Category Archives: Karty

Stanley Roberts

Stanley Roberts

Na samym początku wiosennego lockdownu oglądałem jakąś wideokonferencję z koszykarską śmietanką lat dziewięćdziesiątych (nie pamiętam tylko pod jakim szyldem był ten program), na której co prawda było więcej śmiechu i niezręczności wynikających z kilkunastu dziadów próbujących gadać online niż treści, ale jeden temat przykuł moją uwagę.

Ktoś – o ile się nie mylę, Charles Barkley – zadał pozostałym pytanie o koszykarza, który najbardziej ich rozczarował. On sam opowiedział o Kennym Greenie, kolesiu, który został wybrany w drafcie przez Bullets o jedno miejsce przed Karlem Malone’em i trafił do Philly w trakcie swojego debiutanckiego sezonu. Sir Charles po tym, co widział w jego wykonaniu na treningach, był przekonany, że Green może stać się gwiazdą, ale skończyło się raptem na 40 meczach w koszulce 76ers i pożegnaniem na dobre z NBA przed 23. urodzinami.

Właśnie znalazłem brudnopis, w którym zapisałem sobie odpowiedzi kilku innych uczestników rozmowy i trzeba przyznać, że nie brakuje tu klasyków.

Shaquille O’Neal wskazał Stanleya Robertsa, z którym miał bardzo skomplikowaną relację. Trochę czasu poświęca jej nawet w swojej książce „Shaq bez cenzury”, a którą ja sam, na „innym serwisie sportowym” streściłem następująco:

Stanley Roberts jest jednym z największych zmarnowanych talentów lat 90. Gdy grał razem z O’Nealem na LSU, mówiono, że będzie lepszym koszykarzem niż Shaq – był równie potężny i atletyczny, ale w odróżnieniu od młodszego kolegi potrafił też rzucać z dystansu. Niestety połączenie tego talentu i oczekiwań wobec jego osoby w połączeniu z chorobliwą dobrotliwością Robertsa, jego lenistwem i słabością do imprezowania sprawiła, że po paru latach w lidze tonął w długach i tłuszczu. A wszystko zaczęło się już na uniwerku. Shaq przyznał, że bardzo lubił Stanleya, bo po prostu nie dało się go nie lubić, ale fakt, że jest tak dobry i tak bardzo ma to gdzieś doprowadzał go do szewskiej pasji (O’Neal na jednym z treningów zaatakował go metalowym koszem na śmieci). Jednocześnie „Diesel” przyznaje, także w książce, że to dzięki Robertsowi jest tym kim jest – że to jego obecność w LSU, rywalizacja o miejsce w składzie i opinie o jego wyższości popchnęły O’Neala do jeszcze cięższej pracy nad sobą. Tyle wiemy z biografii. Ja natomiast żałuję, że O’Neal nie wspomniał, że jego znienawidzony najlepszy kumpel został także wybrany w drafcie przez Orlando Magic – miało to miejsce rok przed wyborem Shaquille’a. Roberts, który przez rok między opuszczeniem uczelni a podpisaniem kontraktu w NBA zdążył już zrobić się grubaskiem, miał całkiem udany sezon debiutancki, ale do ponownego połączenia sił dwóch gigantów nie doszło, bo parę miesięcy po drafcie 1992, Roberts został oddany do Los Angeles Clippers. Zawsze mnie ciekawiło jak z tym transferem było naprawdę, bo krążą na ten temat różne opinie. Czy to sam Stanley poprosił o wymianę (miał w kontrakcie opcję zawetowania każdego transferu jednak jej nie użył)? Czy może to sprawka Shaqa? Mówi się, że O’Neal, który w LSU nie grywał w pierwszej piątce dopóki w składzie był Roberts i zawsze ciężko grało mu się przeciw niemu na treningach (a także później w NBA), bał się, że w Magic Stanley też udowodni swoją wyższość. Ot, niuans, ale jak wspomniałem – nie do końca wyjaśniony i biografia Shaqa niestety także marnuje tę okazję.

