
Fun Fact: Chuck Person miał być graczem New York Knicks. W dniu draftu ich koszulka z jego nazwiskiem czekała już na przekazanie gwieździe uniwersytetu Auburn, który miał trafić do Wielkiego Jabłka jako piąty gracz naboru w 1986 roku. Pierwsza trójka wydawała się pewna – Brad Daugherty, Len Bias, Chris Washburn – a generalny menadżer wybierających z numerem czwartym Indiana Pacers, Donnie Walsh, opowiadał wszem i wobec, że planuje wziąć najlepszego z dostępnych graczy podkoszowych, którym w zgodnej opinii wszystkich był William Bedford.
Tyle, że Walsh kłamał.
Od początku planował zwerbować Persona, więc postanowił w wywiadach siać dezinformację.
Nie wiadomo jednak, kto był bardziej rozczarowany jego decyzją.
Czy Knicks, dla których Person byłby najlepszym strzelcem, z jakim grał Patrick Ewing, zanim klub ściągnął Allana Houstona (przypominam, że Pat i Bernard King nigdy nie wybiegli razem na parkiet), i którzy musieli zadowolić się mocno średnim (aczkolwiek zawsze elegancko ufryzowanym) Kennym Walkerem?
Czy może jednak fani Pacers, którzy wygwizdali wybór, bo już się napalili na wielkiego i blokującego mnóstwo rzutów Bedforda?
Bedford – jak miało się okazać – bardziej od koszykówki nienawidził tylko wykańczania layupów w kontrataku…
…za to chłodne przyjęcie dodatkowo zmotywowało Chucka Persona do wielkich rzeczy.
Rozegrał jeden z najlepszych sezonów debiutanckich, nie tylko w historii Pacers.
„Rifleman” to jeden z dwóch rookies w historii, którzy zaliczali minimum 18.5 PPG, 8 PPG, 3.5 APG i trafiali 35% swoich rzutów za trzy. Ten drugi, to Larry Bird (jeśli obniżymy próg skuteczności z dystansu do 30%, na listę wskoczy Victor Wembanyama). Pomógł Pacers wygrać 15 meczów więcej niż sezon wcześniej i, z bilansem 41-41, awansować do playoffów.
Jego drużyna przegrała 1:3 z Atlanta Hawks, ale Person nadal błyszczał.
Rzucił 21 punktów w otwierającym serię blowoucie, 24 w przegranym jednym punktem meczu numer 2, 23 – z 17 zbiórkami i 7 asystami – miał w kontaktowym zwycięstwie przed własną publicznością, a w drugim (przegranym) meczu o wszystko ustanowił strzelecki rekord klubu – 40 punktów (z 7 zbiórkami i 6 asystami).
Lista debiutantów, którzy rzucili 40 punktów w meczu playoffs? Proszę bardzo: Magic Johnson, Kareem Abdul-Jabbar, Wilt Chamberlain (3 razy), Slick Leonard (po dwóch dogrywkach), George Mikan.
Jeśli chodzi o rekord klubu, to ten wyczyn pobił dopiero Reggie Miller – rzucając 41 punktów w 2000 roku przeciwko Milwaukee Bucks. Co ciekawe, dwa dni później, w pierwszy meczu serii z 76ers, 40 punktów zaliczyło aż dwóch graczy Pacers: znowu Reggie (który w kolejnych playoffs, znów grając przeciw Philly, raz jeszcze zdobędzie czterdziestkę jedynkę) oraz Jalen Rose.
(Natomiast nigdy nie zgadniecie kto jest czwartym graczem w historii Pacers, który zdobył 40 punktów w meczu NBA. NIGDY. To pewne, jak śmierć, podatki i głodny Oliver Miller)
Chuck, który do dziś jest jedynym Rookie Of The Year w historii Hoosier State, nie tylko stał się z miejsca jednym z najlepszych łowców punktów ligi, ale też czołowym trash-talkerem i prowokatorem. Szybko zdobył respekt gwiazd, szczególnie Larry’ego Birda, który podkreślał, że co by nie mówić o irytującym rywalu, to zawsze gra na 100% i motywuje jego samego do gry na pełnych obrotach. Zwieńczeniem tej boiskowej rywalizacji była słynna strzelanina w pierwszej rundzie playoffs 1991. Celtics pokonali wtedy Pacers 3:2, a pojedynki Birda i Persona obrosły legendą.
W drugim starciu w Boston Garden, „Rifleman” rzucił 39 punktów, ustanawiając rekord postseason siedmioma celnymi trójkami.
„Byłem najlepszym koszykarzem na świecie przez jeden dzień” – skomentował później ten występ Chuck.
