Fun Fact: Trudno nazwać Dennisa Rodmana człowiekiem wielu talentów, zwłaszcza, jak się oglądało jego próby przejścia do innej branży, takie jak „Ryzykanci” i „Simon Sez”. Na boisku dość szybko też wybrał sobie specjalizację, dlatego znamy go praktycznie tylko i wyłącznie jako zbierającego piłki.
A jednak Robak miał przynajmniej jeden ukryty talent.
Jeśli wierzyć dziennikarzowi Detroit Free Press, Mitchowi Albomowi, który wiosną 1991 roku w Atlancie siedział w tym samym barze co gracze Pistons po meczu z Hawks, Rodman wymiata na automacie do gry w koszykówkę.
Tamtego wieczora spędził przy nim większość czasu, otoczony tłumkiem gapiów ochającym i achającym gdy Dennis umieszczał kolejne piłeczki w obręczy. Jak dobry w to był? W pewnym momencie zaproponował Albomowi zakład: jeśli wyzwie na pojedynek trzy osoby i w pojedynkę będzie miał lepszy wynik niż cała trójka łącznie, dziennikarz napisze coś o nim na łamach Detroit Free Press. Albom relacjonował ten moment następująco:
„Niech będzie” – mówię. „Ale co mam napisać?”
„Eeeee… napisz, że powinienem mieć własny program telewizyjny. Z udziałem dzieci.”
„Umowa stoi”, potwierdzam, ale tak naprawdę myślę „CO?”
W szranki z Robakiem stanęli ostatecznie kamerzysta z Detroit, inny dziennikarz sportowy oraz grzejący ławę w Tłokach podkoszowiec, Mark Hughes. Pierwszy z nich rzucił 24 punkty, drugi – 22, a ostatni – 68. Odpowiedź Rodmana? 152 punkty.
I dlatego właśnie ostatnia część artykułu Alboma zaczyna się tak:
Scott Hastings Fact: W której części uniwersum Scotta Hastingsa rozegrała się opisana powyżej sytuacja? Otóż tytułowy bohater Tygodnia Scotta Hastingsa jest współwłaścicielem baru, w którym Dennis Rodman dominował na automacie.
Hastings założył bar „Jocks & Jills” w 1986 roku razem z ówczesnymi kolegami z drużyny Jastrzębi – Dokiem Riversem, Randym Wittmanem i Johnem Battle – oraz słynnym reporterem Craigiem Sagerem. Choć już dwa lata później wyprowadził się ze stanu Georgia, to swój biznes zostawił w dobrych rękach.
Gdy Mitch Albom pisał swój tekst o wieczorze w „Jocks & Jills”, Hastings był już zawodnikiem Pistons, a lokal miał na koncie dwa kolejne tytuły sportowej knajpy roku w Atlancie. Jego wyjątkowość – oprócz podobno najzimniejszego piwa, najlepszych skrzydełek i najlepszych burgerów oraz imponującego zestawu telewizorów – płynęła także z faktu, że, jak pisze Albom:
Był to na pewno jedyny bar na świecie z więcej niż jednym zdjęciem Scotta Hastingsa wiszącym na ścianie. Jest ich tu co najmniej tuzin: Hastings rzucający z wyskoku jako Jastrząb z Atlanty, Hastings w stroju Miami Heat, Hastings jako Tłok, Hastings grający w golfa, Hastings machający ręką, Hastings po prostu stojący. Nie wiedziałem nawet, że istnieje tak dużo zdjęć Scotta Hastingsa.
Perfekcyjna puenta, choć to jeszcze nie koniec Tygodnia Scotta Hastingsa, który na pewno dołączy do wąskiego grona laurek stworzonych dla jego bohatera.
Jeśli zadajecie te pytania, znaczy, że przegapiliście pierwszą odsłonę cyklu: zapraszam TUTAJ.
Nie chcę z tego robić konkursu, ale zaryzykuję stwierdzenie, że Scott Hastings dorównywał poczuciem humoru Charlesowi Bakleyowi. Co prawda dziennikarze nie spisywali jego dowcipów tak gorliwie, jak robili to z cytatami Chuckstera, ale Scott był dwunastym zawodnikiem, a Charles gwiazdą pierwszej wielkości. Hastingsowi brakowało oczywiście bezczelności i braku politycznej poprawności Krągłego Pagórka Zbiórek, ale nadrabiał to ogromnym dystansem do siebie.
W trakcie inauguracyjnego sezonu Miami Heat – gdzie Hastings trafił po tym, jak Atlanta Hawks pozostawili go niechronionego w expansion drafcie – podczas jednego z „fanowskich wieczorów”, można było wygrać meczowe koszulki graczy beniaminka. Scott wyraził wówczas swoją szczerą obawę:
„Ktokolwiek wygra moją koszulkę, prawdopodobnie nie będzie chciał w niej wychodzić na ulicę, żeby nie zostać obrzuconym kamieniami.”
Z przejściem do Miami wiąże się też najbardziej nieudany żart Hastingsa. Ponieważ plotkowano, że Heat wybiorą w ramach ekspansji Randy’ego Wittmana, Scott – gdy jego kolega pojechał z rodziną na wakacje – wbił na trawniku przed domem obrońcy Hawks znak „NA SPRZEDAŻ” i przyczepił do drzwi mapę z zaznaczoną drogą z Atlanty na Florydę. Niespodziewanie Heat zmienili jednak zdanie i wybrali Hastingsa. Wittman oddał mu jego znak na oczach dziennikarzy przeprowadzających wywiad po ogłoszeniu wyników expansion draftu.
Scott nie chował urazy i pojawił się później na charytatywnej imprezie organizowanej przez fundację coacha Atlanty, Mike’a Fratello. W ramach aukcji, z których dochód przeznaczony był na szczytny cel, licytowano m.in. miejsce na ławce Hawks. Wygrał prawnik David Cofrin, który zapłacił za nie 8 tysięcy dolarów. Kto jeszcze licytował razem z nim? Nikt inny, jak Hastings, który był już wtedy zawodnikiem Miami, ale najwyraźniej tęsknił za ławką na której spędził większość poprzednich ośmiu lat.
Jak już pisałem, to nie konkurs, ALE gdyby faktycznie był konkurs o nazwie „Kto jest większym żartownisiem, Charles Barkley czy Scott Hastings?” i w jego regulaminie byłby zapis, że w przypadku trudności z wyłonieniem zwycięzcy na podstawie oceny poczucia humoru decyduje pojedynek na pięści, to trzeba byłoby uznać wyższość Hastingsa.
To była swego czasu najdroższa bójka w historii ligi. Scott za możliwość bezkarnego przywalenia Sir Charlesowi musiał zapłacić 10 tysięcy dolarów, kwotę o połowę mniejszą niż kara nałożona na każdego z głównych aktorów – Billa Laimbeera i Barkleya (Chuck schodząc z boiska jeszcze napluł w twarz kibicowi, który wychylił się z trybun i zamachnął się na niego). Finansowe represje dotknęły też jedenastu innych graczy, w tym Isiah Thomasa, który w momencie bójki już był poza boiskiem za uderzenie Ricka Mahorna. Dodatkowo każda z drużyn została ukarana za brak dyscypliny wśród personelu po 50 tysięcy. Tak właśnie uzbierało się rekordowe 162 500 dolarów kary.
