Fun Fact: W piątym meczu finałów konferencji w 1990 roku, Michael Jordan rozegrał jedną z gorszych swoich playoffowych połówek: przez pierwsze dwie kwarty rzucił Pistons marne 6 punktów, z których trzy wyglądały tak:
Jordan odpalił rzut z połowy, mimo 11 sekund na zegarze, bo pewnie myślał, że to 1.1 sekundy.
Oczywiście MJ, jak to MJ, nawet brainfart przekuł w punkty, choć w całym meczu Pistons byli lepsi (Michael ostatecznie uciułał 22 punkty, czyli o 13 mniej niż wynosiła jego średnia w tej serii, trafiając 7 z 19 rzutów). Obrońcy tytułu wyszli na prowadzenie 3:2 i choć Byki w kolejnym starciu wyrównały, to tym razem górą w całej serii znów byli Źli Chłopcy.
A jeśli chodzi o Jordana i rzuty z połowy boiska, to czasem zdarzało mu się wytrzymać z nimi do, bardziej dla nich stosownej, ostatniej sekundy:
A i buzzer beater przeciwko Pistons miał mu się jeszcze przytrafić – dwa lata później, w listopadzie 1992. Co prawda nie z połowy, ale dobrze zza linii rzutu za trzy i na zwycięstwo (to w ogóle jeden z zapomnianych game winnerów Mike’a):
Fun Fact: W NBA przynajmniej jeden mecz zagrało – to stan na dziś – 4886 zawodników (czyli dokładnie tyle osób, ile w 2020 roku zamieszkiwało gminę Miłomłyn). Minimum 178 meczów w NBA ma na koncie 2141 graczy. Z tego grona, siedem razy w pierwszej piątce wyszło 1638 gości. Spośród nich, 634 zostało wybranych w drafcie w drugiej rundzie lub później, lub nie zostało wybranych w ogóle. 465 zawodników w historii NBA zakończyło choć jedno swoje spotkanie z dorobkiem 18 punktów, 3 asyst, 3 bloków i 2 przechwytów. Jedynie 65 koszykarzom przytrafiło się to w meczu, który zaczynali na ławce rezerwowych. Koszulkę Minnesoty Timberwolves nosiła w takim momencie tylko trójka graczy: Kevin Love, Tom Gugliotta i Bob McCann.
W skrócie: nawet jeśli słyszysz pierwszy raz o istnieniu kogoś takiego, jak Bob McCann, to warto stawiać kolejne kroki z szacunkiem, bo każdy koszykarz NBA jest członkiem jakiegoś ekskluzywnego klubu (choć czasem jest to klub rozmiarów gminy miejsko-wiejskiej w warmińsko-mazurskim).
Bob McCann zalicza się także do jeszcze jednego, bardzo specyficznego klubu, liczącego sobie dwóch członków: klubu gości pochodzących ze stanu New Jersey, którzy trafili do NBA wybrani w drafcie po grze na Morehead State University i byli niewysokimi ale fizycznymi power forwardami. Drugim członkiem jest Kenneth Faried.
„Manimal” był znacznie bardziej skoczny i mobilny niż McCann, ale jego starszy kolega był potężniejszy. Wybór w drafcie zawdzięcza temu, że ówczesny trener Milwaukee Bucks, Del Harris, chciał mieć w składzie podkoszowego siłacza w typie Charlesa Barkleya, Charlesa Oakleya, Bucka Williamsa czy Ricka Mahorna. Ale uniwersytecki trener McCanna, Wayne Martin, wspominał, że Bob miał wiele, a na pewno więcej niż Faried, ofensywnej ogłady – czasami robił za point forwarda i miał nawet zasięg obejmujący linię rzutu za trzy w NCAA. Niestety McCann, który na sportowej emeryturze zaczął pracować jako szef kuchni, nigdy nie zobaczył swojego następcy w ligowej akcji – zmarł 8 dni po drafcie 2011, w którym wybrano Kennetha, w wieku 47 lat.
Choć Kozły zwerbowały McCanna ze względu na jego siłę, nie wystarczyła ona, żeby wepchnąć się do składu i nasz bohater debiut w NBA zaliczył dopiero dwa lata później (rzucił w nim 8 punktów w 4 minuty). W barwach Dallas Mavericks, którzy ściągnęli go w połowie sezonu 1989/90, po przygodach w Hiszpanii, USBL i CBA, rozegrał tylko 10 spotkań. Na kolejne rozgrywki wrócił do CBA i latem 1991 miał w tej lidze już trzyletni staż i łączne statystyki na poziomie 20 punktów i 8 zbiórek. Przyciągnęły one uwagę Detroit Pistons, którzy zawsze mieli w składzie miejsce dla tak szerokich barów. Choć nie grał dużo (26 meczów, po 5 minut w każdym) to załapał się na skład playoffowy i w jedynym w karierze występie w fazie pucharowej, rzucił Knicksom 6 punktów w 13 śmieciominut (Tłoki przegrały tamto spotkanie 34 punktami).
Tym razem McCann utrzymał się w NBA. Kontrakt zaoferowała mu ta sama osoba, co poprzednio – Jack McCloskey, który właśnie opuścił Detroit i przejął stanowisko generalnego menadżera w Minneapolis. McCloskey uzupełnił wtedy skład Wilków paroma znajomymi zawodnikami, którzy w jego opinii nie mieli okazji się wykazać w Pistons, ale mogli powalczyć o minuty w młodej, nie walczącej o nic drużynie (oprócz McCanna, byli to Lance Blanks i Brad Sellers).
Bob wykorzystał szansę rozgrywając swój najlepszy sezon. 79 meczów, 7 w podstawowym składzie. Ponad 19 minut w każdym spotkaniu. Średnie 6.3 PPG i 3.6 RPG. W trzech meczach otwierających kwiecień rzucał średnio 16 punktów. Na koniec sezonu był w pierwszej piątce klubowych rankingów pod względem liczby zbiórek, przechwytów, bloków oraz minut. Niestety, mimo dość prominentnej roli, nie dostał nowej umowy od Wolves, ponieważ, no cóż, trudno, żeby komukolwiek zależało na zachowywaniu ciągłości składu, który wygrał 19 spotkań.
