Walter Bond

Walter Bond

Fun Fact: Do sezonu 1992/93, który miał się zakończyć 71 porażkami (do dziś trzeci najgorszy wynik w historii), Dallas Mavericks przystąpili z pięcioma debiutantami w składzie, choć najważniejszy z nich, Jim Jackson, opuścił 54 spotkania nie mogąc dogadać się z klubem w sprawie swojego pierwszego kontraktu (przez długi czas wydawało się nawet, że Mavs stracą jego prawa i Jackson przystąpi raz jeszcze do draftu, co było wówczas zgodne z przepisami).

Kim byli pozostali?

W skali lat dziewięćdziesiątych – poza Seanem Rooksem, który spędził w NBA 12 sezonów – praktycznie nikim, ale o każdym można powiedzieć przynajmniej jedną ciekawą rzecz, dlatego postanowiłem przybliżyć sylwetki ich wszystkich w ramach nieoficjalnego cyklu (którego robocza nazwa to „Teksańska masakra piłką koszykową: młode pokolenie”).

Dziś pierwszy z nich. Bond. Walter Bond.

Wiosną 1991 roku nie był najbardziej rozchwytywanym młodym zawodnikiem na świecie. Nie tylko nie został wybrany w drafcie do NBA, ale w naborze do pośledniej ligi CBA, dostał ofertę pracy dopiero jako 99. gracz (w tamtym naborze największym talentem był wybrany z numerem 27 Robert Pack, a do ciekawostek można zaliczyć między innymi brata Dikembe Mutombo – Ilo, oraz brata Dana Majerle – Jeffa).

Po roku gry w Wichita Falls – którego zwieńczeniem było 9 celnych trójek w jednym z meczów playoffs oraz wybór do pierwszej piątki All-Rookie – udało mu się wywalczyć koszykarski awans w oddalonym o dwie godziny drogi samochodem Dallas. Oczywiście, jak miał się dość szybko przekonać, był to awans pozorny, bo Mavericks nie byli wcale dużo lepsi od drużyny CBA (jeśli w ogóle byli).

Raczej nikt nie wiązał z jego przybyciem żadnych nadziei, ale – między innymi ze względu na brak porozumienia klubu z Jimem Jacksonem – w pierwszym meczu sezonu 1992-93, Bond wyszedł w podstawowej piątce Mavericks. Już w drugim meczu, mierzący 196 centymetrów obrońca ustanowił rekord kariery rzucając 25 punktów. Ostatecznie do końca sezonu 38 razy wystąpił w pierwszym składzie. Do dziś żaden inny niewybrany w drafcie debiutant, nie zdobył dla Mavs tylu punktów, co on (590 w 74 spotkaniach)

Kolejne rozgrywki spędził jako gracz szerokiej rotacji Utah Jazz. Zwolniony w grudniu 1994 roku, zakotwiczył w Detroit na pięć meczów, kończąc sezon i karierę w NBA w styczniu 1995, znów jako zawodnik Jazzmanów. To jednak w Pistons miał najbardziej pamiętną akcję – rozpoczął sekwencję wydarzeń zakończoną buzzer-beaterem Scottie’ego Pippena. Tym sposobem Bond trafił do montaży najlepszych akcji, ale i tak nikt nie wiedział, że to on, bo jego zespół nie zdążył mu na ten mecz załatwić koszulki z nazwiskiem…

Choć Bond jako rookie w łaski kolegów z zespołu wkupił się świadczeniem usług fryzjerskich, to na sportowej emeryturze nie otworzył barbershopu. Został za to mówcą motywacyjnym z flow tak dobrym, że raz dostał nawet pracę prowadzącego program „Giving You The Business” na kanale Food Network. Jest też być może jedynym graczem NBA, który sam wrzucił swoje highlighty na YouTube’a:

Po latach twierdził, że tamten katastrofalny sezon Mavs, to była dla niego najlepsza szkoła życia. To czego nauczył się wtedy o relacjach międzyludzkich i odnajdywaniu w sobie siły mimo trudnych okoliczności, teraz przekazuje innym podczas swoich wystąpień. Aż strach pomyśleć, jak dobrym motywatorem byłby, gdyby został w Dallas na kolejny sezon, zakończony bilansem 13-69.

Otagowane ,

Dikembe Mutombo

Dikembe Mutombo

Sad Fact: Trzy dni temu NBA wydało oświadczenie na temat stanu zdrowia Dikembe Mutombo, z którego dowiedzieliśmy się, że legendarny defensor, którego łokcie są nielegalne w 37 stanach, a głos słyszalny z kosmosu, rozpoczął leczenie guza mózgu. Nie wiemy jakie są rokowania, ale chyba nikt nie ma wątpliwości, że 56-latek otrzyma najlepszą możliwą pomoc medyczną. Deke nie takich dupków gasił i groził palcem, więc ja swoje palce krzyżuję na szczęście i jego walkę widzę tak (w roli guza, Clarence Weatherspoon):

Wierzę, że przed Mutombo życie długie jak lista jego działań humanitarnych, albo – jeszcze lepiej – długie jak jego pełne nazwisko.

Oprócz wsparcia lekarzy, przyda mu się teraz na pewno także wsparcie rodziny. Bardzo licznej, choć niestety nie aż tak dużej, jak mogłaby być. Mama Dikembe zmarła na początku I wojny domowej w Kongu – jej organizm nie wytrzymał stresu związanego z walkami w Kinszasie. Nie żyje także trzech braci koszykarza, z których jeden był podobno reprezentantem kraju w piłce ręcznej i zasłabł w trakcie meczu.

Mutombo, zgodnie z plemienną tradycją, adoptował dwójkę jego dzieci, oraz dwójkę dzieci drugiego ze zmarłych braci. Dikembe i jego żona Rose (którą poderwał tekstem „Wyjdziesz za mnie?”, czyli nieco lepszą kwestią otwierającą, niż wcześniejsze Who wants to sex Mutombo?), mają trójkę własnych potomków.

Carrie robi doktorat na Georgetown, Jean Jacques skończył liceum w 2019 i jeśli nic się nie zepsuło, to studiuje na uniwersytecie Columbia, a Ryan poszedł w ślady ojca i też gra w kosza dla Hoyas. W debiutanckim sezonie 2021/22, występował po 12 minut w meczu, notując średnio 5 punktów i 3 zbiórki w każdym z nich. Był drugim blokującym w zespole z 23 czapami, co daje średnio 2,6 w przeliczeniu na 36 minut.

(Wiecie, kto jeszcze jest w składzie Georgetown? Syn Gheorghe Muresana. A kto jest trenerem? Oczywiście Patrick Ewing.)