Dominique Wilkins o złamanie mu koszykarskiego serca oskarża Antoine’a Carra, który zanim stał się misiowatym wujaszkiem z Utah Jazz, zapowiadał się niegdyś przez duże „Z”. Pierwsze sezony po wyborze z ósmym pickiem draftu 1983 przez Pistons spędził właśnie w Hawks (nie liczę sezonu w Olimpii Mediolan gdzie grał przez rok po zerwaniu negocjacji kontraktowych z Tłokami), którym nigdy nie udało się znaleźć drugiej gwiazdy do wsparcia Wilkinsa. Nie był nią też i Antoś, który przez pięć i pół roku nie potrafił się przebić do pierwszej piątki (potem przeszedł do Kings, gdzie przez 110 meczów w słabiutkiej drużynie rzucał po 20 punktów na mecz, po czym trafił do Spurs i już na dobre stał się zadaniowcem).

Na może nie do końca sprawiedliwą wzmiankę zasłużył też Rashard Lewis, którego wskazał Gary Payton. Lewis rozwinął się w gracza formatu all-star, ale The Glove najwyraźniej uważa, że stać go było na jeszcze więcej.

Karl Malone z kolei był rozczarowany Gregiem Ostertagiem, choć nie wiem jak można było na gościa patrzeć i mieć jakiekolwiek oczekiwania. Clyde Drexler oszczędził swoich kolegów z zespołu, za to napiętnował Isaiaha Ridera, o którego przypadku pisałem ostatnio dość wyczerpująco. Innym rozmówcą „wyróżniającym” zawodnika spoza swojej drużyny był Mitch Richmond, który mianem niewypału określił Ledella Eacklesa, łowcę punktów i kilogramów, o którym mam w szufladzie gotowy tekst i kto wie, czy już wkrótce go nie użyję.

Dwie ostatnie osoby, które odpowiedziały na pytanie Sir Charlesa to David Robinson i Glen Rice. Obydwaj wskazali dwa klasyczne przypadki, odpowiednio, Lloyda Danielsa (legenda streetballa, którą już na tych łamach opisywałem – według Admirała nie odniósł sukcesu w NBA bo po prostu „działo się w jego życiu zbyt wiele rzeczy”) i Harolda Minera (nigdy nie pozbył się piętna „Baby Jordana”, a Rice dodaje, że „nie potrafił się odnaleźć jako część drużyny”).

Moja pierwsza piątka niewypałów z lat 90? Gdyby brać pod uwagę subiektywną, a nie obiektywną skalę rozczarowania, to na parkiet wybiegłby taki skład:

PG – Shawn Respert

SG – Bo Kimble

SF – Harold Miner

PF – Robert Traylor

C – Chris Webber (od ulubionego zawodnika wymaga się najwięcej)

Jak ktoś ma ochotę się pożalić na swoje niespełnione koszykarskie miłości, to zapraszam do komentarzy.

Otagowane ,

Kenny Walker

Kenny Walker

Fun Fact: Moja ulubiona seria kart to Upper Deck 1991/92 (przykładowa karta posłużyła ostatnio za ilustrację do wpisu o Lesterze Connerze), ale dla wielu osób najbardziej ekscytującą serią z tamtych lat był inauguracyjny produkt koszykarski firmy Impel Marketing, wydany pod szyldem SkyBox Basketball 1990/91.

Impel – który zmienił oficjalnie nazwę na SkyBox International w 1992 roku – był jednostką wydzieloną z The Liggett Group Inc., jednego amerykańskich koncernów tytoniowych. Ta sama firma, która produkowała kartoniki z koszykarzami, dostarczała też do kiosków w USA Chesterfieldy i L&M-y (obydwie marki w 1999 roku przejął Phillip Morris).

A dlaczego ich karty były wyjątkowe? Jako pierwsi oparli design produktu na możliwościach programów graficznych (Photoshop debiutował w tym samym roku co SkyBox). Przełożyło się to na dość zwariowane jak na tamte czasy tła i szparowane sylwetki koszykarzy. Dziś kojarzy się to trochę z grafikami, jakie pod koniec lat 90. robiło się w Wordarcie, ale wówczas tamten design aspirował do bycia produktem premium. To, co doceniamy dziś tak samo jak trzydzieści (!) lat temu, to duże, często lifestyle’owe zdjęcia na odwrocie.

