Fun Fact: Buck Johnson to odpowiedź na pytanie „Kto był small forwardem podstawowego składu Houston Rockets przed Robertem Horrym?”. Tak jak „Big Shot Rob” (stosownie uwieczniony na karcie ilustrującej wpis podczas pojedynku z naszym bohaterem), Buck – mający naprawdę na imię Alfonso – studiował na uniwerku Alabama. Trafił do Rakiet z numerem 20 w drafcie 1986 i uważano wówczas, że to potencjalny ukryty skarb pierwszej rundy, który doczekał się porównań do Alexa Englisha.
Na dłuższą metę miało się okazać, że z przyszłym Hall Of Famerem łączyło go głównie to, że obydwaj byli niskimi skrzydłowymi, którzy stojąc za linią rzutu trzypunktowego prędzej wykonaliby pomiar kątów fazowych przy pomocy licznika ee na szynę DIN, niż zdecydowaliby się rzucić piłką do kosza (nie mówiąc o trafianiu nią do celu).
Choć akurat jego najsłynniejszy highlight to właśnie rzut z dystansu – bardzo dalekiego dystansu – będący częścią bodaj najbardziej zwariowanej wymiany trafień w meczu NBA:
To był jeden z dziewięciu rzutów za trzy oddanych przez Bucka w sezonie 1988/89. Jedyny trafiony.
Siłą Bucka było atakowanie strefy podkoszowej oraz solidna obrona, ale bez warunków fizycznych pozwalających na „masowanie” się z siłaczami z pozycji numer cztery oraz bez ofensywnej finezji przydatnej z dala od obręczy. Johnson był jednym z wielu tweenerów, którzy trochę utknęli w starej, kochającej stereotypy NBA.
Mimo wszystko miał kilka produktywnych lat. Rockets naprawdę w niego wierzyli, więc sukcesywnie zwiększali mu minuty. Apogeum był sezon 1989/90, w którym ustanowił rekordy kariery: 14.8 PPG, 4.6 RPG, 3.1 APG, 1.3 SPG i 0.8 BPG (był też trzecim najczęściej faulującym zawodnikiem w całej lidze).
Ponad 100 przechwytów i 60 bloków w jednym sezonie to coś, czego dokonała tylko garstka koszykarzy w koszulce Rakiet. Oprócz Hakeema Olajuwona, dwunastokrotnie przekraczającego te pułapy, byli to Robert Reid w 1981, Robert Horry w 1994 i 1996 oraz James Harden w 2015 i 2020.
Po kolejnych dwóch sezonach w podobnej roli, ale z malejącym wkładem statystycznym, Buck nie dostał jednak propozycji przedłużenia umowy.
Z okazji postanowili skorzystać Washington Bullets, oferując dwuletni, w pełni gwarantowany kontrakt, który jednak rozwiązali już po jednym, raczej rozczarowującym sezonie.
Biorąc pod uwagę, że miesiąc później Johnson został zawieszony przez ligę CBA za oblany test narkotykowy, być może za końcem kariery w NBA stało coś więcej niż boiskowa zniżka formy.
A na koniec szybka pierwsza piątka graczy z „odpieniężnymi” imionami/przydomkami/nazwiskami :
Genaralnym menadżerem tej drużyny będzie Allan Bristow, a rolę pierwszego zmiennika chciałbym powierzyć Dokowi „Gorbaczowowi” Riversowi, który ostatniego meczowego dnia roku 1989 próbował poddusić kogoś, kogo dziś w sumie i tak większość ludzi pamięta z rękami zaciśniętymi na szyi.
Do sytuacji doszło na minutę przed końcem drugiej kwarty starcia Hawks z Pacers, po tym jak Reggie Miller popchnął obrońcę Atlanty, Johna Battle’a. Rivers, który twierdził potem, że był prowokowany przez Reggie’ego (w co wierzy absolutnie każdy, kto zna Millera), złapał gracza Indiany Pacers za szyję i – według trenera Indiany, Dicka Vitale – jednocześnie podnosił go i wykręcał kark.
Lata później, gdy był już trenerem Celtics, sam Doc wspominał zajście następująco:
„To było podczas rzutu wolnego. Gdy tylko piłka poszybowała do kosza, podszedłem do niego i założyłem mu chwyt duszący… Nie dusiłem go długo i puściłem. Mogłem go przecież dusić dalej.”
