiesowym elementem tej karty: buty Fila Hill 1 czy SEGREGATOR?

Serio.

Czemu w latach 90. trzymaliśmy wszystko w segregatorach? Słynne „Karteczki”, kolekcje typu „Świat Wiedzy” czy „Easy PC”. Sam mam jeszcze zapełniony w tamtych czasach segregator ze starymi „Basketami” oraz pociętymi (gdy naszła mnie faza na robienie zeszytów wyklejankami) „Pro-Basketami”, nie mówiąc już o pawlaczu zawalonym segregatorami z moją kolekcją starych kart.

Zachowałem też mój ulubiony segregator sprzed 30 lat, w którym obecnie trzymam najbardziej randomowy szajs sprzed 30 lat: wycięte z okładki komiksu TM-Semic hologramy ze Spider-Manem, korespondencję ze znalezionym przez Telegazetę gościem, z którym wymieniałem się kartami, rysunki Keitha Flinta z Prodigy i ostatni zachowany komiks narysowany przeze mnie za dzieciaka (o Batmanie, niestety wszystkie moje oryginalne serie – o Białym Diable oraz zrzynce z Green Lanterna walczącej z ludźmi meteorami – gdzieś przepadły). Nie wiem czemu właściwie nie mam w nim kart NBA:

Segregator

A co tam, macie też fotkę przykładowych strony komiksu, lol:

Co do butów, to „hille jedynki” pozostają moimi ulubionymi sneakersami z tamtych lat (szkoda, że gdy parę lat temu zostały wznowione, nie było dla mnie rozmiarówki). Jak myślę „Grant Hill” i „reklama”, to pierwszym wynikiem będzie zawsze ta Sprite’a z „I’m a cowboy”, ale ze współpracy z włoskim producentem obuwia wynikło także kilka fajnych spotów, z których chyba najczęściej – na niemieckich kanałach dostępnych w osiedlowej kablówce – oglądałem ten:

Natomiast najbardziej zabawna była seria reklam, w których Hill próbuje zerwać z wizerunkiem dobrego chłopca pod przewodnictwem najgorszego z nich – Billa Laimbeera.

Ten spot miał swoje krótsze wersje, rozbijające narracje na kolejne etapy treningu, który ostatecznie ciągnął się aż przez 52 dni:

Jak wyglądałaby dziś koszykówka, gdyby Billowi udało się wtedy skorumpować Granta?

Tak:

Wracając jednak do karty, to bardzo ninetiesowy jest też sam Grant Hill ze swoją łatką „następcy Michaela Jordana„, którą regularnie przyszywano co zdolniejszym graczom obwodowym przychodzącym w tamtej dekadzie do ligi.

I powiem Wam, że nosił ją chyba najdzielniej ze wszystkich jemu podobnych. Choć kontuzje zmieniły trajektorię jego kariery (o mało go wcześniej nie zabijając), to wystarczy odpalić jego najlepsze akcje, żeby przypomnieć sobie, że zdziałał wystarczająco wiele, by wspominać go jako gwiazdę NBA.

Postaw kawę
Otagowane ,

Shaquille O’Neal

Fun Fact: To mógłby być początek dowcipu, odcinek zakręconego sitcomu lub podwaliny pod scenariusz kolejnego sequela „Szklanej Pułapki”: odcięty od świata przez śnieżycę stulecia hotelowy bar, a w nim zamknięci zawodowi koszykarze, skandalizujący zespół rockowy u progu światowej sławy, ekipa obwoźnego teatru opartego na telewizyjnym programie dla dzieci oraz para młoda z gośćmi weselnymi.

Tyle, że to prawdziwa historia.

Tymi koszykarzami byli Orlando Magic.

Tym zespołem – Marylin Manson z kumplami.

Tą ekipą – Sesame Street Live.

Pary weselnej nie jestem w stanie zidentyfikować, ale gdzieś mignęła mi niepotwierdzona informacja, że to było polskie wesele.

W pierwszych dniach 1996 roku, śnieżyca sparaliżowała całe wschodnie wybrzeże, co odbiło się m.in. na ligach sportowych, których drużyny nie były w stanie dotrzeć na zaplanowane mecze. Było tak źle, że nawet koszykarze New York Knicks zamieszkali na ten czas w hotelu na Manhattanie, bo nie byli w stanie dotrzeć do swoich domów na przedmieściach.