Zobaczcie zresztą sami, o co była cała ta heca:

Jak widać w powyższym materiale, Kenny Walker też był fanem unikatowej serii, a w szczególności swojego zdjęcia z tyłu. Nie dziwię się.

Kenny Walker - rewers karty

Rewersy tych kartoników możemy także uznać za pionierskie jeśli chodzi o koszykarską analitykę. Oprócz tradycyjnych statystyk dostajemy także dane w przeliczeniu na 48 minut i porównanie ze średnimi osiągami na danej pozycji.

W pamięć zapada jednak przede wszystkim strona wizualna (która moim zdaniem wypadła jeszcze lepiej w kolejnej edycji, 1991/92, reprezentowanej np. przez tę kartę Cliffa Robinsona… oraz przez duże ilości naraz swetrów i koszul). List miłosny do tej serii napisał kiedyś jeden z najpopularniejszych obecnie koszykarskich autorów – Shea Serrano.

SkyBox International funkcjonowało na rynku produktów kolekcjonerskich tylko pięć lat. W 1995 roku firma została kupiona przez… Marvela (który w tamtym czasie produkował już karty koszykarskie pod marką Fleer). Chyba najważniejsze wydarzenie w historii tego brandu miało miejsce w kwietniu 1992. SkyBox zatrudnił wówczas w roli swojego rzecznika Magic Johnsona. To był pierwszy kontrakt reklamowy, jaki zaoferowano gwieździe Lakers po tym, jak ogłosił światu, że jest nosicielem wirusa HIV.

I tak, o.

Przepraszam Kenny’ego Walkera, że trafił mu się tak mało koszykarski wpis, ale też jego kariera nie była aż tak bardzo ciekawa koszykarsko (poza wygraniem konkursu wsadów, rzecz jasna), zwłaszcza jak na piąty pick draftu (choć byli przed nim tacy, co skończyli jeszcze mniej ciekawie). Zresztą to nie pierwszy niekoszykarski wpis na temat Kenny’ego Walkera na tym blogu.

Otagowane

J.R. Rider

J.R. Rider

Fun Fact: Kariera J.R. Ridera (wiem, że poza samym początkiem kariery używał swojego imienia, ale przypomniałem sobie jak bardzo cool za dzieciaka wydawało mi się nazywanie się „J.R. Rider”, więc postanowiłem w tej notce posługiwać się tylko tą wersją) zaczęła się od pochwały Michaela Jordana, a skończyła na wypatroszeniu przez Kobe’ego Bryanta.

Co było pomiędzy? Dużo ekscytujących zagrań i zachwytów nad jego skocznością i siłą, ale jednak głównie żal. Żal, że taki talent marnuje się z powodu braku profesjonalnych nawyków, lenistwa, nałogów i trudnego charakteru wynikającego prawdopodobnie w równym stopniu z dawnych traum co z rozpieszczenia, jakiego doświadczają wybitnie utalentowane sportowo dzieciaki (choć warto wspomnieć, że trenerzy i koledzy podkreślają, iż przez większość czasu Rider był naprawdę sympatycznym gościem).

J.R. Rider był przez pewien czas moim ulubionym koszykarzem NBA i długo pozostawał numerem 2, ale nawet moje uczucia zaczęły szybko się ulatniać, gdy stało się jasne, że właściwie to jest gorącym kartoflem przerzucanym dalej, gdy zaczynał za bardzo parzyć. Po odejściu z Minnesoty w zasadzie było już prawie pewne, że nie będzie najlepszym shooting guardem ligi nie nazywającym się Jordan (ten tytuł był przez lata dziewięćdziesiąte cały czas do wzięcia).