„No cóż, wkurzył mnie jak cholera, a do tego bolały mnie plecy. Wiedziałem, że nie dokończę meczu. Mike Fratello miał już mnie zdjąć z parkietu, ale powiedziałem mu, żeby dał mi jeszcze jedną akcję. Więc można powiedzieć, że zrobiłem to było z premedytacją.”
Czyli Doc chciał odpocząć, więc usunął się z meczu poprzez duszenie irytującego rywala. To w zasadzie była taka ninetiesowa wersja load management.
Biorąc pod uwagę „fandom” Millera wśród rywali, aż dziwne, że nie dało to początku powszechnej boiskowej taktyce. Zamiast „Hack-A-Shaq” – „Strangle-A-Reggie”. Chętni na pewno by się znaleźli, ba – w rankingu rzeczy, które w teorii powinny były wypalić, ale z niewyjaśnionych przyczyn się nie przyjęły, „Strangle-A-Reggie” musi być wysoko, pewnie gdzieś obok Segwaya, Google+ i noworocznych postanowień.
Fun Fact: Postanowiłem przypomnieć sobie mój ulubiony moment w karierze Michaela Jordana, czyli pierwszą połowę pierwszego meczu finałów NBA z 1992 roku.
6 celnych trójek (ZAMIENIŁ TEN SPORT W KONKURS TRÓJEK!!! W LATACH SZEŚĆDZIESIĄTYCH TO BYŁA PRAWDZIWA KOSZYKÓWKA!!!) i 35 punktów w jednej połowie to były rekordy meczów finałowych.
Jak się zestarzały?
Trzeba przyznać, że doskonale.
Gdybym miał zgadywać czy jego rekord trójek przetrwał dzisiejsze zwariowane strzelecko czasy, to powiedziałbym, że „NIE” i miałbym rację, ale byłem zaskoczony, jak świetnie wciąż się trzyma.
Choć wyrównano go pięciokrotnie – dokonali tego Ray Allen w 2008, Danny Green w 2013, Stephen Curry w 2015 i 2022 oraz Klay Thompson w 2016 – to pobito jedynie raz i to wcale nie współcześnie, a 18 lat temu, rękami nikogo innego, jak Jesusa Shuttleswortha.
(Rekord Raya liczby celnych rzutów z dystansu w finałowym pojedynku przebił o jedno trafienie Steph Curry w 2018 roku.)
Co do 35 punktów w połowie meczu finałowego, to rekord zabrany przez Jordana Elginowi Baylorowi nadal pozostaje jego.
Co więcej, od tamtego czasu tylko pięciokrotnie koszykarz NBA rzucał 35 punktów lub więcej w połowie meczu playoffs. W tym gronie znaleźli się:
Donovan Mitchell (39 punktów, wyrównany playoffowy rekord wszech czasów Sleepy Floyda w 2026)
Tamten inauguracyjny finałowy pojedynek Chicago Bulls i Portland Trail Blazers – a w zasadzie jego retransmisja – była moim pierwszym obejrzanym meczem o mistrzostwo NBA, pierwszym tak namacalnym dowodem wielkości Jordana oraz, bardzo możliwe, pierwszym zetknięciem z zawodnikiem NBA w trakcie gorącej serii rzutów za trzy.
Mało jest boiskowych sytuacji równie stymulujących, co trafienie kilku kolejnych trójek z rzędu, więc nic dziwnego, że ten rzut zrobił taką karierę.
W przeciwieństwie do rzutu z półdychy Josha Smitha.
Fun Fact: Dzisiejszego fun factu nie będę referował tylko oddam głos osobie, która posługuje się nim zarobkowo – Davidowi Steele’owi, wieloletniemu komentatorowi meczów Orlando Magic:
„W debiutanckim sezonie Penny’ego Hardawaya graliśmy w New Jersey a Penny miał problemy żołądkowe i siedział w łazience. W przerwie meczu, nasz człowiek od sprzętu, Rodney Powell, krzyczał do niego ‚Dawaj Penny, dawaj! Druga połowa się rozpoczyna!’. Gdy druga połowa wystartowała, nikt nie zauważył, że na boisku jest tylko dziewięciu graczy – pięciu z Nets i tylko czterech naszych. Nie ma Penny’ego. Nagle, podczas pierwszego posiadania, Nick Anderson łapie zbiórkę defensywną a ja, kątem oka, na drugiej stronie boiska, widzę Penny’ego przeskakującego ławkę i wbiegającego na boisko akurat na czas, żeby dostać podanie przez całe boisko i umieścić piłkę w koszu.”