Ale to nie jedyny koszykarski akcent w rodzinie Deke’a.

Bratanek Harouna Mutombo grał w liceum w Ontario z późniejszym obrońcą m.in. San Antonio Spurs, Corym Josephem. Potem miał udaną karierę akademicką w barwach uniwerku Western Carolina, a pierwszy profesjonalny sezon zakończył w 2013 roku jako mistrz Kosowa. Gwiazdą jego zespołu, KB Peja, był ówczesny reprezentant Polski, Dardan Berisha. Google’owy ślad po Harunie urywa się rok później, po sezonie spędzony w lidze kanadyjskiej, ale pałeczkę przejął po nim brat, Haboubacar, który też grał dla Western Carolina. Na zawodowstwo przeszedł w 2018 roku, a w 2021 roku był w kadrze Demokratycznej Republiki Konga na Afrobasket.

Żaden z braci nie dostał się do NBA (Harouna przewinął się przez obozy przygotowawcze, ale bez powodzenia), ale udało się to innemu chłopakowi, który mówił do Dikembe „wujku”. Mfiondu Kabengele, obecnie koszykarz Boston Celtics, to syn siostry byłego centra Nuggets, która także osiadła w Kanadzie.

Dikembe Mutombo, Mfiondu Kabengele

Parę lat temu sam Mutombo zrobił niemałe zamieszanie w „światku”, gdy ni z tego, ni z owego oświadczył, że adoptował mierzącego 7 stóp i 7 cali nastolatka, o którym słuch jednak zaginął. Mniej więcej w tym samym czasie, dobre wrażenie na boiskach licealnych robiła bratanica Dikembe, Malu Tshitenge, która obecnie rozpoczyna czwarty rok studiów i gry na Uniwersytecie North Carolina.

I tak dochodzimy do ostatniego członka rodziny (o jakim wiem), który parał się koszykówką i do tego był relewantny dla lat 90. To starszy brat naszego bohatera, Ilo. On także otrzymał stypendium koszykarskie w USA i spędził cztery lata na University of Southern Indiana, gdzie nadal jest w czołówce rankingów wszech czasów dotyczących punktów (#7), zbiórek (#2) i bloków (#5). W 1991 roku został wybrany w siódmej rundzie draftu do ligi CBA (czyli z numerem 118), zaliczył też występy w USBL, ale najwięcej osiągnął jako koszykarz… fikcyjny.

W 1994 roku wystąpił w filmie „Air Up There” aka „Król kosza”, jako Mifundo – najgroźniejszy rywal głównego bohatera, który w finałowej scenie zostaje ograny najdłużej trwającym crossoverem świata.

Kiedy jednak Shea Serrano, w swojej książce „Basketball (And Other Things)”, rozpisał draft dla fikcyjnych graczy, to nie bohater ostatniej akcji Saleh, a dominujący nad nim przez całą resztę meczu Mifundo doczekał się wyboru (i to zresztą tuż przed nie byle kim, bo Air Budem i Jimem Halpertem z „The Office”). Na tym jednak zakończyła się zarówno koszykarska, jak i hollywoodzka kariera Ilo Mutombo, którego zasługi dla tego sportu są jednak ogromne: to on nieustannie pchał w kierunku kosza swojego – początkowo niezbyt niezainteresowanego – brata.

Zakładam, że w tych trudnych chwilach Dikembe może liczyć na wszystkie wyżej wymienione postaci, tak jak my mogliśmy liczyć na niego, gdy trzeba było uratować świat:

Będzie dobrze. Przecież dla tego gościa nie ma rzeczy niemożliwych. No, może poza śpiewaniem falsetem.

Otagowane

Michael Olowokandi

Michael Olowokandi

Fun Fact: Michael Olowokandi był jednym z największych niewypałów wśród pierwszych picków draftu, ale żeby dostać się tam, gdzie miał ostatecznie wszystkich rozczarować, przemierzył jedną z najbardziej nieprawdopodobnych ścieżek. Tak nieprawdopodobną, że tuż po drafcie z Michaelem skontaktowała się wytwórnia Stevena Spielberga, DreamWorks, z propozycją nakręcenia filmu o jego życiu.

W skrócie, choć raczej małym: Olowokandi był synem nigeryjskiego dyplomaty, który wychowywał się w Londynie. W szkolnych strukturach z sukcesami uprawiał piłkę nożną (grał na środku pomocy) i lekkoatletykę (bił rekordy swoich grup wiekowych w skoku w dal i w trójskoku), a gdy zaczął studia na brytyjskim Brunel University, zapisał się też na krykieta i rugby.

Nigdy jednak nie miał styczności ze zorganizowaną koszykówką.

Pierwszy raz pomarańczową piłkę dotknął jako 17-latek, oczarowany kasetami wideo z wyczynami gwiazd NBA. Potem pykał sobie w kosza z kolegami i tyle. Gdy miał 20 lat nagle go olśniło: fajna ta koszykówka w sumie, a ja urosłem do 210 centymetrów, więc może bym sobie zagrał w NBA?

I jak powiedział, tak, jebaniutki, zrobił.

Poszedł do biblioteki, znalazł jakiś wykaz uczelni amerykańskich i zaczął obdzwaniać te najbardziej znane. Nie potraktowano go tam zbyt poważnie, więc nie udało mu się skontaktować z żadną osobą decyzyjną. W akcie desperacji zamknął oczy, losowo otworzył książkę i umieścił palec, jak się okazało, na uniwersytecie Pacific, renomowanej prywatnej uczelni z trzema kampusami w Kalifornii.

Traf chciał, że telefon od Kandi Mana odebrał asystent trenera drużyny koszykarskiej. Ponieważ Michael zaczął od „dzień dobry, mam siedem stóp wzrostu”, zdobył od razu uwagę szkoleniowca z programu, który nie słynął z dobrej koszykówki. Pomógł też fakt, że Olowokandiego było stać na opłacenie sporego czesnego. W ten sposób nasz bohater trafił do swojej pierwszej drużyny koszykówki. I choć na pierwszym treningu okazało się, że nie wie gdzie jest linia rzutów wolnych (nie mówiąc o innych rzeczach), to dzięki ogromnej ambicji, harówce i wrodzonemu talentowi, z sezonu na sezon robił postępy. Zaczynał od zdobywania 4 punktów w meczu, potem zwiększył ich liczbę do prawie 11, a w ostatnim sezonie w składzie Pacific był już graczem roku konferencji Big West ze średnimi 22.2 punktów, 11.2 zbiórek i 2.9 bloków.