A ten shooting guard, który nazywał się Jordan miał kiedyś powiedzieć jednemu z przyjaciół Ridera, że NBA „może być kiedyś jego (czyli J.R.’a – przyp. red) ligą”. Z takimi oczekiwaniami zaczynał karierę, kończył ją z kolei poza playoffowym składem Lakers w 2001, choć w trakcie sezonu regularnego był najlepszym strzelcem z ławki Jeziorowców (7.6 PPG). J.R. dostał mistrzowski pierścień, ale Phil Jackson nie chciał go w pobliżu drużyny w trakcie postseason. Choć Rider był już w zasadzie wypalony (przed 30tką!), na treningach ciągle próbował pokazać swoją wyższość nad 22-letnim Kobem. Ten w końcu nie wytrzymał i wyzwał Ridera na pojedynek 1-na-1. Oczywiście Bryant zdemolował J.R.’a ku uciesze kolegów z zespołu, którzy tak dobrze się bawili wyśmiewając byłego gracza Wolves, Blazers i Hawks (ha, założę się, że tej jego przygody nie pamiętacie!), że Rider podobno chciał się z nimi wszystkimi bić (zachęcam do przeczytania barwnego opisu całej sytuacji autorstwa tych, którzy byli wtedy w sali). Są tacy, którzy twierdzą, że Kobe zniszczył wtedy morale Ridera i stąd pominięcie przez Phila podczas kompletowania składu playoffowego. Jak tamten pojedynek wspomina sam J.R.? Oczywiście twierdzi, że nie był rozgrzany.

Co dziś dzieje się z Riderem? Mam nadzieję, że jest w miarę ogarnięty, co mogłyby sugerować newsy sprzed roku o posadzie asystenta trenera w jednym z liceów (choć z tego samego okresu pochodzą te doniesienia). Przewinął się ostatnio m.in. przez podcast Stephena Jacksona i Matta Barnesa i wyglądał w porządku, ma też własną szkółkę koszykarską Sky Rider. Trzeba jednak pamiętać w jakiej rozsypce był niecałe 10 lat temu, gdy powstał ten świetny tekst Paula Gackle’a z East Bay Express, który doskonale streszcza jego przygodę z zawodową koszykówką i nakreśla sytuację w jakiej dorastał oraz problemy, które czekały na niego po zakończeniu kariery (esencją jest chyba jedno zdanie, które przytaczam tutaj nie dosłownie: Riderowi bardziej zależało na doskonaleniu się w gangsterce niż w koszykówce).

No i nie zapominajmy, że J.R. był też raperem:

Gdybyś chciał opowiedzieć o NBA lat 90. na podstawie historii jednego koszykarza, J.R. Rider byłby dobrym wyborem.

Otagowane ,

Shawn Kemp

Shawn Kemp

Fun Fact: Pierwsza kioskowa seria Upper Deck kojarzy mi się z wakacjami. Dlatego kiedy widzę tę kartę – z jakiegoś powodu szczególnie tę, a nie inne – to od razu czuję jej zapach zaraz po wyjęciu z paczki, zmieszany z zapachem nadmorskiego powietrza (pierwsze kioskowe karty upolowałem na wakacjach), widzę przed oczami gdański falowiec a słyszę… cóż, może i słyszałbym szum morza, ale zagłuszają go dźwięki „Not in our house” i The Presidents Of The United States Of America:

Otagowane

Lester Conner

Lester Conner

Fun Fact: Był taki czas, kiedy uważałem Lestera Connera za najgorszego zawodnika NBA. Powyższa karta była jedną z pierwszych kupionych przeze mnie ever (już o tym tu wspominałem, ale nie przestaje mnie to bawić: kolega z klasy dostał kilkaset kart od ciotki z USA i nosił je w kartonie po Marlboro, z którego dealował na przerwach swoje upper decki). Wziąłem Connera bo był w najniższym przedziale cenowym, a ja już się wykosztowałem na Charlesa Oakleya, Kenny’ego Walkera, Trenta Tuckera i kilku innych zawodników, już nie z Knicks (pamiętam tylko Rona Harpera i Bo Kimble’a). No i w tym moim debiutanckim pakieciku Conner miał najgorsze statystyki na odwrocie, więc mój tok rozumowania był prosty – jeśli rzucasz tylko 3 punkty na mecz, to musisz być słaby.