Ta wypowiedź pochodzi z tekstu powstałego z okazji 25-lecia pracy Steele’a dla zespołu z Florydy (David komentuje ich mecze do dziś) i poprzedzona została wstępem mówiącym, że kiedyś nie śledziliśmy ligi 24 godziny na dobę i że wiele sytuacji, które dziś byłyby w kółko powtarzane na ESPN i uploadowane na YouTube’ie, „nigdy nie zostały uwiecznione na taśmie filmowej, ale żyją w pamięci Steele’a”.
Tyle że, moim zdaniem, moment wspominany przez komentatora Magic akurat został uwieczniony.
Oto początek drugiej połowy wyjazdowego meczu Orlando z New Jersey Nets, z 20 listopada 1993.
Poza tym, że piłki po pierwszej akcji nie zbiera Nick Anderson tylko Scott Skiles, to reszta się zgadza: gdy gospodarze wprowadzają piłkę do gry jestem w stanie zlokalizować tylko czterech zawodników gości, a gdy Skiles podaje piłkę, Hardaway bierze się na połowie rywali w zasadzie znikąd i kończy kontratak.
Mecz został uwieczniony, bo potężne triple-double zaliczył Shaquille O’Neal (24 punkty, 28 zbiórek, 15 bloków), ale i Penny z bolącym brzuszkiem dawał radę – mimo słabszej skuteczności (6-18 z gry), do 15 punktów dorzucił 11 zbiórek, 7 asyst, 3 przechwyty i 3 bloki. W całej historii klubu tylko dwóch graczy może się pochwalić taką linijką – Jerry Reynolds, który jednak potrzebował aż dwóch dogrywek, oraz Jalen Suggs. Żaden jednak nie miał jednocześnie biegunki.
Pół roku wcześniej rozwalona przez Shaqa cała konstrukcja kosza, teraz ten fekalny fortel – Nets chyba nie lubili, gdy zespół z Orlando wpadał w odwiedziny. I nie zmienili raczej zdania przy kolejnej okazji: w swoim drugim występie w Meadowlands Arena, Hardaway miał kolejny warty uwiecznienia moment – zwycięski wsad w ostatnich sekundach spotkania:
Useless Fact: Jeśli ktoś się zastanawia czemu tłem karty ilustrującej ten wpis jest jakaś mroczna ścieżka przez las, która całość upodabnia do plakatu filmowego slashera (lub karty Keitha Van Horna), to spieszę wyjaśnić, że Skybox, producent serii 1997-98 Metal Universe Championship Preview, zdecydował się pokazywać widoczki z miasta reprezentowanego przez zawodnika lub z jego okolic. Choć większości trafiły się – bardziej adekwatne – panoramy miast, Penny’emu wylosowała się ścieżka wiodąca przez florydzki rezerwat przyrody Black Hammock.
Fun Fact: Chuck Person miał być graczem New York Knicks. W dniu draftu ich koszulka z jego nazwiskiem czekała już na przekazanie gwieździe uniwersytetu Auburn, który miał trafić do Wielkiego Jabłka jako piąty gracz naboru w 1986 roku. Pierwsza trójka wydawała się pewna – Brad Daugherty, Len Bias, Chris Washburn – a generalny menadżer wybierających z numerem czwartym Indiana Pacers, Donnie Walsh, opowiadał wszem i wobec, że planuje wziąć najlepszego z dostępnych graczy podkoszowych, którym w zgodnej opinii wszystkich był William Bedford.
…za to chłodne przyjęcie dodatkowo zmotywowało Chucka Persona do wielkich rzeczy.
Rozegrał jeden z najlepszych sezonów debiutanckich, nie tylko w historii Pacers.
„Rifleman” to jeden z dwóch rookies w historii, którzy zaliczali minimum 18.5 PPG, 8 PPG, 3.5 APG i trafiali 35% swoich rzutów za trzy. Ten drugi, to Larry Bird (jeśli obniżymy próg skuteczności z dystansu do 30%, na listę wskoczy Victor Wembanyama). Pomógł Pacers wygrać 15 meczów więcej niż sezon wcześniej i, z bilansem 41-41, awansować do playoffów.
Jego drużyna przegrała 1:3 z Atlanta Hawks, ale Person nadal błyszczał.