Przez pięć sezonów, jakie do tego czasu Person spędził w lidze, zmieniło się jego postrzeganie. Po historycznej debiutanckiej kampanii nie zrobił spodziewanego kroku naprzód. Dodatkowo wybrany w drafcie rok po nim Reggie Miller, z roku na rok wyglądał co raz lepiej. Nadal rzucanie około 20 punktów w meczu przychodziło „Riflemanowi” z łatwością, ale cierpliwość wobec niego była mniejsza. Zaczęto mu wytykać małe zaangażowanie w obronie, ofensywną samolubność, zadowolenie rzutami z dystansu zamiast szukania szans na wjazdy pod kosz (co potwierdzała chociażby mała liczba rzutów osobistych). Zastanawiano się też, czy jego boiskowe szaleństwa – ciągłe gadanie, przepychanki, prowokacje i cieszynki polegające na waleniu się dłońmi po głowie – nie rozpraszają go zbytnio.
Tych, którzy uważali, że Personowi nie można zaufać jako liderowi drużyny, nie zdziwił zapewne mecz numer trzy we wspomnianej serii z Celtics. Po historycznym występie w poprzednim spotkaniu, tym razem oddał tylko 8 rzutów, trafił 2 i miał 6 punktów.
Pacers po raz drugi wyrównali serię w game 4 – Chuck wrócił do formy z 30 punktami. Miał ich o dwa więcej w decydującym meczu na wyjeździe. Spudłował jednak kluczowy rzut na 10 sekund przed końcem. Celtics wygrywali wtedy dwoma punktami, ale Person wybrał trudny rzut za trzy, który nie wpadł do kosza. Co prawda po tym, jak gospodarze wykorzystali dwa osobiste i zrobiło się +4 dla nich, nasz bohater trafił szaloną bombę z logo, ale brak timeoutów nie pozwolił już zawalczyć o dogrywkę po taktycznym faulu i kolejnych dwóch celnych rzutach wolnych dla Bostonu.
Ponieważ w międzyczasie Miller wyrósł na lepszą pierwszą opcję, kolejne rozgrywki – 1991/92 – były ostatnimi dla Persona w Indianapolis. Donnie Walsh, który miał ogromną słabość do swojego niesprawiedliwie wygwizdanego w dniu draftu picku, chyba w końcu dostrzegł, że jest postacią nieco zbyt niestabilną jak na klub o krok od przełomu. Nie pomagały takie akcje jak piłkarskie popisy w meczu z Chicago Bulls:
W nowej drużynie, Minnesocie Timberwolves, teoretycznie słabszej, Chuck statystycznie wypadał gorzej (średnia spadła z 18 na 16 punktów), choć to właśnie w trakcie tamtej kampanii pierwszy raz widziałem Persona w akcji i sentyment do jego postaci mam do dziś.
Potem stracił stałe miejsce w pierwszej piątce Wilków, ale w roli rezerwowego odnalazł się rok później, po tym, gdy jako wolny agent przeniósł się do San Antonio.
Tam przez dwa lata był jednym z czołowych szóstych graczy ligi (m.in. ustanowił rekord klubu pod względem celnych trójek w sezonie oraz rekord ligi w tej samej kategorii wśród rezerwowych – obydwa wyczyny pobito dopiero w połowie lat dziesiątych), ale stracił cały sezon 1996/97, co wyhamowało jego karierę na ostatniej prostej.
Powód?
Operacja pleców, która okazała się konieczna po tym, jak rok wcześniej fotel samolotowy, do którego Person był przypięty, wypadł z szyn mocujących podczas startu, przyprawiając „Riflemana” o przepuklinę dysku.
A, właśnie, ten „Rifleman”.
Pewnie wiecie, że ta ksywa nie bierze się tylko ze stylu gry Persona, ale jest też tytułem ulubionego serialu jego mamy, a pierwsze i drugie imię naszego bohatera – Chuck Connors – to imię i nazwisko aktora grającego główną rolę w tym starym westernie.
Ale czy wiecie, że ten właściwy Chuck Connors sam był kiedyś graczem NBA?
I to graczem, który jako pierwszy w historii zawodowy koszykarz rozbił tablicę (i to podobno rzutem, a nie wsadem, co każe podejrzewać, że był trochę mniej finezyjnym strzelcem niż grany przez niego później bohater).
Connors zaliczył też występ w jednej z moich ulubionych „głupich komedii”, czyli „Spokojnie, to tylko awaria” – sequelu do „Czy leci z nami pilot?”, w którym z kolei wystąpił inny gracz NBA – Kareem Abdul Jabbar.
A wracając do jego imiennika i reasumując: Chuck Connors Person to jeden z najbardziej pamiętnych strzelców w historii ligi, nawet jeśli jego kariera koniec końców się trochę rozmyła.
Był pionierem wykorzystywania pełnego potencjału linii rzutu za trzy punkty, niewątpliwie inspirując tym następne generacje zawodników.
I nie tylko tym.



















