

Fun Fact: Okazuje się, że mam całkiem dużo kart głowy Kenny’ego Gattisona.
Mam nawet cytat na temat tej głowy:
„Kenny ma głowę na karku. Rodzina jest dla niego ważniejsza niż koszykówka. Radzi sobie z tą sytuacją lepiej niż się spodziewałem”.
To słowa kolegi z Charlotte Hornets, Della Curry’ego, a sytuacja, do której się odnosi to ryzyko przedwczesnego zakończenia kariery, które pojawiło się na początku sezonu 1994/95.
15 listopada, Gattison – który do tego momentu miał za sobą trzy lata w Phoenix Suns (z których dużą część stracił przez zerwane na treningu więzadła w kolanie) oraz pięć w Szerszeniach – podczas meczu z Cleveland Cavaliers został uderzony łokciem w twarz przez innego podkoszowego twardziela, Michaela Cage’a.
Przypadkowy cios odchylił głowę Kenny’ego gwałtownie do tyłu, wywołując ucisk na rdzeń kręgowy. Skrzydłowy Hornets padł na parkiet i przez moment nie mógł się ruszyć.
Po konsultacjach z kilkoma różnymi fachowcami, ogłoszono, że konieczna będzie operacja usunięcia dysku między czwarty i piątym kręgiem szyjnym (lekarze w tym celu musieli rozciąć gardło koszykarza a powstałą lukę planowali uzupełnić fragmentem kości z jego miednicy).
Choć rokowania na powrót Kenny’ego do pełnej sprawności były dobre, wiele osób spodziewało się, że Gattison już na parkiet nie wróci. Lekarze ostrzegali, że kolejny tego typu uraz może go nawet sparaliżować, a trudno sobie wyobrazić podkoszowego bangera z lat 90. unikającego kontaktu w walce o zbiórki. Ba, sam brak sądowego zakazu zbliżania się dla Dikembe Mutombo i jego łokci oblewałby zimnym potem każdego koszykarza w sytuacji Gattisona. Kenny sam nie był pewny czy podoła psychicznie, choć uważał, że większe szanse na odnowienie kontuzji ma w trakcie trywialnej stłuczki samochodowej, która przecież i tak zawsze może się zdarzyć.
Artykuły na ten temat w prasie lokalnej brzmiały trochę jak nekrologi.
Wszyscy mówili o tym, jak wspaniałym i mądrym jest człowiekiem, że w młodej ekipie z Charlotte był liderem szatni, przypominając sytuację z 1992 roku, gdy Hornets, szukając oszczędności, kontemplowali pozbycie się Gattisona, co spowodowało, że Larry Johnson zażądał transferu do tej samej drużyny, do której pójdzie kolega.
Ostatecznie okazało się, że operacja udała się w 100% i już parę miesięcy później Kenny wrócił do masowania się z LJ’em i Alonzo Mourningiem na treningach, a 23 marca znów wystąpił w meczu NBA.
Wzruszająca historia o heroicznym powrocie uwielbianego przez wszystkich koszykarza (w dodatku miejscowego – Gattison pochodził z Północnej Karoliny i dorastając grywał w kosza na ulicy z Michaelem Jordanem, fundując mu nawet podobno jedną z najboleśniejszych porażek w karierze) skończyła się jednak dość szybko, jeszcze przed wakacjami 1995.
Okazało się, że Hornets jednak nie chcą jakoś szczególnie płacić trzech milionów dolarów przez dwa lata 31-letniemu zawodnikowi z kręgosłupem, którego pozazdrościć mogłaby chyba tylko ofiara Predatora i dlatego nie ochronili go w expansion drafcie.
Z okazji skorzystali Vancouver Grizzlies, przejmując usługi Gattisona.
(Warto wspomnieć, że Larry Johnson nie zażądał jednak transferu do Vancouver.)
W Kanadzie Kenny próbował udowodnić wszystkim, że jest w formie i nie unika walki fizycznej, ale w 25 meczu sezonu 1995/96 znów został przypadkowo uderzony łokciem w twarz, tym razem przez Marty’ego Conlona. Wrócił ucisk na rdzeń, wrócił znajomy ból i drętwienie ramion. Wrócić nie zdołał już Gattison.
Koszykarz dość szybko dał nieoficjalnie wszystkim znać, że nie planuje podejmować drugi raz tego samego ryzyka. Grizzlies w czasie trade deadline wysłali jego kontrakt do Orlando Magic, którzy z kolei w sierpniu dorzucili go do wymiany z Utah Jazz. Umowę rozwiązano oficjalnie 18 września 1996.
Podczas pierwszej kontuzji, dużo się mówiło, że Hornets załatwią Gattisonowi pracę w klubie. Temat powrócił po jej odnowieniu, ale choć początkowo pisało się, że to kwestia czasu, ostatecznie znowu miłość Kenny’ego i Szerszeni nie była ponad podziałami, bo były gracz wybrał jednak możliwość dołączenia do sztabu szkoleniowego John Calipariego w New Jersey Nets.
Tam też potwierdził, że ma głowę na karku, bo pracował jako asystent w NBA przez prawie 20 lat. No i najważniejsze, że na karku, który trzyma się nieźle do dziś.