Zostać numerem 1 draftu NBA po trzech latach treningu i rozegraniu 77 meczów to ogromne osiągnięcie, z którego Olowokandi może być dumny.

To także jeden z głównych powodów, dlaczego jego kariera zawodowa nie wypaliła – dokonał niemożliwego i uwierzył, że wszystko wie najlepiej.

Oczywiście wcześniej był jeszcze niefortunny lokaut, który zaburzył liniowy rozwój zawodnika. Był też epizod z podpisaniem kontraktu w Kinderze Bolonia, z którego nic dobrego dla nikogo nie wynikło – Kandi Man stracił początek obozu przygotowawczego, a na dodatek wrócił z Włoch bez formy (co zresztą było podobno powodem wcześniejszego rozwiązania kontraktu przez Kinder). Gwoździem do trumny zdają się zaś być kontuzje kolan w 2002 i 2003 roku. Jednak to przede wszystkim opór przed uczeniem się od innych (czyli przed tym, co wywindowało go na szczyt) sprawił, że tak wiele osób, tak szybko traciło do niego cierpliwość.

Dobrze ilustruje to jego znajomość z Kareemem Abdul-Jabbarem.

Michael zatrudnił go jako prywatnego trenera w trakcie lokautu. Panowie ćwiczyli trzy razy tygodniowo, a Kareem potem nie mógł się nachwalić swojego podopiecznego. W pewnym momencie panowie zakończyli współpracę, ale na początku 2000 roku do legendarnego centra zgłosili się Clippers, oferując miejsce w sztabie trenerskim i jedno główne zadanie: ogarnięcie Olowokandiego.

Michael był wówczas w połowie drugiego sezonu w NBA i choć nie urwał niczego poniżej pasa, to nie był zadowolony, że były gwiazdor Lakers miał zastrzeżenia do jego gry. Wszystkie konstruktywne uwagi Kareema odbierał jako personalne ataki, obrażał się, a raz nawet powiedział, że kategorycznie zabrania Jabbarowi krytykowania jego gry w obecności kolegów z zespołu (którzy zresztą także narzekali na upartość Michaela). Clippers, sfrustrowani złą atmosferą w klubie, musieli podziękować Kareemowi po sezonie. Emerytowany gwiazdor zapytany wtedy o opinię na temat Olowokandiego, nazwał go „atletycznym niewypałem”. To było ledwie dwa lata po tym, jak zachwycał się jego pracowitością i potencjałem po wspólnych treningach podraftowych.

Zostawmy dalszą część kariery naszego bohatera (choć miał jeszcze branie gdy skończył mu się debiutancki kontrakt i nawet robił potem jeszcze małe statystyczne postępy, to niewiele stracimy kompletnie to przemilczając) i wróćmy na chwilę do jej początku.

Czy Clippers rzeczywiście spieprzyli draft 1998?

Moim zdaniem nie, a zdanie to oparłem na lekturze różnych przeddraftowych tekścików. Wszyscy serio wierzyli, że Olowokandi – choć może wymagać trochę ogłady – ma tak imponujący potencjał, że głupio nie zaryzkować.

Przez długi czas pewniakiem do jedynki był Mike Bibby, a Olowokandi początkowo przymierzany był pod koniec pierwszej rundy. Notowania naszego bohatera wzrosły jednak znacznie na ostatniej prostej, aż w końcu zrównał się z Bibbym w wyścigu o to, czyje nazwisko David Stern wyczyta jako pierwsze.

Stu Jackson, GM Grizzlies, właścicieli drugiego picku, uważał, że Clippers „muszą” wziąć Olowokandiego. Co prawda sam pewnie by go nie wybrał – wciąż uważał, że jego centrem przyszłości jest Bryant Reeves, lol – i zaczął dogadywać z Denver zamianę dwójki na trójkę, planując wybór Bibby’ego albo Paula Pierce’a.

(Side Fact: Linkowany powyżej artykuł ma na końcu ciekawy mock draft – Vince Carter spada w nim na siódmą pozycję i trafia do Kings, ale nie wiem czy perspektywa wielu lat wspólnej gry Vince’a i Chrisa Webbera jest warta wymazania tych wszystkich podań Jasona Williamsa w koszulce Królów).

Dziennikarze także zgadzali się, że choć Olowokandi może coś odyinkadarować, jego warunkom fizycznym nie sposób się oprzeć. Być może największy ówczesny spec od draftu, dyrektor NBA ds. skautingu, Marty Blake, tak ocenił wybór Clippers (ta opinia została wydrukowana m.in w „Magic Basketball” 8/98):

„To bardzo dobry wybór dla Clippers. Ma niezwykle wiele zalet, jak na zawodnika, który grał w Stanach Zjednoczonych tylko przez trzy lata. Jest to nabytek tym cenniejszy, że w NBA szansa wzbogacenia się o pełnowartościowego centra, najwyższej klasy zdarza się bardzo rzadko, może raz na 20 lat.”

Trzeba też pochwalić agenta Billa Duffy’ego, który wyszedł na znakomitego stratega. Nie pozwolił Kandiemu pojawić się na żadnym z campów ani brać udział w sparingach 5-na-5. Jednym słowem – chciał ukryć brak boiskowej ogłady swojego klienta. Zamiast tego umówił się na prywatne workouty z kilkoma wybranymi drużynami. Jak twierdzi Mick Minas w książce „The Curse” (w której przeczytacie prawie wszystko to, co jest w tym tekście), Duffy dorwał także listę testów i ćwiczeń, jakie każda z drużyn planuje przeprowadzić, dzięki czemu Michael mógł się przygotować do sprawdzianów bardzo precyzyjnie. Resztę roboty robiło jego ciało. W Vancouver podobno popisał się szybkością oraz zupełnie zdominował innego wysoko notowanego kandydata do draftu w starciu jeden na jednego. Z kolei w Denver pobił nieoficjalny rekord klubowych workoutów robiąc 40 wsadów piłką lekarską z rzędu piłką (poprzedni rekordzista, Dikembe Mutombo, miał ich 22). Gdy jednak pojechał do Los Angeles pokazał absolutnie wszystko, co najlepsze.

Elgin Baylor był długo przekonany, że jego wyborem będzie Mike Bibby. Ba – przekonany był także sam Bibby, który odmówił workoutu wszystkim innym klubom. Niestety wiecznie skazany na porażkę menadżer Clippers nie miał wyjścia po zobaczeniu w akcji Olowokandiego, za bardzo bał się wypuszczenia z rąk takiej okazji.