Bo, widzicie, Scott Hastings, słynął nie tylko z poczucia humoru, ale też z bycia boiskowym twardzielem.
Jeszcze w latach osiemdziesiątych poprztykał się z Jeffem Rulandem…
…a w trakcie gry dla Złych Chłopców z Detroit, oprócz niesławnego pobicia leżącego Barkleya, miał zatargi m.in. ze Stacey Kingiem (dostał 1500 dolarów kary za bycie prowodyrem) oraz Williem Burtonem z Heat, z którym zdążył się pobić mimo, iż w tamtym spotkaniu wyszedł na parkiet na dwie minuty, a do końca meczu zostało mniej niż 3 sekundy. Można też znaleźć krótką scenkę pokazującą jak w pojedynku przedsezonowym z powodu Hastingsa nerwy puszczają Shawnowi Kempowi:
Byłem bardzo zawiedziony, że nie znalazłem wzmianki o naszym bohaterze w książce „FreeDarko Presents: The Undisputed Guide To Pro Basketball”, w której pojawił się rozbudowany diagram, ilustrujący kto się z kim bił na parkietach NBA między 1980 a 2009 rokiem. To największa dziura tego zestawienia, zaraz obok braku kultowej bójki JoJo Englisha i Dereka Harpera na oczach (i prawie, że na kolanach) Davida Sterna.
Ale Hastings nie był bucem. Choć lubił brudną robotę, to tylko on, John Salley, James Edwards i trener Chuck Daly pogratulowali zawodnikom Bulls po przegranym finale konferencji w 1991 – cała reszta zawodników Pistons niesławnie odmówiła symbolicznego uścisku dłoni rywalom.
Wiedział po prostu, że ma zazwyczaj tylko kilka minut na to, by dać swojej drużynie kopa i często najlepszym sposobem była odrobina staroświeckiego zastraszenia przeciwnika – łokieć tu, odepchnięcie tam, twarda zasłona siam. Gong w krągłe pagórki twarzy leżącego Charlesa Barkleya to była wisienka na torcie (tudzież posolenie z łokcia pieczołowicie masowanej sztuki mięsa).
Zresztą, gdy jego Miami Heat przegrywali mecz za meczem i ktoś go zapytał co zrobić, żeby beniaminek odmienił swój los, jednym z punktów jego trzyetapowego szczwanego planu było wszczynanie bójek ze wszystkimi przeciwnikami, którzy mają średnią powyżej 20 punktów i tym samym prowokowanie sędziów do wyrzucenia ich z boiska. Pozostałe dwie rady Hastingsa? Ściągnąć Magica Johnsona, Michaela Jordana i Karla Malone’a oraz ciężko pracować.
Oczywiście Scott był ulubieńcem kibiców, kolegów i trenerów w trakcie trudnego inauguracyjnego sezonu Heat. Jeszcze zanim wzniósł na wyższy poziom sztukę grzania ławy w Detroit Pistons, dbał z powodzeniem o morale zespołu, który wygrał jedynie 15 spotkań w rozgrywkach 1988/89. Z jego inicjatywy w szatni Heat był zawsze pełno dmuchanych lalek i śmiesznych gadżetów, do tego lubił tańczyć i śpiewać na klubowych imprezach promocyjnych i w każdej sytuacji potrafił znaleźć sposób na rozładowanie napięcia.
Gdy Heat zaczęli sezon od 16 kolejnych porażek, ustanawiając rekord NBA, podekscytowany Hastings biegał po szatni i prosił wszystkich o podpisanie dla niego protokołu meczowego, który zamierzał oprawić i powiesić na ścianie swojego sportowego baru w Atlancie (potem Miami przegrało jeszcze po raz siedemnasty, a ich rekord równo 10 lat później wyrównali Clippers, a pobili – dopiero 21 lat później – New Jersey Nets, których 0-18 w 2015 roku stało się też udziałem Philadelphia 76ers).
(Scott Hastings ma na swoim koncie jeszcze jeden rekord NBA, który dla odmiany wciąż jest niepobity: między 16 grudnia 1989 i 11 lutego 1992 roku rozegrał 65 kolejnych spotkań bez ani jednego przechwytu, co pokazuje przy okazji w jak wielu spotkaniach nie wystąpił nawet przez sekundę).
Czas w Miami to też jednak chyba jedyna rzecz, której Hastings żałuje ze sportowego punktu widzenia.
To była jego szansa, żeby wreszcie wychodzić w pierwszej piątce i być, po raz pierwszy w karierze, zawodnikiem, który ma realny wpływ na wynik meczu. Niestety, jak sam potem przyznał, stawił się na Florydzie bez formy, tracąc zaufanie trenera Rona Rothsteina i znów zostając przygwożdżonym do ławki.
Dopiero pod koniec sezonu dostał szansę i wykorzystał ją: wychodząc od pierwszej minuty w pięciu ostatnich spotkaniach sezonu, notował po 14 punktów, trafiając 55% rzutów z pola, w tym 4 z 8 oddanych trójek. Choć wydawało się, że w kolejnych rozgrywkach ma otwartą drogę do roli podstawowego silnego skrzydłowego, to skusiła go szansa gry dla mistrzów NBA, Detroit Pistons – ruch, który dał mu tytuł, ale też zredukował czas gry do wielkości błędu statystycznego.
Hastings kończył karierę w Denver Nuggets, gdzie przez dwa sezony znów siedział na ławce, choć jego rola była jednak trochę większa niż w Tłokach. Po ostatnim sezonie został nawet wybrany przez dziennikarzy piszących o NBA do All-Interview 2nd Team. Oczywiście najwięcej głosów zebrał Charles Barkley, ale sam fakt, że panel głosujących wyróżnił przedostatniego zawodnika ligowego średniaka świadczy o jego popularności.
Przejście na sportową emeryturę ogłosił dwa dni przed Michaelem Jordanem, czego oczywiście także nie pozostawił bez komentarza:
„Większość osób nie zauważyła, ze podczas pożegnalnej konferencji prasowej mikrofon Michaela na parę minut przestał działać. Akurat w tym czasie mówił, że nie widzi sensu w kontynuowaniu kariery, skoro nie może już rywalizować ze Scottem Hastingsem. Dalsza gra nie była już dla niego wyzwaniem.”
Aha, i winien Wam jeszcze ciąg dalszy beki „Inside the NBA” z partyzanckiego ciosu Hastingsa, który wyłapał leżący na parkiecie Charles Barkley:
PS: Tym razem, po przekopaniu bazy Newspapers.com, wykorzystałem artykuły publikowane w The Atlanta Constitution, Detroit Free Press, South Florida Sun Sentinel.
Fun Fact: Choć ma średnią punktową z całej kariery wynoszącą jedyne 2.8 punktu – co jest piątym najgorszym wynikiem wśród koszykarzy NBA z minimum 550 meczami w lidze – to wszędzie gdzie grał, był jednym z najważniejszych zawodników – sercem drużyny bijącym zazwyczaj na końcu ławki. Na parkiecie pojawiał się rzadko – prędzej czy później, trafiał na podkoszowy tłok w rotacji i ustępował bardziej „seksownym” nazwiskom – ale gdy odchodził do kolejnej drużyny, lokalne gazety zawsze publikowały ckliwe pożegnania.
