Author Archives: kostrzu

Les Jepsen

Les Jepsen

Fun Fact: Leslie Burnell Jepsen miał mniej więcej tyle wspólnego z udaną karierą w NBA co tata dilera z narkotykami i mercedesami. Był bardzo białym człowiekiem, który poza ostatnim, faktycznie udanym sezonem na uczelni Iowa (14.9 PPG, 10.0 RPG), nie podbił nawet ligi akademickiej (2.6 PPG, 3.1 RPG na przestrzeni trzech pierwszych lat). A jednak w dniu draftu wcisnął między futrynę a zamykające się drzwi z napisem „NBA” stopę, a w zasadzie to siedem stóp (wiadomo „nie da się wytrenować wzrostu”). Był też pracowitym chłopakiem, a draft 1990 był podkoszową Saharą. Dość powiedzieć, że nasz bohater był uznawany za czwartego najlepszego klasycznego środkowego w tamtym naborze, po Feltonie Spencerze, Duanie Causwellu i Dwaynie Schintziusie. Z pierwszym pickiem drugiej rundy trafił do Golden State Warriors, którzy rok później unieśmiertelnili go, dorzucając gratisowo do wymiany Mitcha Richmonda za Billy’ego Owensa.

Co zabawne, Królowie tym samym uzbierali trzech z czterech rzekomo najlepszych „sewenfiterów” z draftu 1990 – oprócz Jepsena, grali tam wtedy też Causwell i Schintzius (a także inny sławny inaczej podkoszowiec z tamtego naboru, Steve Scheffler). Mniej zabawne, ale mnie śmieszy: obok Lesa Jepsena w składzie był też Jim Les (który jakimś cudem ma aż dwa wpisy na tym blogu).

Jepsen zmagał się z kontuzjami, brakiem siły i ogólnym drewniactwem. Rozegrał 21 spotkań w sezonie debiutanckim i 31 jako drugoroczniak. Łącznie w 52 meczach w NBA uzbierał 53 punkty (choć miał do kosza bliżej niż większość, miał problemy, żeby umieścić w nim choć co trzeci rzut) i 67 zbiórek, a potem zniknął z najlepszej ligi świata, by wypłynąć w nie najlepszej lidze świata – CBA.

Debiutował w niej jako gracz Rockford Lightning w rozgrywkach 1992/93, dzieląc szatnie m.in. z Lorenzo Williamsem, zawieszonym przez NBA za narkotyki starszym bratem Dereka Fishera, Duanem Washingtonem oraz swoim lustrzanym odbiciem, Alanem Oggiem. W kolejnym sezonie zaciągnął się do Fargo-Moorhead Fever (tak, z tego, znanego z filmu i serialu, Fargo). Tam z kolei spotkał się z kolegą ze studiów – Royem Marblem – a także bardzo białym człowiekiem z Milwaukee, Stevem Hensonem i jednym, jedynym Kurkiem Lee. Kampania 1994/95 to już Hartford Hellcats i spotkanie z jedną z moich największych niespełnionych nadziei, numerem dziewięć draftu 1990, Bo Kimblem. Jeśli wierzyć Wikipedii, karierę kontynuował w Europie, gdzie najpierw był członkiem objazdowego teamu „Footlocker Allstars” (nic więcej na ich temat nie znalazłem), a potem odwiedził ligę angielską i szwedzką. W każdym razie na pewno zobaczył więcej świata niż przeciętny mieszkaniec jego rodzinnej mieściny Bowbells w Dakocie Północnej, która liczy sobie obecnie ponad 300 mieszkańców.

Jepsen – z którego kart koszykarskich można się m.in. dowiedzieć, że na początku lat 90. jego ulubioną piosenką było „The Logical Song” zespołu Supertramp – na sportowej emeryturze zajął się obrotem nieruchomości i założył firmę z siedzibą w stanie Minnesota (widocznie dobrze wspominał roczną grę w Fargo), a konkretnie w St. Paul. Co ciekawe, to miasto też miało kiedyś swoją drużynę koszykówki. St. Paul Slam! przez dwa sezony rywalizowali w lidze IBA a sześć meczów w ich koszulce rozegrał nie kto inny jak Bo Kimble (a pięć występów zaliczył jakiś koleś, nazywający się dość kozacko Sonique Nixon, który dwa lata wcześniej był MVP ligi holenderskiej).

Jak można się domyślać, żaden użytkownik YouTube nie zrobił nigdy highlightów Lesa Jepsena, więc jeśli kogoś interesuje jak prezentował się w akcji, musi polegać na opisie jego gry autorstwa Briana Schmitza z Orlando Sentinel. Dziennikarz tak zapamiętał Lesa z występu w pokazowym turnieju Orlando All-Star Classic:

„Jego tyczkowate ciało nie potrafi nabrać wagi. […] Ze swoją twarzą chłopca rozwożącego gazety, wygląda jak dzieciak odbijający się w krzywym zwierciadle podczas wizyty w wesołym miasteczku.

Les wręcz trzeszczy, gdy biegnie – ta aktywność w jego wykonaniu wygląda na bolesną. Gdy składa się do rzutu hakiem wygląda jak żuraw, z rękami i nogami fruwającymi we wszystkich kierunkach”.

Musicie przyznać, że nie jest to opis przyszłej gwiazdy NBA, choć Schmitz chwalił jego walkę o zbiórki i bezpańskie piłki. Co oczywiście w koszykarskiej narracji jest odpowiednikiem grzecznego milczenia, gdy nie ma się do powiedzenia niczego miłego.

Otagowane ,

Matt Bullard

Matt Bullard

Halloween Fact: W latach dziewięćdziesiątych tylko jeden raz liga grała w Halloween. Szkoda, może wtedy mielibyśmy więcej takich kart, jak powyższa. Czyli durnych. Do Matta Bullarda – uwiecznionego na swojej sportowej karcie na sianie, z workiem w kształcie dyni na kolanach, z cukierkami w dłoni i w towarzystwie trzech innych, robiących dobrą minę do złej gry, kolegów – jeszcze wrócimy.

Na razie wróćmy do 31 października 1997 roku.

Wyjątkowo wypadła wówczas inauguracja sezonu 1997/98, znanego także jako „ostatni taniec„, choć w tamto Halloween Bulls postanowili się przebrać za drużynę, która przegrywa mecze z zespołem, którego pierwszą piątkę tworzą Dana Barros, Antoine Walker, Travis Knight, Ron Mercer i Walter McCarthy. Michael Jordan spudłował wówczas 16 z 23 rzutów, trafiając ich ledwie o dwa więcej niż Dennis Rodman, który tamto spotkanie zaczął na ławce. Dzięki 16 punktom zdobytym na linii rzutów wolnych, uzbierał wtedy 30 punktów, ale tamtego dnia w kostiumie najlepszego łowcy punktów wystąpił Latrell Sprewell, choć pewnie tylko dlatego, że przesyłka ze strojem Dusiciela z Bostonu zaginęła i doszła do niego dopiero miesiąc później.

45 punktów w przegranym meczu, to w tamtym momencie była druga największa zdobycz w Halloween. Lepszy był jedynie Adrian Dantley, zdobywca 50 punktów w 1980 roku (później wynik Sprewella poprawili pięcioma dyszkami jeszcze Rashard Lewis w 2003 i Derrick Rose w 2018, a w 2015 roku halloweenowy rekord ustanowił Steph Curry, rzucając 53 punkty).