Po roku spędzonym we Włoszech i, znowu, w CBA, Bob McCann zaliczył kolejny powrót do NBA – tym razem do Washington Bullets. To był ten sezon, w którym Chris Webber wystąpił w 15 meczach, Mark Price w 7 a Robert Pack w 31. Zespół ciągnął drugoroczniak, Juwan Howard, wsparty robiącym największy postęp w lidze Gheorghem Muresanem, wziętym znikąd i blokującym rzuty zewsząd, Jimem McIlvaine’em, debiutującym w lidze Rasheedem Wallace’em oraz, rozgrywającymi najlepsze sezony swojej kariery, Brentem Price’em i Timem Leglerem (który w tamtych rozgrywkach sięgnął po zwycięstwo w konkursie rzutów za trzy). Po siedmiomeczowej serii zwycięstw na początku kwietnia, ten skład prawie wślizgnął się do playoffs.
McCann grał po 10 minut w meczu i notował skromne 3 PPG + 2.3 RPG w każdym z nich, ale świetnie sprawdzał się w roli ciężko harującego enforcera łatającego dziury w wybrakowanym składzie. Legler jego wkład w świetną końcówkę sezonu podsumował tak:
„Gdy Bob fauluje, przeciwnik podnosi się z parkietu z lekko poluzowanymi wnętrznościami i musi brać głębokie oddechy na linii rzutów wolnych. […] Zawsze powtarza, że ma sześć fauli do rozdania i nie zamierza zabierać ich ze sobą do grobu.”
Przez następne lata, McCann poluzowywał kiszki rywalom we Francji, Portoryko, Turcji, Hiszpanii, Filipinach i Argentynie, zaliczając epizody w swojej ojczyźnie. Ponownie zaciągnął się do CBA i po raz ostatni pojawił się w meczu NBA – jeden, jedyny raz, jako zawodnik Toronto Raptors, 7 stycznia 1998.
Ostatecznie nigdy nie złapał na długo wiatru w żagle, bo był za niski na power forwarda i za wolny na small forwarda. Był zbyt duży i silny, żeby nie narzucać mu wąskiej roli podkoszowego „bengiera”, a jednocześnie za mało wszechstronny, by zobaczyć w nim kogoś więcej. Przede wszystkim był jednak na tyle dobry i twardy, by zapracować na 178 meczów na parkietach najlepszej ligi świata…
…i mieć jeden z najlepszych współczynników liczby highlightów na YouTube’ie do doniosłości kariery. Oto aż cztery filmiki z Bobem w roli głównej (z których dwa wrzuciłem ja sam) – będzie trochę podkoszowego masowania, będą też całkiem widowiskowe zagrania, a zaczniemy wszystko od deportacji Carla Herrery, która swego czasu zajęła drugie miejsce na liście najlepszych zagrań tygodnia NBA Action.
Tak, Bob na pewno nie zabrał ze sobą do grobu boiskowej bezpardonowości.
Fun Fact: Tak sobie siedzę i patrzę, jak zbliża się tegoroczny trade deadline, więc pomyślałem, że w międzyczasie zrobię szybki ranking najważniejszych/najlepszych/najgłośniejszych ruchów kadrowych ostatniego dnia okienka transferowego w latach 90.
Nr 5 (1994) Jazz otrzymują: Jeff Hornacek, Sean Green, pick drugorundowy (Junior Burrough) Sixers otrzymują:Jeff Malone, pick pierwszorundowy (B.J. Tyler)
Niby bez głośnego nazwiska, ale Jazz niezobowiązująco zgarnęli swoją trzecią opcję, z którą w przyszłości mieli dwukrotnie awansować do finałów. Rozważałem tutaj także powrót Marka Jacksona do Indiany z Denver po półrocznej, zupełnie bezsensownej rozłące, który dokonał się w ostatnim dniu okienka w 1997 roku.
Niby z perspektywy czasu nie wydarzyło się tu nic ciekawego, ba, nawet w 1995 roku Christian Laettner nie był aż tak gorącym towarem, skoro, żeby dostać za niego Spuda Webba i Andrew Langa, trzeba było coś dorzucić. Ale jednak Laettner wciąż był „tym kolesiem” – tym z Duke, tym z Dream Teamu, tym z panteonu bucostwa. Dodatkowo już w kolejnym sezonie, grając obok Dikembe Mutombo, załapał się na swój jedyny Mecz Gwiazd (inna sprawa, że potem odrzucił propozycję przedłużenia kontraktu, obniżył loty, stracił miejsce w pierwszej piątce, a w końcu, gdy jego koledzy obżerali się podczas lokautu, on dla odmiany zerwał Achillesa, dostał kontrakt pocieszenia od Hawks i został od razu oddany do Pistons za Scota Pollarda)
Doskonały ruch Pata Rileya, który już w kolejnym sezonie dał Miami finał konferencji. Inna sprawa, że w kolejnych czterech sezonach ten zespół stać już było tylko na jedną drugą rundę i trzy odpadnięcia w pierwszej. I zero wygranych serii na trzy podejścia z Knicks.
Prawdziwy blockbuster, który zakończył karierę nieodżałowanego duetu Stephon Marbury – Kevin Garnett. Najlepiej na dealu wyszli Bucks, którzy dwa sezony później byli finalistami konferencji, choć Nets udało się później opchnąć Marbsa Słońcom i nawet awansować do finałów z Jasonem Kiddem. I tylko Minny utknęła na pięć lat w czyśćcu pierwszej rundy playoffs, zanim nie ściągnęli Sama Cassella i jego midasowych jajec.
To nieprawdopodobne jak wymiana dwóch tak markowych w tamtym czasie nazwisk mogła przynieść takie wielkie nic wszystkim zainteresowanym. Wilkins uciekł z Clippers przy pierwszej okazji, w pośpiechu gubiąc gdzieś status gwiazdy (potem zagrał już tylko meh sezon w Bostonie, wyjechał do Europy, wrócił do tankujących Spurs, znowu wyjechał do Europy i znowu wrócił, na ostatni podryg na ławce Magic). Manning też nie przedłużył kontraktu z Hawks i związał się z Phoenix Suns, co wtedy wydawało się ekscytującym rozwojem wypadków, ale w praktyce tamten trade także zakończył jego funkcjonowanie w roli gwiazdy NBA (wcześniej cztery razy z rzędu grał w All-Star Game).
W komiksach i filmach, Peter Parker zyskuje nadzwyczajną siłę, zwinność, umiejętność przywierania do ściań oraz szósty zmysł, po ugryzieniu radioaktywnego (lub w inny sposób podrasowanego) pająka.
Alex Stivrins na trzecim roku studiów także został ugryziony przez pająka, a konkretnie przez pustelnika brunatnego, który jest bardziej jadowity niż czarna wdowa. Zyskał dzięki niemu nieprzyjemne zapalenie i obrzęk w okolicach ugryzionej kostki, który zmusił lekarza uniwersyteckiego do wycięcia martwych tkanek z nogi i przepisania antybiotyku.
Innymi słowy: nasz bohater nie zyskał supermocy.