Ba – pod koniec kariery miał już taką renomę, że pisać o nim chciał nawet prestiżowy magazyn „Life”, w grudniu 1992 przydzielając ówczesnemu centrowi Nuggets obstawę w postaci dwóch fotografów i dziennikarza. Tekst ukazał się dwa miesiące później, pomiędzy kroniką dwunastoletniego związku księżnej Diany i księcia Karola, a dramatycznymi wspomnieniami osób, które dwadzieścia lat wcześniej przeżyły w dramatycznych okolicznościach katastrofę lotu Fuerza Aérea Uruguaya 571.
„Jestem zaszczycony. To wspaniały hołd dla jedenastu lat mojej niewidzialności”
– komentował zainteresowanie „Life” nasz bohater.
Niedługo po publikacji został zaproszony do show Davida Lettermana, bo w tekście wspomniał dla żartu, że to jego marzenie. Cały segment w jednym z najsłynniejszych amerykańskich talk shows został poświęcony nabijaniu się z przyziemnej kariery Hastingsa – oczywiście prym w tym wiódł on sam, zadowolony, że może sprzedać szerokiej publiczności swoje najlepsze żarty, w tym jego popisowe (używał już tego dowcipu wcześniej przynajmniej raz):
„Gdziekolwiek jestem, wszyscy wymieniają mnie w jednym zdaniu z Larrym Birdem. Mówią: ten Scott Hastings to żaden Larry Bird”
Kim więc jest ten gość, który pojawił się u Lettermana i w „Life” mimo, że w lidze pełnej fruwających nad obręczami atletów, on głównie siedział na krzesełku?
Przede wszystkim jest niepoprawnym żartownisiem, ale też kimś, kto odkrył, że w NBA nie chodzi tylko o grę w koszykówkę.
Wiedział, że ma ważną pracę do wykonania, nawet jeśli nikt – nawet jego własny trener – nie patrzy nigdy na koniec ławki i nie zauważa ani zawodnika, ani wysiłku włożonego, żeby na ten koniec ławki się dostać i trzymać się go przez lata.
Dlatego gdy Hastings, który w latach 1989-1991 grał (tudzież: „grał”) w Detroit Pistons, został poproszony o udział w charytatywnym roaście Chucka Daly’ego, oznajmił na początku swojego wystąpienia, że przeprasza, ale musi zacząć od chwili prywaty, bo jest na sali ktoś, kogo zawsze chciał poznać. Po czym odwrócił się do Daly’ego i powiedział „Cześć Chuck, nazywam się Scott Hastings”.
Jako zawodnik Atlanty Hawks, podczas meczu wyjazdowego w Cleveland musiał skorzystać w przerwie z ubikacji. Gdy wyszedł, okazało się, że wszyscy już sobie poszli i zamknęli go w szatni:
„Najgorsze jest to, że gdy w końcu się wydostałem w połowie trzeciej kwarty, poszedłem przeprosić trenerów, a oni nawet nie zauważyli, że mnie nie było”.
Podoba sytuacja spotkała go w Detroit. Zespół po każdym meczu gromadził się w szatni, łapał za ręce i rytualnie wymieniał między sobą słowa wsparcia. Gdy pewnego razu Hastings spóźnił się kilkanaście sekund, okazało się, że już po wszystkim – nikt na niego nie poczekał.
Takie już jest życie dwunastego zawodnika.
I Scott Hastings był z tym pogodzony.
Pozostawał tylko jeden problem: nuda w trakcie meczów.
Gdy Scott Hastings podpisywał kontrakt ze świeżo upieczonymi mistrzami NBA, Detroit Pistons, miał marzenie: zastąpić w rotacji Ricka Mahorna, który przeniósł się do Philadelphii, grać solidne minuty w ważnych meczach i wreszcie zostać dostrzeżonym i docenionym. Aby pokazać, że ten jeden, jedyny raz nie żartuje, zaproponował Daly’emu, że stawi się na camp dla debiutantów i wolnych agentów, żeby jak najwcześniej zacząć poznawanie taktyki nowej drużyny. Chuck jednak nie docenił ani jego inicjatywy, ani jego solidnego pakietu koszykarskiego, na który składała się głównie twarda obrona i niezły rzut.
Scott przez dwa sezony w stanie Michigan grywał po cztery minuty w meczu, o ile w ogóle grywał, bo łącznie na 164 okazje, jego trener wystawił go na parkiet tylko 67 razy. Zdaniem Hastingsa, to naprawdę niewdzięczna rola:
„Nawet jeśli jesteś niepoprawnym optymistą, trudno jest siedzieć i patrzeć, jak ktoś wykonuje za ciebie twoją pracę i czuć, że jest się przydatnym”.
David Greenwood, gość, który został wybrany w drafcie zaraz po Magicu Johnsonie, także myślał przed sezonem 1989/90, że po podpisaniu kontraktu z Pistons może przejąć minuty po Ricku Mahornie. On jednak też znalazł się na końcu ławki, tuż obok Hastingsa.
Dwóch znających swoją wartość weteranów, którzy na jej potwierdzenie dostają często marne 30 sekund, gdy wynik jest już dawno rozstrzygnięty i nikt nie traktuje ich poważnie. „Tak właściwie, to płacą nam za drętwienie przez dwie godziny” – opisywał sytuację Hastings.
Dlatego właśnie Hastings i Greenwood bardzo się do siebie zbliżyli i założyli dwuosobowy klub komediowy. Za ich credo można uznać słowa Scotta z wywiadu dla Detroit Free Press:
„Wszystko, co robimy jest zwariowane. Robimy to, żeby samemu nie zwariować.”
Na długiej liście ich sposobów na walkę z nudą było m.in.:
Wyzwanie szybkościowe podczas 20-sekundowych timeoutów, w ramach którego próbowali klepnąć w tyłek całą drużynę i wrócić na swoje miejsca zanim zabrzmi syrena oznajmiająca koniec przerwy. Zadowoleni z siebie panowie przechwalali się, że zazwyczaj udaje im się zdążyć, o ile nie wdają się z kolegami w wymiany zdań dłuższe niż rzucenie „dobra robota”.
Namawianie kibiców, żeby kupowali im popcorn. Zazwyczaj potem chowali go pod krzesełko, choć Hastings pewnego razu stwierdził, że zaryzykuje i weźmie garstkę. Gdy wciąż jeszcze przeżuwał, trener nagle kazał mu wejść na boisku. Od tego czasu Scott i Dave uznali, że to przynosi szczęście, więc będą jeść popcorn w każdym meczu.
Wykrzykiwanie obelg w kierunku sędziów. Gdy arbitrowie spoglądali na nich, odwracali się w stronę widowni i dopytywali „Kto to powiedział?”
Wymyślanie układów tanecznych do piosenek puszczanych na rozgrzewkach.
Gryzienie ręcznika, które było konikiem Hastingsa. Robił to tak długo, aż materiał zaczynał się pruć i mógł wyciągnąć zębami nitkę: „Czasami po prostu zostawiałem ją w zębach i czekałem aż ktoś krzyknie ‚Hej, nitka Ci zwisa z ust'” Scott lubił też zdmuchiwać te nitki w kierunku widowni, albo na spoconych kolegów, do których się „fajnie” przylepiały.