(CIEKAWOSTKA: Najgorsza średnia zawodnika, który wystąpił w m.in. 80 meczach sezonu regularnego to 1.5 punktu DeSagany Diopa z rozgrywek 2002/03. Conner ze swoimi 3.5 PPG jest w takim rankingu dopiero na 35 miejscu).

Gdybym jednak przeanalizował tabelkę z rewersu tego kartonika to mógłbym zauważyć, że miewał w przeszłości bardzo przyzwoite sezony (jest na przykład jednym z jedynie trzech graczy w historii Nets – obok Jasona Kidda i Michaela Raya Richardsona – który notował w sezonie średnie na poziomie 10 punktów, 7 asyst, 4 zbiórek i 2 przechwytów), a poza tym – o czym wtedy nie mogłem wiedzieć, ceniony był za nieustępliwość w defensywie, dzięki której dorobił się ksywy „The Molester”.

Tak jest.

Lester The Molester.

Nie mogę się zdecydować czy to najlepsza koszykarska ksywka w historii, czy najgorsza, choć nie dziwię się jego mamie, która nie znosiła tego przydomku („nie ważcie się nazywać mojego dziecka molestantem!”).

Karta ilustrująca ten wpis była też moim pierwszym zetknięciem z koszykarzem w długich skarpetach, co w czasach przed Elliotem Perrym wydawało się dość ekstrawaganckie. Dla Connera było to jednak coś więcej niż stylówka – wszyscy jego koledzy z uniwerku Oregon State nosili podciągnięte getry, bo to ułatwiało im namierzanie się w boiskowym tłoku. To gwarantuje mu miejsce w backcourcie All-Noszę-Wysokie-Skarpetki-Ze-Względów-Praktycznych Team (na dwójce mamy Michaela Coopera, który nosił długie getry, żeby niedowidząca babcia mogła łatwiej odnaleźć go na parkiecie podczas oglądania transmisji, a na trójce Walta Williamsa twierdzącego, że podkolanówki wyeliminowały jego problemy z zapaleniami mięśni dookoła piszczeli – reszty pozycji na razie nie obsadziłem).

Fun Fact Poboczny: Lester jest jednym z 42 graczy, którzy w swojej karierze zakładali koszulki i Lakers, i Clippers (o ile wierzyć Wikipedii, samemu nie chciało mi się sprawdzać). Piszę o tym, bo dawno nie było okazji powspominać moich wakacji z Mike’iem Smrekiem, który jest innym członkiem tego klubu.

Otagowane

LaBradford Smith

LaBradford Smith

Fun Fact: Wiele jest historii o tym, że nie należy denerwować Michaela Jordana (a najlepiej to w ogóle najlepiej na niego nie patrzeć, nie wykonywać gwałtownych ruchów i oddychać równomiernie w jego towarzystwie, bo nigdy nie wiadomo, co może wziąć do siebie), ale bohaterem jednej z najbardziej nośnych jest oczywiście LaBradford Smith.

Oparłem się pokusie pisania o LaBradfordzie w trakcie emisji „The Last Dance„, bo wtedy pisali o nim wszyscy i właściwie nie miałem nic do dodania, także w kwestii dalszych losów Smitha, który później grał w Pruszkowie i Wrocławiu (skąd w końcu wyleciał za niesportowy tryb życia).

Co mam do dodania teraz? W sumie to niewiele, bo kariera Smitha była niestety na tyle krótka i nieciekawa, że tamte dwa kolejne spotkania z Bulls były jej jedynym znaczącym momentem. Smaczek, który czasem umyka, to fakt, że LaBradford był wielkim fanem MJ’a (nosił na jego cześć koszulkę z numerem 23, ale gdy trafił do Bullets był ona zajęta przez weterana Charlesa Jonesa) i był jednym z wielu „nowych Jordanów”, których szukaliśmy przez całe lata dziewięćdziesiąte.

Te 37 punktów ustrzelonych vis-a-vis idola musiało być dla Smitha spełnieniem marzeń, a bycie przez jeden wieczór nemesis Mike’a, pewnie nawet te marzenia przerosło.