Choć podobno, gdy wrócił do gry (po zabiegu opuścił jeden mecz) miał dobrą skuteczność z pola – trafił 29 z 36 rzutów w czterech kolejnych spotkaniach.
Oczywiście dostał ksywę „Spider-Man”.
Rok wcześniej marzył zapewne, żeby ugryzł go radioaktywny ortopeda, bo zmagał się z bolesnym podrzepkowym zapaleniem ścięgna w obydwu kolanach. „Jakby ktoś dźgał mnie nożem w rzepkę” – opisywał sytuację Alex reporterowi „Lincoln Journal Star”. Leczenie i stabilizatory umożliwiły mu rozegranie pełnych czterech sezonów w NCAA (po 2 lata w Creighton i w Colorado). Kilka lat później, na początku lat 90., znów miał pechowy uraz nóg – po zderzeniu z motocyklem w Mediolanie (żeby nie było, że przez kosza miał tylko pecha, to np. grając chwilę wcześniej w drużynie z Teneryfy, poznał swoją przyszłą żonę, Claire).
Wypadek nie zastopował jego kariery, bo kolejnym jej przystankiem, po lidze włoskiej, było NBA. Wracał tam z trzymeczowym doświadczeniem w Seattle Supersonics (wybrali go z 75. numerem draftu 1985, był wówczas pierwszym w historii graczem NBA z korzeniami łotewskimi) oraz po treningach z Atlanta Hawks oraz Phoenix Suns w sezonie 1987/88. W 1992 roku, jako 30-latek, ponownie pojawił się na testach w Arizonie i zrobił tak dobre wrażenie, że otrzymał kontrakt od drużyny szykującej się do walki o mistrzostwo. Nasz bohaterski Spider-Man szybko się jednak przekonał, że najbardziej przydatną supermocą w NBA bywa umiejętność szybkiego pakowania się.
Kolegą z parkietu Charlesa Barkleya był tylko 8 razy, zanim Słońca zwolniły go, tuż po świętach Bożego Narodzenia. Już w Nowy Rok złożył podpis na umowie podsuniętej mu przez Jastrzębie, zagrał 5 razy, załapał się na YouTube…
…i ponownie, niecały miesiąc później, musiał się pakować.
Następnym przystankiem było Miasto Aniołów, choć pewnie gdyby miał pajęczy zmysł, to ten ostrzegłby go przed podpisywaniem kontraktu z Clippers. Zresztą i tak w ich koszulce spędził na parkiecie tylko jedną minutę, oddając jeden niecelny rzut. Potem trzy razy wybiegł na boisko jako Kozioł z Milwaukee, a na koniec wrócił do Phoenix na dwa dziesięciodniowe kontrakty i dwa krótkie występy na boisku. Sezon 1992/93 kończył w CBA, gdzie pomógł wywalczyć mistrzostwo Omaha Racers (i trzymał kciuki za Suns, którzy obiecali mu pierścień jeśli wygrają finały). Później był jeszcze powrót do Hiszpanii i wyjazd do Japonii, aż w 1997 roku Spider-Man zrzekł się ostatecznie wielkiej mocy i wielkiej odpowiedzialności związanej z zawodowym uprawianiem koszykówki.
Alex w 2001 roku zaczął pracę jako doradca finansowy i jest nim do dziś. Ma czwórkę dzieci. Najstarszy syn Luke grał w kosza na uniwerku Nevada, ale nie przeszedł na zawodowstwo, a młodszy o dwa lata Nathan wstąpił do marynarki wojennej. Najdalej śladami ojca (i matki – pani Stivrins przez pewien czas trenowała pływanie) zaszły córki-siatkarki. Amber zbliża się właśnie do końca amatorskiej kariery na University of San Diego, a Lauren, była gwiazda Nebraski, niedawno rozpoczęła profesjonalne granie w Serie A1, w drużynie z Florencji (uwaga na motocykle!).
Mogłoby się wydawać, że epizod Alexa Stivrinsa w NBA nic nie znaczył, ale to nieprawda.
Na początku lat dziesiątych, około trzynastoletnia wtedy Lauren Stivrins poszła ze szkolną drużyną siatkówki na obiad do restauracji. Tak się złożyło, że przy jednym ze stolików siedział Charles Barkley. Lauren niewiele myśląc podeszła do niego, przedstawiła się i powiedziała: „Znasz mojego tatę”. „Krągły pagórek” wyściskał dziewczynę, przysiadł się do stolika z jej znajomymi, pogadał przez godzinę i jeszcze zapłacił za jedzenie.
„Lauren była wtedy bohaterką dla swoich koleżanek” – wspominał potem Alex.
Ten moment miał znaczenie i totalnie był warty tych noży wbijanych w kolana, trujących pająków i wpadania pod motocykle, skoro ostatecznie umożliwiły Stivrinsowi rozegrać dziesięć meczów w Phoenix Suns i poznać Barkleya, który dwadzieścia lat później sprawi, że córka Spider-Mana poczuje się, jakby miała supermoce.
Fun Fact: Czy Isiah Thomas, który, gdy ostatnio go widzieliśmy, był przeskakiwany przez Clyde’a Drexlera w drugim meczu finałów 1990, potrafił kończyć akcje wsadem? Karta wybrana na ilustrację tego wpisu dość mocno sugeruje, że tak, a poniższy materiał dowodowy to potwierdza.
Możemy więc wykreślić wsady z listy rzeczy, których Zeke nie umie.
A czego nie umie?
Cóż. Na przykład nie umie podawać ręki po przegranym meczu. Nie umie się pogodzić z brakiem powołania do Dream Teamu. Nie umie zarządzać klubem NBA. Nie umie zarządzać ligą CBA.
Ja na przykład lubię historię jego pojedynków z Chicago Bulls w sezonie 1988/89, w których Tłoki wygrały 10 z 12 meczów pomiędzy drużynami, a Thomas w połowie tych starć grał ze złamaną ręką.
Wszystko zaczęło się ostatniego dnia stycznia 1989 roku, gdy Isiah Thomas tak bardzo wkurzył się na Billa Cartwrighta za cios łokciem i rozciętą brew, że zaczął dusić asystenta trenera Pistons, Brendana Malone’a.
To był trzeci pojedynek Tłoków i Byków w tamtym sezonie i trzecie zwycięstwo ekipy z Detroit. Starcie rozstrzygnęło się dopiero po dogrywce, więc Thomas starał się trzymać nerwy na wodzy, żeby wyrównana końcówka nie zmieniła się w burdę. Szyja Malone’a posłużyła zatem za antystresową zabawkę uciskową. Mógł zresztą mieć urazę do ludzi o nazwisku Malone.