No cóż. Nie pierwsza drużyna dała się nabrać podczas przeddraftowych testów silnym i sprawnym wielkoludom. Nie pierwszy silny i sprawny wielkolud okazał się przeciętnym zawodowym koszykarzem. Nie pierwszy też raz Clippersi zrobili coś źle, choć w przypadku tego wyboru mieli też rację. W końcu nawet Steven Spielberg dał się złapać na ten hype.

Postaw kawę

Otagowane

Brad Sellers

Brad Sellers

Fun Fact: W latach dziewięćdziesiątych kariera Brada Sellersa była dla mnie tylko jedną z niewiele mówiących linijek w Skarbie Kibica Przeglądu Sportowego. Mogłem zobaczyć go w jednym z moich ulubionych meczów z tamtych lat, ale mimo dwóch dogrywek w spotkaniu Timberwolves z Celtics (rozegranym 15 grudnia 1992 roku), Sellers spędził na parkiecie tylko 3 minuty. Nawet jeśli załapały się one do telewizyjnego skrótu zmontowanego przez Ryszarda Łabędzia, to raczej i tak nie miały szans zapaść mi w pamięć (jedna asysta i zera we wszystkich innych rubrykach protokołu meczowego).

To był jego ostatni sezon na parkietach NBA. Rozegrał wówczas 54 mecze (4 w pierwszej piątce), rzucał średnio po 2.5 punktu i zbierał po 1.5 piłki. Miał wtedy 30 lat i wystarczająco dużo rozczarowujących doświadczeń w swojej karierze, żeby ani jemu się nie paliło do kontynuowania gry w NBA, ani drużynom chciało się starać o jego usługi.

Dlatego odpowiedzi na to, kim był Brad Sellers trzeba szukać kilka lat wcześniej.

Bo Brad Sellers był jednym z wielu chłopców do bicia Michaela Jordana.

Brad miał przerąbane od samego początku, bo Jerry Krause wybrał go z dziewiątym numerem nieszczęsnego draftu 1986 zamiast pomazańca Jego Powietrzności, Johnny’ego Dawkinsa. Choć Jordan nie potrzebował pretekstu do znęcania się nad kolegami z drużyny, to od Sellersa już na starcie wymagał jeszcze więcej. Brad nigdy mu się nie postawił i nigdy też nie udało mu się wygrać zaufania MJ’a na parkiecie. Nie czuł też chyba szczególnego wsparcia ze strony trenera, Douga Collinsa, który – tak jak w dniu draftu Jordan – był wściekły, że Jerry Krause stawia na Sellersa. Po debiutanckim sezonie Brada (w którym średnio na mecz notował 8.5 punktu, 4.7 zbiórki i 0.9 bloku), Collins nalegał na sprowadzenie z Bucks Ricky’ego Pierce’a – wytrawnego łowcę punktów i świeżo upieczonego najlepszego rezerwowego ligi, który odmówił gry na początku sezonu chcąc wymusić renegocjację kontraktu. Według Sama Smitha, autora książki „Jordan Rules”, Krause sprzeciwił się włączeniu w wymianę Sellersa i deal z Kozłami nie doszedł do skutku.

Trzeba jednak przyznać, że Brad Sellers jako koszykarski projekt był intrygujący. Mierząc siedem stóp wzrostu miał niezły rzut, pewien dryg do bloków oraz szczupłą sylwetkę i wystarczającą dynamikę, aby w drugim sezonie wystąpić 76 razy w pierwszej piątce Byków w roli small forwarda (w czasach, w których nie było jeszcze czegoś takiego jak mierzący 210 centymetrów niski skrzydłowy). Także dziś taki zestaw umiejętności gwarantowałby wysoki wybór w drafcie, ale w tamtych czasach brak boiskowej twardości i zacięcia w walce o zbiórki był u wysokiego gracza niewybaczalny.

Może z Sellersa dałoby się zrobić w przyszłości w miarę przydatnego zmiennika w mistrzowskich drużynach, ale latem 1989 roku, po sezonie w którym stracił miejsce w rotacji zarówno na rzecz Scottie’ego Pippena, jak i Horace’a Granta, Brad poprosił Michaela Jordana, żeby ten… poprosił w jego imieniu o transfer. Można sobie łatwo wyobrazić entuzjazm, z jakim MJ powiedział wtedy „OK!”, bo już następnego dnia, gdy Sellers jadł w restauracji, jej menedżer podszedł i poinformował go, że dzwoni Jordan i chce z nim rozmawiać. „Jutro przechodzisz do Seattle, powodzenia” – rzucił Michael (i chcę wierzyć, że w tym momencie się rozłączył).

Sellers wspomina, że po przyjeździe do Seattle powiedział sam do siebie: „co ja do cholery zrobiłem” (gdyby wspominał to Jan Brzechwa, to pewnie napisałby „a to feler – westchnął Sellers”).

No właśnie.

Chciał grać więcej niż 21 minut, jakie dostawał w Chicago, a w Seattle spędzał na parkiecie średnio 13 minut i w połowie rozgrywek 1989/90 został oddany do ligowego beniaminka z Minneapolis. Tam, choć trudno w to uwierzyć, grał jeszcze mniej – po 8 minut na mecz. Cały kolejny sezon spędził w Grecji (gdzie poprowadził Aris do mistrzostwa) i po dwóch dodatkowych sezonach w NBA (43 mecze z Pistons i 54 w ramach powrotu do Wolves) kontynuował swoją karierę zagranicą (głównie we Francji, z epizodami w Hiszpanii i Izraelu).

Brad Sellers będzie jednak zawsze częścią legendy o Michaelu Jordanie, bo to on podał z autu do MJ’a gdy trafiał jeden z najważniejszych rzutów w karierze – The Shot.

Dodatkowo, prosząc Michaela o transfer, pomógł sprowadzić jeden z kawałków mistrzowskiej układanki – pick w drafcie 1989, z którym trafił do Chicago B.J. Armstrong.