Niestety szybko miało się okazać, że jedyne co miał wspólnego z Jordanem to ten jeden udany mecz, sprawność fizyczna (w liceum Smith skoczył wzwyż 209 centymetrów, czyli tyle, ile wynosi wciąż aktualny rekord świata kobiet Stefki Kostadinowej), miłość do baseballu (LaBradford w 1989 roku został nawet wybrany w drafcie MLB z numerem 1463 przez Toronto Blue Jays) i duże ego (na uniwerku, gdy miał zły mecz, potrafił tak się dąsać, że nie chciał świętować zwycięstwa z resztą drużyny, a kiedyś siostra Smitha, niegdysiejsza gwiazda amatorskiej koszykówki w Teksasie, przyłapała go na podziwianiu siebie w lustrze – powiedział jej wtedy: „założę się, że żałujesz, że jestem twoim bratem”).

Jego kariera wypaliła się szybciej niż papieros w pobliżu Żarko Paspalja. Gdy przychodził do ligi jako pick #19 w drafcie 1991, włodarze Bullets byli przekonani, że trafiła im się potencjalna gwiazda. Nic dziwnego, skoro naoglądali się takich highlightów:

Potem było jednak znacznie mniej ekscytująco, ale pierwszy mecz przeciw Bulls rozbudził zapewne na nowo dawne nadzieje, bo wieńczył serię pięciu spotkań, w których Smith notował 20.8 PPG. To zresztą nie był koniec przyzwoitej gry. Ogólnie między 10 a 26 marca, LaBradford zdobywał w każdym spotkaniu ponad 18 punktów przy skuteczności 50% z pola. Mimo tego, sporządzony po sezonie profil Smitha w jednej z publikacji na temat NBA był druzgoczący:

Rok później (po transferze do Kings, dla których w 59 meczach rzucał średnio po 5 punktów) nie było już go w NBA i choć Jordan po latach przyznał, że zmyślił historię o LaBradfordzie podchodzącym do niego i mówiącym „Dobry mecz, Mike”, to Smithowi zapewne nie zależy na dementowaniu tej anegdoty, bo dzięki niej stał się na zawsze częścią koszykarskiej legendy (choć warto dodać, że jest przynajmniej jedna osoba, która uważa, że tamtego dnia coś między Smithem i Jordanem zaszło).

Otagowane

Jon Koncak

Jon Koncak

Fun Fact: „Jon Kontrakt” jest jednym z 16 koszykarzy w historii NBA, którzy trafili wygrywającego mecz buzzer-beatera nie trafiając wcześniej żadnego innego rzutu z gry w danym spotkaniu. To był 19 stycznia 1993, Atlanta grała w Charlotte, a Koncak dał swojemu klubowi zwycięstwo dobijając, nieco po siatkarsku, nieudaną próbę Dominique’a Wilkinsa. Wcześniej drętwy center Hawks oddał cztery rzuty, wszystkie pudłując.

Ktoś nawet wrzucił na YouTube’a skrót tamtego meczu:

Oto pełna lista tych szesnastu graczy, którzy swój dorobek rzutowy z pola rozdziewiczali game-winnerem/buzzer-beaterem:

  • Randy Foye (2016 rok, skuteczność z pola 1-2)
  • Robert Traylor (2002, 1-4)
  • Milt Palacio (2000, 1-1)
  • Moochie Norris (2000, 1-3)
  • Chuck Person (2000, 1-1)
  • Robert Horry (1995, 1-5)
  • Elden Campbell (1993, 1-10)
  • Jon Koncak (1993, 1-5)
  • Ed Nealy (1988, 1-1)
  • Mike Sanders (1987, 1-2)
  • Johnny Moore (1982, 1-6)
  • Barry Clemens (1974, 1-1)
  • Bud Olsen (1967, 1-2)
  • Jim Tucker (1955, 1-6)
  • Carl Braun (1954, 1-?, brak danych dotyczących liczby oddanych rzutów z pola)
  • George Ratkovicz (1953, 1-?)