Inne ciekawe przebrania z tamtego dnia, to między innymi:

  • Vin Baker w stroju Seattle Supersonics (Shawn Kemp nie przyszedł na imprezę halloweenową, bo liga zawiesiła go za udział w bójce w preseason, więc jego kostium Kawalerzysty musiał poczekać jeden mecz);
  • Chris Mullin przebrany za złego Chrisa Mullina – nie dość że miał na sobie koszulkę innej drużyny, to w debiucie jako gracz Indiana Pacers zdobył tylko dwa punkty przy skuteczności 1-8 z gry;
  • Tim Duncan w koszulce San Antonio Spurs (przygodę z NBA zaczął od 15 punktów w wygranym pojedynku z Denver Nuggets);
  • Jason Kidd (wtedy z Phoenix Suns) perfekcyjnie udający siebie samego, bo mało jest bardziej kiddowych rzeczy niż linijka statystyczna: 16 asyst, 14 zbiórek i tylko 6 punktów (od tamtego czasu nikt w Halloween nie miał tylu asyst, a Kidd byłby rekordzistą dnia, gdyby nie jeden mecz z 1968 roku, w którym Guy Rodgers i Dave Bing urządzili sobie zabawę w „podanie albo psikus” – pierwszy zakończył ją z 21 asystami, a drugi z 19);
  • Washington Bullets w przegranym starciu z Pistons przebrali się za Washington Wizards i tak już zostali;
  • Violet Palmer na mecz Vancouver Grizzlies i Dallas Mavericks założyła strój sędziego NBA, jako pierwsza kobieta w historii;
  • Linia rzutów za trzy punkty dla odmiany skończyła z przebierankami i wróciła do swojego dawnego wyglądu, znów sięgając 7 metrów i 24 centymetrów po dwuletnim eksperymencie z krótszym dystansem.

Matt Bullard także zagrał w tamto Halloween.

W meczu Houston Rockets z Cleveland Cavaliers zdobył 3 punkty rzutem za trzy… co właściwie mówi Ci wszystko, co powinieneś wiedzieć o tym koszykarzu. Po serii kontuzji kolan, które pozbawiły go sprawności fizycznej, zanim jeszcze jego kariera zawodowa się zaczęła, Matt stał się jednym z pierwszych specjalistów od trafiania trójek, pionierem pozycji „stretch four”, który wchodząc na boisko ułatwiał trochę życie Hakeemowi Olajuwonowi, odciągając obrońców przeciwnika spod kosza (oczywiście nie był na tyle cenny, żeby Rakiety nie chciały go oddać razem z Robertem Horrym za Seana Elliotta, w ramach niesławnej wymiany unieważnionej ze względu oblane testy medyczne Elliotta).

W swojej 11-letniej karierze w NBA (w sezonie 1994/95 zrobił sobie przerwę na grę w Europie) oddał więcej rzutów z dystansu (1561) niż za dwa punkty (1346). Choć dzisiaj trójki w NBA wpadają na prawo i lewo, to Bullard utrzymuje się w czołówce listy wszech czasów Rakiet pod względem celnych rzutów za trzy: jego 557 trafień to w tym momencie siódmy wynik (i więcej niż uzbierał np. inny znany z trójek koszykarz z Houston – Kenny Smith).

Co dziwne, nie udało mi się znaleźć żadnego krótkiego wideo z Mattem rzucającym za trzy, ale jeśli obejrzycie dowolny mecz Houston z lat 90., to jest naprawdę spora szansa, że tak widoczek się pojawi (Bullard grał dla Rockets w latach 1990-1994 oraz 1996-2001). Matt rzucający długą dwójkę wygląda zaś tak:

Bullard miał dobre oko nie tylko do umieszczania piłki w koszu z dalekich odległości. W styczniu 1993 roku, w trakcie timeoutu podczas jednego z meczów Rockets, w owe oko wpadła mu pewna blondynka siedząca na trybunach. Pomachał do niej, ona odmachała, a potem zaczęła mu pokazywać na palcach swój numer telefonu. Tak Matt wspomina tamtą sytuację:

„Zaraz po tym, jak skończyła mi przekazywać swój numer, Rudy [Tomjanovich] wysłał mnie na boisko, więc przez całą [drugą] kwartę w kółko powtarzałem w myślach jej telefon. W przerwie meczu natychmiast pobiegłem do szatni go zapisać.”

Zapisał, nic nie pomylił i trafił w dziesiątkę. Blondynka miała na imię Paula i została jego żoną.

Gorzej z celnością było podczas tej sesji zdjęciowej, z której Upper Deck złośliwie kupił zdjęcie na kartę Bullarda, ale mam na jej temat dwa przemyślenia:

  • Co prawda pisałem kiedyś, że Matt wygląda jak jeden z terrorystów ze „Szklanej Pułapki”, ale teraz stwierdzam, że chyba bardziej wygląda jak syn Gregga Popovicha.
  • „Pidżamy” Rockets to jedno z najstraszniejszych wdzianek, jakie można założyć w Halloween.
Postaw kawę
Otagowane ,

Sean Rooks

Sean Rooks

Fun Fact: Z czterech debiutantów, którzy rozpoczęli sezon 1992/93 w składzie Mavericks (przypominam, że Jim Jackson podpisał kontrakt dopiero w… marcu), Sean Rooks zdecydowanie najlepiej radził sobie na parkietach NBA (pozostali trzej, których sylwetki przybliżałem w poprzednich dniach, to Walter Bond, Radisav Ćurčić i Dexter Cambridge).

Był jednym z niewielu jasnych punktów Dallas Mavericks w trakcie rozgrywek 1992/93. Oczywiście bycie jasnym punktem tak katastrofalnego sezonu to nieco niewygodny komplement. To trochę tak, jak być najbardziej racjonalnym słuchaczem wykładu doktora Zięby… albo największym fanem technicznego death metalu na koncercie Starego Dobrego Małżeństwa… albo najzabawniejszym członkiem polskiego kabaretu… no, wiecie, poprzeczka nie wisi zbyt wysoko. Ale w próżni, debiutancki sezon trzeciego picku drugiej rundy draftu broni się całkiem nieźle.

Już w pierwszym meczu ustanowił klubowy rekord punktów zdobytych przez debiutanta w meczu otwarcia (miał ich 20). Był trzecim strzelcem Mavs (13.5 PPG), drugim zbierającym (7.4 RPG) i – jako pierwszym rookie Dallas w historii – najlepszym blokującym. Był też liderem zespołu pod względem liczby meczów z 10 lub więcej punktami (56, wówczas trzeci wynik debiutanta w historii klubu), co potwierdza teorię o solidnym sezonie.

Dexter Cambridge podobno w młodości polował na rekiny na Bahamach, ale Sean Rooks także miał ciekawe doświadczenia ze zwierzętami: jego rodzice mieli hodowlę psów, ale czasem opiekowali się też bardziej egzotycznymi żyjątkami, np. aligatorami, które występowały w filmach i – jeśli wierzyć temu artykułowi Sports Illustrated – także trenowali je do tych występów. Atletyczny i odnajdujący się nieźle pod koszem Rooks nie miał jednak szans, żeby poskromić dziką nieudolność swojej drużyny.

Z debiutantów tylko on i Jim Jackson przetrwali do kolejnego sezonu. Niestety nagrodą było przerżnięcie 69 meczów – ledwie dwóch mniej niż w poprzednich, historycznie fatalnych rozgrywkach. Choć w sezonie 1992/93 udało im się uniknąć pobicia niechlubnego rekordu największej liczby porażek, to już dwuletni bilans 24-140 jest najgorszym wynikiem w historii ligi.