Rzucił 21 punktów w otwierającym serię blowoucie, 24 w przegranym jednym punktem meczu numer 2, 23 – z 17 zbiórkami i 7 asystami – miał w kontaktowym zwycięstwie przed własną publicznością, a w drugim (przegranym) meczu o wszystko ustanowił strzelecki rekord klubu – 40 punktów (z 7 zbiórkami i 6 asystami).
Lista debiutantów, którzy rzucili 40 punktów w meczu playoffs? Proszę bardzo: Magic Johnson, Kareem Abdul-Jabbar, Wilt Chamberlain (3 razy), Slick Leonard (po dwóch dogrywkach), George Mikan.
Jeśli chodzi o rekord klubu, to ten wyczyn pobił dopiero Reggie Miller – rzucając 41 punktów w 2000 roku przeciwko Milwaukee Bucks. Co ciekawe, dwa dni później, w pierwszy meczu serii z 76ers, 40 punktów zaliczyło aż dwóch graczy Pacers: znowu Reggie (który w kolejnych playoffs, znów grając przeciw Philly, raz jeszcze zdobędzie czterdziestkę jedynkę) oraz Jalen Rose.
(Natomiast nigdy nie zgadniecie kto jest czwartym graczem w historii Pacers, który zdobył 40 punktów w meczu NBA. NIGDY. To pewne, jak śmierć, podatki i głodny Oliver Miller)
Chuck, który do dziś jest jedynym Rookie Of The Year w historii Hoosier State, nie tylko stał się z miejsca jednym z najlepszych łowców punktów ligi, ale też czołowym trash-talkerem i prowokatorem. Szybko zdobył respekt gwiazd, szczególnie Larry’ego Birda, który podkreślał, że co by nie mówić o irytującym rywalu, to zawsze gra na 100% i motywuje jego samego do gry na pełnych obrotach. Zwieńczeniem tej boiskowej rywalizacji była słynna strzelanina w pierwszej rundzie playoffs 1991. Celtics pokonali wtedy Pacers 3:2, a pojedynki Birda i Persona obrosły legendą.
W drugim starciu w Boston Garden, „Rifleman” rzucił 39 punktów, ustanawiając rekord postseason siedmioma celnymi trójkami.
„Byłem najlepszym koszykarzem na świecie przez jeden dzień” – skomentował później ten występ Chuck.
Przez pięć sezonów, jakie do tego czasu Person spędził w lidze, zmieniło się jego postrzeganie. Po historycznej debiutanckiej kampanii nie zrobił spodziewanego kroku naprzód. Dodatkowo wybrany w drafcie rok po nim Reggie Miller, z roku na rok wyglądał co raz lepiej. Nadal rzucanie około 20 punktów w meczu przychodziło „Riflemanowi” z łatwością, ale cierpliwość wobec niego była mniejsza. Zaczęto mu wytykać małe zaangażowanie w obronie, ofensywną samolubność, zadowolenie rzutami z dystansu zamiast szukania szans na wjazdy pod kosz (co potwierdzała chociażby mała liczba rzutów osobistych). Zastanawiano się też, czy jego boiskowe szaleństwa – ciągłe gadanie, przepychanki, prowokacje i cieszynki polegające na waleniu się dłońmi po głowie – nie rozpraszają go zbytnio.
Tych, którzy uważali, że Personowi nie można zaufać jako liderowi drużyny, nie zdziwił zapewne mecz numer trzy we wspomnianej serii z Celtics. Po historycznym występie w poprzednim spotkaniu, tym razem oddał tylko 8 rzutów, trafił 2 i miał 6 punktów.
Pacers po raz drugi wyrównali serię w game 4 – Chuck wrócił do formy z 30 punktami. Miał ich o dwa więcej w decydującym meczu na wyjeździe. Spudłował jednak kluczowy rzut na 10 sekund przed końcem. Celtics wygrywali wtedy dwoma punktami, ale Person wybrał trudny rzut za trzy, który nie wpadł do kosza. Co prawda po tym, jak gospodarze wykorzystali dwa osobiste i zrobiło się +4 dla nich, nasz bohater trafił szaloną bombę z logo, ale brak timeoutów nie pozwolił już zawalczyć o dogrywkę po taktycznym faulu i kolejnych dwóch celnych rzutach wolnych dla Bostonu.