W tym gronie siedmiu gości tworzy jeszcze bardziej ekskluzywny klub – tych, którzy owym zwycięskim trafieniem równo z końcową syreną zdobyli swoje jedyne punkty w meczu (czyli nie trafili wcześniej rzutu wolnego). Są nimi Foye, Palacio, Traylor, Person, Horry, Koncak i Nealy.

Z kolei do Palacio, Persona i Nealy’ego należy wyczyn jeszcze rzadszy – oddanie tylko jednego rzutu w całym meczu i od razu w ostatniej sekundzie, po zwycięstwo (choć Clemens też był 1-1 z pola, ale trafił wcześniej dwa rzuty wolne).

A skoro już zanurkowaliśmy w te staty, oto jeszcze parę michałków:

  • W latach 90. odnotowano 121 game-winnerów/buzzer-beaterów (przy czym liczę tu także początek sezonu 1999/2000, którego zazwyczaj nie biorę po uwagę podając statystyki ograniczone tylko do lat 90. – bez niego byłoby tych przypadków o cztery mniej).
  • Pierwszy taki rzut w ninetiesach trafił 15 stycznia 1990 roku Trent Tucker (tak, to był TEN rzut), a ostatni – 30 grudnia 1999 roku – Terry Mills (tego rzutu akurat nie ma na YT, ale pierwszy game-winner/buzzer-beater w karierze Millsa wyglądał TAK).
  • W latach 90. najwięcej tego typu trafień zanotował – oczywiście – Michael Jordan. Miał ich siedem. Drugi na liście jest John Stockton z trzema trafieniami.
  • Jordan przewodzi też liście wszech czasów – łącznie wygrywał mecz równo z końcową syreną dziewięć razy. Za nim są Kobe Bryant i Joe Johnson (po 8 trafień), LeBron James i Paul Pierce (7) oraz Dwyane Wade, Vince Carter, Kevin Garnett, Gilbert Arenas i Andre Iguodala (5).
  • Autorem pierwszego GW/BB w historii był John Barr. To było jeszcze w czasach BAA, 10 grudnia 1946, a jego rzut dał St. Louis Bombers zwycięstwo nad Cleveland Rebels.

Jeśli ktoś chce sam zanurzyć się w historii game-winnerów/buzzer-beaterów, odsyłam do pełnego ich zestawienia na Basketball Reference.

Otagowane ,

Michael Finley

Michael Finley

Fun Fact: Kariera Michaela Finleya – ostatecznie piętnastoletnia, z dwoma występami w All-Star Game i mistrzostwem w 2007 roku – miała wspaniały początek, który przypadł właśnie na lata 90. Oto kolejne etapy jej wręcz przykładnego rozwoju:

1991 – Michael Finley prowadzi szkołę średnią Provisto East do mistrzostwa stanu Illinois, a chicagowska telewizja aranżuje spotkanie z jego idolem – Michaelem Jordanem – z którym ma zagrać jeden na jednego oraz w H.O.R.S.E.

MJ wygrał, ale rzucił na koniec: „Zagramy kiedyś rewanż. Do zobaczenia za jakieś pięć lat”.

1993 – Finley rzuca dla uniwerku Wisconsin po 22.1 punktu w każdym meczu, co czyni go drugim najlepszym strzelcem konferencji Big Ten za Glennem Robinsonem.

1995 – Michael kończy akademicką karierę z rekordem zdobytych punktów wśród graczy Wisconsin i zostaje wybrany z numerem 21 w drafcie przez Phoenix Suns. Sezon zwieńczy powołanie do All-Rookie 1st Team.

1996 – spełnia się przepowiednia Jordana – po pięciu latach on i Finley znów stają naprzeciw siebie. Znów lepszy jest MJ, który rzuca 31 punktów przy 16 punktach debiutanta Słońc.

1997, marzec – nasz bohater wreszcie rewanżuje się Jordanowi za porażkę 1:3 z liceum – w ich piątym bezpośrednim starciu na parkietach NBA, Finley po raz pierwszy wygrywa pojedynek punktowy, 28:20.

1997, wrzesień – oficjalny start marki Jordan – Finley jest jednym z pięciu koszykarzy wybranych przez Jego Powietrzność do reprezentowania brandu.