Trudno mi teraz odtworzyć motywację Mavs, którzy jesienią 1994 roku oddali go do Timberwolves. Widocznie nie widzieli w nim ważnego elementu składu, który teraz, oprócz Jacksona, opierał się także o Jamala Mashburna i świeżo zwerbowanego Jasona Kidda. Trudno pewnie było też odmówić słabiutkim Wilkom, którzy zaoferowali potencjalnie cenny pick pierwszorundowy (choć ze względu na wszystkie nałożone na niego ograniczenia, trafił on do Teksasu dopiero w 1997 roku, w postaci wybranego z piętnastką Kelvina Cato). Dodatkowo drugi rok Rooksa był słabszy niż pierwszy. 35 spotkań stracił z powodu kontuzji stopy, a gdy grał, nie był już pewniakiem do pierwszego składu (choć Mavs wcale nie wzmocnili się na jego pozycji).

W Minnesocie wychodził w pierwszej piątce (i zakończył rozgrywki ze średnimi 10.9 PPG, 6.1 RPG – to był ostatni raz kiedy zdobywał więcej niż 7 punktów i 4 zbiórki), ale znów przegrał ponad 60 meczów. W kolejnym sezonie na ławkę zepchnął go, przekwalifikowany z pozycji silnego skrzydłowego, Christian Laettner. Obaj panowie ostatecznie zostali wysłani do Atlany, gdy wszyscy w Minneapolis mieli już dość bucowatego członka oryginalnego Dream Teamu.

Rooks wrócił do Dallas na jeden sezon w 1999 roku – po trzech latach w roli zmiennika Shaquille’a O’Neala w Lakers. W 1997 roku, gdy na parę meczów Lakers byli pozbawieni zarówno Shaqa, jak i Eldena Campbella, Rooks miał swoją ostatnią serię spotkań z ponadprzeciętną produkcją. W 6 meczach zaliczał średnio 16 punktów, 7.5 zbiórki, 2.5 asysty i 1.8 bloku, trafiając 56.1% swoich rzutów. Wyglądał wówczas mniej więcej tak:

Zanim rozegrał swój ostatni mecz w NBA – w 2004 roku w koszulce Magic – spędził jeszcze trzy lata w Clippers i 35 meczów w Hornets.

Zmarł w czerwcu 2016 roku na serce i choć to niesamowicie smutne, mam wrażenie, że kilka źródeł podających tę informację bawiło się nieco zbyt dobrze, mogąc zatytułować artykuł „Sean Rooks umiera parę godzin po rozmowie o pracę w New York Knicks”.

Tak wspominała go wtedy liga…

…a tak zapamiętał go Penny Hardaway:

A ja nigdy mu nie zapomnę wprawienia w ruch być może mojej ulubionej akcji ever (rok 2001, a nie najntisy, ale to ponadczasowy szajs):

Otagowane ,

Dexter Cambridge

Dexter Cambridge

Fun Fact: Dexter Cambridge to chyba najbardziej zdawkowa postać spośród piątki debiutantów Dallas Mavericks z sezonu 1992/93, z których czwórkę przybliżam już trzeci dzień z rzędu (dotychczas pisałem o Walterze Bondzie i Radisavie Ćurčiciu). Nie zachowało się o jego karierze zbyt wiele wzmianek (więcej niż o Cambridge’u przeczytamy o wizycie księcia i księżnej Cambridge na meczu NBA sprzed paru lat). Z pewnością jednak jego nazwisko jest dobrze znane fanom koszykówki na Bahamach. Pozostaje on jednym z pięciu graczy NBA urodzonych na tych wyspach (obok Mychala Thompsona, Iana Lockharta, Buddy’ego Hielda, Deandre Aytona oraz Kaia Jonesa). Nasz bohater przyszedł na świat na wyspie Eleuthera, która dziś znana jest chyba najbardziej z tego, że mieszka na niej Lenny Kravitz. Jest zapewne jedynym z nielicznych koszykarzy NBA, którzy w młodości polowali na rekiny.

Los jakoś szczególnie nie sprzyjał jego karierze.

Gdy otrzymał stypendium na Texas University, został zawieszony przez NCAA za przyjęcie 7000 dolarów od hojnego fana jego poprzedniej szkoły, Lon Morris Junior College. Po odwołaniu się od wyroku, liga akademicka przywróciła mu w końcu prawa zawodnika, jednocześnie zarządzając, że skrzydłowy musi zwrócić część pieniędzy (ostatecznie było to 4600 dolarów).

Stracił wtedy dwa miesiące gry.

Do draftu 1992 przystępował ze średnimi 21.7 PPG i 8.7 RPG, ale żadna z drużyn nie zdecydowała się na wybór. Na szczęście ciężka praca na obozach treningowych przyniosła mu uznanie sztabu trenerskiego Dallas. Niestety w trakcie preseason, podczas spotkania z San Antonio, został przypadkowo kopnięty w nogę, co skończyło się pęknięciem kości.

Znów stracił dwa miesiące gry.

Ostatecznie miał całkiem udany sezon jak na żółtodzioba spoza draftu, który zaczął rozgrywki na liście kontuzjowanych: rozegrał 53 mecze, 13 razy wystąpił w pierwszej piątce i zdobywał średnio po 7 punktów i 3 zbiórki. Oczywiście trzeba pamiętać, że była to jedna z najgorszych drużyn historii, która w tamtym sezonie był gorsza od swoich rywali średnio o 15 punktów w każdym meczu – to niepobity do dziś rekord NBA. To była tak zła drużyna, że w grze NBA Jam był reprezentowana przez Dereka Harpera i Mike’a Iuzzolino

Ale, żeby nie było, że Iuzzolino nigdy nie brał udziału w choć umiarkowanie ekscytującym wydarzeniu boiskowym, oto on – podający właśnie do Cambridge’a, który kończy kontratak alley-oopem:

Dexter po krótkie przygodzie w NBA spędził kilkanaście lat grając zawodowo w Europie i Ameryce Południowej. Jeśli wierzyć jego profilowi na Facebooku, to niedawno przeprowadził się do stolicy Wysp Bahama, Nassau, i uczy wuefu w jednej ze szkół. Jest spora szansa, że gdyby któregoś z jego uczniów przenieść w czasie o 30 lat, to też mógłby się załapać na kilka występów w Dallas Mavericks.

Otagowane ,

Radisav Ćurčić

Radisav Curcic

Fun Fact: Kontynuujemy nasz przegląd debiutantów Dallas Mavericks z sezonu 1992/93 (którzy nie nazywają się „Jim Jackson„). Wczoraj bohaterem był gość o nazwisku Bond, dzisiaj za to w roli głównej jegomość, który wygląda jak bondowski złoczyńca…

Znacie ten kawał? Przychodzi wielki Serb do fryzjera w Dallas… i wychodzi łysy, bo zna tak słabo angielski, że nie potrafi wyjaśnić jaką chce fryzurę. Taka sytuacja była podobno udziałem Radisava Ćurčicia na początku jego amerykańskiej przygody, choć bardzo możliwe, że to po prostu jeden z żarcików na jego temat, mających ilustrować jak bardzo odstawał od reszty ligi… tudzież, jak idealnie pasował do przypadkowej zbieraniny koszykarskiej jaką w sezonie 1992/93 byli „Mav-wrecks”.

Choć trzeba przyznać, że łysa głowa mu pasowała, bo po dziś dzień zajmuje jedno z czołowych miejsc w rankingu koszykarzy NBA, którzy wyglądają jak gangsterzy (choć ten dziennikarz, który pisał o jego wizycie u fryzjera, uważa, że bardziej jak zawodnik wrestlingu).

Jest też w czubie rankingu najmniej koszykarskich kart koszykarskich, o czym już kiedyś pisałem, ale dopiero teraz mogę się pochwalić, że wspomnianą wtedy kartę mam już u siebie w domu!

