
Fun Fact: Historia o tym, jak Kobe Bryant trafił do Lakers w dniu draftu 1996 jest wszystkim doskonale znana.
To część enbijejowego folkloru, przypowieść zarówno o nieprzewidywalności naboru, najgorszych decyzjach kadrowych, zakulisowych manipulacjach wpływających na wyniki draftu, czy wreszcie o tej niepowtarzalnej mieszance fascynacji i nieufności jaką liga darzyła koszykarzy z liceum w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych i pierwszej połowie lat zerowych.
Ta historia mówi o tym, jak Kobe próbował zniechęcić New Jersey Nets do wybrania go z numerem ósmym, jak John Calipari, świeżo upieczony trener Nets, ostatecznie przestraszył się ryzyka związanego z pozyskaniem Bryanta i jak Los Angeles Lakers, dogadani z nastoletnią gwiazdką, dobili targu z Charlotte Hornets i ostateczne przechwycili ją z pickiem numer 13.
Ale tamtego dnia nie tylko Nets i Hornets zmarnowali swoją szansę.
Inne drużyny wybierające w czołówce draftu także nie poznały się na talencie licealisty. Stawiano – co jest oczywiście zrozumiałe – najpierw na gwiazdy uniwersyteckie albo – jak to w latach 90. – na centrów (wszyscy gracze wybrani między pickiem Nets a pickiem Hornets byli centrami, tak jak i Vlade Divac, który trafił do Szerszeni za Kobe’ego).
Ale była jeszcze jedna drużyna, która poważnie rozważała wybór Bryanta.
Milwaukee Bucks.
Ja sam przeczytałem o tym po raz pierwszy w książce „Three-Pointer! A 40-Year NBA History” Łukasza Muniowskiego, a wcześniej sytuację opisywał Jonathan Abrams w „Boys Among Men”.
Trener Kozłów, Mike Dunleavy, miał pewien chytry plan.
Po tym, jak wybrał z numerem czwartym Stephona Marbury’ego i oddał go do Minnesoty Timberwolves za piąty pick, czyli Raya Allena, i przyszły wybór pierwszorundowy, rozważał kolejny trade w dół. Tym razem z Boston Celtics, szóstymi w kolejce, którzy także mieli dorzucić przyszły pick (Red Auerbach podobno obiecał Allenowi, że go weźmie, jeśli będzie miał okazję). Tę szóstkę, która dawała wtedy Antoine’a Walkera, Dunleavy chciał następnie wysłać do New Jersey za ósemkę i, oczywiście, kolejny przyszły wybór w pierwszej rundzie.
I z tą ósemką zgarnąć Kobe’ego.
Trener Bucks rozmawiał już nawet z papą Bryantem (panowie przez 1,5 sezonu grali razem w Filadelfii) i obiecał mu, że Kobe może mieszkać w Milwaukee z nim i jego synem.
Tyle, że ostatecznie znów wmieszał się agent, Arn Tellem, i odmówił Bucks workoutu, chcąc ich zniechęcić i zwiększyć szansę na wymarzony angaż przez Lakers.
No i zniechęcił.
Właściciel klubu z Milwaukee, Herb Kohl, zawetował odważny plan zwerbowania młodziutkiego fenomenu oraz trzech pierwszorundowych picków uważając, że lepszy Ray Allen w garści niż jakiś gówniak, którego nawet nie mogą przetestować.
I poniekąd miał rację.
Allen – który zresztą też szponcił przed drafem odmawiając workoutu w Minneapolis (a potem podobno było mu przykro, że Wolves go wymienili ¯_(ツ)_/¯) – miał naprawdę doskonałą karierę. Jasne, nie był klonem Michaela Jordana, ale przez długie lata był jednym z najgroźniejszych strzelców ligi i w 2001 roku prawie udało mu się awansować z Bucks do finału, gdzie spotkałby się właśnie z Bryantem (ich pojedynku doczekaliśmy się ostatecznie gdy Ray Ray trafił do Celtics).
No i dostał rolę w „He Got Game” Spike’a Lee.
Do której zresztą przymierzany był też m.in. Kobe.
Spike zaprosił na przesłuchania do filmu wiele młodych gwiazd i to dość zabawne, jak dobrze zachowanie w tej sytuacji ilustruje ich charakter.
Kobe Bryant powiedział, że szkoda mu czasu, bo woli spędzić lato trenując.
Allen Iverson przyszedł zupełnie nieprzygotowany.
Tracy McGrady zrobił dobre wrażenie, ale był zbyt nieśmiały i wycofany.
Stephon Marbury z kolei uważał, że film jest oparty na jego życiu i w związku z tym Spike po prostu powinien dać mu tę rolę, zamiast kazać mu brać udział w castingu na samego siebie.
Ray Allen podszedł do tego profesjonalnie i wykorzystał sytuację w 100%.
Bo Ray po prostu robił robotę.


