1998 – Magic Basketball publikuje artykuł o Finleyu, ilustruje go zdjęciem z Jordanem i prawie dobrze zapisuje jego nazwisko…

Otagowane

Scott Skiles

Scott Skiles

Fun Fact: Oglądałem ostatnio jakąś przypadkowo podrzuconą przez algorytm YouTube’a rozmowę z Shawnem Kempem i odkryłem ciekawy wątek. Reignman mówi, że za dzieciaka kumplował się z tylko nieco wówczas starszym Scottem Skilesem. Byli z tych samych stron i Skiles wkręcał grającego wówczas w liceum Kempa na sparingi z graczami NBA, m.in. z Magikiem Johnsonem. Poniekąd był trochę mentorem Shawna, co naprawdę, NAPRAWDĘ wiele wyjaśnia.

Otóż, jak zapewne pamiętacie, Shawn Kemp słynie z tego, że ma od 7 do 11 nieślubnych dzieci. Wiadomo, stary motyw, kupa śmiechu i koszulki „Shawn Kemp jest moim ojcem”. ALE, czy wiecie, że Scott Skiles sam podobno spłodził od 6 do 8 dzieci z kobietami, których „TAK” nigdy nie było sakramentalne? A do tego ma trójkę potomstwa z żoną Kim. Można więc założyć, że przygotowanie Shawna na wyzwania czekające w NBA raczej nigdy nie obejmowały Scotta teatralnym gestem zakładającego prezerwatywę na banana. Idę sobie zrobić koszulkę „Scott Skiles jest moim wujkiem”.

Otagowane

Hersey Hawkins

Hersey Hawkins

Fun Fact: Każdy wie, że w butach FILA grał Grant Hill (i pił Sprite’a). Sporo osób na pewno też pamięta, że grał w nich Jerry Stackhouse. Są też być może tacy, którzy – tak jak ja – mają ogromną słabość do modelu FILA Mashburn 1 (i reklamy FILA Mash!). Możliwe, że nawet ktoś zarejestrował, iż przez krótki okres czasu własną linię butów FILA miał Chris Webber. Łatwo było jednak przegapić związki z włoskim producentem obuwia Herseya Hawkinsa, choć polscy kibice mają je doskonale udokumentowane na jednej z klasycznych okładek Magic Basketballa:

Ja dziś jednak nie o widocznych powyżej Muscleballach, a o modelu, który załapał się na kartę ilustrującą dzisiejszy wpis – FILA Jamball. Choć but był na pierwszy rzut oka niepozorny, to gdyby tylko Hersey częściej i wyżej skakał, można by było zobaczyć chyba najfajniejszą podeszwę w historii.

Niepozorny Hawkins w szeregach graczy reklamujących raczej krzykliwe FILE był trochę jak twój ojciec na Facebooku. Oczywiście koszykarsko nie odstawał, po prostu na tle Hilla, Stackhouse’a, Mashburna czy Webbera wypadał jak Poncho na tle reszty komandosów z „Predatora” – niby utrzymał się przy życiu dłużej niż reszta kumpli (nie granych przez Arnolda), ale nie miał żadnych pamiętnych scen w filmie, który właściwie składał się z samych pamiętnych scen.

Ale taki już był Hawk – trochę zbyt zwyczajny by zostać gwiazdą, za co dostało mu się od Charlesa Barkleya w jego książce „Outrageous” (tej, od której Chuckster próbował się odciąć przed publikacją twierdząc, że jego słowa krytykujące kolegów z zespołu i właściciela Sixers zostały przekręcone, co Hersey – napiętnowany za pasywność – skomentował: „Nie wiem jak można zostać źle zacytowanym we własnej autobiografii”). Nic w tym oczywiście złego, bo choć może i był za grzeczny na pełnokrwistego lidera a najlepsze lata spędził w roli czwartej opcji w Seattle, to mało było w tamtym czasie równie groźnych strzelców jednocześnie godnych zaufania w defensywie. No i każda dobra drużyna tak samo jak drugiej gwiazdy potrzebuje swojego „straight mana”.

Otagowane