Noszenie gumowych opasek na nadgarstkach, żeby – gdy robiło się szczególnie nudno – ten drugi mógł nagle ci ją naciągnąć i strzelić krzycząc „Pobudka!”.
Dziennikarze z Detroit opisując ich wygłupy podkreślali jednak, że tandem „ScottWood” największą część swojej energii zużywał na wspieranie swoich kolegów – to okrzykiem, to dobrym słowem, to dobrą radą, bo obydwaj znali się na koszu i mieli najlepsze miejsca w hali do obserwowania wydarzeń na boisku. Jak sam Scott i David wyjaśniali, kibicują najmocniej i najgłośniej jak potrafią, bo nie po to tracą cały rok na ławce, żeby nie wygrać mistrzostwa.
I to im się udało – zakończyli swój być może najtrudniejszy z czysto zawodowego punktu widzenia sezon z pierścieniami. Hastings zagrał w playoffach pięć meczów – w tym dwa w finałach (raz wszedł na trzy minuty, raz na jedną) – i zdobył 2 punkty. Greenwood również wystąpił pięć razy w postseason i trzykrotnie w finałach, w których uzbierał 3 ze swoich 5 punktów z fazy pucharowej.
Duet rozpadł się w sierpniu 1990 roku, gdy David podpisał kontrakt z San Antonio Spurs, zapewne mając już dość grzania ławy (w Teksasie jego czas gry wzrósł trzykrotnie). Scott został na jeszcze jedną posiadówkę i rozbudował swój komediowy klubik dla znudzonych „śmieciarzy”, do którego przyjął innego podstarzałego podkoszowca, kumpla jeszcze z czasów gry w Atlancie, Tree Rollinsa, oraz debiutantów – Lance’a Blanksa i Marka Hughesa (który, jak się miało okazać, nie doczekał się ani jednej minuty gry).
Czasem nawet sam los zapewniał im rozrywkę. 14 stycznia 1991 roku spodnie drogiego garnituru Chucka Daly’ego rozerwały się na tyłku. Choć trener Pistons w ogóle się tym nie przejął, Hastings i Rollins wymyślili sobie misję: podczas każdej przerwy na żądanie ustawiali się tak, żeby zasłaniać widok kamerzystom. W końcu Daly kazał Hughesowi skoczyć do hotelu po drugiej stronie ulicy i przynieść mu nowe spodnie. „Trudno sobie wyobrazić lepszy wieczór” – kontemplował Hastings.
Oczywiście kibice uwielbiali Scotta. Zbierał zawsze ogromne brawa, gdy wchodził na boisko, ba, nawet koledzy z zespołu krzyczeli czasem z ławki, żeby podać mu piłkę. Od czasu do czasu mógł wtedy zrobić tak:
W krótkiej rozmowie telefonicznej z Mitchem Albomem z Detroit Free Press, Hastings zdobył się na całkiem poważną refleksję na temat swojej roli:
„Osobiście uważam, że bycie dwunastym zawodnikiem jest wartościowe. Ostatni zawodnik może zepsuć atmosferę w zespole równie łatwo, jak gwiazda. Gdybym był generalnym menadżerem, chciałbym mieć pewność, że dwunasty zawodnik nie ma złego podejścia. Zawsze czułem, że skoro dostaję pieniądze, to jestem drużynie coś winny – chociażby ciężką pracę na treningach i kibicowanie pierwszemu składowi.”
Po czym już bardziej w swoim stylu dodaje:
„Nigdy nie życzyłem innym kłopotów z faulami, bo moim największym lękiem było, że gdy trzeba będzie wystawić kogoś na pozycji power forwarda, to zamiast mnie sięgną najpierw po Vinnie’ego Johnsona [niewysokiego obrońcę – przyp. red].„
Już po zakończeniu kariery zawodniczej – i bardzo gładkiego przejścia do kariery dziennikarskiej – sam siebie okrzyknął „Królem Garbage Time Wszech Czasów” i obiecywał stworzenie Hall Of Fame dla siebie i innych grzejących ławę kolegów.
„Dlaczego nie? W NBA jest więcej gości grających śmieciowe minuty, niż grających jak Michael Jordan.”
W najbliższych dniach opublikuję jeszcze parę tekstów nawiązujących w ten, czy inny sposób do człowieka, który był zbyt dobry, żeby nie grać w NBA, zbyt pospolicie utalentowany, żeby w tej lidze się wybić i, jak sam powiedział, zbyt dziwaczny, żeby się przy tym dobrze nie bawić.
PS: Przy pisaniu tego tekstu korzystałem głównie z bazy Newspapers.com, stąd w tak wielu przypadkach nie linkuję do źródeł, bo dostęp do skanów artykułów jest płatny. Gazety, na których się opierałem, to przede wszystkim Detroit Free Press, a także The Sacramento Bee i Miami Herald.
Z grubsza o Pritchardzie wie się tyle, co o statystycznym polskim dzieciaku jarającym się NBA w latach dziewięćdziesiątych – że nosił czapkę z daszkiem z logo zespołu NBA. Wszystko przez to, że dwie z trzech jego kart pokazują to samo zdjęcie, tuż po podpisaniu kontraktu z Vancouver Grizzlies – w garniturze i z lokalnym merchem.
Szkoda, że producenci kart nie wykorzystali zdjęcia z początku prezentacji pierwszego w historii zawodnika Miśków – gdy wychodził z krzaków.
Nie jestem w stanie dodać dużo więcej do tego, co już napisałem o Pritchardzie – na przykład tutaj – ale udało mi się coś tam jeszcze doczytać.
Przede wszystkim dowiedziałem się, jak doszło do tego niespodziewanego zakontraktowania 28-letniego Kevina w Kanadzie. Otóż wpadł on w oko skautów Grizzlies podczas przedsezonowego campu Miami Heat w październiku 1994. Podobno grał jak drugi najlepszy point guard w drużynie, ale florydzki team nie zaproponował mu kontraktu. Zamiast tego Pritchard – który na tamtym etapie miał już za sobą epizody w Warriors, Celtics, Sixers, lidze hiszpańskiej i lidze włoskiej – zakotwiczył w CBA, w drużynie Quad City Thunder.
Tam został wybrany do pierwszej piątki ligi i zaliczał średnio 15.8 punktu oraz 7.7 asysty. Dyrektor scoutingu w Grizzlies, Larry Riley, wspominał swoją rozmowę z szefem trenerów CBA, Mauro Panaggio, który podobno powiedział, że gdyby miał zacząć budować nową drużynę od jednego zawodnika z CBA, to wybrałby właśnie Pritcharda.
Jak powiedział, tak generalny menadżer Vancouver, Stu Jackson, zrobił.
Przy czym ten dość zaskakujący ruch został sprowokowany przez Heat. Klub z Miami ściągnął Kevina pod koniec sezonu 1994/95 i trenerzy byli zadowoleni z tego, co pokazał w 14 meczach (grywał w nich po 11 minut i rzucał po 3 punkty), ale znów nie zaoferowali mu kontraktu, bo wtedy musieliby go wystawić w expansion drafcie, a zależało im, żeby jedynym niechronionym aktywem była niechciana umowa Johna Salleya. Po cichu liczyli, że potem po raz kolejny zaoferują mu miejsce w składzie, ale Grizzlies postanowili wykorzystać okazję i przechwycić rozgrywającego, którego upatrzyli sobie już rok wcześniej.