Magików z Orlando, śnieżyca zastała w powietrzu. Lecieli na mecz z Philadelphia 76ers, ale jedynym w okolicy miastem z wciąż działającym lotniskiem było Allentown, gdzie zespołowi udało się zarezerwować miejsca w Holiday Inn. Śnieg był po pas, więc samo wyjście z hotelu było wyzwaniem. Było jasne, że koszykarze utknęli tam na dwa lub trzy dni.

Jak się miało okazać – nie tylko oni, a miejscem spotkań i interakcji uwięzionych podróżnych oraz przypadkowych tubylców stał się hotelowy bar w stylu sportowym, „Trophy’s”.

Duszą towarzystwa był oczywiście Shaquille O’Neal, który albo podnosił Marylina Mansona, albo śpiewał melodię z czołówki „Ulicy Sezamkowej” razem z gośćmi, którzy na co dzień wcielali się w Elmo, Oscara, Berta, Ernie’ego czy Wielkiego Ptaka podczas stadionowego show na żywo.

Brian Hill, ówczesny trener Magic z nudów także zszedł do baru i tak wspominał to po latach:

„Zobaczyłem obsadę ‚Ulicy Sezamkowej’, zobaczyłem Marylina Mansona, zobaczyłem weselną imprezę a także zobaczyłem, że są tam wszyscy moi zawodnicy. Bardzo szybko oceniłem, że jest to miejsce, w którym nie powinienem być.”

Pracujący wówczas w sztabie Hilla, Richie Adubato, miał jeszcze ciekawszy osąd sytuacji. Pierwszej nocy, gości obudził alarm pożarowy. Niezdarną ewakuację relacjonował później wieloletni komentator meczów Magic, David Steele:

„Wszyscy wyszli na korytarz, w tym cały zespół Marylina Mansona. W powietrzu wisiał zapach marihuany, a my tłoczyliśmy się na schodach z tymi wszystkimi wytatuowanymi facetami, z kolcami z włosów na głowie, zmierzając do lobby. Richie Adubato, asystent trenera, odwrócił się do mnie i powiedział: ‚myślę, że nie żyjemy, bo jestem prawie pewny, że tak wygląda piekło'”

Ale najwięcej i tak działo się w barze. Trenerzy oficjalnie pozwolili swoim graczom wrzucić na luz, widząc w przymusowej przerwie w ligowej młócce okazję do integracji. Zawodnicy świetnie się w sytuacji odnaleźli. Jon Koncak sytuację opisywał tak:

„Pamiętacie tę scenę z kantyny w ‚Gwiezdnych Wojnach’, z tymi wszystkimi zwierzakami? Tak to właśnie wyglądało. To była strefa mroku. Banda koszykarzy, Ulica Sezamkowa i jakiś gość z zielonymi włosami ubrany jak ponury żniwiarz, palący papierosa za papierosem. Musiałbym mieć kamerę wideo, żeby ktoś mi uwierzył. Nadal próbuję sobie poradzić z tym, co widziałem.”

Jest jeszcze jeden doskonały komentarz do tego zdarzenia – najbardziej upvote’owany komentarz w redditowym wątku poświęconym tej historii – który, co prawda dopiero 15 lat później, doskonale oddaje koloryt sytuacji:

Pozostali komentujący głównie żartowali, że to opis odcinka Scooby Doo lub filmu dla dorosłych, i to także są bardzo adekwatne reakcje.

Shaq nigdy za bardzo nie wchodził w szczegóły tamtego wydarzenia, ale powiedział kiedyś, że pewnego razu napisze książkę pod tytułem „Uwięziony w Allentown”.

Trzymam go za słowo.