Tak, Seattle mogli mieć i Scottie’ego Pippena, i B.J.’a Armstronga…

(…i Horace’a Granta – który był dziesiątym pickiem w drafcie, w którym Sonics mieli pick numer dziewięć…)

(…i Johna Paxsona, wybranego w 1983 roku trzy picki po tym, jak Ponaddźwiękowcy zwerbowali gorszą wersję Paxsona w osobie Jona Sundvolda…)

Otagowane

Trevor Ruffin

Trevor Ruffin

Fun Fact: Najpierw szybki fun fact o mnie: dopiero kilka lat temu doczekałem się pierwszej w swoim życiu mikrofalówki. W latach 90., choć z pewnością był to gadżet dostępny, mi kojarzył się bardziej z amerykańskimi filmami niż polskimi kuchniami. Mimo wszystko bez problemu rozumiałem, czemu na graczy potrafiących zdobywać punkty seriami mówiło się „microwave”: bo szybko nagrzewa się im ręka (choć w przypadku pierwszego znanego mi pod tym pseudonimem gracza, Vinnie’ego Johnsona, mogło też chodzić o jego sylwetkę). Gdyby jednak w ostatniej dekadzie XX wieku chcieć przetłumaczyć to porównanie na bardziej swojską polszczyznę, trzeba byłoby pewnie mówić o takich graczach jako o szybkowarach. Takim właśnie szybkowarem był Trevor Ruffin, którego kariera w NBA była krótka, ale pełna skoków temperatury.

Przykładowo: w swoim pierwszym meczu w NBA rzucił 17 punktów w 14 minut, trafiając 4 z 5 rzutów za trzy i to grając vis-a-vis Gary’ego Paytona i Nate’a McMillana.

Był wtedy zawodnikiem Phoenix Suns, którzy zwerbowali go niedługo po zwolnieniu przez Los Angeles Lakers. Niewybrany w drafcie obrońca wpadł w oko Jerry’emu Westowi i spełnił jego oczekiwania świetnymi występami w lidze letniej, za które został nagrodzony kontraktem. Mimo tego, West z ciężkim sercem zerwał umowę w dniu rozpoczęcia sezonu. Tydzień później, Trevor był już klubowym kolegą Charlesa Barkleya, a po kilku kolejnych meczach i kolejnych celnych trójkach – także znajomkiem Michaela Jordana (wtedy jeszcze Air i Sir byli kumplami), którego spotykał na imprezach, grał z nim w bilarda i kibicował jego karierze baseballowej siedząc w czasie meczu w dugoucie dla zawodników. Wiemy to od samego Ruffina, który o tym i innych rozdziałach kariery opowiedział pobieżnie w podcaście Exposure Is Everything.

Po pierwszych dziesięciu występach miał lepszą skuteczność za trzy (55.3%) niż z rzutów wolnych (42.9%) i zdobywał ponad 10 punktów na mecz, mając do dyspozycji tylko 13 minut w każdym spotkaniu. Niestety poziom talentu w Arizonie trzymał go przez większość czasu na ławce, ale do końca sezonu utrzymał reputację szybkowaru. Trafił 38 trójek w 319 minut w całych rozgrywkach, w których żaden inny zawodnik nie miał tylu trafień z dystansu w mniej niż 690 minut. Aż do dziś nikt w historii ligi nie trafił tylu trójek, przy tak krótkim czasie gry na przestrzeni całego sezonu. Ruffin dostał nawet powołanie do drugiego w historii meczu debiutantów w trakcie Weekendu Gwiazd (w którym wyjątkowo nie trafił ani jednej trójki, za to nie spudłował żadnego z dwóch wolnych).

Inny przykład na to, że Trevor Ruffin to szybkowar: w czwartym występie dla swojej nowej drużyny, Philadelphii 76ers, trafił 7 z 10 trójek i zdobył z ławki 32 punkty. Wszyscy inni zawodnicy obu drużyn razem wzięci zaliczyli 5 trafień z dystansu, a siedem celnych rzutów za trzy z ławki było wówczas dopiero piętnastym takim wyczynem ever.

Suns nie objęli Ruffina ochroną w trakcie expansion draftu w 1995 roku, co wykorzystali Vancouver Grizzlies. Choć Kanadyjczycy zaoferowali mu trzyletni kontrakt, Trevor wybrał grę w Europie. Głównym czynnikiem były pieniądze: spłukany Ruffin dostał wyższą pensję od PAOK-u Saloniki oraz nie chciał ryzykować, że trwający w NBA lokaut uniemożliwi rozegranie sezonu (ostatecznie impas trwał trzy miesiące). Stracił jednak szansę na walkę o minuty w debiutującym zespole.

Minuty w NBA w końcu i tak dostał – od Johna Lucasa w Sixers – ale po drodze był jeszcze niezbyt elegancki rozwód z greckim teamem, w którym grał m.in. z Peją Stojakoviciem.

Choć zaczął dobrze, Ruffinowi nie układało się z nowym trenerem PAOK-u, który przejął drużynę po kilkunastu spotkaniach. Gdy podczas tygodniowej przerwy w rozrywkach szkoleniowiec zażądał, żeby Trevor zrezygnował z planowanej wizyty w USA i trenował, ten zignorował sugestię, poleciał do Stanów i już nie wrócił, dołączając w grudniu do składu 76ers.

A w tym całym konflikcie poszło o to, o co w sumie chyba szło przez całą karierę Trevora – trener chciał zdjąć pokrywkę z szybkowaru i zrobić z niego tradycyjnego point guarda, czemu Ruffin ostro się sprzeciwiał. W dzisiejszych czasach nie byłoby problemu aby wkomponować w skład drużyny mierzącego sześć stóp i jeden cal łowcę punktów. W latach dziewięćdziesiątych pomysłów na to, co na dłuższą metę zrobić z kimś takim, było jednak mniej więcej tyle, ile pomysłów na to, co zrobić z płytą Milli Vanilli. Pewnie właśnie dlatego Suns nie przejęli się jego stratą w expansion drafcie, a jedyny sezon w Filadelfii był jego ostatnim w NBA.

Choć Lucas 23 razy wystawiał go w pierwszej piątce, to nie przestawał marzyć o bardziej klasycznym rozgrywającym (albo o mniej chimerycznym strzelcu – Ruffin przeplatał eksplozje punktowe słabszymi występami i na koniec sezonu ledwo przekroczył granicę przyzwoitości jaką jest 40% celności rzutów z gry). Sixers byli świeżo po stracie Dana Barrosa na rzecz Boston Celtics i John Lucas był chyba najlepszym tradycyjnym point guardem, zasiadającym na ławce Sixers w rozgrywkach 1995-96. Dość powiedzieć, że najczęściej na jedynce w podstawowym składzie występował Vernon Maxwell. Filadelfia co prawda w połowie grudnia podpisała kontrakt ze Scottem Skilesem, ale bezkompromisowy weteran po miesiącu gry z Mad Maxem, młodym Jerrym Stackhouse’em i Derrickiem Colemanem miał dość i ogłosił zakończenie kariery.

Choć tamci Sixers byli depresyjni i wygrali tylko 18 spotkań, 25-letniego Ruffina można jednak było uznać za jasny punkt sezonu.