Cała kariera Pritcharda w Vancouver trwała raptem pół treningu. Już na pierwszej sesji złapał kontuzję pachwiny, przegapił cały preseason i został wysłany do Orlando przed rozpoczęciem rozgrywek. Dwa mecze w Bullets i jeden sezon w Bayerze Leverkusen później, był już na zawodniczej emeryturze.
Reasumując, na zawodowstwie nie liznął nawet prestiżu jaki stał się jego udziałem, gdy w 1988 roku był podstawowym rozgrywającym mistrzów NCAA, drużyny Kansas, której gwiazdą był wówczas Danny Manning. Z ciekawostek – jednym z jego kolegów z uniwersyteckiego skład był ojciec Lauriego Markkanena, Pekka, znany z tego, że był dryblasem, który – podobnie jak Hakeem Olajuwon – wykorzystywał na parkiecie zwinność nabytą w roli bramkarza piłkarskiego.
Ojciec Pritcharda, Steven, był prężnie działającym impresario, który oprócz organizowania festiwali i koncertów chełpił się także, że załatwił pierwszą płatną pracę amerykańskiej gwieździe familijnych sitcomów, Roseanne Barr, i był promotorem zespołu muzycznego Kansas.
Jedyne co mu się nie udało, to rozbujać kariery zespołu swojego syna, o którym wiem tylko tyle, co w artykule Sport’s Illustrated powiedział sam Steven: że byli muzycznym odpowiednikiem znanych standuperów, Rodneya Dangerfielda i Billa Cosby’ego, co próbował uzasadnić tym, iż zespół Kevina potrafi robić show bez pomocy świateł i pirotechniki (miejmy nadzieję, że to jedyne co ich łączyło z modus operandi Cosby’ego). Cóż, gdyby późniejsi pracownicy Vancouver Grizzlies byli pod koniec lat 80. na jakimś koncercie kapeli Kevina Pritcharda, to pewnie w 1995 roku od razu zakontraktowali by ich także do grania hymnów przed meczami.
Tyle.
Niniejszym ogłaszam, że do śmierci, podatków, klątwy Clippers i kolejnego sequelu „Szybkich i wściekłych” na liście rzeczy pewnych dołącza brak kolejnego posta o Kevinie Pritchardzie na tym blogu.
Dzięki Kevin, w tych stronach zawsze będziesz legendą.
Fun Fact: Pięć lat temu biłem się w pierś za pierwszą – jak mi się wtedy wydawało – zdublowaną kartę w historii bloga: nieśmiertelny kartonik z pierwszym graczem Vancouver Grizzlies, który nie zagrał dla nich nawet jednego meczu, tylko wcisnął czapkę na strzechę czarnych włosów i wyszczerzył kwadratową szczękę w obecności przynajmniej jednego fotografa.
Nie wiem, co poszło nie tak – w końcu mam znacznie więcej kart Vinny’ego Del Negro niż Kevina Pritcharda. Na szczęście na to sprostowanie warto było poczekać prawie dekadę, bo teraz mogę powiedzieć, że mam o jedną więcej kartę Włoskiego Ogiera i jest to właśnie ta karta powyżej. Karta idealna, bo przedstawiającego go w pełnej krasie – nie udającego zawodowego koszykarza, tylko po prostu wyglądającego jak wuefista z ogólniaka.
Poniekąd czasem też tak go traktowano.
Choć Del Negro był podstawowym zawodnikiem jednej z najlepszych drużyn NBA lat 90., to ciągle truto mu nad głową, że backcourt – którego był częścią zarówno jako point guard, jak i shooting guard – jest najsłabszym ogniwem San Antonio Spurs.
Gdy w drugim sezonie w Teksasie (wcześniej Vinny przez dwa lata reprezentował Sacramento Kings, a przez kolejne dwa wymiatał w lidze włoskiej mając za klubowego kolegę Toniego Kukoca), Del Negro wywalczył na stałe miejsce w pierwszej piątce, zespół, który zaczął rozgrywki od bilansu 15-11, wygrał 40 z kolejnych 56 spotkań, wyrównując drugi najlepszy wynik w historii klubu.
Rok później rekord wygranych został pobity (62), a Del Negro nadal biegał po boisku we wszystkich najważniejszych momentach. Gdy David Robinson wykręcał swoje quadruple-double, Vinny dorzucił 23 punkty i 7 zbiórek. Gdy David Robinson rzucał 71 punktów, Vinny, tak jak wszyscy inni, nie rzucał tylko podawał do swojego centra, będąc liderem Spurs w tamtym meczu pod względem asyst (6).
W kolejnym sezonie, 1995/96, Ostrogi wjechały na pełnej w wiosnę, wygrywając 17 kolejnych spotkań (w tym wszystkie 16 meczów w marcu). W tym okresie Vinny Del Negro – po zaokrągleniu – notował średnio 16 punktów, 5 asyst i 4 zbiórki, trafiając ponad 50% rzutów z gry.
Solidną grę kontynuował nawet wtedy, gdy nie miało to znaczenia – w trakcie straconego sezonu 1996/97 notował standardowe dla niego 12+ punktów na mecz, choć opuścił prawie 30 spotkań. Dopiero w kolejnym sezonie Gregg Popovich ograniczył jego rolę.
Koniec końców okazało się, że Ostrogom nie brakowało dużo lepszego obrońcy, tylko brakowało Tima Duncana. Swoje pierwsze mistrzostwo zdobyli bowiem z tym samym gościem, który przez te wszystkie lata pałętał się po obwodzie z Vinnym (często zastępowali siebie nawzajem w pierwszej piątce) – Averym Johnsonem – a następcą Del Negro, który pechowo opuścił Teksas tuż przed mistrzowskim sezonem, był podstarzały Mario Elie, posiadający jednak w odróżnieniu od VDN’a rzut za trzy oraz reputację defensora.
Fun Fact: Efektem niezwykłej popularności Michaela Jordana było wyszukiwanie wśród młodych koszykarzy jego następców, a samo stwierdzenie, że ktoś jest „Baby Jordanem” albo „Następnym Jordanem”, rozpalało zainteresowanie danym zawodnikiem, często kładąc na jego barki niesprawiedliwie duży ciężar oczekiwań do dźwignięcia.
Poza porównaniami bezpośrednimi, było też używanie nazwiska Michaela jako znaku jakości. Prawie w każdym sporcie – wliczając w to nawet wyczynowe jedzenie hot dogów – prędzej czy później, ktoś nazwał kogoś „Michaelem Jordanem [wstaw dyscyplinę]”.
Koszykarskich Jordanów można doliczyć się jeszcze więcej, gdy weźmiemy pod uwagę wszystkie wersje lokalne – swojego Mike’a miały stany, hrabstwa, miasta, wioski czy pojedyncze boiska, a o większości z nich nikt, nigdy nie usłyszał.