Isiah zaciskał zęby w kolejnych dwóch starciach, ale miarka przebrała się 7 kwietnia, w ostatnim pojedynku tych dwóch drużyn w sezonie zasadniczym, który zresztą odbył się ledwie dzień po przedostatnim, więc obydwie drużyny były nakręcone. Thomas po ośmiu minutach meczu znów oberwał łokciem od Cartwrighta – jak potem twierdził – piąty raz w tym sezonie. Teraz Isiah Lord Thomas III postanowił oszczędzić Brendana Malone’a i wyładował się bezpośrednio na winowajcy. W ruch poszły pięści, a lewa tak niefortunnie, że Zeke złamał kość śródręcza i w tym meczu już nie wystąpił.
Pistons i tak wygrali, ledwo, dwoma punktami, bo choć Michael Jordan rzucił 40 punktów, to rozgrzana była mikrofalówka Vinnie’ego Johnsona, który lukę po Thomasie wypełnił 30 punktami i 8 asystami.
Nad klubem zawisło jednak pytanie „co dalej?”. Obstawiano, że Isiah opuści resztę sezonu regularnego i część playoffs. Trzy tygodnie, może więcej, to w końcu była złamana ręka.
Tymczasem Thomas wrócił na parkiet już dwa mecze później, które i tak musiał opuścić, bo liga zawiesiła go za danie w ryj Cartwrightowi (sam Bill dostał zawieszenie na jedno spotkanie).
Gdy Pistons i Bulls spotkali się po raz kolejny, był to finał konferencji, a Thomas do złamanej ręki, w międzyczasie, dorzucił kontuzję ramienia. W pierwszorundowym pojedynku z Boston Celtics, Ed Pinckney wygiął je w kierunku, w którym ramię wyginać się nie powinno.
Nie dało się nie zauważyć, że urazy mają wpływ na Isiah. W meczu, w którym doznał urazu ramienia, spudłował 8 z 9 rzutów, w następnym (to już był początek serii z Milwaukee Bucks) – 13 z 17 – a w kolejnym 6 z 9. W pierwszym meczu półfinałów, który Byki wygrały, miał marną skuteczność 3-18. W trzecim starciu, także przegranym, wyniosła ona 2-8.
Z drugiej strony w Game 2 zaaplikował rywalom 33 punkty, a w Game 4, 27 (a do tego 10 zbiórek, czyli 7 więcej niż Cartwright). Kulminacją serii był mecz numer 6, przy stanie 3-2 dla Detroit. Thomas postanowił podnieść sobie poziom trudności, bo na drugą połowę wrócił z trzecią kontuzją, którą sygnalizowało nagłe pojawienie się opatrunku na prawym udzie i gesty sugerujące odczuwanie bólu. Nie przeszkodziło mu to rzucić 17 punktów w samej czwartej kwarcie i po raz kolejny odesłać do domu sfrustrowanego MJ’a, który zresztą krył go podczas wielu akcji. Łącznie, ze złamaną ręką, bolącym ramieniem i bolącą nogą, Isiah rzucił 33 punkty.
W finałach notował średnio po 21 punktów i 7 asyst, prowadząc Pistons do pierwszego z dwóch tytułów mistrzowskich. Warto jednak pamiętać, że Lakers grali bez Byrona Scotta i po dwóch meczach stracili też Magica Johnsona, a nagrodę MVP zgarnął Zeke’owi Joe Dumars, który przebił jego osiągnięcia swoimi 27 punktami i 6 asystami w każdym meczu.
A wracając do starć z Bulls w sezonie 1988/89, szybkie zestawienie:
statystyki zdrowego Thomasa (5 meczów, nie liczę tego starcia, w którym złamał rękę po ośmiu minutach): 21.8 PPG, 2.2 RPG, 9.8 APG, 2.8 SPG
Dwa lata później ponownie musiał zmagać się z kontuzją – tym razem nadgarstka – i to w zasadzie od początku sezonu 1990/91. W styczniu 1991 roku, gdy ból stał się już nie do wytrzymania, przeszedł operację i lekarze twierdzili, że jest mała szansa, żeby wrócił wcześniej, niż w drugiej połowie maja, czyli niecały miesiąc po starcie playoffów. Isiah poprosił, żeby potrzymać mu piwo i wrócił na początku kwietnia, by – mimo bólu i niedokończonej rehabilitacji – złapać rytm przed postseason. I znów, tak jak w 1989 roku, znalazł się w bolesnej kuli śnieżnej, która podczas toczenia powiększała się o dodatkową kontuzję, za dodatkową kontuzją.
W pierwszej rundzie fazy pucharowej, przeciwko Hawks, było to naderwanie mięśnia dwugłowego w lewym udzie. W drugiej, w której mierzył się z Celtics, zwichnął prawą stopę już w inauguracyjnym starciu.
To było za dużo nawet dla niego. Opuścił mecz numer 2. W trzecim zagrał, ale miał skuteczność 3-13 w 26 minut. Obydwa te spotkania wygrał Boston. Thomas znów pauzował w czwartym pojedynku. W piątym wszedł na boisko z ławki na 15 minut i oddał dwa niecelne rzuty, kończąc z zerowym dorobkiem punktowym i 6 asystami. Jednak Tłoki z obydwu starć wyszły zwycięsko.
To byli ci Celtics, którzy zaczęli rozgrywki od bilansu 29-5, ale potem plecy Larry’ego Birda zaczęły coraz bardziej mu doskwierać. Gdy spotkali się z Pistons w drugiej rundzie, obydwaj liderzy drużyn słaniali się jak Rocky i Apollo Creed w końcówkach swoich filmowych walk.
Ostatni cios należał jednak znów do Isiah Thomasa.
Ponownie zaczął mecz na ławce i po 48 minutach miał na koncie 9 punktów. Jednak w dogrywce po raz kolejny dokonał aktu playoffowego heroizmu, ostatniego takiego w jego karierze: rzucił 8 punktów i poprowadził Tłoki do zwycięstwa oraz awansu do finału konferencji.
Na rozjuszone i zdrowe Byki sił już nie starczyło, choć Thomas wystąpił we wszystkich czterech spotkaniach serii. Miał 29 punktów w meczu numer trzy, a przez cały sweep notował średnio 16.5 PPG, 4.8 RPG i 6.0 APG. Niewiele, jak na niego, za mało, jak na Jordana i spółkę, ale całkiem nieźle, jak na kogoś, kto grał z tylko jedną zdrową kończyną, którą akurat była ta najmniej mu potrzebna, czyli lewa, nierzucająca ręka.
Isiah Thomas jest dziwną postacią poza parkietem, ale na boisku niewielu było większych wojowników.