Radisav (nie „Radislav”, choć właśnie tak jego imię zapisano na awersie karty, która ilustruje ten wpis – na rewersie pisownia jest już właściwa) raczej odstawał od gwiazd reprezentacji Jugosławii, ale łapał się na przełomie dekad do kadry. Dzięki temu zdobył złoty medal mistrzostw świata w 1990 roku i – w tym samym roku – miał szansę pokazać się z dobrej strony w finale koszykarskiego turnieju na Igrzyskach Dobrej Woli w Seattle. Zaliczył wówczas 10 punktów i 11 zbiórek z ławki, pomagając pokonać reprezentację gospodarzy (w której grali między innymi Alonzo Mourning i Christian Laettner). Można sobie tamten mecz nawet obejrzeć na YouTube (albo przewinąć od razu o godzinę i czterdzieści jeden minut, żeby zobaczyć, jak Toni Kukoc ładuje piłkę nad Zo):

W sezonie poprzedzającym angaż do NBA, Ćurčić notował średnio 20,4 punktu i 14,3 zbiórki w lidze włoskiej, ale po siedmiu meczach złapał kończącą sezon kontuzję. To jednak najwyraźniej wystarczyło, aby poręczył za niego europejski skaut Mavs, choć serbski środkowy (którego ulubionym koszykarzem był Vinko Jelovac, dwukrotny zwycięzca plebiscytu na słoweńskiego sportowca roku) miał już wtedy 27 lat.

W wywiadzie z 2020 roku, Ćurčić wspomina swój amerykański epizod z lekkim niedosytem. Podobno złamał wtedy rękę w wypadku samochodowym, przez co stracił cenne treningi. Był też daleki od optymalnej formy, co zmieniło się dopiero w drugiej części jego kariery, gdy zrzucił naddatek kilogramów i rozegrał swoje najlepsze kampanie w barwach Maccabi Tel Awiw (łącznie wygrał z nimi 4 tytuły mistrza kraju, dwa puchary i jedyny sezon SuproLigi, a w 1999 roku był MVP ligi izraelskiej). Twierdzi też, że na początku lat 90. obcokrajowcom w NBA wciąż było bardzo trudno, i że w dzisiejszych czasach z pewnością wywalczyłby sobie miejsce w NBA na „siedem lub osiem sezonów”.

Zaiste te 30 lat temu jak z płatka mu nie szło. W lidze nie osiągnął niczego. 20 meczów, średnio 8 minut i po dwa-coś punktów oraz zbiórek. Najlepszy mecz? 11 punktów, 6 zbiórek i 3 przechwyty przeciwko Chicago. Radisav spędził wtedy na parkiecie aż 17 minut, więc chyba nikogo nie zaskoczy informacja, że Bulls wygrali tamten mecz 35 punktami.

Do tego wszystkiego rzucał z wyskoku z finezją ulicznej bójki…

A propos bójek: Radisav – który po roku w NBA (i kolejnym roku we Włoszech) został gwiazdą ligi izraelskiej – we wrześniu 1995 roku uderzył podczas treningu dziennikarza Eliego Sahara za to, że skrytykował jego grę w swoim artykule. Mam nadzieję, że tego tekstu nie odbierze jako obraźliwego, choć nawet gdybym wystawił mu laurkę, to i tak nie chciałbym go spotkać w ciemnej uliczce… no, chyba, że akurat wyprowadzałby pieska na spacer:

Fot. Archiwum prywatne / siol.net/sportal
Postaw kawę
Otagowane , ,

Walter Bond

Walter Bond

Fun Fact: Do sezonu 1992/93, który miał się zakończyć 71 porażkami (do dziś trzeci najgorszy wynik w historii), Dallas Mavericks przystąpili z pięcioma debiutantami w składzie, choć najważniejszy z nich, Jim Jackson, opuścił 54 spotkania nie mogąc dogadać się z klubem w sprawie swojego pierwszego kontraktu (przez długi czas wydawało się nawet, że Mavs stracą jego prawa i Jackson przystąpi raz jeszcze do draftu, co było wówczas zgodne z przepisami).

Kim byli pozostali?

W skali lat dziewięćdziesiątych – poza Seanem Rooksem, który spędził w NBA 12 sezonów – praktycznie nikim, ale o każdym można powiedzieć przynajmniej jedną ciekawą rzecz, dlatego postanowiłem przybliżyć sylwetki ich wszystkich w ramach nieoficjalnego cyklu (którego robocza nazwa to „Teksańska masakra piłką koszykową: młode pokolenie”).

Dziś pierwszy z nich. Bond. Walter Bond.

Wiosną 1991 roku nie był najbardziej rozchwytywanym młodym zawodnikiem na świecie. Nie tylko nie został wybrany w drafcie do NBA, ale w naborze do pośledniej ligi CBA, dostał ofertę pracy dopiero jako 99. gracz (w tamtym naborze największym talentem był wybrany z numerem 27 Robert Pack, a do ciekawostek można zaliczyć między innymi brata Dikembe Mutombo – Ilo, oraz brata Dana Majerle – Jeffa).

Po roku gry w Wichita Falls – którego zwieńczeniem było 9 celnych trójek w jednym z meczów playoffs oraz wybór do pierwszej piątki All-Rookie – udało mu się wywalczyć koszykarski awans w oddalonym o dwie godziny drogi samochodem Dallas. Oczywiście, jak miał się dość szybko przekonać, był to awans pozorny, bo Mavericks nie byli wcale dużo lepsi od drużyny CBA (jeśli w ogóle byli).

Raczej nikt nie wiązał z jego przybyciem żadnych nadziei, ale – między innymi ze względu na brak porozumienia klubu z Jimem Jacksonem – w pierwszym meczu sezonu 1992-93, Bond wyszedł w podstawowej piątce Mavericks. Już w drugim meczu, mierzący 196 centymetrów obrońca ustanowił rekord kariery rzucając 25 punktów. Ostatecznie do końca sezonu 38 razy wystąpił w pierwszym składzie. Do dziś żaden inny niewybrany w drafcie debiutant, nie zdobył dla Mavs tylu punktów, co on (590 w 74 spotkaniach)

Kolejne rozgrywki spędził jako gracz szerokiej rotacji Utah Jazz. Zwolniony w grudniu 1994 roku, zakotwiczył w Detroit na pięć meczów, kończąc sezon i karierę w NBA w styczniu 1995, znów jako zawodnik Jazzmanów. To jednak w Pistons miał najbardziej pamiętną akcję – rozpoczął sekwencję wydarzeń zakończoną buzzer-beaterem Scottie’ego Pippena. Tym sposobem Bond trafił do montaży najlepszych akcji, ale i tak nikt nie wiedział, że to on, bo jego zespół nie zdążył mu na ten mecz załatwić koszulki z nazwiskiem…

Choć Bond jako rookie w łaski kolegów z zespołu wkupił się świadczeniem usług fryzjerskich, to na sportowej emeryturze nie otworzył barbershopu. Został za to mówcą motywacyjnym z flow tak dobrym, że raz dostał nawet pracę prowadzącego program „Giving You The Business” na kanale Food Network. Jest też być może jedynym graczem NBA, który sam wrzucił swoje highlighty na YouTube’a:

Po latach twierdził, że tamten katastrofalny sezon Mavs, to była dla niego najlepsza szkoła życia. To czego nauczył się wtedy o relacjach międzyludzkich i odnajdywaniu w sobie siły mimo trudnych okoliczności, teraz przekazuje innym podczas swoich wystąpień. Aż strach pomyśleć, jak dobrym motywatorem byłby, gdyby został w Dallas na kolejny sezon, zakończony bilansem 13-69.