Postaw kawę
Otagowane

Glenn Robinson & Jim Rowinski

Fun Fact: Glenn Robinson jest jednym z trzech zawodników uniwerku Purdue, który zdobył Srebrną Piłkę Chicago Tribune. To nagroda przyznawana, głosami trenerów i pracowników ligowych, najbardziej wartościowym graczom jednej z czołowych konferencji NCAA – Big Ten. Wręczano ją od lat 40. aż do 2007 roku i choć w sezonie 1984/85 pojawił się konkurencyjny, oficjalny plebiscyt, to chicagowskie wyróżnienie wciąż miało swoją wagę. Zresztą wyniki jednego i drugiego konkursu były zazwyczaj identyczne – Robinson, na przykład, wygrał i tu, i tu. Pierwszym tryumfatorem z Purdue był – dwukrotnie, w 1969 i 1970 roku – Rick Mount, a drugim, nagrodzonym w 1984, dziesięć lat przed Big Dogiem – Jim Rowinski.

Będzie jeszcze wiele okazji, żeby powspominać Glenna Robinsona, ale ta jest być może jedyna, żeby dowiedzieć się czegoś o Rowinskim.

Sam byłem nieświadomy jego istnienia, dopóki jeden z czytelników, Bartosz, nie wysłał mi na Messengerze tego zdjęcia:

Uwe Blab & Jim Rowinski

Ten twarzą do nas to nikt inny jak Uwe „Gram W NBA, Choć Wyglądam Bardziej Jakbym Prowadził Program o NBA na DSFBlab, a plecy należą właśnie do byłego MVP sezonu w Big Ten.

Ku mojej uciesze, 14 z 23 meczów jakie Jim rozegrał w NBA przypadły na sezon 1989/90 (podpisał wówczas kontrakt z Miami Heat i nawet miał kilka niezerowych zdobyczy statystycznych), który na tym blogu uznajemy za lata dziewięćdziesiąte, jest więc jego pełnoprawnym bohaterem, niestety bez karty koszykarskiej, stąd gościnny występ dzięki uprzejmości Glenna Robinsona.

No dobra, miał kartę upamiętniającą grę w CBA, gdzie spędził trochę czasu pomiędzy wyborem w szóstej rundzie Draftu 1984 przez Utah Jazz a pierwszym występem w NBA, do której trafił jako uzupełnienie składu zmierzających po mistrzostwo Detroit Pistons, po kontuzji Johna Salleya (sezon skończył w 76ers).

Jim Rowinski

Zanim jednak został jednym z najlepszych graczy niższej ligi, wykręcającym 20/10 liderem Topeka Sizzlers (dla których grał razem z Haywoode’em Workmanem i Duane’em Ferrellem, którzy byli potem solidnymi zawodnikami w NBA), po zwolnieniu przez Jazzmanów zrobił sobie czteroletnią przerwę w koszykarskim życiorysie. W tym czasie próbował przebranżowić się na futbol amerykański, biorąc udział w testach m.in. dla Green Bay Packers.

Nic dziwnego.

Jim Rowinski miał klatkę piersiową rozmiarów lotniskowca i bicepsy z własnym polem grawitacyjnym. Dodajmy do tego przystojną twarz i równie dobrze mógłby się w połowie lat 80. starać nie o angaż do NFL a o rolę bohatera kina akcji. Gdy stał się – w swoim ostatnim roku na uczelni – gwiazdą Purdue Boilermakers, Sports Illustrated nazwało go „Księciem Klatą” (Prince of Pecs). Artykuł o nim pojawił się po świetnym występie przeciwko Illinois, w którym poprowadził swoją drużynę do zwycięstwa, gromadząc 24 punkty i 13 zbiórek (z czego 20/9 wykręcił w drugiej połowie). Jego drugi najsłynniejszy występ uniwersytecki także miał miejsce przeciwko Fighting Illini. To było rok wcześniej, Jim był wtedy jeszcze rezerwowym i po zdjęciu starterów przez zdegustowanego niekorzystnym wynikiem trenera, nasz bohater, razem z resztą ławki, poprowadził pogoń za rywalem zwieńczoną jego game-winnerem:

Wszystko, co w ostatnim roku wyczyniał Jim wywoływało szczególne emocje, bo parę lat wcześniej jego szanse na grę w NCAA były znikome.

Do Purdue trafił jako zwykły student, mierzący – w jego przypadku „jedyne” – 190 centymetrów. Dostał możliwość starania się o miejsce w składzie, ale nie reprezentacji szkoły, ale drużyny sparingpartnerów, którzy mieli imitować styl gry kolejnych przeciwników na treningach.