Fun Fact: Nie będę udawał, że mam coś do powiedzenia na temat Boba Martina. To prawdopodobnie najpopularniejszy w Polsce koszykarski no-name, bo wiele dzieciaków w latach 90. wyciągnęło jego kartę z paczki kupionych w kioskach upper decków. W NBA zagrał 54 mecze, wszystkie w koszulce Los Angeles Clippers (53 w sezonie 1993/94 i 1 w 1994/95), a chwilę wcześniej spędził trochę czasu w CBA, jako center Rapid City Thrillers. Wszystko to wydarzyło się pewnie dlatego, że były student i zawodnik University of Minnesota urósł do magicznych 7 stóp wzrostu, a jak dobrze wiemy, siedem stóp w drzwiach znacznie ułatwia wejście do ligi. Na tym koszykarski ślad po Bobie Martinie w zasadzie się urywa.
Ale, żeby nie było, że w tym poście nie ma niczego ciekawego, oto streszczenie Terminatora.
Jest rok 1984, w świetle błyskawic, gdzieś na obrzeżach Los Angeles pojawia się przerażający przybysz – przybywający z przyszłości cyborg, elektroniczny morderca wyglądający jak człowiek, o ile człowiek może wyglądać jak Arnold Schwarzenegger.
Chwilę wcześniej widzimy fragment przyszłości, z której pochodzi maszyna. Miasto Aniołów A.D. 2029 to skąpana w mroku post-apokaliptyczna ruina, plątanina prętów, bloków betonu, teatralnie wyeksponowanych ludzkich czaszek oraz laserów robiących „piu piu”, w której sztuczna inteligencja poluje na ludzi (wszystkich ludzi, a nie tylko grafików i copywriterów, jak dzisiaj).
Terminator rozpoczyna swoją zaprogramowaną misję od niezobowiązującego spaceru z gołym tyłkiem w kierunku trzech cyberpunków, którzy sami wyglądają, jakby byli androidami, tyle że z Blade Runnera. Postanawia ukraść ich neo-noirowy look eliminując ich wszystkich, w tym rzezimieszka, granego przez Billa Paxtona, pomagając mu trafić do bardzo elitarnego panteonu aktorów zabitych przez Terminatora, Obcego i Predatora. Inny punk ma z kolei łupaną kamieniem twarz Briana Thompsona, który wiele lat później, w „Z Archwium X”, wcieli się w mieszankę Terminatora, choć bardziej dwójki, z Obcym (był zmiennokształtnym zabójcą z kosmosu z mogącą zabijać krwią).
Tymczasem w innej części Los Angeles, w jednej z bocznych alejek, pojawia się drugi podróżnik w czasie – to członek ludzkiego ruchu oporu. Najpierw podejmuje zdecydowanie gorszą decyzję modową, niż w tym samym czasie Terminator, kradnąc spodnie bezdomnemu, a następnie ucieka przed patrolem policji do centrum handlowego. Tam bardzo wiernie odtwarza to, jak ja zachowuję się na zakupach w sklepie odzieżowym i nerwowo kompletuje resztę stylówki. Obaj rozpoczynają realizację swojego planu, który z grubsza jest taki sam – odnaleźć Sarę Connor. Różnią się szczegółami, bo cyborg chce ją zabić, a człowiek, nazywający się Kyle Reese, uratować, bo urodzi ona syna, Johna, charyzmatycznego przywódcę, który w przyszłości poprowadzi niedobitki ludzkości na wojnę ze Skynetem.
W międzyczasie poznajemy młodziutką Sarę, która mimo kiepskiej pracy i kiepskiego chłopaka (w tej roli, jako głos na automatycznej sekretarce, reżyser James Cameron, który ponad 20 lat później faktycznie zostanie chłopakiem Lindy Hamilton), wiedzie beztroskie życie. Mimo wszystko od razu czujemy, że kroczy (w zasadzie to zasuwa skuterkiem) szlakiem tragedii i śmierci – może zdradzają to jej smutne oczy, a może fryzura wyglądająca jak martwe zwierzę futerkowe (ok, dwaj uzbrojeni mężczyźni kartkujący książki telefoniczne w poszukiwaniu jej adresu, także nie ułatwiają pozbycia się ponurych przeczuć).
Czasem życie wysyła ci dyskretne sygnały, które sprawiają że z niepokojem zaczynasz oglądać się przez ramię. Sarah Connor otrzymuje od niego śpiewający telegram. Z telewizji dowiaduje się, że ktoś morduje kobiety nazywające się identycznie jak ona. Jest wtedy na mieście i zauważa stalkującego ją Kyle’a Reese’a, więc ukrywa się w dyskotece. Stamtąd dzwoni na policję, ale też do swojej współlokatorki, już zamordowanej przez Terminatora, który odsłuchuje wiadomość z automatycznej sekretarki i poznaje miejsce pobytu swojego celu. Dyskoteka zamienia się w saloon, gdy cyborg i Reese rozpoczynają strzelaninę. Sarah i Kyle uciekają, rozpoczyna się dość długi pościg samochodowy, w trakcie którego panna Connor poznaje przeznaczenie swoje i swojego nienarodzonego syna, a także charakterystykę technologii, która jest na jej tropie.
Terminator wjeżdża w mur i z jakiegoś powodu ucieka, zamiast skonfrontować się z kilkoma policjantami, którzy aresztują Reese’a. Oczywiście jego historyjka o podróżach w czasie i post-apokaliptycznej wojnie ludzi z maszynami kiepsko wypada w sali przesłuchań. W tym czasie Terminator liże rany, m.in. wydłubując sobie oko, na co ochotę ma także widz, gdy na ekranie pojawia się kiepska gumowa maska zastępująca uszkodzoną w walce twarz Arnolda. Po przegrupowaniu, maszyna masakruje cały posterunek policji, przy okazji wysyłając do panteonu aktorów zabitych przez Terminatora, Obcego i Predatora jego drugiego i ostatniego członka, Lance’a Henriksena.
Sarah i Kyle uciekają i po nocy spędzonej gdzieś pod mostem, ukrywają się w motelu. Czas zabijają robieniem bomb i uprawianiem seksu. Czyli, wiecie, klasyczna historia typu „chłopiec dostaje zdjęcie dziewczyny od jej syna – chłopiec zakochuje się w dziewczynie – chłopiec zostaje wysłany w przeszłość przez syna dziewczyny – chłopiec poznaje dziewczynę, w której zdjęciu się zakochał – chłopiec ratuje dziewczynie życie – dziewczyna czuje sympatię do chłopca – chłopiec płodzi z dziewczyną jej syna, który w przyszłości wyśle go w przeszłość, żeby go spłodził”.