Otagowane ,

Dikembe Mutombo

Dikembe Mutombo

Sad Fact: Trzy dni temu NBA wydało oświadczenie na temat stanu zdrowia Dikembe Mutombo, z którego dowiedzieliśmy się, że legendarny defensor, którego łokcie są nielegalne w 37 stanach, a głos słyszalny z kosmosu, rozpoczął leczenie guza mózgu. Nie wiemy jakie są rokowania, ale chyba nikt nie ma wątpliwości, że 56-latek otrzyma najlepszą możliwą pomoc medyczną. Deke nie takich dupków gasił i groził palcem, więc ja swoje palce krzyżuję na szczęście i jego walkę widzę tak (w roli guza, Clarence Weatherspoon):

Wierzę, że przed Mutombo życie długie jak lista jego działań humanitarnych, albo – jeszcze lepiej – długie jak jego pełne nazwisko.

Oprócz wsparcia lekarzy, przyda mu się teraz na pewno także wsparcie rodziny. Bardzo licznej, choć niestety nie aż tak dużej, jak mogłaby być. Mama Dikembe zmarła na początku I wojny domowej w Kongu – jej organizm nie wytrzymał stresu związanego z walkami w Kinszasie. Nie żyje także trzech braci koszykarza, z których jeden był podobno reprezentantem kraju w piłce ręcznej i zasłabł w trakcie meczu.

Mutombo, zgodnie z plemienną tradycją, adoptował dwójkę jego dzieci, oraz dwójkę dzieci drugiego ze zmarłych braci. Dikembe i jego żona Rose (którą poderwał tekstem „Wyjdziesz za mnie?”, czyli nieco lepszą kwestią otwierającą, niż wcześniejsze Who wants to sex Mutombo?), mają trójkę własnych potomków.

Carrie robi doktorat na Georgetown, Jean Jacques skończył liceum w 2019 i jeśli nic się nie zepsuło, to studiuje na uniwersytecie Columbia, a Ryan poszedł w ślady ojca i też gra w kosza dla Hoyas. W debiutanckim sezonie 2021/22, występował po 12 minut w meczu, notując średnio 5 punktów i 3 zbiórki w każdym z nich. Był drugim blokującym w zespole z 23 czapami, co daje średnio 2,6 w przeliczeniu na 36 minut.

(Wiecie, kto jeszcze jest w składzie Georgetown? Syn Gheorghe Muresana. A kto jest trenerem? Oczywiście Patrick Ewing.)

Ale to nie jedyny koszykarski akcent w rodzinie Deke’a.

Bratanek Harouna Mutombo grał w liceum w Ontario z późniejszym obrońcą m.in. San Antonio Spurs, Corym Josephem. Potem miał udaną karierę akademicką w barwach uniwerku Western Carolina, a pierwszy profesjonalny sezon zakończył w 2013 roku jako mistrz Kosowa. Gwiazdą jego zespołu, KB Peja, był ówczesny reprezentant Polski, Dardan Berisha. Google’owy ślad po Harunie urywa się rok później, po sezonie spędzony w lidze kanadyjskiej, ale pałeczkę przejął po nim brat, Haboubacar, który też grał dla Western Carolina. Na zawodowstwo przeszedł w 2018 roku, a w 2021 roku był w kadrze Demokratycznej Republiki Konga na Afrobasket.

Żaden z braci nie dostał się do NBA (Harouna przewinął się przez obozy przygotowawcze, ale bez powodzenia), ale udało się to innemu chłopakowi, który mówił do Dikembe „wujku”. Mfiondu Kabengele, obecnie koszykarz Boston Celtics, to syn siostry byłego centra Nuggets, która także osiadła w Kanadzie.

Dikembe Mutombo, Mfiondu Kabengele

Parę lat temu sam Mutombo zrobił niemałe zamieszanie w „światku”, gdy ni z tego, ni z owego oświadczył, że adoptował mierzącego 7 stóp i 7 cali nastolatka, o którym słuch jednak zaginął. Mniej więcej w tym samym czasie, dobre wrażenie na boiskach licealnych robiła bratanica Dikembe, Malu Tshitenge, która obecnie rozpoczyna czwarty rok studiów i gry na Uniwersytecie North Carolina.

I tak dochodzimy do ostatniego członka rodziny (o jakim wiem), który parał się koszykówką i do tego był relewantny dla lat 90. To starszy brat naszego bohatera, Ilo. On także otrzymał stypendium koszykarskie w USA i spędził cztery lata na University of Southern Indiana, gdzie nadal jest w czołówce rankingów wszech czasów dotyczących punktów (#7), zbiórek (#2) i bloków (#5). W 1991 roku został wybrany w siódmej rundzie draftu do ligi CBA (czyli z numerem 118), zaliczył też występy w USBL, ale najwięcej osiągnął jako koszykarz… fikcyjny.

W 1994 roku wystąpił w filmie „Air Up There” aka „Król kosza”, jako Mifundo – najgroźniejszy rywal głównego bohatera, który w finałowej scenie zostaje ograny najdłużej trwającym crossoverem świata.

Kiedy jednak Shea Serrano, w swojej książce „Basketball (And Other Things)”, rozpisał draft dla fikcyjnych graczy, to nie bohater ostatniej akcji Saleh, a dominujący nad nim przez całą resztę meczu Mifundo doczekał się wyboru (i to zresztą tuż przed nie byle kim, bo Air Budem i Jimem Halpertem z „The Office”). Na tym jednak zakończyła się zarówno koszykarska, jak i hollywoodzka kariera Ilo Mutombo, którego zasługi dla tego sportu są jednak ogromne: to on nieustannie pchał w kierunku kosza swojego – początkowo niezbyt niezainteresowanego – brata.

Zakładam, że w tych trudnych chwilach Dikembe może liczyć na wszystkie wyżej wymienione postaci, tak jak my mogliśmy liczyć na niego, gdy trzeba było uratować świat:

Będzie dobrze. Przecież dla tego gościa nie ma rzeczy niemożliwych. No, może poza śpiewaniem falsetem.

Otagowane

Michael Olowokandi

Michael Olowokandi

Fun Fact: Michael Olowokandi był jednym z największych niewypałów wśród pierwszych picków draftu, ale żeby dostać się tam, gdzie miał ostatecznie wszystkich rozczarować, przemierzył jedną z najbardziej nieprawdopodobnych ścieżek. Tak nieprawdopodobną, że tuż po drafcie z Michaelem skontaktowała się wytwórnia Stevena Spielberga, DreamWorks, z propozycją nakręcenia filmu o jego życiu.

W skrócie, choć raczej małym: Olowokandi był synem nigeryjskiego dyplomaty, który wychowywał się w Londynie. W szkolnych strukturach z sukcesami uprawiał piłkę nożną (grał na środku pomocy) i lekkoatletykę (bił rekordy swoich grup wiekowych w skoku w dal i w trójskoku), a gdy zaczął studia na brytyjskim Brunel University, zapisał się też na krykieta i rugby.

Nigdy jednak nie miał styczności ze zorganizowaną koszykówką.

Pierwszy raz pomarańczową piłkę dotknął jako 17-latek, oczarowany kasetami wideo z wyczynami gwiazd NBA. Potem pykał sobie w kosza z kolegami i tyle. Gdy miał 20 lat nagle go olśniło: fajna ta koszykówka w sumie, a ja urosłem do 210 centymetrów, więc może bym sobie zagrał w NBA?

I jak powiedział, tak, jebaniutki, zrobił.

Poszedł do biblioteki, znalazł jakiś wykaz uczelni amerykańskich i zaczął obdzwaniać te najbardziej znane. Nie potraktowano go tam zbyt poważnie, więc nie udało mu się skontaktować z żadną osobą decyzyjną. W akcie desperacji zamknął oczy, losowo otworzył książkę i umieścił palec, jak się okazało, na uniwersytecie Pacific, renomowanej prywatnej uczelni z trzema kampusami w Kalifornii.