Ponieważ w międzyczasie Miller wyrósł na lepszą pierwszą opcję, kolejne rozgrywki – 1991/92 – były ostatnimi dla Persona w Indianapolis. Donnie Walsh, który miał ogromną słabość do swojego niesprawiedliwie wygwizdanego w dniu draftu picku, chyba w końcu dostrzegł, że jest postacią nieco zbyt niestabilną jak na klub o krok od przełomu. Nie pomagały takie akcje jak piłkarskie popisy w meczu z Chicago Bulls:
W nowej drużynie, Minnesocie Timberwolves, teoretycznie słabszej, Chuck statystycznie wypadał gorzej (średnia spadła z 18 na 16 punktów), choć to właśnie w trakcie tamtej kampanii pierwszy raz widziałem Persona w akcji i sentyment do jego postaci mam do dziś.
Potem stracił stałe miejsce w pierwszej piątce Wilków, ale w roli rezerwowego odnalazł się rok później, po tym, gdy jako wolny agent przeniósł się do San Antonio.
Tam przez dwa lata był jednym z czołowych szóstych graczy ligi (m.in. ustanowił rekord klubu pod względem celnych trójek w sezonie oraz rekord ligi w tej samej kategorii wśród rezerwowych – obydwa wyczyny pobito dopiero w połowie lat dziesiątych), ale stracił cały sezon 1996/97, co wyhamowało jego karierę na ostatniej prostej.
Powód?
Operacja pleców, która okazała się konieczna po tym, jak rok wcześniej fotel samolotowy, do którego Person był przypięty, wypadł z szyn mocujących podczas startu, przyprawiając „Riflemana” o przepuklinę dysku.
A, właśnie, ten „Rifleman”.
Pewnie wiecie, że ta ksywa nie bierze się tylko ze stylu gry Persona, ale jest też tytułem ulubionego serialu jego mamy, a pierwsze i drugie imię naszego bohatera – Chuck Connors – to imię i nazwisko aktora grającego główną rolę w tym starym westernie.
Ale czy wiecie, że ten właściwy Chuck Connors sam był kiedyś graczem NBA?
I to graczem, który jako pierwszy w historii zawodowy koszykarz rozbił tablicę (i to podobno rzutem, a nie wsadem, co każe podejrzewać, że był trochę mniej finezyjnym strzelcem niż grany przez niego później bohater).
Connors zaliczył też występ w jednej z moich ulubionych „głupich komedii”, czyli „Spokojnie, to tylko awaria” – sequelu do „Czy leci z nami pilot?”, w którym z kolei wystąpił inny gracz NBA – Kareem Abdul Jabbar.
A wracając do jego imiennika i reasumując: Chuck Connors Person to jeden z najbardziej pamiętnych strzelców w historii ligi, nawet jeśli jego kariera koniec końców się trochę rozmyła.
Był pionierem wykorzystywania pełnego potencjału linii rzutu za trzy punkty, niewątpliwie inspirując tym następne generacje zawodników.
Fun Fact: Fani koszykówki zastanawiają się, co by było, gdyby Dražen Petrović nie zginął w wypadku, w czerwcu 1993. Miał wtedy 28 lat i wszystko wskazywało na to, że jego amerykańska kariera dopiero się rozkręca, czego dowodem było powołanie do trzeciej piątki All-NBA.
Tyle, że – dzięki książce „Dražen: Godine Zmaja” Marjana Crnogaja i Vlado Radičevicia – w zasadzie wiemy, co by było gdyby.
Już wcześniej nie było tajemnicą, że Petro nie dogadał się z New Jersey Nets w sprawie przedłużenia kontraktu i poważnie rozważa zmianę klubu. Z książki dowiadujemy się z kolei, że w chwili śmierci, Chorwat miał już zawartą ustną umowę z Panathinaikosem. Podobno planował pograć w Grecji sezon lub dwa, a następnie podpisać kontrakt z Boston Celtics. Obydwa kluby wybrał, bo miały w logo koniczynkę. Niestety, żadna z nich nie była czterolistna…
Ponieważ to pierwszy wpis o Draženie, to nie omieszkam dorzucić jakichś jego highlightów – w tym przypadku ze spotkania, w którym rzucił rekordowe w enbijejowskiej karierze 44 punkty oraz tak zakręcił Hakeemem Olajuwonem, że David Robinson ogląda ten moment codziennie choć raz na poprawę humoru (około 1:26 na poniższym wideo).