Wcześniej, już po raz drugi, Sarah zdradza Terminatorowi swoją lokalizację przez telefon, tym razem dzwoniąc do mamy, pod którą podszywa się właśnie cyborg. Swoją drogą, jakby Terminator zabił mamę Sary Connor dwadzieścia lat wcześniej, to byłoby już po sprawie (choć pewnie skończyłoby się na tym, że Kyle Reese byłby też dziadkiem Johna Connora). Maszyna odnajduje ich w motelu i wywiązuje się kolejny pościg. Kyle zostaje ciężko ranny, ale Sarah taranuje jadącego na motocyklu Terminatora, powodując wypadek. Gdy poturbowani kochankowie szukają schronienia, cyborg próbuje ich rozjechać świeżo ukradzioną cysterną. Reese’owi udaje się wysadzić ją w powietrze, co jednak tylko pozbawia maszynę ludzkiej powłoki, nie spowalniając jej zbytnio.
Ostateczna potyczka ma miejsce w fabryce należącej do Cyberdyne Systems, tej samej firmy, która w przyszłości stworzy Skynet. Po tym jak Reese poświęca życie, detonując bombę wewnątrz egzoszkieletu, Sarah dobija terminatozi kadłubek w prasie hydraulicznej.
Ciężarna Connor wyjeżdża do Meksyku, żeby ukryć się przed niewygodnymi pytaniami i innymi zagrożeniami, urodzić syna, wychować go na przyszłego zbawcę ludzkości i przygotować się na nadchodzącą przyszłość (ciekawe, czy korciło ją, żeby pokazać przeznaczeniu środkowy palec i nie nazywać syna „John”). Na stacji benzynowej, jakiś chłopiec robi jej pamiątkowe zdjęcie, okazujące się być fotografią, która później trafi w ręce Kyle’a Reese’a i pchnie jego plemniki na ścieżkę prowadzącą do komórki jajowej Sary. Tymczasem nie tylko on spłodził wtedy swojego szefa – resztki robota z przyszłości odnalezione w fabryce, posłużyły Cyberdyne do rozpoczęcia prac nad sztuczną inteligencją, które zakończą się stworzeniem Skynetu i uzyskaniem przez niego świadomości.
Nadciąga burza.
A nieświadomy tego wszystkiego Bob Martin zaczyna właśnie naukę w liceum Apple Valley w stanie Minnesota.
Fun Fact: Clyde The Glide miał jedną wadę jako gwiazda NBA – brak charyzmy, przez który zawsze umniejszano jego niebywały talent oraz osiągnięcia (czy wiecie, że Drexler w każdym sezonie swojej 15-letniej kariery grał w playoffach?). Wydaje się też, że ten brak charyzmy jego samego hamował w drodze na szczyt, przekładając się na absencję legendarnego „zabójczego instynktu”.
Nawet jego fani, do których się zaliczam, muszą przyznać, że choć był jednym z najbardziej widowiskowych graczy w historii NBA, to jakimś cudem nie zapadał w pamięć.
No bo nie wiem – wymieńcie np. jakiś słynny wsad Clyde’a, albo jakiś słynny rzut. Sorry, ale u mnie nic. To znaczy bez problemu przywołuję obraz szybującego Drexlera, jego podkurczone w locie nogi, widziałem też sporo montaży jego widowiskowych wyczynów, ale żaden z nich nie przedarł się do zbiorowej świadomości fanów koszykówki. Mówimy o gościu, który słynął ze wsadów i 5 razy wystąpił w Slam Dunk Contest ale nikt tego nie pamięta.
Dla mnie taką najsłynniejszą akcją jest chyba ten wsad z drugiego meczu finałów z Bulls, nad Billem Cartwrightem, po którym Drexler był chyba najbardziej ożywiony w całej swojej karierze…
Był też ten buzzer beater już w barwach Houston Rockets, choć wiadomo, że niska stawka meczu temperuje nieco zachwyty:
Tak obiektywnie, to najsłynniejszą akcją The Glide’a powinien być ten wsad:
Mamy tutaj wiele okoliczności sprzyjających budowaniu mitu:
uroda akcji,
rodzaj akcji, czyli poster dunk prawie z przeskoczeniem rywala,
ranga meczu, który był drugim starciem Finałów 1990,
otoczka wydarzenia, jaką był pojedynek będących na fali wznoszącej i efektownie grających Blazers, z obrońcami mistrzowskiego tytułu, niesławnie siermiężnymi Pistons,
obsada – w końcu Drexler przejechał się tutaj po największej gwieździe przeciwnika, czyli Isiah Thomasie.
Może po prostu nikogo nie obchodził w 1990 roku pojedynek małorynkowych Trail Blazers ze znienawidzonymi i pozbawionymi mainstreamowych gwiazd Tłokami, zwłaszcza, że był to pierwszy od 1979 roku finał bez udziału Celtics lub Lakers? A może skala trudności była za mała ze względu na filigranową posturę Thomasa? Pewnie nie zaszkodziłoby notowaniom tej akcji, gdyby sam Drexler lepiej ją sprzedał, tymczasem jego reakcja na to udane zagranie przypomina zachowanie człowieka, który stoi w kolejce jakimś urzędzie, patrzy się na pobliski parapet i się zastanawia, czy to prawdziwy marmur czy konglomerat.
W każdym razie warto przypomnieć, że Blazers wygrali tamto spotkanie 106:105 po dogrywce. Choć na 4.1 sekundy przed końcem, wyrównująca ówczesny rekord finałów szósta trójka Billa Laimbeera dała gospodarzom prowadzenie 105:104…
…to ostatnie słowo należało do Drexlera. Odważnie zaatakował grającego ze skręconą kostką Dennisa Rodmana, który nie dał rady legalnie powstrzymać go przed wejściem pod kosz, a następnie trafił obydwa rzuty wolne, ustalając końcowy wynik na 2.1 sekundy przed końcem.
To było ważne wydarzenie, bo Clyde miał opinię kogoś, komu w najważniejszych momentach nie można w pełni zaufać, która zapewne brała się też ze wspomnianego wcześniej braku charyzmy. Ta ostatnia akcja meczu numer 2 była znamienna: Drexlera pilnował kontuzjowany i wyraźnie utykający Rodman, a najlepszy obwodowy obrońca Tłoków, Joe Dumars, biegał za Terrym Porterem. Joe przyznał po meczu, że myślał, że to właśnie point guard z Portland odda ostatni rzut.