Traf chciał, że telefon od Kandi Mana odebrał asystent trenera drużyny koszykarskiej. Ponieważ Michael zaczął od „dzień dobry, mam siedem stóp wzrostu”, zdobył od razu uwagę szkoleniowca z programu, który nie słynął z dobrej koszykówki. Pomógł też fakt, że Olowokandiego było stać na opłacenie sporego czesnego. W ten sposób nasz bohater trafił do swojej pierwszej drużyny koszykówki. I choć na pierwszym treningu okazało się, że nie wie gdzie jest linia rzutów wolnych (nie mówiąc o innych rzeczach), to dzięki ogromnej ambicji, harówce i wrodzonemu talentowi, z sezonu na sezon robił postępy. Zaczynał od zdobywania 4 punktów w meczu, potem zwiększył ich liczbę do prawie 11, a w ostatnim sezonie w składzie Pacific był już graczem roku konferencji Big West ze średnimi 22.2 punktów, 11.2 zbiórek i 2.9 bloków.

Zostać numerem 1 draftu NBA po trzech latach treningu i rozegraniu 77 meczów to ogromne osiągnięcie, z którego Olowokandi może być dumny.

To także jeden z głównych powodów, dlaczego jego kariera zawodowa nie wypaliła – dokonał niemożliwego i uwierzył, że wszystko wie najlepiej.

Oczywiście wcześniej był jeszcze niefortunny lokaut, który zaburzył liniowy rozwój zawodnika. Był też epizod z podpisaniem kontraktu w Kinderze Bolonia, z którego nic dobrego dla nikogo nie wynikło – Kandi Man stracił początek obozu przygotowawczego, a na dodatek wrócił z Włoch bez formy (co zresztą było podobno powodem wcześniejszego rozwiązania kontraktu przez Kinder). Gwoździem do trumny zdają się zaś być kontuzje kolan w 2002 i 2003 roku. Jednak to przede wszystkim opór przed uczeniem się od innych (czyli przed tym, co wywindowało go na szczyt) sprawił, że tak wiele osób, tak szybko traciło do niego cierpliwość.

Dobrze ilustruje to jego znajomość z Kareemem Abdul-Jabbarem.

Michael zatrudnił go jako prywatnego trenera w trakcie lokautu. Panowie ćwiczyli trzy razy tygodniowo, a Kareem potem nie mógł się nachwalić swojego podopiecznego. W pewnym momencie panowie zakończyli współpracę, ale na początku 2000 roku do legendarnego centra zgłosili się Clippers, oferując miejsce w sztabie trenerskim i jedno główne zadanie: ogarnięcie Olowokandiego.

Michael był wówczas w połowie drugiego sezonu w NBA i choć nie urwał niczego poniżej pasa, to nie był zadowolony, że były gwiazdor Lakers miał zastrzeżenia do jego gry. Wszystkie konstruktywne uwagi Kareema odbierał jako personalne ataki, obrażał się, a raz nawet powiedział, że kategorycznie zabrania Jabbarowi krytykowania jego gry w obecności kolegów z zespołu (którzy zresztą także narzekali na upartość Michaela). Clippers, sfrustrowani złą atmosferą w klubie, musieli podziękować Kareemowi po sezonie. Emerytowany gwiazdor zapytany wtedy o opinię na temat Olowokandiego, nazwał go „atletycznym niewypałem”. To było ledwie dwa lata po tym, jak zachwycał się jego pracowitością i potencjałem po wspólnych treningach podraftowych.

Zostawmy dalszą część kariery naszego bohatera (choć miał jeszcze branie gdy skończył mu się debiutancki kontrakt i nawet robił potem jeszcze małe statystyczne postępy, to niewiele stracimy kompletnie to przemilczając) i wróćmy na chwilę do jej początku.

Czy Clippers rzeczywiście spieprzyli draft 1998?

Moim zdaniem nie, a zdanie to oparłem na lekturze różnych przeddraftowych tekścików. Wszyscy serio wierzyli, że Olowokandi – choć może wymagać trochę ogłady – ma tak imponujący potencjał, że głupio nie zaryzkować.

Przez długi czas pewniakiem do jedynki był Mike Bibby, a Olowokandi początkowo przymierzany był pod koniec pierwszej rundy. Notowania naszego bohatera wzrosły jednak znacznie na ostatniej prostej, aż w końcu zrównał się z Bibbym w wyścigu o to, czyje nazwisko David Stern wyczyta jako pierwsze.

Stu Jackson, GM Grizzlies, właścicieli drugiego picku, uważał, że Clippers „muszą” wziąć Olowokandiego. Co prawda sam pewnie by go nie wybrał – wciąż uważał, że jego centrem przyszłości jest Bryant Reeves, lol – i zaczął dogadywać z Denver zamianę dwójki na trójkę, planując wybór Bibby’ego albo Paula Pierce’a.

(Side Fact: Linkowany powyżej artykuł ma na końcu ciekawy mock draft – Vince Carter spada w nim na siódmą pozycję i trafia do Kings, ale nie wiem czy perspektywa wielu lat wspólnej gry Vince’a i Chrisa Webbera jest warta wymazania tych wszystkich podań Jasona Williamsa w koszulce Królów).

Dziennikarze także zgadzali się, że choć Olowokandi może coś odyinkadarować, jego warunkom fizycznym nie sposób się oprzeć. Być może największy ówczesny spec od draftu, dyrektor NBA ds. skautingu, Marty Blake, tak ocenił wybór Clippers (ta opinia została wydrukowana m.in w „Magic Basketball” 8/98):

„To bardzo dobry wybór dla Clippers. Ma niezwykle wiele zalet, jak na zawodnika, który grał w Stanach Zjednoczonych tylko przez trzy lata. Jest to nabytek tym cenniejszy, że w NBA szansa wzbogacenia się o pełnowartościowego centra, najwyższej klasy zdarza się bardzo rzadko, może raz na 20 lat.”

Trzeba też pochwalić agenta Billa Duffy’ego, który wyszedł na znakomitego stratega. Nie pozwolił Kandiemu pojawić się na żadnym z campów ani brać udział w sparingach 5-na-5. Jednym słowem – chciał ukryć brak boiskowej ogłady swojego klienta. Zamiast tego umówił się na prywatne workouty z kilkoma wybranymi drużynami. Jak twierdzi Mick Minas w książce „The Curse” (w której przeczytacie prawie wszystko to, co jest w tym tekście), Duffy dorwał także listę testów i ćwiczeń, jakie każda z drużyn planuje przeprowadzić, dzięki czemu Michael mógł się przygotować do sprawdzianów bardzo precyzyjnie. Resztę roboty robiło jego ciało. W Vancouver podobno popisał się szybkością oraz zupełnie zdominował innego wysoko notowanego kandydata do draftu w starciu jeden na jednego. Z kolei w Denver pobił nieoficjalny rekord klubowych workoutów robiąc 40 wsadów piłką lekarską z rzędu piłką (poprzedni rekordzista, Dikembe Mutombo, miał ich 22). Gdy jednak pojechał do Los Angeles pokazał absolutnie wszystko, co najlepsze.

Elgin Baylor był długo przekonany, że jego wyborem będzie Mike Bibby. Ba – przekonany był także sam Bibby, który odmówił workoutu wszystkim innym klubom. Niestety wiecznie skazany na porażkę menadżer Clippers nie miał wyjścia po zobaczeniu w akcji Olowokandiego, za bardzo bał się wypuszczenia z rąk takiej okazji.