Został czwartym najlepszym strzelcem zespołu mimo, że pod względem minut na mecz był dopiero na ósmym miejscu. Przez moment udało mu się nawet pogodzić zdobywanie punktów z prowadzeniem gry. Był taki okres, od 30 grudnia do 23 stycznia, w którym notował średnio prawie 18 punktów i ponad 7 asyst, trafiając 45% rzutów z dystansu. Ostatecznie jego osiągi z tamtych rozgrywek wyniosły 12.8 PPG i 4.4 APG. Średnia asyst była taka sama, co Maxwella i najwyższa w drużynie, jeśli pominiemy Grega Granta, który w koszulce Sixers wystąpił tylko 11 razy.

To jednak dla Szóstek nie jest historia bez happy endu: byli tak źli, że wylosowali numer jeden w drafcie i wybrali innego nietradycyjnego point guarda, tyle, że naprawdę dobrego – Allena Iversona.

A dla Ruffina znów zabrakło miejsca w kadrowej grze w gorące krzesła. Podpisał jesienią kontrakt z New Jersey Nets, ale po dwóch meczach przedsezonowych został zwolniony. Kolejną wzmianką o nim w prasie amerykańskiej miało być doniesienie z października 1997: Ruffina i dwóch jego kumpli oskarżono o porwanie z bronią w ręku 11-letniego chłopca, który wcześniej z kolei – wraz ze swoimi dwoma kumplami – miał włamać się do Mercedesa naszego bohatera. Koszykarz rzucił się w pogoń za urwipołciami, którzy uciekali na rowerach i dorwał jednego z nich. Dzieciak został złapany „za fraki”, rzucony o samochód i wycelowaną w niego lufą pistoletu zaproszony do wnętrza samochodu. Trevor i jego towarzysze zostali aresztowani, gdy z przerażonym chłopcem jeździli po okolicy szukając reszty szajki (ostatecznie mężczyźni zostali rok później uniewinnieni). Reasumując: Ruffin zagotował się, bo dzieciaki nie okazały mu szacunku, udowodnił, że nie ma z nim żartów, popisał się strzeleckim instynktem a na koniec okazało się, że to, co robi nie jest zgodne z przyjętymi normami. Brzmi jak jego kariera w pigułce.

Otagowane

Shawn Kemp

Shawn Kemp

Fun Fact: Życie pisze najlepsze scenariusze, ale nie wszystkie kończy. Leżą sobie one w koszu historii, a razem z nimi niezliczone pomysły na ciąg dalszy. Ostatnio udałem się na taki właśnie śmietnik w poszukiwaniu różnych niewykorzystanych draftów dotyczących Shawna Kempa i offseason 1997 roku.

Choć z grubsza trade między Sonics, Bucks i Cavs miał sporo sensu dla wszystkich (Kemp dostał ukochane pieniążki, Vin Baker wreszcie mógł zagrać w playoffach, a Terrell Brandon i Tyrone Hill mogli uwolnić się od myśli szkoleniowej Mike’a Fratello, która była koszykarskim odpowiednikiem przyglądania się jak schnie farba), to spieprzył nam wszystkim końcówkę lat 90.

Czy więc zatem – zakładając, że nie było sposobu, aby zatrzymać Shawna w Seattle – życie nie miało na biurku lepszego scenariusza? Oto kilka alternatywnych wersji transferu Kempa na podstawie plotek sprzed 25 lat…

Kemp do Wizards za Chrisa Webbera
W pewnym momencie pojawiła się informacja, że Waszyngton może włączyć się w polowanie na Shawna, ale nic z niego nie wyszło, bo pod przykrywką konieczności wyrównania pensji C-Webba, Sonics mogli chcieć wcisnąć Wesowi Unseldowi Jima McIlvaine’a. Wizards nie byli zainteresowani przyjęciem byłego gracza, którego Seattle dopiero co przepłacili, a i pewnie Kemp – sfrustrowany zarobkami swojego bardzo białego kolegi – nie byłby super szczęśliwy, że musi zabrać go ze sobą do stolicy (to jakby latem 2022 roku, Brooklyn Nets do transferu Kevina Duranta dorzucili Steve’a Nasha i Seana Marksa). Unseld do tego wyżej cenił potencjał młodszego i mającego wieloletnią umowę Webbera, co jest bardzo zabawne, bo niecały rok później zamienił te zalety na osiem lat starszego i posiadającego wygasający kontrakt Mitcha Richmonda.

Kemp do Raptors za Marcusa Camby’ego
W linkowanym wcześniej artykule z Seattle Times była również mowa o wymianie za Camby’ego, której prawdopodobieństwo w czerwcu 1997 roku jeden z generalnych menadżerów oszacował na 70%. Alternatywna wersja tej wymiany to Shawn wędrujący do Kanady, Marcus trafiający do Denver i Antonio McDyess meldujący się w Deszczowym Mieście.

Kemp do Nuggets za Antonio McDyessa
Mignął mi gdzieś i taki wariant. Antonio był wtedy także na wylocie, ponieważ za rok stawał się niezastrzeżonym wolnym agentem i w Denver bano się, że ochoczo skorzysta z tej wolności (co zaiste zrobił, bo po transferze do Suns nie podpisał przedłużenia kontraktu i zawarł nową umowę… z Nuggets).

Kemp do Golden State za Joe Smitha
Choć brzmiało to bardziej jak spisany na kolanie pomysł autora wspominanego tekstu, Boba Sherwina, to czytamy, że choć Warriors klepnęliby deal bez mrugnięcia okiem, to w Seattle nie obeszłoby się bez kręcenia nosem i żądania dodatkowego kapitału koszykarskiego (kto wie, może udałoby się do transakcji włączyć Chrisa Mullina, który tego samego lata został oddany do Pacers?).

Kemp do Nets za Jaysona Williams i Jimmy’ego Jacksona
Choć ta propozycja pojawiła się w tekście źródłowym jako przykład słabych ofert otrzymywanych przez Sonics, możemy ją tu wymienić z kronikarskiego obowiązku. To faktycznie słaba oferta. Jackson ostatecznie przeszedł do historii jako ligowy tramp (12 różnych drużyn), który w kolejnych klubach zagrzewał bardzo mało czasu, a Williams… cóż, on równie mało czasu musiał zagrzać na kursie bezpiecznej obsługi broni palnej.

Kemp do Lakers za Eddiego Jonesa i Eldena Campbella
Lakers podobno ostrzyli sobie zęby na Kempa już przed draftem 1989 i sondowali dostępność Reignmana także latem 1997. Wymiana z nagłówka musiała by objąć jeszcze jakiegoś gracza Sonics, ale według Associated Press, zespołowi z Seattle zależałoby na pozyskaniu takiego power forwarda jak Campbell.

Kemp do Grizzlies za Shareefa Abdura-Rahima
Ta plotka zrodziła się z pięciodniowej wizyty Shareefa w Szmaragdowym Mieście, w trakcie której trenował w ośrodku należącym do Sonics i wystąpił w meczu charytatywnym Gary’ego Paytona.

Kemp do Bucks za Vina Bakera
Oczywiście pojawiła się i taka uproszczona wersja transferu, który ostatecznie doszedł do skutku, z Kempem lądującym bezpośrednio w stanie Wisconsin, obok Raya Allena i Glenna Robinsona.

Kemp do Bulls za Scottie’ego Pippena
Tak, ZNOWU.

Czy któreś z tych „co-by-było-gdybań” skończyło by się lepiej niż scenariusz, który życie zrealizowało? Na pewno bardzo ekscytująca wydaje się perspektywa połączenia Chrisa Webbera i Gary’ego Paytona (choć połączenie rok później C-Webba i Jasona Williamsa raczej nie ma sobie równych), ale moją wyobraźnię porusza także wizja Shawna wymieniającego się w Toronto adresami ulubionych fast foodów z Oliverem Millerem. Czy Kemp w Los Angeles Lakers, obok Shaquille’a O’Neala i Kobe’ego Bryanta, wróciłby do Finałów NBA (i czy backcourt Payton-Jones przechwycałby WSZYSTKIE piłki)? Gdyby George Karl w alternatywnym 1998 roku także objął posadę w Milwaukee z Kempem w składzie, to czy udałoby mu się utrzymać w ryzach Shawna i zapobiec rychłemu załamaniu jego kariery?

Trochę tych spin-offów dałoby się napisać, choć mam spore wątpliwości, czy Kempowi gdziekolwiek by się jeszcze chciało starać (choć przypominam, że nie grał tak źle w Ohio). Z kolei Ponaddźwiękowcy byli skazani na obniżenie lotów, bo żadna z ofert nie była lepsza niż w miarę trzeźwy Vin Baker (no, może poza tym mało realistycznym Chrisem Webberem).

Czyli bez szału, ale i tak chciałbym żyć w świecie, bez tych depresyjnych highlightów Shawna Kempa w koszulce Cavs…

Otagowane

Tree Rollins

Tree Rollins

Fun Fact: Wayne Monte Rollins, znany lepiej jako Drzewo, miał tak długą karierę, że nie będę nawet próbował porywać się na tekst ją streszczający (musiałbym się cofnąć do czasów bez linii rzutu za trzy punkty). Ewentualnie mogę się pokusić o streszczenie jednozdaniowe: Tree był bardzo dobry w blokowaniu rzutów (zajął drugie miejsce w pierwszym w historii głosowaniu na Obrońcę Roku w 1983 roku, a w następnym sezonie wywalczył sobie miejsce w All-Defensive 1st Team) i kiedyś ugryzł Danny’ego Ainge’a.

Skoro z grubsza załatwiliśmy jednym zdaniem 12 pierwszych sezonów gry, to możemy poświęcić chwilę następnym sześciu, przypadającym na interesujący nas przedział czasowy. W latach 90. Rollins odgrywał rolę zmiennika, który miał dawać podstawowym centrom 5-10 minut odpoczynku. Dekadę zaczął w Cleveland, potem na jeden sezon dołączył do Złych Chłopców z Detroit, a kolejne dwa lata spędził w Houston. W 1993 roku zakończył karierę i został członkiem sztabu trenerskiego Orlando Magic. Kiedy jednak Greg Kite doznał kontuzji, trener Magików, Brian Hill, niewiele mówiąc wręczył swojemu współpracownikowi koszulkę Orlando i 10-dniowy kontrakt. Rollins przystał na propozycję i został grającym trenerem.

Tę podwójną rolę pełnił także w rozgrywkach 1994/95. To był jego osiemnasty sezon i pierwsza wizyta w Finałach NBA (choć w serii z Rockets nie zagrał nawet sekundy, to wcześniej zaliczył 14 playoffowych występów w tamtej kampanii), która zapewne ułatwiła mu decyzję o definitywnym odwieszeniu butów na kołek.

Dygresyjny Fun Fact a propos butów: Tree jest nie tylko ostatnim grającym trenerem w NBA, ale też ostatnim koszykarzem, który po parkietach tej ligi biegał w kultowych Chuckach Taylorach, czyli płóciennych trampkach Converse’a.

Fun Fact, ciąg dalszy: Co słychać u niego dzisiaj? Nie wiem, za to mogę Wam powiedzieć że jakieś 25 lat temu było u niego słychać rozmowy telefoniczne żony, której potajemnie podłożył podsłuch i dodatkowo sfałszował jej podpis na wniosku o pożyczkę pod zastaw domu.

Jeśli podsłuch kojarzy Wam się automatycznie – tak jak mi – z „The Wire”, to przejście do puenty będzie gładsze, bo w niej również pojawi się kultowy serial: rok temu Rollins grał samego siebie w Simpsonach – jako dwudziesty koszykarz NBA w historii. Odcinka nie oglądałem, ale nasz bohater dołączył w nim do armii drzew, która zaczęła zabijać ludzi. Spodziewam się, że Danny Ainge był jedną z pierwszych ofiar.

No dobra, jeszcze jeden Fun Fact, bo to dość zabawne i może nie być lepszej okazji, żeby o tym napisać: Z tym Dannym Ainge’em, to się nie skończyło na pogryzionym palcu. Tree Rollins jeszcze trzy lata później dał się wyprowadzić z równowagi ówczesnemu koszykarzowi Celtics. Ten moment nie został niestety utrwalony na taśmie, bo realizatorzy transmisji NBC z piątego meczu ćwierćfinału konferencji z 1986 roku go przegapili.

Zapamiętał go na szczęście Bill Walton.

Pod koniec trzeciej kwarty meczu, który miał zdecydować o awansie Bostonu do półfinału, Rollins był tak sfrustrowany, że po koszu Larry’ego Birda, zamiast wprowadzić piłkę do gry, cisnął nią z całej siły w twarz stojącego niedaleko Ainge’a. Wszystkich na moment zatkało, także sędziów, którzy nie użyli gwizdka. Choć nielicho oberwał w głowę, pierwszy oprzytomniał Danny, podbiegł do piłki, która została na boisku i – gdy inni wciąż patrzyli na sędziów – trafił trójkę. Hawks przegrali tamtą kwartę 6:36 (wynik po trzech ćwiartkach brzmiał 61:102), a to była wisienka na torturze.