Innymi słowy: rywale uważali, że Rick Adelman prędzej powierzy losy meczu finałowego zawodnikowi, który wcześniej spudłował 8 z 11 rzutów, niż swojemu gwiazdorowi. The Glide był aż tak lekceważony.
A tak w ogóle, to sobie przypomniałem ile emocji było w pierwszych finałach NBA lat 90. Już o nich pisałem w tym tekście, więc tam odsyłam po wspaniałe rzuty Vinnie’ego Johnsona i Danny’ego Younga, ale warto też wspomnieć o wyjątkowej formie Laimbeera, który w drugim meczu wykręcił rekord trójek (po drodze do 26 punktów i 11 zbiórek), a w trzecim bił rekordy w zachodzeniu za skórę rywalom…
…oraz o Dumarsie, który tuż po Game 3 dowiedział się o śmierci ojca (Joe wcześniej uzgodnił z żoną, że jeśli schorowany tata umrze w dniu meczu, to on dowie się o tym dopiero po spotkaniu – Isiah był jedynym kolegą z drużyny, który podczas meczu znał złe wieści) ale dwa dni później znów wybiegł na parkiet i zdobył 26 punktów w meczu numer cztery.
Tutaj już wsad Drexlera nad Thomasem został doceniony (przegrał tylko z finals winnerem Vinnie’ego), ale nadal mam wrażenie, że to zapomniana akcja ze względu na tę bezbarwność The Glide’a. Zresztą zwróćcie uwagę na akcję z miejsca numer 8, w której Clyde Drexler w powietrzu przekłada piłkę z prawej do lewej ręki i kończy akcję. Jak Michael Jordan tak zrobił rok później, to się do dziś wszyscy zesrywają.
Fun Fact: Choć pamiętamy go głównie z wymiany za Scottie’ego Pippena w dniu draftu i – w mniejszym stopniu – z bycia specem od skromnych double-double na granicy startera i rezerwowego, Olden Polynice to także jeden z pierwszych aktywistów wśród współczesnych zawodowych sportowców.
W erze marketingowego boomu wokół ligi, którego nieformalnym mottem stały się słynne, choć nie do końca wiadomo, czy rzeczywiście wypowiedziane słowa Michaela Jordana „Republikanie też kupują buty”, liga raczej nie zachęcała zawodników do zabierania głosu w tematach politycznych i społecznych. Gdy 16 lutego 1993 roku Olden Polynice – będący wówczas rezerwowym centrem Detroit Pistons – ogłosił, że zaczyna strajk głodowy, był to zdecydowanie ewenement.
Powodem decyzji urodzonego w Port-au-Prince koszykarza był trwający w USA kryzys migracyjny. Od pewnego czasu, rząd przetrzymywał w bazie Guantanamo ponad 200 Haitańczyków zarażonych wirusem HIV. Mimo wcześniejszego uznania, że należy im się azyl polityczny (uciekali przed rządami terroru dyktatora Raoula Cédrasa, który w 1991 roku dokonał zamachu stanu), po wykryciu choroby odmówiono im wstępu na teren Stanów Zjednoczonych i zamknięto w nieludzkich warunkach w wydzielonej części obozu dla uchodźców. Zdesperowani Haitańczycy rozpoczęli strajk głodowy, który trwał tygodniami. Pomógł on zwrócić uwagę opinii publicznej i został wsparty także przez znane osoby, w tym np. pastora Jesse’ego Jacksona, który sam również rozpoczął głodówkę. To właśnie po rozmowie z nim, Olden postanowił wesprzeć swoich rodaków.
Terminarz sprzyjał podjęciu takiej decyzji, bo liga akurat zaczynała przerwę na Mecz Gwiazd. Polynice w dniu spotkania z Miami Heat zjadł tylko skromną sałatkę z makaronem (zapowiedział, że będzie przerywał post w dniu meczu), wyszedł na rozgrzewkę w koszulce z napisem „HAITI” i zapowiedział, że odwiedzi obóz dla uchodźców w Miami (co ostatecznie mu się nie udało bo strażnicy… wycelowali w niego broń i nakazali się oddalić).
Jedne źródła podawały, że będzie głodował do odwołania, inne wspominały o planie zakończenia strajku w poniedziałek, po Weekendzie Gwiazd. Ostatecznie Polynice zarzucił post już w sobotę, gdy zemdlał z osłabienia w swoim domu. Przyznał wtedy, że nie przemyślał najlepiej swojej decyzji, ale i tak dopiął swego – wieści o dramatycznej sytuacji haitańskich uchodźców dotarły także do czytelników sportowej sekcji. Niektórzy dziennikarze pisali jednak złośliwie, że trzydniowy strajk głodowy z furtką pozwalającą jeść, nie był przykładem największego oddania sprawie. Kryzys został zażegnany dopiero rok później (strajkujący zostali w końcu wpuszczeni do USA, choć rząd tak to rozegrał, żeby nie tworzyć precedensu i móc w przyszłości nadal przetrzymywać ludzi w obozach).
Oldena nie spotkał ostracyzm w takim stopniu, jak wcześniej Craiga Hodgesa czy później Mahmouda Abdul-Raufa, których właściwie po cichu wypchnięto z NBA, ale i tak jacyś rasistowscy debile zdobyli jego adres i wysyłali mu pogróżki, koledzy z drużyny i przeciwnicy go wyśmiewali, a ligowe biuro zadzwoniło i zaczęło go wypytywać czemu właściwie wmieszał się w tą sytuację zamiast zająć się kozłowaniem piłki.
Na odwrocie karty, która ilustruje dzisiejszy wpis, jest nawet aluzja do tamtego strajku głodowego, choć sprowadzona do jednego przymiotnika („civic-minded”) i zestawiona z totalnie randomowymi fun factami:
„Posiadający wszechstronne zainteresowania i zaangażowany obywatelsko Polynice pojawił się w programie telewizyjnym Totally Hidden Videos [to taka ukryta kamera – przyp. red] i jest utalentowanym artystą.”
Znacznie bardziej bezpośrednio skomentowały niezawodne w takiej sytuacji nieoficjalne karty Skinnies (które niedawno przywoływałem też w poście o Haroldzie Minerze):
A wracając do opisu z karty Toppsa: nie mam pojęcia co robił w ukrytej kamerze, ale jeśli chodzi o jego talenty artystyczne to Olden maluje – nie tylko obrazy, ale też graffiti oraz ubrania. Podobno tworzył również poezję a na początku 1992 roku zaczął pisać scenariusz filmu. Złośliwi (tak, to ja) dopisaliby do tej listy także aktorstwo – w 2000 roku (grał wtedy w Utah Jazz) dwukrotnie został oskarżony o podszywanie się pod funkcjonariusza policji w trakcie ataku drogowej agresji (początek XXI wieku skończył się dla niego sądowym nakazem udziału w terapii gniewu, po tym jak pobił człowieka na polu golfowym i zwymyślał prokuratorkę oskarżającą go w tej sprawie).