No cóż. Nie pierwsza drużyna dała się nabrać podczas przeddraftowych testów silnym i sprawnym wielkoludom. Nie pierwszy silny i sprawny wielkolud okazał się przeciętnym zawodowym koszykarzem. Nie pierwszy też raz Clippersi zrobili coś źle, choć w przypadku tego wyboru mieli też rację. W końcu nawet Steven Spielberg dał się złapać na ten hype.

Postaw kawę

Otagowane

Brad Sellers

Brad Sellers

Fun Fact: W latach dziewięćdziesiątych kariera Brada Sellersa była dla mnie tylko jedną z niewiele mówiących linijek w Skarbie Kibica Przeglądu Sportowego. Mogłem zobaczyć go w jednym z moich ulubionych meczów z tamtych lat, ale mimo dwóch dogrywek w spotkaniu Timberwolves z Celtics (rozegranym 15 grudnia 1992 roku), Sellers spędził na parkiecie tylko 3 minuty. Nawet jeśli załapały się one do telewizyjnego skrótu zmontowanego przez Ryszarda Łabędzia, to raczej i tak nie miały szans zapaść mi w pamięć (jedna asysta i zera we wszystkich innych rubrykach protokołu meczowego).

To był jego ostatni sezon na parkietach NBA. Rozegrał wówczas 54 mecze (4 w pierwszej piątce), rzucał średnio po 2.5 punktu i zbierał po 1.5 piłki. Miał wtedy 30 lat i wystarczająco dużo rozczarowujących doświadczeń w swojej karierze, żeby ani jemu się nie paliło do kontynuowania gry w NBA, ani drużynom chciało się starać o jego usługi.

Dlatego odpowiedzi na to, kim był Brad Sellers trzeba szukać kilka lat wcześniej.

Bo Brad Sellers był jednym z wielu chłopców do bicia Michaela Jordana.

Brad miał przerąbane od samego początku, bo Jerry Krause wybrał go z dziewiątym numerem nieszczęsnego draftu 1986 zamiast pomazańca Jego Powietrzności, Johnny’ego Dawkinsa. Choć Jordan nie potrzebował pretekstu do znęcania się nad kolegami z drużyny, to od Sellersa już na starcie wymagał jeszcze więcej. Brad nigdy mu się nie postawił i nigdy też nie udało mu się wygrać zaufania MJ’a na parkiecie. Nie czuł też chyba szczególnego wsparcia ze strony trenera, Douga Collinsa, który – tak jak w dniu draftu Jordan – był wściekły, że Jerry Krause stawia na Sellersa. Po debiutanckim sezonie Brada (w którym średnio na mecz notował 8.5 punktu, 4.7 zbiórki i 0.9 bloku), Collins nalegał na sprowadzenie z Bucks Ricky’ego Pierce’a – wytrawnego łowcę punktów i świeżo upieczonego najlepszego rezerwowego ligi, który odmówił gry na początku sezonu chcąc wymusić renegocjację kontraktu. Według Sama Smitha, autora książki „Jordan Rules”, Krause sprzeciwił się włączeniu w wymianę Sellersa i deal z Kozłami nie doszedł do skutku.

Trzeba jednak przyznać, że Brad Sellers jako koszykarski projekt był intrygujący. Mierząc siedem stóp wzrostu miał niezły rzut, pewien dryg do bloków oraz szczupłą sylwetkę i wystarczającą dynamikę, aby w drugim sezonie wystąpić 76 razy w pierwszej piątce Byków w roli small forwarda (w czasach, w których nie było jeszcze czegoś takiego jak mierzący 210 centymetrów niski skrzydłowy). Także dziś taki zestaw umiejętności gwarantowałby wysoki wybór w drafcie, ale w tamtych czasach brak boiskowej twardości i zacięcia w walce o zbiórki był u wysokiego gracza niewybaczalny.

Może z Sellersa dałoby się zrobić w przyszłości w miarę przydatnego zmiennika w mistrzowskich drużynach, ale latem 1989 roku, po sezonie w którym stracił miejsce w rotacji zarówno na rzecz Scottie’ego Pippena, jak i Horace’a Granta, Brad poprosił Michaela Jordana, żeby ten… poprosił w jego imieniu o transfer. Można sobie łatwo wyobrazić entuzjazm, z jakim MJ powiedział wtedy „OK!”, bo już następnego dnia, gdy Sellers jadł w restauracji, jej menedżer podszedł i poinformował go, że dzwoni Jordan i chce z nim rozmawiać. „Jutro przechodzisz do Seattle, powodzenia” – rzucił Michael (i chcę wierzyć, że w tym momencie się rozłączył).

Sellers wspomina, że po przyjeździe do Seattle powiedział sam do siebie: „co ja do cholery zrobiłem” (gdyby wspominał to Jan Brzechwa, to pewnie napisałby „a to feler – westchnął Sellers”).

No właśnie.

Chciał grać więcej niż 21 minut, jakie dostawał w Chicago, a w Seattle spędzał na parkiecie średnio 13 minut i w połowie rozgrywek 1989/90 został oddany do ligowego beniaminka z Minneapolis. Tam, choć trudno w to uwierzyć, grał jeszcze mniej – po 8 minut na mecz. Cały kolejny sezon spędził w Grecji (gdzie poprowadził Aris do mistrzostwa) i po dwóch dodatkowych sezonach w NBA (43 mecze z Pistons i 54 w ramach powrotu do Wolves) kontynuował swoją karierę zagranicą (głównie we Francji, z epizodami w Hiszpanii i Izraelu).

Brad Sellers będzie jednak zawsze częścią legendy o Michaelu Jordanie, bo to on podał z autu do MJ’a gdy trafiał jeden z najważniejszych rzutów w karierze – The Shot.

Dodatkowo, prosząc Michaela o transfer, pomógł sprowadzić jeden z kawałków mistrzowskiej układanki – pick w drafcie 1989, z którym trafił do Chicago B.J. Armstrong.

Tak, Seattle mogli mieć i Scottie’ego Pippena, i B.J.’a Armstronga…

(…i Horace’a Granta – który był dziesiątym pickiem w drafcie, w którym Sonics mieli pick numer dziewięć…)

(…i Johna Paxsona, wybranego w 1983 roku trzy picki po tym, jak Ponaddźwiękowcy zwerbowali gorszą wersję Paxsona w osobie Jona Sundvolda…)

Otagowane

Trevor Ruffin

Trevor Ruffin

Fun Fact: Najpierw szybki fun fact o mnie: dopiero kilka lat temu doczekałem się pierwszej w swoim życiu mikrofalówki. W latach 90., choć z pewnością był to gadżet dostępny, mi kojarzył się bardziej z amerykańskimi filmami niż polskimi kuchniami. Mimo wszystko bez problemu rozumiałem, czemu na graczy potrafiących zdobywać punkty seriami mówiło się „microwave”: bo szybko nagrzewa się im ręka (choć w przypadku pierwszego znanego mi pod tym pseudonimem gracza, Vinnie’ego Johnsona, mogło też chodzić o jego sylwetkę). Gdyby jednak w ostatniej dekadzie XX wieku chcieć przetłumaczyć to porównanie na bardziej swojską polszczyznę, trzeba byłoby pewnie mówić o takich graczach jako o szybkowarach. Takim właśnie szybkowarem był Trevor Ruffin, którego kariera w NBA była krótka, ale pełna skoków temperatury.

Przykładowo: w swoim pierwszym meczu w NBA rzucił 17 punktów w 14 minut, trafiając 4 z 5 rzutów za trzy i to grając vis-a-vis Gary’ego Paytona i Nate’a McMillana.