Jeśli wierzyć ziomkom Blanksa, to jako gwiazda liceum McCullougha, na przełomie lat 80. i 90. sprawił, że teksańskie, tradycyjnie zakochane w futbolu hrabstwo, zainteresowało się koszykówką. Swój lokalny kultowy status ugruntował, gdy po dwóch latach na Uniwersytecie Virginii – gdzie nie grał prawie w ogóle – przeniósł się do rodzinnego stanu i w barwach Texas Longhorns rzucał po 20 punktów na mecz, tworząc z Travisem Maysem i Joeyem Wrightem trio zwane „BMW Scoring Machine” oraz prowadząc swój zespół do Elite Eight w 1990 roku (najlepszy wynik Teksańczyków od 1947 roku).
Był znany przede wszystkim z ogromnej pewności siebie i braku pokory. Wkurzał rywali ciągłym gadaniem na boisku i przesadzonymi boiskowymi celebracjami, które przez wielu były uważane za niesportowe zachowanie. Za niesportowe zachowanie już przez wszystkich bez wyjątku uznane było oplucie zawodnika Texas Tech, w trakcie wielkiej przepychanki w derbach teksańskich kampusów.
Sportową złość czasem jednak potrafił przekuć w coś niesamowitego: w jednym z wcześniejszych meczów ze znienawidzoną lokalną politechniką, sfrustrowany rasistowskimi okrzykami z trybun w Lubbock, Blanks zadunkował piłkę tak mocno, że zniszczył całą konstrukcję kosza, a potem tryumfalnie wycelował palec w kierunku debili na widowni.
Choć zaliczał imponująco dużo przechwytów i łowił punkty na potęgę, skauci NBA nie cenili zbytnio jego selekcji rzutowej. Wyżej notowany przed Draftem 1990 był jego kolega, Travis Mays – wybrany ostatecznie z pickiem numer 14 – ale na Blanksa, z numerem 26, zdecydowali się postawić Detroit Pistons.
W teorii miało to sens. Koszykarz o opinii złego chłopca (wyrażał zresztą głośno swoje uwielbienie m.in. dla stylu gry Billa Laimbeera), trafia do Złych Chłopców. Combo-guard trafia do trenera, który lubi wypełniać obwód obrońcami umiejącymi rzucać, bronić i rozgrywać.
Niestety, jak można było się domyślić, debiutant w drużynie mistrzów NBA, z trzema bardziej doświadczonymi graczami na swojej pozycji (Joe Dumars, Vinnie Johnson, John Long), nie mógł liczyć na wiele. Dodatkowo miał zerowy margines błędu, a do nauki wiele: jego rzut wymagał dopracowania, Chuck Daly chciał zrobić z niego point guarda, a jego koledzy nie najlepiej reagowali na oznaki słabości.
Dynastia Pistons w jego debiutanckim sezonie zaczęła się sypać. Isiah Thomas stracił prawie pół sezonu z powodu kontuzji, a Joe Dumars grał w drugiej jego połowie z urazem palucha w lewej stopie, co zwiększało presję na wszystkich graczach obwodowych. Atmosfera była tak nerwowa, że po jednym z gorszych występów Lance’a w lutym 1990 (wyszedł na parkiet w końcówce pierwszej kwarty, w sześć minut zaliczył dwie straty i dwa faule, po czym został przygwożdżony do ławki), w Detroit Free Press pojawił się tekst oznajmiający, że to w zasadzie koniec jego kariery. Choć Charlie Vincent, autor tamtego artykułu, zdecydowanie powinien wyluzować – w końcu pisał o dzieciaku w połowie swojego pierwszego sezonu w lidze – to nie był też zupełnie w błędzie. Łącznie, Blanks przez dwa sezony w Tłokach rzucił 128 punktów, występując w co drugim spotkaniu po średnio pięć minut i nigdy nie zdobywając zaufania Daly’ego.
Wydawało się, że jedynym, który nie postawił na nim krzyżyka był generalny menadżer Pistons, Jack McCloskey. Gdy w 1992 roku zaczął pracę w Minneapolis, swój pierwszy offseason zwieńczył ściągając Lance’a do Leśnych Wilków. W nowym, znacznie słabszym zespole, Blanks także miał problem z produkcją godną gracza NBA. Rozegrał 61 meczów, średnio pojawiając się na parkiecie po 10 minut i rzucając po 2.6 punktów w każdym. Zwolniony w lipcu 1993, karierę zawodnika kontynuował w Niemczech, Węgrzech i Cyprze.
Ostatecznie Jordanowi hrabstwa Montgomery najbliżej do Michaela Jordana było podczas meczu charytatywnego latem 1991 roku. Właściwie, to było wręcz za blisko: przypadkowo uderzył go łokciem w twarz, fundując Jego Powietrzności dwanaście szwów nad lewym okiem (co ciekawe, było to dopiero drugie najbardziej bolesne przeżycie jakie Lance zgotował Mike’owi, z którym prywatnie się kumplował odkąd poznali się przez wspólnych znajomych w połowie lat 80. – Blanks był jednym z Tłoków, którzy nie uścisnęli dłoni graczom Bulls po przegranym półfinale w 1991 roku, czego oczywiście Jordan mu nie zapomniał).
Drugim wydarzeniem, które upodobniło go do MJ’a była scysja z Johnem Starksem w marcu 1993 roku. Lance tłumaczył potem, że popchnął obrońcę Nowojorczyków, bo został uderzony w klatkę piersiową, z kolei Starks powiedział, że on popchnął Blanksa, bo „przyłożył zęby do mojej twarzy, jakby ominął go obiad i chciał zjeść mój nos”. Obaj gracze wylecieli z boiska i był to już ostatni, jeśli nie jedyny, fajerwerk w karierze koszykarskiej Blanksa w lidze NBA, do której wrócił jednak w innej roli.
Na początku XXI wieku był skautem Spurs, a kolejne awanse obejmowały m.in. pozycję asystenta generalnego menadżera Cavs oraz już samodzielne GM’owanie w Phoenix Suns (w latach 2010-2013). Ostatnio był komentatorem meczów Texas Longhorns.
Odebrał sobie życie 3 maja, w wieku 56 lat. Jeśli ktoś chce dowiedzieć się więcej o tym, jakim był człowiekiem, powinien przeczytać wspomnienie opublikowane przez ESPN, którego autorką jest córka Lance’a, Riley.
Fun Fact: Wyjątkowo odpuszczę sobie tym razem żarty z sylwetki Olivera Millera. W sumie to mogłem sobie je odpuścić już dawno, po tym, jak na początku lokautowego sezonu, z tuszy Millera śmiała się cała America West Arena.
Miejscowi Suns uznali, że z okazji wizyty byłego zawodnika – zaczynającego właśnie przygodę z Sacramento Kings – dobrym pomysłem będzie przebranie swojej maskotki za grubaska w koszulce Olivera. Wiele lat później, gracz wicemistrzowskiego składu Phoenix wciąż miał o to żal. Było mu przykro, bo kostium goryla przywdziewał jego kolega, a z trybun na wszystko patrzyły dzieci postawnego centra. Cóż – miejmy nadzieję, że ktoś go przeprosił, gdy w kolejnym sezonie wrócił do zespołu Słońc – choć trzeba przyznać, iż na początku 1999 roku był to najbardziej oczywisty żart na świecie. To w końcu było tuż po lokaucie, w trakcie którego pofolgował sobie niejeden koszykarski żarłoczek. Chyba najsłynniejsze zdjęcie „grubego Olivera Millera” zostało zrobione właśnie w rozciągniętej koszulce Królów.