Znalazłem też na dysku jeszcze jedną zeskanowaną kartę Petro…
…oraz, już na YouTube, fragment uwiecznionej na niej rozmowy z dziennikarką Willow Bay:
Mam nadzieję, że gdyby zrealizował swój plan dwuletniej gry w Grecji i dołączenia do Boston Celtics na sezon 1995/96, to w duecie z Dino Radją nie poprawiliby wyników klubu na tyle, żeby pozbawić go szansy wydraftowania Antoine’a Walkera przed rozgrywkami 1996/97.
Wierzę bowiem, że Petro i Toine, wspólnie, na pewno wynaleźliby rzut za cztery.
Oto karta debiutancka Scotta Haskina, choć niektórzy mogą tutaj równie dobrze dopatrzeć się platynowej blondynki w białym futrze, na białym koniu, w trakcie zamieci śnieżnej.
Ponieważ ostatnio bardzo zdawkowo potraktowałem byłego gracza Pacers, tym razem spróbuję napisać o nim nieco więcej, choć znów popastwię się trochę nad jego stylówką.
Bo, wyglądających jak on, było w tamtych czasach wielu – choćby na wiejskich dyskotekach w Polsce.
Grających jak on – przynajmniej w teorii – była naprawdę garstka, bo uczelniana próbka kazała spodziewać się finezyjnego podkoszowca pokroju Rika Smitsa, ale potrafiącego blokować rzuty.
Ostatecznie rozegrał w NBA raptem 27 meczów więcej, niż ci rachityczni wąsacze z dyskoteki w Starej Wsi.
W najlepszym występie miał 8 punktów, 5 zbiórek i 4 bloki uzbierane przez 20 minut, ale jego średnie zbiory to nikłe 2 punkty oraz 2 zbiórki.
Jeśli jednak zostajesz wybrany z czternastym numerem draftu i Twoja kariera tak szybko się kończy, to zazwyczaj stoi za tym coś więcej niż tylko bycie słabym w kosza.
W przypadku Haskina były to kontuzje.
Gdy podczas meczu z Orlando Magic, 23 lutego 1994 roku, Scott schodził z boiska z urazem kolana, nikt nie podejrzewał, że to ostatni raz, gdy grał zawodowo w koszykówkę.
Siedem miesięcy później, Haskin leżał już na stole chirurgicznym. W trakcie rehabilitacji kolana nabawił się bowiem kontuzji pleców. Ta operacja usunięcia wypukliny dysku miała go wyłączyć – według wstępnych doniesień – na minimum sześć tygodni. Ostatecznie jednak, Scott miał stracić cały swój drugi sezon.
To był już kolejny jego zmarnowany rok gry po operacji pleców. Wcześniej, dochodząc od siebie po – tym razem – przepuklinie dysku, opuścił rozgrywki akademickie 1990/91. Wtedy wrócił w życiowej formie – rzucał po 18 punktów w meczu dla Oregon State (o 10 więcej niż przed kontuzją). Tym razem mijały kolejne miesiące, a Scott wciąż nie był gotowy do gry. Nie znalazłem informacji co konkretnie działo się z jego zdrowiem, ale pod koniec września 1996, niemal równo dwa lata po zabiegu usunięcia wypukliny, Pacers ogłosili zamiar rozwiązania kontraktu z Haskinem, który obowiązywać miał jeszcze trzy lata.
To było jednak też przyznanie się Indiany do popełnionego błędu.
(Powolny aplauz za kończący segment diss na Geerta Hamminka)
Scott na pierwszej konferencji prasowej próbował ocieplać swój wizerunek, obiecując kibicom, że jeśli dostanie szansę, to postara się być drugim Kevinem McHale’em.
Niestety miało się okazać, że jedyne co ma wspólnego z bostońskimi legendami, to plecy starego Larry’ego Birda.
Oglądałem sobie niedawno mecz New York Knicks z Washington Bullets z 31 stycznia 1991 roku, gdy, nagle, kamery zrobiły zbliżenie na odwróconego plecami mistrza wsadów z 1989 roku i moim oczom ukazał się widok, który natychmiast musiałem uwiecznić robiąc zdjęcie telewizorowi:
Toż to szyjkowąsik!
Myślałem, że ten osobliwy element fryzury wprowadził do ligi dopiero Drew Gooden, jakoś w połowie lat zerowych…
…ale zupełnie mnie nie dziwi, że to akurat Walker go wyprzedził. Spójrzcie tylko na niego: szyjkowąsik, flat top, wygolone pasemko a do tego jeszcze wąsy harleyowca z przodu…
Tu się dzieje więcej, niż podczas finałowej bitwy w „Avengers: Endgame”.