Choć uszczypliwości i wypominanie najgłupszych decyzji jest wpisane w DNA tego blogaska, niech nikt sobie nie pomyśli, że nawiązując do jego późniejszych problemów z kontrolowaniem emocji, umniejszam – jak wspomnieni wcześniej Niektórzy Amerykańscy Dziennikarze – „zaangażowanie obywatelskie” w trakcie kryzysu migracyjnego.
Trzeba mieć na uwadze, że każdy zawodowy sportowiec decydując się zabrać głos w ważnej sprawie, naraża się na ostrą krytykę, a cena jaką może zapłacić bywa liczona w milionach niezarobionych dolarów. Tak jest do dziś, mimo że NBA zrobiła się bardziej społecznie świadoma (choć oczywiście główną motywacją jest nadal dobro biznesu), a w 1993 roku byliśmy jeszcze dalej od czasów, kiedy sportowi aktywiści trafiali na okładki magazynu „TIME”.
O geście Polynice’a już nikt nie pamięta, no bo kto to jest Olden Polynice, ale warto docenić jego odwagę.
Tak że tego.
Chciałeś dobrze.
Szacun Olden.
Zwłaszcza, że w tygodniu, w którym głodowałeś wypadał Tłusty Czwartek.
Gdyby mógł, a był tak skoczny, że naprawdę niewiele mu brakowało, dotykałby nosem także obręczy.
Jego dotykanie rzeczy nosem zostało nawet uwiecznione na nielicencjonowanej karcie koszykarskiej.
Ale natręctw było więcej. Zwykł przystawiać do ucha dłoń i pocierać kciukiem o palec wskazujący, bo lubił ten dźwięk. W trakcie treningów lub meczów schylał się, by przeciągnąć ręką po parkiecie, co w pewnym momencie podchwycili jego koledzy z drużyny uniwersyteckiej i imitowali ten gest podczas prezentacji przedmeczowej. Zanim oddał rzut osobisty, odgrywał wręcz małą scenkę. Zawsze musiał odbić piłkę trzykrotnie oraz potrzeć ją rękoma. Z czasem nieodłącznym elementem stało się, jakże by inaczej, dotykanie piłki nosem. Także trzykrotne.
Na lotniskach miał w zwyczaju chodzić przy ścianach, bo czuł potrzebę wodzenia po nich palcami. Wychodząc z pomieszczenia, musiał w odpowiedni sposób dotknąć drzwi i klamki. Jeśli nie był zadowlony, wracał i powtarzał wszystkie gesty, czasem nawet kilkakrotnie.
Jego zaburzenia obsesyjno-kompulsywne pomogły mu jednak w rozwoju sportowym – w końcu treningi to powtarzanie do upadłego różnych czynności. Jako dziecko, zawsze gdy przechodził przez ulicę, musiał doskoczyć do sygnalizacji świetlnej lub krawędzi znaku „STOP”, fundując sobie pierwsze ćwiczenia na poprawę wyskoku.
Koszykówka była nie tylko jego miłością, ale też obsesją, dlatego tak trudno było mu się odnaleźć po przedwczesnej emeryturze, na którą wysłały go, do spółki, kontuzje kolana oraz rozczarowanie ligowymi realiami.
Harold Miner na lata stał się człowiekiem widmo. Zerwał kontakty prawie ze wszystkimi znajomymi, bo – jak później wyznał – wspominanie jego kariery koszykarskiej było zbyt bolesne. W domowym zaciszu zaczęła się jego terapia – najpierw od rozmów ze swoją matką, potem także ze swoją żoną, Pam. Przełamanie nastąpiło po narodzinach dzieci – Kami i Braydena. To wtedy Harold zaczął otwierać się na świat (przypadkiem też zdiagnozował u siebie OCD, co także pomogło mu lepiej zrozumieć siebie). Z koszykówką przeprosił się właśnie dzięki synkowi, który lubił oglądać mecze razem z tatą, ale coś dawno zapomnianego obudziło się w nim za sprawą córki, która odziedziczyła po nim talent sportowy i sprężyny w nogach. Wybrała tylko inną dyscyplinę – siatkówkę. Miner został jej osobistym trenerem i odnalazł zagubioną lata temu pasję, a Kami została tym samym jego najlepszą terapeutką.
Polecam przeczytać artykuł ESPN o Kami, Haroldzie ich wyjątkowej więzi, w której szczególnie symboliczny jest dla mnie jeden wątek: tata Miner został gwiazdą NCAA jako „Baby Jordan”, naśladowca Michaela, z kolei Minerówna gwiazdą NCAA stała się jako pionierka – jedna z nielicznych czarnoskórych na pozycji rozgrywającej, zdominowanej w USA przez białe zawodniczki.
I choć Harold Miner przez 27 lat wciąż jeszcze nie do końca poradził sobie z rozczarowaniem, jakim była jego własna kariera, to gdyby nie jej przedwczesne zakończenie, mogło nie być Kami ani Braydena, a już na pewno nie mógłby spędzać z nimi tyle czasu i rozniecić w córce sportowy ogień. Mogło też w ogóle nie być małżeństwa z Pam. Dodatkowo, w 2004 roku, mama Harolda, Marylin Miner, zmarła na raka wątroby. Diagnozę usłyszała ledwie kilkanaście dni wcześniej. Po jej śmierci Harold uświadomił sobie, że gdyby został w NBA, spędzałby swój czas na ciągłych podróżach i treningach, tracąc 8 lat wspólnych chwil z mamą, z którą mieszkał w Los Angeles po zakończeniu kariery, a potem, po ślubie, był jej sąsiadem w Las Vegas.
„Nie zmieniłbym ani jednej rzeczy” – podsumowuje swoje dotychczasowe życie Harold w tekście ESPN, dodając, że jego córka jest lepsza w siatkę, niż on kiedykolwiek był w kosza.
Myślę, że czas skończyć z myśleniem o Haroldzie Minerze jako o niewypale.
Natomiast zdecydowanie należy zacząć o nim myśleć, jako o kolesiu, który dotykał nosem rzeczy
Birthday Fact: Tak się składa, że równo 12 lat temu opublikowałem pierwszy wpis na tym blogu. Było o karcie Orlando Woolridge’a, którą odrobinę za długo trzymałem w portfelu. Karta Orlando Woolridge’a odrobinę za długo trzymana w portfelu, dotykana przez nos autora bloga o latach 90. w NBA, wygląda tak: