Author Archives: kostrzu

Shawn Kemp

Shawn Kemp

Fun Fact: Życie pisze najlepsze scenariusze, ale nie wszystkie kończy. Leżą sobie one w koszu historii, a razem z nimi niezliczone pomysły na ciąg dalszy. Ostatnio udałem się na taki właśnie śmietnik w poszukiwaniu różnych niewykorzystanych draftów dotyczących Shawna Kempa i offseason 1997 roku.

Choć z grubsza trade między Sonics, Bucks i Cavs miał sporo sensu dla wszystkich (Kemp dostał ukochane pieniążki, Vin Baker wreszcie mógł zagrać w playoffach, a Terrell Brandon i Tyrone Hill mogli uwolnić się od myśli szkoleniowej Mike’a Fratello, która była koszykarskim odpowiednikiem przyglądania się jak schnie farba), to spieprzył nam wszystkim końcówkę lat 90.

Czy więc zatem – zakładając, że nie było sposobu, aby zatrzymać Shawna w Seattle – życie nie miało na biurku lepszego scenariusza? Oto kilka alternatywnych wersji transferu Kempa na podstawie plotek sprzed 25 lat…

Kemp do Wizards za Chrisa Webbera
W pewnym momencie pojawiła się informacja, że Waszyngton może włączyć się w polowanie na Shawna, ale nic z niego nie wyszło, bo pod przykrywką konieczności wyrównania pensji C-Webba, Sonics mogli chcieć wcisnąć Wesowi Unseldowi Jima McIlvaine’a. Wizards nie byli zainteresowani przyjęciem byłego gracza, którego Seattle dopiero co przepłacili, a i pewnie Kemp – sfrustrowany zarobkami swojego bardzo białego kolegi – nie byłby super szczęśliwy, że musi zabrać go ze sobą do stolicy (to jakby latem 2022 roku, Brooklyn Nets do transferu Kevina Duranta dorzucili Steve’a Nasha i Seana Marksa). Unseld do tego wyżej cenił potencjał młodszego i mającego wieloletnią umowę Webbera, co jest bardzo zabawne, bo niecały rok później zamienił te zalety na osiem lat starszego i posiadającego wygasający kontrakt Mitcha Richmonda.

Kemp do Raptors za Marcusa Camby’ego
W linkowanym wcześniej artykule z Seattle Times była również mowa o wymianie za Camby’ego, której prawdopodobieństwo w czerwcu 1997 roku jeden z generalnych menadżerów oszacował na 70%. Alternatywna wersja tej wymiany to Shawn wędrujący do Kanady, Marcus trafiający do Denver i Antonio McDyess meldujący się w Deszczowym Mieście.

Kemp do Nuggets za Antonio McDyessa
Mignął mi gdzieś i taki wariant. Antonio był wtedy także na wylocie, ponieważ za rok stawał się niezastrzeżonym wolnym agentem i w Denver bano się, że ochoczo skorzysta z tej wolności (co zaiste zrobił, bo po transferze do Suns nie podpisał przedłużenia kontraktu i zawarł nową umowę… z Nuggets).

Kemp do Golden State za Joe Smitha
Choć brzmiało to bardziej jak spisany na kolanie pomysł autora wspominanego tekstu, Boba Sherwina, to czytamy, że choć Warriors klepnęliby deal bez mrugnięcia okiem, to w Seattle nie obeszłoby się bez kręcenia nosem i żądania dodatkowego kapitału koszykarskiego (kto wie, może udałoby się do transakcji włączyć Chrisa Mullina, który tego samego lata został oddany do Pacers?).

Kemp do Nets za Jaysona Williams i Jimmy’ego Jacksona
Choć ta propozycja pojawiła się w tekście źródłowym jako przykład słabych ofert otrzymywanych przez Sonics, możemy ją tu wymienić z kronikarskiego obowiązku. To faktycznie słaba oferta. Jackson ostatecznie przeszedł do historii jako ligowy tramp (12 różnych drużyn), który w kolejnych klubach zagrzewał bardzo mało czasu, a Williams… cóż, on równie mało czasu musiał zagrzać na kursie bezpiecznej obsługi broni palnej.

Kemp do Lakers za Eddiego Jonesa i Eldena Campbella
Lakers podobno ostrzyli sobie zęby na Kempa już przed draftem 1989 i sondowali dostępność Reignmana także latem 1997. Wymiana z nagłówka musiała by objąć jeszcze jakiegoś gracza Sonics, ale według Associated Press, zespołowi z Seattle zależałoby na pozyskaniu takiego power forwarda jak Campbell.

Kemp do Grizzlies za Shareefa Abdura-Rahima
Ta plotka zrodziła się z pięciodniowej wizyty Shareefa w Szmaragdowym Mieście, w trakcie której trenował w ośrodku należącym do Sonics i wystąpił w meczu charytatywnym Gary’ego Paytona.

Kemp do Bucks za Vina Bakera
Oczywiście pojawiła się i taka uproszczona wersja transferu, który ostatecznie doszedł do skutku, z Kempem lądującym bezpośrednio w stanie Wisconsin, obok Raya Allena i Glenna Robinsona.

Kemp do Bulls za Scottie’ego Pippena
Tak, ZNOWU.

Czy któreś z tych „co-by-było-gdybań” skończyło by się lepiej niż scenariusz, który życie zrealizowało? Na pewno bardzo ekscytująca wydaje się perspektywa połączenia Chrisa Webbera i Gary’ego Paytona (choć połączenie rok później C-Webba i Jasona Williamsa raczej nie ma sobie równych), ale moją wyobraźnię porusza także wizja Shawna wymieniającego się w Toronto adresami ulubionych fast foodów z Oliverem Millerem. Czy Kemp w Los Angeles Lakers, obok Shaquille’a O’Neala i Kobe’ego Bryanta, wróciłby do Finałów NBA (i czy backcourt Payton-Jones przechwycałby WSZYSTKIE piłki)? Gdyby George Karl w alternatywnym 1998 roku także objął posadę w Milwaukee z Kempem w składzie, to czy udałoby mu się utrzymać w ryzach Shawna i zapobiec rychłemu załamaniu jego kariery?

Trochę tych spin-offów dałoby się napisać, choć mam spore wątpliwości, czy Kempowi gdziekolwiek by się jeszcze chciało starać (choć przypominam, że nie grał tak źle w Ohio). Z kolei Ponaddźwiękowcy byli skazani na obniżenie lotów, bo żadna z ofert nie była lepsza niż w miarę trzeźwy Vin Baker (no, może poza tym mało realistycznym Chrisem Webberem).

Czyli bez szału, ale i tak chciałbym żyć w świecie, bez tych depresyjnych highlightów Shawna Kempa w koszulce Cavs…

Otagowane

Tree Rollins

Tree Rollins

Fun Fact: Wayne Monte Rollins, znany lepiej jako Drzewo, miał tak długą karierę, że nie będę nawet próbował porywać się na tekst ją streszczający (musiałbym się cofnąć do czasów bez linii rzutu za trzy punkty). Ewentualnie mogę się pokusić o streszczenie jednozdaniowe: Tree był bardzo dobry w blokowaniu rzutów (zajął drugie miejsce w pierwszym w historii głosowaniu na Obrońcę Roku w 1983 roku, a w następnym sezonie wywalczył sobie miejsce w All-Defensive 1st Team) i kiedyś ugryzł Danny’ego Ainge’a.

Skoro z grubsza załatwiliśmy jednym zdaniem 12 pierwszych sezonów gry, to możemy poświęcić chwilę następnym sześciu, przypadającym na interesujący nas przedział czasowy. W latach 90. Rollins odgrywał rolę zmiennika, który miał dawać podstawowym centrom 5-10 minut odpoczynku. Dekadę zaczął w Cleveland, potem na jeden sezon dołączył do Złych Chłopców z Detroit, a kolejne dwa lata spędził w Houston. W 1993 roku zakończył karierę i został członkiem sztabu trenerskiego Orlando Magic. Kiedy jednak Greg Kite doznał kontuzji, trener Magików, Brian Hill, niewiele mówiąc wręczył swojemu współpracownikowi koszulkę Orlando i 10-dniowy kontrakt. Rollins przystał na propozycję i został grającym trenerem.

Tę podwójną rolę pełnił także w rozgrywkach 1994/95. To był jego osiemnasty sezon i pierwsza wizyta w Finałach NBA (choć w serii z Rockets nie zagrał nawet sekundy, to wcześniej zaliczył 14 playoffowych występów w tamtej kampanii), która zapewne ułatwiła mu decyzję o definitywnym odwieszeniu butów na kołek.

Dygresyjny Fun Fact a propos butów: Tree jest nie tylko ostatnim grającym trenerem w NBA, ale też ostatnim koszykarzem, który po parkietach tej ligi biegał w kultowych Chuckach Taylorach, czyli płóciennych trampkach Converse’a.

Fun Fact, ciąg dalszy: Co słychać u niego dzisiaj? Nie wiem, za to mogę Wam powiedzieć że jakieś 25 lat temu było u niego słychać rozmowy telefoniczne żony, której potajemnie podłożył podsłuch i dodatkowo sfałszował jej podpis na wniosku o pożyczkę pod zastaw domu.

Jeśli podsłuch kojarzy Wam się automatycznie – tak jak mi – z „The Wire”, to przejście do puenty będzie gładsze, bo w niej również pojawi się kultowy serial: rok temu Rollins grał samego siebie w Simpsonach – jako dwudziesty koszykarz NBA w historii. Odcinka nie oglądałem, ale nasz bohater dołączył w nim do armii drzew, która zaczęła zabijać ludzi. Spodziewam się, że Danny Ainge był jedną z pierwszych ofiar.

No dobra, jeszcze jeden Fun Fact, bo to dość zabawne i może nie być lepszej okazji, żeby o tym napisać: Z tym Dannym Ainge’em, to się nie skończyło na pogryzionym palcu. Tree Rollins jeszcze trzy lata później dał się wyprowadzić z równowagi ówczesnemu koszykarzowi Celtics. Ten moment nie został niestety utrwalony na taśmie, bo realizatorzy transmisji NBC z piątego meczu ćwierćfinału konferencji z 1986 roku go przegapili.

Zapamiętał go na szczęście Bill Walton.

Pod koniec trzeciej kwarty meczu, który miał zdecydować o awansie Bostonu do półfinału, Rollins był tak sfrustrowany, że po koszu Larry’ego Birda, zamiast wprowadzić piłkę do gry, cisnął nią z całej siły w twarz stojącego niedaleko Ainge’a. Wszystkich na moment zatkało, także sędziów, którzy nie użyli gwizdka. Choć nielicho oberwał w głowę, pierwszy oprzytomniał Danny, podbiegł do piłki, która została na boisku i – gdy inni wciąż patrzyli na sędziów – trafił trójkę. Hawks przegrali tamtą kwartę 6:36 (wynik po trzech ćwiartkach brzmiał 61:102), a to była wisienka na torturze.

Tu możecie obejrzeć całe tamto spotkanie. Opisany wyżej fragment dzieje się w pierwszej godzinie, dwunastej minucie i dziewiątej sekundzie wideo, ale z całej sekwencji wydarzeń widzimy tylko kończący ją rzut Ainge’a. Wcześniej NBC pokazało ławkę Celtics (która oczywiście składała się z pięciu bardzo białych ludzi).

Robert Horry w swoim debiutanckim sezonie był kolegą klubowym Rollinsa i parę lat temu wspominał, że Tree był jego mentorem i dużo go nauczył.

ZAISTE:

Choć trzeba przyznać, że i Danny Ainge wyniósł z incydentu z 1986 roku coś dla siebie.

Otagowane ,

MMJK NBA 90s TRADING CARDS – seria druga

Fun Fact: Nadszedł czas, żeby pokazać Wam drugą serię moich zmyślonych kart koszykarskich w całej okazałości.

Czytaj dalej
Otagowane ,

Jamie Feick

Fun Fact: Jamie to jeden z wymarłych gatunków – jednowymiarowy koszykarz, który we współczesnej NBA czułby się jak twój stary na tik toku. Feick nie stał w kolejce, gdy Bóg rozdawał koszykarski talent, ale gdyby ten gość, który kiedyś przebrał się za Michaela Jordana, w trakcie wydawki taki talent upuścił, to nasz bohater prawdopodobnie wygrałby walkę o zbiórkę.

Feicka na boisku nie interesowało nic więcej poza zbieraniem piłki. Do ofensywy przykładał tyle uwagi, co MJ do dobrostanu psychicznego kolegów z zespołu. W obronie też nie był orłem, co udokumentowała wydana w 1999 roku gra na Game Boya „NBA 3 on 3 Featuring Kobe Bryant”, w której był najgorszym graczem z defensywnym wskaźnikiem równym zero. Gracz z defensywą level 0 wygląda mniej więcej tak:

Brak finezji Jamie’ego nie dziwił, skoro uczył się on koszykówki grając w „barn ball”, czyli w zasadzie w futbol amerykański z obręczami, rozgrywany na klepisku stodoły, gdzieś na ohiowskiej wsi. Z tego samego powodu nie dziwiła też jednak zaciętość w podkoszowych przepychankach.

Pierwszy odcinek serialu „Rolnik szuka zbiórki” nie miał zbyt wartkiej akcji. Choć wybór w drafcie do NBA w 1996 roku był ogromny sukcesem gościa, w którym właśni trenerzy – zarówno w liceum, jak i na studiach – nie widzieli materiału na zawodowca, to pierwsze trzy lata spędził jako niewidoczny rezerwowy na ławkach, kolejno, Hornets, Spurs i Bucks (nie zagrał ani jednego spotkania w zespole, który wziął go w naborze z 48-ką, czyli w Sixers, spędził też trochę czasu w CBA i zagranicą). Nic dziwnego, że właśnie tak wygląda jeden z dwóch dostępnych obecnie na YouTube highlightów z czasów gry Feicka w NBA:

W tej części kariery najbardziej chwalebnym wyczynem było 41 meczów w barwach Spurs i dorzucenie cegiełki do heroicznej walki Ostróg o jedynkę w drafcie 1997.

Dopiero w drugim odcinku życie napisało mu nieco bardziej frapujący scenariusz. Po podpisaniu w marcu 1999 roku dziesięciodniowego kontraktu z New Jersey Nets, został bohaterem ich sezonu ogórkowego. Słabi i zdziesiątkowani kontuzjami Nets wpuścili go na boisko w 26 meczach, a w czternastu ostatnich spotkaniach tamtego lokautowego sezonu powierzyli rolę pierwszopiątkową. W tamtym okresie zaliczał ponad 13 zbiórek na mecz i nagle stał się jednym z najgorętszych podkoszowców bez kontraktu końca XX wieku. Latem odebrał m.in. telefon od Karla Malone’a, świeżo upieczonego podwójnego MVP i kolegi rednecka, który przekonywał go, że potrzebuje jego wsparcia w walce pod tablicami. Dzwonili też Clippersi i dawali 20 milionów dolarów, choć to wciąż były czasy, kiedy odbieranie telefonu od Clippersów mogło zdziałać dla twojej kariery równie wiele dobrego, co obejrzenie kasety wideo z „Ringu”. Feick ostatecznie odrzucił walkę o mistrzostwo z Jazz oraz lepsze pieniądze w Mieście Aniołów i podpisał się pod kontraktem od Nets, wartym 15 milionów płatnych w 6 lat.

I choć kolejny odcinek „Rolnik szuka zbiórki” już wjeżdża nam w lata zerowe, to warto jeszcze dodać na zakończenie, że w raju szybko pojawił się kłopoty. Feick dużo mówił o lojalności wobec Nets, ale podobno zrozumiał, że generalny menadżer John Nash obiecał mu miejsce w pierwszej piątce. Gdy okazało się, że trener Don Casey chce go trzymać na ławce, a na dodatek nie cofa się przed okazjonalnym przyklejaniem go do niej, mina Jamie’ego zrzedła.

Choć nadal był maszynką do zbiórek, mógł żałować, że nie jest zmiennikiem Karla Malone’a, a Jima McIlvaine’a. Niestety jego walka o minuty w rotacji Nets nie potrwała długo. Po sześciu meczach rozgrywek 2000/01 zakończył sezon ze względu na kontuzję Achillesa i już nigdy nie wrócił na boisko. Łapanie piłek zastąpił łapaniem ryb (wyczynowym), trenował zawodowo konie cuttingowe oraz reprezentację liceum, do którego sam kiedyś uczęszczał, a w końcu założył razem ze wspólnikiem firmę produkującą stalowe rury.

Nie wiem, jak się produkuje stalowe rury, ale myślę, że ten proces ma mniej więcej tyle polotu, co koszykówka w wydaniu Jamie’ego Feicka. W dobrym tego porównania znaczeniu.

Otagowane ,

MMJK NBA TRADING CARDS powracają!

Fun Fact: I znowu trochę siara, a trochę podjarka

Ponieważ inauguracyjna edycja wirtualnych kart koszykarskich stworzonych pod szyldem tego bloga spotkała się z zaskakująco pozytywnym odzewem, wracam z serią drugą!

Kompletną galerię kart wrzucę tutaj za tydzień, a na razie – tak jak poprzednio – proponuję Wam zabawę w otwieranie paczek…

Czytaj dalej
Otagowane ,

Greg Foster

Greg Foster

Fun Fact: Najbardziej pamiętny artykuł z magazynu Pro-Basket to moim zdaniem tekst o tatuażach w NBA. Już pierwsze jego zdanie to być może najlepsze pierwsze zdanie w historii piśmiennictwa:

Greg Ostertag paraduje z Fredem Flinstonem, wykonującym wsad.

Potem dostajemy jeszcze więcej ciekawostek na temat tego kto, co i gdzie uwiecznił na swoim ciele.

Nagrodę za najgłupszy tatuaż wymieniony w tamtym tekście zdobył Cherokee Parks, mający na plecach wydziaraną twarz, której usta otwierają się przy schylaniu (miał także czaszkę z zielonego jabłka na łydce). Nagrodę za najbardziej oczywisty tatuaż zgarnia z kolei Doug Christie, który miał na ramieniu wytatuowaną twarz znanej z chorobliwej zazdrości żony Jackie (a w zasadzie pół twarzy żony i pół twarzyczki córki). W kategorii „Business in front, party in the back” tryumfował z kolei Michael Cage – posiadacz złożonych w geście modlitwy rąk na ramieniu i róży na pośladku.

I choć mógłbym ciągnąć tę galę wręczania nagród w nieskończoność, to odsyłam Was do lektury oryginalnego tekstu Chrisa Sheridana, a ja wytknę mu jego największą wadę: ani słowa o tym, że Greg Foster ma na lewym ramieniu wytatuowany napis „BOWIE”, bo znajomi z liceum (wśród nich Gary Payton) powtarzali mu, że jest podobny do Sama Bowiego

Pozwolę to skomentować samemu Fosterowi:

Byłem młodym, durnym chłopakiem.

Cóż, przynajmniej nie wytatuował sobie napisu „Bowie” po chińsku.

Greg to reprezentant drugiego garnituru ligowych podkoszowców, który dzięki zadziorności, chęci do odwalania czarnej roboty oraz przyzwoitemu rzutowi, utrzymał się w lidze 13 sezonów. Karierę zaczynał jednak, po wyborze z 35. numerem draftu 1990, od dwóch sezonów (i 10 meczów kolejnej kampanii) w Washington Bullets. Jego trener Wes Unseld także nie był fanem decyzji swojego debiutanta i twierdził, że gdyby Foster wydziarał sobie napis „Wes”, dostawałby więcej minut.

Nasz bohater ze swoim tatuażem i z bohaterem swojego tatuażu, wygląda mniej więcej tak:

Oto statystyki obydwu panów w bezpośrednich starciach:

Regular Season Table
Player G W L GS MP FG% FT% TRB AST STL BLK TOV PF PTS
Greg Foster1165012.6.447.5002.40.70.00.20.92.14.3
Sam Bowie1156829.6.407.7786.52.50.41.51.92.710.3
Provided by Stathead.com: View Stathead Tool Used
Generated 5/28/2022.

Cóż, nie ma tu niczego godnego wytatuowania, a przynajmniej nie według standardów nie należących do Grega Fostera.

A morał z tej historii jest taki: Sam Bowie to zły wybór nie tylko podczas draftu NBA.

Otagowane ,

Steve Colter

Steve Colter

Fun Fact: Steve Colter chyba nie był najgorętszym koszykarskim nazwiskiem, ale około siedmiu lat temu stał się tak-jakby-trendy, gdy Isiah Thomas wspomniał o nim podczas jednego z programów z serii „Open Court”. Zeke odpowiadał wówczas na pytanie o przeciwnika, którego najtrudniej mu się kryło i wskazał właśnie Coltera.

Mniej więcej w tym samym czasie samo NBA wrzuciło na YouTube kompilację zagrań Steve’a, wyróżniając go w ramach obchodów 30-lecia kultowego Draftu 1984. Colter, wybrany z pickiem numer 33 był jednym z tych picków, którego Portland tamtego wieczoru nie zepsuło (obok Jerome’a Kerseya). Już w drugim sezonie gry doczekał się promocji do pierwszej piątki, której backcourt tworzył razem z także dopiero walczącym o stałe miejsce w wyjściowym składzie, Clyde’em Drexlerem. To właśnie wtedy rozegrał swoją najlepszą kampanię, notując średnio po niecałe 9 punktów i ponad 3 asysty w każdym spotkaniu.

Gdy Steve grał w Portland, generalnym menadżerem Trail Blazers był Jon Spoelstra, a jednym z jego największych fanów – mały Erik Spoelstra. Pewnego razu Colter odwiedził dom przyszłego trenera Miami Heat i zgodził się na pojedynek jeden-na-jeden, w trakcie którego zadunkował nad dzieciakiem i złamał jego kosz.

Jeśli Steve zastanawiał się, co by było, gdyby jego drużyna wybrała drafcie nie Sama Bowie, a Michaela Jordana, to przekonał się o tym już w kolejnym sezonie. W dniu draftu – za łącznie trzy picki drugorundowe – trafił do Chicago Bulls. Nie wiadomo, czy zniszczona obręcz w domu GM-a odegrała w tej decyzji jakąś rolę.

Okoliczności tego transferu raczej nie ułatwiały Colterowi odnalezienia się w nowej sytuacji. Byki miały dziewiąty pick w Drafcie 1986 i fani nie mogli uwierzyć we własne szczęście, że do wzięcia jest jeszcze gwiazdor uczelni Duke, Johnny Dawkins, którego przymierzano w NBA do roli point guarda. Jerry Krause nie widział go jednak w backcourcie przyszłości obok Jordana i wybrał Brada Sellersa, który NIKOGO.

Generalny menadżer Bulls, który chwilę po wyborze był do dyspozycji prasy, próbował wytłumaczyć swoją decyzję (Dawkins nie był rasowym point guardem i był niezwykle chudy), ale ani fani, ani Michael Jordan (który podobno podczas letniego sparingu zdążył nawet obiecać Dawkinsowi, że Bulls go wybiorą), nie byli zadowoleni. Przyciśnięty przez dziennikarzy Krause zdradził, że ma dogadaną wymianę za bardzo dobrego rozrywającego. Jeszcze tego samego dnia pozyskał Coltera, co było ruchem jak z tego memu: „Mamo, chcę point guarda! Mamy point guarda w domu. Point guard w domu: Steve Colter”.

Nasz bohater zaczął sezon w pierwszej piątce, ale wytrzymał w niej 18 spotkań, a cała przygoda z Chicago skończyła się po 27 meczach, transferem do 76ers (za Sedale’a Threatta). Podejrzewam, że gdy dowiedział się, iż nie musi już znosić ciągłej krytyki Jordana, jego oddech ulgi słychać było w kosmosie. Krause nie mylił się kompletnie w ocenie potencjału Dawkinsa. Nigdy nie został gwiazdą (choć kontuzje miały tu coś do powiedzenia), ale z pewnością fani Bulls musieli zgrzytać zębami obserwując jego produktywne pierwsze sezony w San Antonio.

Niecały rok po przejściu do Filadelfii, Colter znów zmienił barwy klubowe. Po zwolnieniu przez Sixers, zahaczył się w składzie Bullets, w którym spędził łącznie prawie trzy sezony.

Właśnie tam zastały go lata dziewięćdziesiąte. Jako 28-latek znów musiał pakować manatki, tym razem wybierając się w drogę do Sacramento, w którym ze względu na kontuzję kostki i operację, rozegrał tylko 19 spotkań. Ilustrująca ten wpis karta pochodzi z sezonu 1994/95. To był powrót Coltera do NBA po trzech sezonach w CBA, lidze chorwackiej i filipińskiej. Miał wtedy 32 lata, pojawił się na boisku 57 razy, siedmiokrotnie od pierwszej minuty, a potem wystąpił w 4 meczach playoffs i to by było na tyle.

W całej karierze, Steve Colter grał przeciwko Isiah Thomasowi 21 razy. Zdobywał w tych meczach średnio po 8 punktów. Dlaczego więc Thomas tak bardzo się go bał? Bo nie potrafił poradzić sobie z jego popisowym zwodem, polegającym na zmianie kierunku ataku w stronę inną, niż sugerowałaby to noga wykroczna.

W ten właśnie sposób, Colter dorobił się ksywki „koślawa noga”.

Pewnie „dziwne czoło” było już zajęte.

Otagowane

Jermaine O’Neal

Jermaine O'Neal

Fun Fact: Niewiele brakowało, a Jermaine O’Neal dołączyłby do grupy koszykarzy, których wielki talent nie został zrealizowany przez wypadek drogowy we wczesnej fazie kariery. Miał jednak więcej szczęścia niż Bobby Hurley czy Jay Williams (albo Dontonio Wingfield). Oraz anioła stróża.

27 października 1997 roku drugoroczny podkoszowy Blazers wracał z lotniska do domu po wyjazdowym starciu z Timberwolves. Jego Lexus został staranowany przez inny samochód i wylądował w rowie. Winny wypadku kierowca uciekł z miejsca zdarzenia, zostawiając koszykarza uwięzionego w swoim aucie. Poturbowany i zszokowany O’Neal bał się, że samochód wybuchnie, ale był w stanie się wydostać. Nagle, znikąd, pojawił się tajemniczy mężczyzna, wyciągnął wielkoluda z Lexusa na trawnik i bez słowa zniknął. Zszokowany Jermaine ani nie przyjrzał się jego twarzy, ani nawet nie powiedział „dziękuję”. O ile się nie mylę, właściciel pomocnej dłoni nie został do dziś zidentyfikowany, choć zarówno O’Neal i jego mama wierzyli, że był to anioł.

O’Neal na szczęście doznał tylko stłuczenia lewego barku i podudzia oraz rozcięcia w okolicy lewego oka, na którą założono sześć szwów, i już 13 dni później wystąpił w meczu NBA. W tamtym sezonie więcej spotkań opuścił z powodu decyzji trenera, niż przez wypadek samochodowy. Jermaine O’Neal tkwił cztery lata w koszykarskim rowie, uwięziony w składzie z ambicjami mistrzowskimi, w którym na jego pozycji nie brakowało sprawdzonych podkoszowców, takich jak Rasheed Wallace, Brian Grant, Arvydas Sabonis, ale więcej minut dostawali także Gary Trent i Kelvin Cato. „Aniołem” w tej sytuacji został GM Indiany, Donnie Walsh, który w 2000 roku, bez większego wahania, oddał za niego Dale’a Davisa (świeżo upieczonego All-Stara, który zresztą notował raptem średnio ok. 6 punktów i zbiórek więcej niż grający po 12 minut w meczu JO). Reszta jest historią, której fani Blazers raczej nie lubią wspominać.

My za to powspominajmy Jermaine’a zapisującego się w historii ligi jako najmłodszy gracz NBA z 20 punktami w meczu (miał wtedy 18 lat i 101 dni):

(Gdybyście się zastanawiali to ostatni kosz O’Neala nie dał Blazers zwycięstwa, Hersey Hawkins na 2.6 sekundy przed końcem ustalił końcowy wynik trafiając spod kosza).

Scot Pollard

Fun Fact: With the first pick in the 1997 NBA Draft, the San Antonio Spurs select… Scot Pollard from the University of Kansas…

Wiecie, że istnieje świat równoległy, w którym David Stern wypowiedział takie zdanie? Świat ten zrodził się – na krótką chwilę, ale jednak – w głowie Gregga Popovicha.

A przynajmniej tak twierdzi sam Pop, znany dokładnie z takiego poczucia humoru, które obejmuje mówienie rzeczy w stylu „rozważałem wybór w drafcie Scota Pollarda zamiast Tima Duncana„. Trzeba też pamiętać, że gdy coach Spurs wypowiadał poniższe słowa, Pollard był jakieś półtora metra dalej.

To prawdziwa historia. Uwielbiałem sposób w jaki grał Scot. Timmy był naprawdę ułożony i grzeczny, więc zastanawiałem się, ‚Czy to się przełoży? Czy będzie wystarczająco twardy?’ […] A tymczasem Scot Pollard wychodził na boisko i kopał wszystkim tyłki. Tak że rozmawialiśmy o tym, ale muszę przyznać, że nie była to długa rozmowa.

Tak, brzmi jak żart, ale:

– to nie Pop zaczął temat, a dziennikarz Pacers.com, który słyszał na ten temat plotki;

– nigdzie nie jest napisane, kiedy debata Pollard vs Duncan miała miejsce – nikt nie twierdzi, że pięć minut przed draftem 1997, ani nawet, że już po tym, jak Spurs wylosowali jedynkę;

– tę anegdotę podano jako fakt w książce „100 Things Spurs Fans Should Know and Do Before They Die”, więc można uznać, że jest to na tyle „fun” fakt, że nikt nie chce go kwestionować, więc i ja nie będę, zwłaszcza, że bardzo chcę żyć w rzeczywistości, w której Gregg Popovich rozważał, nawet przez ułamek sekundy, wybór w drafcie Scota Pollarda zamiast Tima Duncana.

W każdym razie w 100% wierzę Popowi, gdy opowiada, że odpuścił obserwowanie z pierwszego rzędu loterii draftu, bo wolał zostać w namiocie z cateringiem, jedząc burgery i pijąc piwo.

Wierzę też, że Scot – ze swoimi sarkazmem, zwariowanymi fryzurami, grą w pomalowanych paznokciach, nie do końca poważnym podejściem do koszykówki i mordowaniem nastolatków siekierą – byłby dla Popa świetnym towarzyszem w jedzeniu burgerów i picia piwa.

Otagowane

Steve Smith

Steve Smith

Fun Fact: Moja lista najlepszych podwójnych dunków w historii nie jest długa. Numerem jeden jest Robert Horry (który, dla wyrównania kosmicznej równowagi miał w karierze także ujemny dunk)…

…numerem trzy – JaVale McGee…

…a pomiędzy nimi plasuje się dzisiejszy bohater, Steve Smith:

Zawsze mi się wydawało, że Smith spudłował pierwszą próbę – pamiętam tę akcję, z innego ujęcia kamery, z jednego z przerywników (dublet Horry’ego też tam jest!). Odpaliłem go sobie jeszcze raz, w zwolnionym tempie, i faktycznie, Steve po prostu od niechcenia postanowił, że zakończy akcję dwoma wsadami. Czego nie rozumiesz?

To jednak nie jedyny przypadek, gdy Smith próbował przesuwać granice boiskowej rzeczywistości w dość kreatywny sposób. Raz próbował doprowadzić do dogrywki takim oto to-nie-może-być-dozwolone-ale-warto-spróbować trickiem:

Oczywiście i tak nie zdążyłby w dwie dziesiąte sekundy zdobyć punktów, ale touché.

Smith miał opinię „nowego Magica”, poza boiskiem interesował się magią, a na boisku robił sztuczki. Nic dziwnego, że gdy w październiku 1993 Miami Herald ogłosił plebiscyt na ksywkę dla rozgrywającego Heat, a czytelnicy nadesłali 852 różne propozycje, Steve wybrał spośród nich przydomek „Tricky”. I choć publicznie zażądał, by go tak nazywać, to ksywka zupełnie się nie przyjęła. Przejechali się po niej i dziennikarze, i koledzy z zespołu. Ci pierwsi starali się przeforsować „Steve The Weave”, a Ci drudzy, w ogóle się nie starali. „His nickname is ‚Smooth Steve.’ The man’s smooth.” – miał wtedy powiedzieć Manute Bol, który podobno zabił kiedyś lwa włócznią, bo pewnie nie wymyślił niczego lepszego.

No i tak Steve Smith został na całe życie Smittym.

Jakby miał na nazwisko Kostrzewa, to pewnie zostałby Kostrzem.

Otagowane