Był wtedy zawodnikiem Phoenix Suns, którzy zwerbowali go niedługo po zwolnieniu przez Los Angeles Lakers. Niewybrany w drafcie obrońca wpadł w oko Jerry’emu Westowi i spełnił jego oczekiwania świetnymi występami w lidze letniej, za które został nagrodzony kontraktem. Mimo tego, West z ciężkim sercem zerwał umowę w dniu rozpoczęcia sezonu. Tydzień później, Trevor był już klubowym kolegą Charlesa Barkleya, a po kilku kolejnych meczach i kolejnych celnych trójkach – także znajomkiem Michaela Jordana (wtedy jeszcze Air i Sir byli kumplami), którego spotykał na imprezach, grał z nim w bilarda i kibicował jego karierze baseballowej siedząc w czasie meczu w dugoucie dla zawodników. Wiemy to od samego Ruffina, który o tym i innych rozdziałach kariery opowiedział pobieżnie w podcaście Exposure Is Everything.

Po pierwszych dziesięciu występach miał lepszą skuteczność za trzy (55.3%) niż z rzutów wolnych (42.9%) i zdobywał ponad 10 punktów na mecz, mając do dyspozycji tylko 13 minut w każdym spotkaniu. Niestety poziom talentu w Arizonie trzymał go przez większość czasu na ławce, ale do końca sezonu utrzymał reputację szybkowaru. Trafił 38 trójek w 319 minut w całych rozgrywkach, w których żaden inny zawodnik nie miał tylu trafień z dystansu w mniej niż 690 minut. Aż do dziś nikt w historii ligi nie trafił tylu trójek, przy tak krótkim czasie gry na przestrzeni całego sezonu. Ruffin dostał nawet powołanie do drugiego w historii meczu debiutantów w trakcie Weekendu Gwiazd (w którym wyjątkowo nie trafił ani jednej trójki, za to nie spudłował żadnego z dwóch wolnych).

Inny przykład na to, że Trevor Ruffin to szybkowar: w czwartym występie dla swojej nowej drużyny, Philadelphii 76ers, trafił 7 z 10 trójek i zdobył z ławki 32 punkty. Wszyscy inni zawodnicy obu drużyn razem wzięci zaliczyli 5 trafień z dystansu, a siedem celnych rzutów za trzy z ławki było wówczas dopiero piętnastym takim wyczynem ever.

Suns nie objęli Ruffina ochroną w trakcie expansion draftu w 1995 roku, co wykorzystali Vancouver Grizzlies. Choć Kanadyjczycy zaoferowali mu trzyletni kontrakt, Trevor wybrał grę w Europie. Głównym czynnikiem były pieniądze: spłukany Ruffin dostał wyższą pensję od PAOK-u Saloniki oraz nie chciał ryzykować, że trwający w NBA lokaut uniemożliwi rozegranie sezonu (ostatecznie impas trwał trzy miesiące). Stracił jednak szansę na walkę o minuty w debiutującym zespole.

Minuty w NBA w końcu i tak dostał – od Johna Lucasa w Sixers – ale po drodze był jeszcze niezbyt elegancki rozwód z greckim teamem, w którym grał m.in. z Peją Stojakoviciem.

Choć zaczął dobrze, Ruffinowi nie układało się z nowym trenerem PAOK-u, który przejął drużynę po kilkunastu spotkaniach. Gdy podczas tygodniowej przerwy w rozrywkach szkoleniowiec zażądał, żeby Trevor zrezygnował z planowanej wizyty w USA i trenował, ten zignorował sugestię, poleciał do Stanów i już nie wrócił, dołączając w grudniu do składu 76ers.

A w tym całym konflikcie poszło o to, o co w sumie chyba szło przez całą karierę Trevora – trener chciał zdjąć pokrywkę z szybkowaru i zrobić z niego tradycyjnego point guarda, czemu Ruffin ostro się sprzeciwiał. W dzisiejszych czasach nie byłoby problemu aby wkomponować w skład drużyny mierzącego sześć stóp i jeden cal łowcę punktów. W latach dziewięćdziesiątych pomysłów na to, co na dłuższą metę zrobić z kimś takim, było jednak mniej więcej tyle, ile pomysłów na to, co zrobić z płytą Milli Vanilli. Pewnie właśnie dlatego Suns nie przejęli się jego stratą w expansion drafcie, a jedyny sezon w Filadelfii był jego ostatnim w NBA.

Choć Lucas 23 razy wystawiał go w pierwszej piątce, to nie przestawał marzyć o bardziej klasycznym rozgrywającym (albo o mniej chimerycznym strzelcu – Ruffin przeplatał eksplozje punktowe słabszymi występami i na koniec sezonu ledwo przekroczył granicę przyzwoitości jaką jest 40% celności rzutów z gry). Sixers byli świeżo po stracie Dana Barrosa na rzecz Boston Celtics i John Lucas był chyba najlepszym tradycyjnym point guardem, zasiadającym na ławce Sixers w rozgrywkach 1995-96. Dość powiedzieć, że najczęściej na jedynce w podstawowym składzie występował Vernon Maxwell. Filadelfia co prawda w połowie grudnia podpisała kontrakt ze Scottem Skilesem, ale bezkompromisowy weteran po miesiącu gry z Mad Maxem, młodym Jerrym Stackhouse’em i Derrickiem Colemanem miał dość i ogłosił zakończenie kariery.

Choć tamci Sixers byli depresyjni i wygrali tylko 18 spotkań, 25-letniego Ruffina można jednak było uznać za jasny punkt sezonu.

Został czwartym najlepszym strzelcem zespołu mimo, że pod względem minut na mecz był dopiero na ósmym miejscu. Przez moment udało mu się nawet pogodzić zdobywanie punktów z prowadzeniem gry. Był taki okres, od 30 grudnia do 23 stycznia, w którym notował średnio prawie 18 punktów i ponad 7 asyst, trafiając 45% rzutów z dystansu. Ostatecznie jego osiągi z tamtych rozgrywek wyniosły 12.8 PPG i 4.4 APG. Średnia asyst była taka sama, co Maxwella i najwyższa w drużynie, jeśli pominiemy Grega Granta, który w koszulce Sixers wystąpił tylko 11 razy.

To jednak dla Szóstek nie jest historia bez happy endu: byli tak źli, że wylosowali numer jeden w drafcie i wybrali innego nietradycyjnego point guarda, tyle, że naprawdę dobrego – Allena Iversona.

A dla Ruffina znów zabrakło miejsca w kadrowej grze w gorące krzesła. Podpisał jesienią kontrakt z New Jersey Nets, ale po dwóch meczach przedsezonowych został zwolniony. Kolejną wzmianką o nim w prasie amerykańskiej miało być doniesienie z października 1997: Ruffina i dwóch jego kumpli oskarżono o porwanie z bronią w ręku 11-letniego chłopca, który wcześniej z kolei – wraz ze swoimi dwoma kumplami – miał włamać się do Mercedesa naszego bohatera. Koszykarz rzucił się w pogoń za urwipołciami, którzy uciekali na rowerach i dorwał jednego z nich. Dzieciak został złapany „za fraki”, rzucony o samochód i wycelowaną w niego lufą pistoletu zaproszony do wnętrza samochodu. Trevor i jego towarzysze zostali aresztowani, gdy z przerażonym chłopcem jeździli po okolicy szukając reszty szajki (ostatecznie mężczyźni zostali rok później uniewinnieni). Reasumując: Ruffin zagotował się, bo dzieciaki nie okazały mu szacunku, udowodnił, że nie ma z nim żartów, popisał się strzeleckim instynktem a na koniec okazało się, że to, co robi nie jest zgodne z przyjętymi normami. Brzmi jak jego kariera w pigułce.

Otagowane