Tu możecie obejrzeć całe tamto spotkanie. Opisany wyżej fragment dzieje się w pierwszej godzinie, dwunastej minucie i dziewiątej sekundzie wideo, ale z całej sekwencji wydarzeń widzimy tylko kończący ją rzut Ainge’a. Wcześniej NBC pokazało ławkę Celtics (która oczywiście składała się z pięciu bardzo białych ludzi).

Robert Horry w swoim debiutanckim sezonie był kolegą klubowym Rollinsa i parę lat temu wspominał, że Tree był jego mentorem i dużo go nauczył.

ZAISTE:

Choć trzeba przyznać, że i Danny Ainge wyniósł z incydentu z 1986 roku coś dla siebie.

Otagowane ,

MMJK NBA 90s TRADING CARDS – seria druga

Fun Fact: Nadszedł czas, żeby pokazać Wam drugą serię moich zmyślonych kart koszykarskich w całej okazałości.

Czytaj dalej
Otagowane ,

Jamie Feick

Fun Fact: Jamie to jeden z wymarłych gatunków – jednowymiarowy koszykarz, który we współczesnej NBA czułby się jak twój stary na tik toku. Feick nie stał w kolejce, gdy Bóg rozdawał koszykarski talent, ale gdyby ten gość, który kiedyś przebrał się za Michaela Jordana, w trakcie wydawki taki talent upuścił, to nasz bohater prawdopodobnie wygrałby walkę o zbiórkę.

Feicka na boisku nie interesowało nic więcej poza zbieraniem piłki. Do ofensywy przykładał tyle uwagi, co MJ do dobrostanu psychicznego kolegów z zespołu. W obronie też nie był orłem, co udokumentowała wydana w 1999 roku gra na Game Boya „NBA 3 on 3 Featuring Kobe Bryant”, w której był najgorszym graczem z defensywnym wskaźnikiem równym zero. Gracz z defensywą level 0 wygląda mniej więcej tak:

Brak finezji Jamie’ego nie dziwił, skoro uczył się on koszykówki grając w „barn ball”, czyli w zasadzie w futbol amerykański z obręczami, rozgrywany na klepisku stodoły, gdzieś na ohiowskiej wsi. Z tego samego powodu nie dziwiła też jednak zaciętość w podkoszowych przepychankach.

Pierwszy odcinek serialu „Rolnik szuka zbiórki” nie miał zbyt wartkiej akcji. Choć wybór w drafcie do NBA w 1996 roku był ogromny sukcesem gościa, w którym właśni trenerzy – zarówno w liceum, jak i na studiach – nie widzieli materiału na zawodowca, to pierwsze trzy lata spędził jako niewidoczny rezerwowy na ławkach, kolejno, Hornets, Spurs i Bucks (nie zagrał ani jednego spotkania w zespole, który wziął go w naborze z 48-ką, czyli w Sixers, spędził też trochę czasu w CBA i zagranicą). Nic dziwnego, że właśnie tak wygląda jeden z dwóch dostępnych obecnie na YouTube highlightów z czasów gry Feicka w NBA:

W tej części kariery najbardziej chwalebnym wyczynem było 41 meczów w barwach Spurs i dorzucenie cegiełki do heroicznej walki Ostróg o jedynkę w drafcie 1997.

Dopiero w drugim odcinku życie napisało mu nieco bardziej frapujący scenariusz. Po podpisaniu w marcu 1999 roku dziesięciodniowego kontraktu z New Jersey Nets, został bohaterem ich sezonu ogórkowego. Słabi i zdziesiątkowani kontuzjami Nets wpuścili go na boisko w 26 meczach, a w czternastu ostatnich spotkaniach tamtego lokautowego sezonu powierzyli rolę pierwszopiątkową. W tamtym okresie zaliczał ponad 13 zbiórek na mecz i nagle stał się jednym z najgorętszych podkoszowców bez kontraktu końca XX wieku. Latem odebrał m.in. telefon od Karla Malone’a, świeżo upieczonego podwójnego MVP i kolegi rednecka, który przekonywał go, że potrzebuje jego wsparcia w walce pod tablicami. Dzwonili też Clippersi i dawali 20 milionów dolarów, choć to wciąż były czasy, kiedy odbieranie telefonu od Clippersów mogło zdziałać dla twojej kariery równie wiele dobrego, co obejrzenie kasety wideo z „Ringu”. Feick ostatecznie odrzucił walkę o mistrzostwo z Jazz oraz lepsze pieniądze w Mieście Aniołów i podpisał się pod kontraktem od Nets, wartym 15 milionów płatnych w 6 lat.

I choć kolejny odcinek „Rolnik szuka zbiórki” już wjeżdża nam w lata zerowe, to warto jeszcze dodać na zakończenie, że w raju szybko pojawił się kłopoty. Feick dużo mówił o lojalności wobec Nets, ale podobno zrozumiał, że generalny menadżer John Nash obiecał mu miejsce w pierwszej piątce. Gdy okazało się, że trener Don Casey chce go trzymać na ławce, a na dodatek nie cofa się przed okazjonalnym przyklejaniem go do niej, mina Jamie’ego zrzedła.

Choć nadal był maszynką do zbiórek, mógł żałować, że nie jest zmiennikiem Karla Malone’a, a Jima McIlvaine’a. Niestety jego walka o minuty w rotacji Nets nie potrwała długo. Po sześciu meczach rozgrywek 2000/01 zakończył sezon ze względu na kontuzję Achillesa i już nigdy nie wrócił na boisko. Łapanie piłek zastąpił łapaniem ryb (wyczynowym), trenował zawodowo konie cuttingowe oraz reprezentację liceum, do którego sam kiedyś uczęszczał, a w końcu założył razem ze wspólnikiem firmę produkującą stalowe rury.

Nie wiem, jak się produkuje stalowe rury, ale myślę, że ten proces ma mniej więcej tyle polotu, co koszykówka w wydaniu Jamie’ego Feicka. W dobrym tego porównania znaczeniu.

Otagowane ,

MMJK NBA TRADING CARDS powracają!

Fun Fact: I znowu trochę siara, a trochę podjarka

Ponieważ inauguracyjna edycja wirtualnych kart koszykarskich stworzonych pod szyldem tego bloga spotkała się z zaskakująco pozytywnym odzewem, wracam z serią drugą!

Kompletną galerię kart wrzucę tutaj za tydzień, a na razie – tak jak poprzednio – proponuję Wam zabawę w otwieranie paczek…

Czytaj dalej
Otagowane ,