Warto dodać, że latem tego samego roku udało mu się zrzucić ponad 20 kilogramów, co zaowocowało wspomnianym ponownym angażem przez Suns i całkiem udanymi dwoma miesiącami gry w koszykówkę: w listopadzie i grudniu 1999 roku, Miller notował w każdym meczu średnio 7.1 punktu, 5.6 zbiórek oraz 1.7 bloku. Niestety jego druga przygoda z Phoenix skończyła się tak samo jak poprzednia.
Suns nie przedłużyli kontraktu ze swoim obiecującym drugorocznym środkowym w 1994 roku, bo w drugiej połowie sezonu 1993/94, jego waga wymknęła się spod kontroli (choć pewnie nie pomogło też oskarżenie o gwałt). Sześć lat później Oliver znów nie potrafił utrzymać formy przez całe rozgrywki i po sezonie zakończonym porażką w drugiej rundzie z Lakers (późniejszymi mistrzami), wprost zapytał dziennikarzy: „Ilu z Was uważa, że wrócę w następnym sezonie?”. Ci, którzy nie podnieśli wtedy ręki, mieli rację.
Miller następny zawodowy mecz koszykówki zagrał w polskiej lidze, a do NBA wrócił na krótko w sezonie 2003/04. Te 48 spotkań w trykocie Minnesoty Timberwolves były zwieńczeniem jego kariery, która mogła być znacznie lepsza, gdyby – jak to powiedział kiedyś Charles Barkley (choć źródła nie mogą się zdecydować czy to było o Oliverze czy Stanleyu Robertsie) – nauczył się dwóch słów: jestem najedzony.
I choć fani jego talentu nie doczekali się – a co tam, skorzystajmy z symboliki kulinarnej – dania głównego, to zaserwował całkiem niezłą przystawkę jako debiutant, któremu udało się odcisnąć swoje piętno na zmierzającej do finału drużynie. I to zmierzającej wcale nie pewnym krokiem. Wiele osób już zapomniało, jak niewiele brakowało, by w playoffach 1993 Suns zostali pierwszym rozstawionym z jedynką zespołem, który przegrał z ósemką w pierwszej rundzie.
Mimo najlepszego bilansu w całej lidze, Phoenix przegrało pierwsze dwa spotkania na własnym parkiecie z Jeziorowcami, którzy załapali się do fazy pucharowej wygrywając tylko 39 meczów w sezonie zasadniczym. W obydwu starciach Suns wypuszczali prowadzenie z rąk w ostatnich minutach – pierwszy pojedynek Lakers zakończyli serią 9:0 i wygrali 107:103, a końcówkę drugiego wygrali 10:1 i całość 87:81. Dan Majerle, strzelecki wicelider drużyny, spudłował w tych dwóch meczach 19 z 27 rzutów. Charles Barkley, który był jedynym jasnym punktem w inauguracyjnym spotkaniu (34/15), w drugim trafił tylko 8 razy na 24 próby. Topowy rezerwowy Cedric Ceballos zaginął w akcji (6 punktów w Game 1, tylko 4 minuty i zero punktów w Game 2). Kevin Johnson opuścił pierwsze starcie z powodu kontuzji. Obyty w meczach o stawkę Danny Ainge, w otwierających serię pojedynkach na własnym boisku, miał skuteczność 5-20. Co prawda solidnie wypadł weteran, Tom Chambers – autor 18 punktów zarówno w jednym i drugim meczu – ale seria odmieniła się dopiero, gdy Paul Westphal oddał jego minuty Oliverowi Millerowi.
Big O zagrał w dwóch porażkach łącznie 14 minut, ale w kolejnych trzech pojedynkach przebywał na parkiecie, kolejno, 31, 29 i 35 minut. Jego walka na tablicach, obrona obręczy, podania i dorzucane punkty okazały się niezwykle cenne.
I tak niewiele brakowało, żeby Lakers zaliczyli sweepa: James Worthy miał czystą pozycję do rzutu z półdystansu na 49 sekund przed ostatnim gwizdkiem, przy wyniku 101:100 dla gości z Arizony, ale tym razem nie zasłużył na swój przydomek „Big Game James” i stanęło na 107:102 dla przyjezdnych.
Czwarty pojedynek Suns wygrali pewnie, ale w piątym – decydującym – znów mieli problem. W czwartej kwarcie stracili dwucyfrowe prowadzenie i przegrywali 91:95 na minutę przed końcem. Na szczęście po czterech meczach grania gruzu (31.8 FG%, 8.8 PPG) przebudził się Dan Majerle, którego rzut w 47 minucie i 47 sekundzie spotkania doprowadził dogrywki.
I wtedy właśnie Oliver Miller uratował sezon Phoenix Suns. W doliczonym czasie gry zdobył 9 punktów i 5 zbiórek, a jego zespół wygrał tę część 17:9. W całym meczu miał 17 punktów, 14 zbiórek i 7 bloków, a jego średnie z trzech ostatnich potyczek wynosiły 14.7 PPG, 10.0 RPG, 2.7 APG, 1.0 SPG i 3.7 BPG przy skuteczności z gry 69.2%.
To był jeden z tych nielicznych przypadków, gdy Miller pokazał, że potrafi być głodny także koszykarskiej chwały.
Szukałem też od dawna okazji, żeby przypomnieć drugą najsłynniejszą akcję z tamtego sezonu Suns (pierwszą był series-winner Chuckstera nad Admirałem z szóstego meczu drugiej rundy playoffs). Słynną bo przewijającą się przez przerywniki i czołówki, a rozpoczął ją świetnym podaniem właśnie Oliver Miller.
Dla równowagi wrzucam też być może najgorszy mecz koszykówki, jaki kiedykolwiek rozegrał nasz bohater – oto on, jego 15 cegieł w 17 próbach i pierwszy w historii rzut za 25 punktów w corocznej imprezie MTV Rock N’ Jock B-Ball Jam:
Fun Fact: Tyrone Hill jest dziś pamiętany jako ten gość, którego trenerzy NBA wybrali do All-Star Game 1995 bo myśleli, że głosują na Granta Hilla (to oczywiście nie jest oficjalna wersja, tylko moja teoria, ale naprawdę nie wiem, jak inaczej wytłumaczyć powołanie średniaka z drużyny średniaków, w której nie był nawet wyraźnie najlepszym zawodnikiem). Ewentualnie, jest pamiętany jako ten gość, który został spoliczkowany przez Charlesa Oakleya (nic dziwnego, że o obydwu „wyczynach” wspominam w każdym tekście o Tyronie na tym blogasku).
7 listopada 1995, w dniu, w którym Cleveland Cavaliers grali pierwszy mecz sezonu przed własną publicznością, All-Star sprzed ledwie dziewięciu miesięcy miał wypadek samochodowy podczas jazdy do hali. Na jednym ze skrzyżowań został staranowany od tyłu przez inny pojazd i trafił do szpitala z urazem rdzenia kręgowego. Przez ponad miesiąc musiał się zmagać z przerażającym efektem tego zdarzenia: utratą czucia w prawej części ciała.