Trzeba jednak też przyznać, że Kenny to jedyny gość, który potrafi być super cool jednocześnie wyglądając, jakby ktoś bardzo znudzony dorwał się do Wooly Willy’ego.
Fun Fact: Mimo że jestem fanem New York Knicks, postanowiłem napisać coś pozytywnego o Charlesie „Autora Tego Tekstu Nigdy Nie Przestanie Śmieszyć Wymawianie ‚Smith’ jako ‚SMIS'” Smith’cie.
Wiadomo dlaczego to trudne.
Dość powiedzieć, że jedna z moich drużyn fantasy basketball nazywa się „Charles Smith layup package” (w tym roku wygrała swoją ligę!).
Nie pokażę więc Wam, obowiązkowego w każdym innym wpisie o nim, wideo z końcówki piątego meczu serii Knicks-Bulls z 1993 roku, zwłaszcza, że po jego obejrzeniu zadzwoniłby telefon i umarlibyście tydzień później.
Pokażę za to wideo z innym popisem Smitha – pięćdziesięcioma dwoma punktami rzuconymi Nuggets w 1990 roku, które wyrównywały rekord klubu Boba McAdoo:
W sumie, to mam jeszcze jedno wideo – ze Smithem sprzedającym ubezpieczenia:
Ale wracając do jego 52 punktów.
Jasne, że to było przeciwko Denver, drużynie, która w tamtym sezonie radziła sobie w defensywie mniej więcej tak dobrze, jak dobrze radziły sobie z pozostawaniem przy życiu aktywne seksualnie nastolatki w slasherach. Ale jednak, przez prawie 35 lat, nikomu w koszulce Clippers nie udało się poprawić wyniku Smitha (McAdoo dokonał tego w koszulce Buffalo Braves) – dopiero niedawno, na początku rozgrywek 2025/26, zrobił to najpierw James Harden, a potem Kawhi Leonard (i jeden, i drugi, rzucił 55 punktów).
Co prawda pięćdziesiątkę Smitha często wrzuca się do wora tych najdziwniejszych, najbardziej przypadkowych, ale trzeba jasno powiedzieć, że przez pierwsze trzy sezony – zanim spowolniła go kontuzja kolana a prominentnej boiskowej roli pozbawił transfer do Knicks – Charles zdecydowanie spełniał oczekiwania pokładane w numerze trzecim draftu 1988. A Clippers z nim – i z wybranym z jedynką w tym samym naborze, Dannym Manningiem – wreszcie dokądś zmierzali, nawet jeśli miało się okazać że była to tylko pierwsza runda draftu i implozja (Smith był pierwszym graczem tamtego trzonu, który opuścił Los Angeles – po nieudanych negocjacjach nowego kontraktu przedłużył umowę o rok oraz wystosował oficjalny list do klubu, w którym oznajmił, że zamierza zostać wolnym agentem i odejść, nie pozostawiając klubowi innego wyboru niż transfer).
Liczby potwierdzają, że młody Smith miał wyjątkowy start swojej zawodowej kariery.
W 1992 roku nie wiedziałem tego wszystkiego, ale i tak uważałem Charlesa Smitha za jednego z moich ulubionych zawodników.
Wtedy w moje ręce trafiła karta ilustrująca ten wpis (to była jedna z tych, które kupiłem od kolegi z ciocią z Ameryki, dealującego upperdecki i skyboxy z kartonu po Marlboro). Swoją sympatię oparłem na tym, że miał fajne zdjęcie, a na odwrocie pisano, że jest liderem swojej drużyny w punktach, zbiórkach, blokach i skuteczności z wolnych.
Miałem wtedy jeszcze kartę Bo Kimble’a, którego też obdarzyłem irracjonalnym uczuciem na podstawie statystyk z odwrotu karty (w jego przypadku – statystyk uniwersyteckich).
Z kolei, gdy przeglądałem „Skarb Kibica” w „Przeglądzie Sportowym”, to uznałem, że ówczesny rozgrywający Clippers, Doc Rivers, ma tak cool imię i nazwisko, że pożyczyłem je sobie i nadałem najlepszemu graczowi zmyślonej przeze mnie ligi koszykówki (nazywała się NBL i jej rozgrywki toczyły się przez kilka sezonów w moim zeszycie).