Udało mu się, a trenerzy w końcu dali mu szansę na debiut w koszulce Boilermakers. Nie przeszkadzało też to, że przez parę lat urósł do 203 centymetrów i mógł próbować swoich sił jako center. Tyle, że jako 21-latek wciąż był dość cherlawy. Kiedy jednak kontuzja zakończyła przedwcześnie jego drugi sezon, Rowinski chwycił za sztangę i przeszedł przemianę niczym książę Adam podnoszący miecz i krzyczący „Na potęgę Posępnego Czerepu, mocy przybywaj!”. Jego transformacja w He-Mana dopełniła się rok później, gdy podstawowy center Purdue, Russell Cross, odszedł do NBA a Jim poprowadził swój zespół do bilansu 22-7 i zgarnął wspomnianą nagrodę dla najlepszego gracza konferencji Big Ten.

Przy tym wszystkim był podobno sympatycznym chłopakiem, gnębionym na początku przez starszych kolegów z drużyny, ale nigdy nie tracącym pozytywnego nastawienia. Niczym Nikola Jokić, jarał się wyścigami konnymi, na sportowej emeryturze zaczął pracę w branży medycznej a wolny czas poświęcał na pomoc porzuconym i źle traktowanym zwierzętom. Jego wielkie serce przestało bić dwa lata temu, w wieku 63 lat.

Mimo, że nie przełożyła się na sukces w NBA (ani NFL), jego historia to klasyczne i ukochane przez kibiców „od zera do bohatera”. Zainspirowała też pewnego kultowego koszykarza.

Tym koszykarzem jest Steve Scheffler.

On też grał dla Perdue. Też był przypakowanym bardzo białym człowiekiem. Też robił postępy z sezonu na sezon, szczytując na ostatnim roku. Też został najlepszym graczem konferencji Big Ten (w 1990 roku, ale w tym drugim, nie rozpisanym przez Chicago Tribune plebiscycie, bo Srebrną Piłkę dostał wtedy Steve Smith).

„[Rowinski] był jednym z głównych powodów, dla których wybrałem Purdue. Dostał się do drużyny jako walk-on, stopniowo wyrabiał swoją pozycję aż został graczem roku Big Ten jako senior. Pomyślałem, że skoro jemu się udało, ja też mogę tego dokonać. Można powiedzieć, że jest dla mnie kimś w rodzaju mentora. No i miał wszystkie szkolne rekordy w podnoszeniu ciężarów, które przez całą karierę starałem się pobić.”

– mówił Scheffler, który te rekordy w końcu Rowinskiemu zabrał.

Gdy Steve został wybrany w drugiej rundzie draftu przez Charlotte Hornets, Jim starał się o kolejny kontrakt od Heat. Panowie spotkali się w czasie ligi letniej, co dla Schefflera było wielką sprawą. Podczas meczu, Rowinski podobno rzucił nim raz o ziemię, Steve odwdzięczył się tym samym a potem obydwie legendy Purdue serdecznie uścisnęły sobie dłoń, co musiało wyglądać tak:

Predator Handshake

Steve – w odróżnieniu od Jima – zakotwiczył w NBA i trzymał się końca ławki aż przez siedem lat.

Jim Rowinski chodził, żeby Steve Scheffler mógł latać.

AKTUALIZACJA: Trzy tygodnie po publikacji tego tekstu, algorytm YouTube podrzucił mi świeżo wrzucony fragment występu Jima Rowinskiego w koszulce Detroit Pistons. Koszulce, która niemal rozchodziła się w szwach pod naciskiem muskulatury Jima…

Powiem Wam, że czytać o muskulaturze Rowinskiego to jedno, a zobaczyć ją, to drugie. Jak Wielki Kanion, Machu Picchu, zorza polarna czy „Hard Ticket To Hawaii”. Książę Klata. Baron Biceps. Murgrabia Muskuł. Diuk Dojebania. Jim zasługuje na wszystkie tytuły arystokratycznej atletyczności.

Postaw kawę
Otagowane , , ,