Inne nazwisko, o którego właścicielu nie wiedziałem nic, ale przyspieszało bicie mojego serca podczas lektury składów? Rolando Blackman.
Inny zawodnik, którego kartę wtedy miałem i jarałem się, że ma na koncie dwa sezony ze średnią powyżej 20 punktów, a więc musi być gwiazdą? Tony Campbell.
Ta czwórka razem ze Smithem spokojnie mogła uchodzić w 1992 za moją pierwszą piątkę ulubionych graczy, których nigdy nie widziałem w akcji.
Zgadnijcie kogo moi New York Knicks ściągnęli w 1992.
Charlesa Smitha.
Bo Kimble’a.
Doca Riversa.
Rolando Blackmana.
Tony’ego Campbella.
Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że czułem się, jak w koszykarskiej grze komputerowej, gdzie zaczynasz sezon od ściągnięcia do ulubionej drużyny ulubionych zawodników.
Nie ma dyskusji, że te ruchy przełożyły się na wyniki. Głęboki skład wygrał 60 meczów – więcej niż Chicago Bulls (w jednym z meczów zafundowali Michaelowi Jordanowinajwiększą wówczas porażkę w jego karierze) i mniej tylko od napędzanych najbardziej wartościowym Charlesem Barkleyem Phoenix Suns. To był ich najlepszy bilans od 1970 roku i do tej pory niepobity.
ALE.
Smith nie został drugim All-Starem obok Ewinga.
Kimble nie został zawodnikiem NBA.
Rivers stracił prawie cały następny sezon przez kontuzję i miejsce w składzie, na rzecz Dereka Harpera.
Blackman był u schyłku kariery oraz zmagał się z kontuzją pleców (choć i tak trafiłby więcej rzutów w siódmym meczu finału NBA niż John Starks, gdyby tylko Pat Riley mu pozwolił).
Campbell co prawda zaczął sezon 1992/93 w pierwszej piątce, no ale chyba nawet 10-letni ja nie był zdziwiony, że nie miał w ataku takiej roli, jak w Minnesocie Timberwolves.
Poza Charlesem i – na trzy mecze – Dokiem, dwa sezony później żadnego z nich nie było już w Nowym Jorku, ale latem 1992 roku myślałem, że Knicks rozbili bank.
I cóż, prawie rozbili.
I Charles Smith miał też w tym swój udział.
Nie tylko w „prawie”.
Niestety mojemu dziesięcioletniemu mnie nie dane było śledzić tamtego sezonu, w którym mój ulubiony zespół postanowił zbudować skład na podstawie mojej skromnej kolekcji kart, ale dziś może sobie tę kampanię nadrobić każdy, kto ma 9 godzin wolnego czasu:
Gdyby ktoś się zastanawiał, jak w równoległej rzeczywistości mogła skończyć się niesławna playoffowa akcja Smitha, to może włączyć powyższe wideo w jego pierwszej godzinie, szóstej minucie i piątej sekundzie.
Eurodance Fun Fact: ten powyższy montaż skrótów meczów i highlightów zawiera, około 29 minuty i 30 sekundy, teledysk zastępujący relację ze wspomnianego wcześniej pogromu Bulls, mający w tle zapomniany eurodance’owy „bengier” duetu AB Logic, których kaseta prawie na pewno, chociaż przez moment, leżała w moim pokoju obok karty Charlesa Smitha ilustrującej ten wpis.
Topps do serii Stadium Club zawierającej tę kartę Kesslera w bardzo białym podkoszulku powinien dorzucać takie:
„Pewnie już więcej nie będzie tu postów o Alecu Kesslerze, więc wystrzelajmy się z ciekawostek” Fact: Alec Kessler przez cztery sezony nie zrobił na parkietach NBA niczego interesującego, dlatego pamiętany jest głównie z trzech pozaboiskowych powodów:
przez dwa dni, pod koniec kwietnia 1991, wszyscy myśleli, że nie żyje, bo popłynął z kumplami motorówką na Bahamy i zapomniał zameldować narzeczonej, że wszystko z nim ok (Straż Wybrzeża przeczesała 72,5 tysiąca km2 Oceanu Atlantyckiego zanim Kessler sobie przypomniał, żeby zadzwonić do partnerki i dać znać, że chilluje z chłopakami na Wielkim Abaco),