Niestety nawet ulga z powolnego odzyskiwania sprawności nie sprawiła, że rehabilitacja oraz ponowna nauka chodzenia oraz gry w koszykówkę była łatwa i przyjemna. Hill wrócił na boisko 27 stycznia, czyli niecałe trzy miesiące od wypadku, ale był to trudny powrót. Wypadkową jego problemów z formą i troski klubu o nie nadużywanie jego usług w tak krótkim czasie po poważnym urazie, była strata miejsca w pierwszej piątce oraz średnio trzynaście minut mniej na parkiecie niż w poprzedniej kampanii.
Sfrustrowany Tyrone był podobno bliski zażądania transferu, ale ostatecznie wziął głęboki oddech i zaczął harować. Efekt? Już w następnych rozgrywkach wrócił w życiowej formie. Nadal nikt go nie powinien mylić z All-Starem, ale w pierwszym pełnym sezonie po częściowym paraliżu, wrócił do osiągów na poziomie 13 punktów i 10 zbiórek na mecz, a 60% skuteczności z gry było drugim najlepszym wynikiem w całej lidze i tylko minimalnie niższym niż 60.4% Gheorghe Muresana.
A wracając jeszcze do pechowego listopada 1995. Okazuje się, że pechowy był nie tylko dla Hilla: ledwie tydzień po jego kraksie, dwóch jego kolegów z zespołu – Antonio Lang i Donny Marshall – także miało wypadek, i to tego samego dnia (obydwaj wpadli w poślizg i obydwu nic się nie stało, choć auto Marshalla przewróciło się na bok). Można się było wówczas zastanawiać, czy oddanej do użytku w 1994 roku hali Cavs nie zbudowano na starym indiańskim złomowisku samochodów.
Mimo wszystko koszykarze z Cleveland i tak mieli szczęście: wracając do domu po ostatnim meczu sezonu zasadniczego 1994/95, otarli się o katastrofę lotniczą, gdy klubowy samolot natrafił na turbulencję i nagle spadł kilkaset metrów zanim piloci opanowali sytuację. Zawodnicy byli tak straumatyzowani, że niektórzy zapisali się na terapię, a najbardziej przestraszył się Tyrone Hill, który odmówił lotu do Nowego Jorku na pierwszy mecz playoffów i za ciężkie pieniądze wynajął limuzynę z Cleveland do Wielkiego Jabłka. Dopiero reprymenda od generalnego menadżera Cavaliers, Wayne’a Embry’ego, któremu nie spodobało się, że Hill odciął się od kolegów (którzy na pewno też mieli pietra podczas kolejnego lotu), sprawiła, że silny skrzydłowy niechętnie wsiadł na pokład podczas lotu powrotnego. Jak miał pokazać czas, to nie tego środka transportu powinien się był obawiać.
Oczywiście ten pojedynek nie mógł się skończyć inaczej: młody Muresan prezentuje swoją podkoszową dominację, ale Bol i tak zalicza blok. Panowie byli kolegami z drużyny tylko przez kilka dni w lutym 1994 (Gheorge rozgrywał właśnie sezon debiutancki, a Manute – bezrobotny po zwolnieniu przez Heat – podpisał 10-dniową umowę). Niestety nie spędzili ani jednej wspólnej minuty na boisku. Szansa była podczas pogromu (98:128) w Miami, ale Wes Unseld wstawił Bola za Muresana (podobnie zresztą jak parę dni później, w przegranym starciu z Bucks) pozbawiając nas widoku, na którego okazję dziennikarze mieli już nawet gotową ksywkę: „Pomniki Waszyngtona”. Na szczęście udało się odgrzebać i zachować dla potomności na YouTube powyższe starcie.
Druga przygoda Bola z Bullets (to w stolicy USA spędził pierwsze trzy sezony) trwała tylko dwa mecze. Kolejny 10-dniowy kontrakt podpisał z innym zespołem, w którym w przeszłości grał przez trzy lata – 76ers. Niestety ofertę dostał, bo kontuzjowany był Shawn Bradley, więc nie tylko nie mogliśmy zobaczyć ich razem na parkiecie albo chociaż na rozgrzewce – nikt im nie wymyślił nawet ksywki (choć biorąc pod uwagę, że czasami wzrost Manute’a podawano jako równy bradleyowym siedmiu stopom i sześciu calom, czyli o cal mniej niż zazwyczaj, to ja bym poszedł w „Philadelphia 7’6″ers„).
To był schyłek kariery „Ludzkiego ołówka”, za to Muresan (którego pierwsze słowa jako zawodnika NBA wypowiedziane po angielsku brzmiały „I love this game”) miał przed sobą udaną, choć skróconą przez kontuzje karierę. Ba – Wilt Chamberlain w wydanej w 1997 roku książce twierdził nawet, że Rumun jest lepszy niż Shaquille O’Neal (a konkretniej: byłby lepszy, gdyby oddawał tyle samo rzutów i sędziowie pozwalali mu na tyle samo, co pozwalali Shaqowi). Nie był lepszy niż O’Neal, ale na pewno przysparzał mu sporo problemów na boisku (sam O’Neal powiedział kiedyś, że Ghita i Bryant Reeves to dwaj goście, z którymi zawsze się męczył).
Fun Fact: Wyobrażam sobie, że fani Orlando Magic nie byli szczególnie podekscytowani, gdy ich drużyna z draftu 1998 – w którym miała 12, 13 i 15 pick – wróciła z Michaelem Doleac’iem, Keonem Clarkiem i Mattem Harpringiem. No dobra, Clark – imponujący atleta, którego notowania spadły przez problemy pozaboiskowe – akurat był ekscytujący, ale w czasie lokautu klub najwyraźniej zmienił zdanie i dwa tygodnie przed rozpoczęciem sezonu oddał go za pierwszorundowy pick do Denver. Nagrodą pocieszenia za nieudane rozgrywki 1997/98 (tylko 19 meczów Penny’ego Hardawaya, brak awansu do playoffs) byli więc dwaj goście wyglądający jak główni bohaterowie „Wstrząsów”, tylko z gorszymi fryzurami:
Atmosferę wielkiego koszykarskiego święta podkręcał sam trener Chuck Daly, który nazwał Doleaca „Billem Laimbeerem dla ubogich”, co z kolei zainspirowało lokalną prasę do określenia Harpringa mianem „Dana Majerle dla ubogich”. Ba, sam trener uniwersytecki nowego centra Magic, Rick Majerus, powiedział o nim, że „w tym drafcie jest wielu lepszych graczy, ale myślę, że nie ma lepszego dzieciaka”.
Pozory jednak okazały się mylące i nie tylko dlatego, że rednecka twarz Doleaca (którą kiedyś redakcja Magic Basketball ozdobiła tekst o Jasonie Williamsie) naciągnięta była na czaszkę skrywającą mózg kochającego szachy niedoszłego ortopedy i przyszłego nauczyciela fizyki.
Choć Harpring miał obsesję na punkcie swoich włosów (nie tylko oblewał je żelem przed meczem, ale też w jego trakcie odświeżał look zwilżając fryzurę wodą podczas timeoutów) okazał się boiskowym twardzielem z przyzwoitymi umiejętnościami ofensywnymi, który zakończył sezon lokautowy w All-Rookie 1st Team, parę lat później awansował do finału jako gracz pierwszej piątki Philadelphia 76ers, a potem został drugim strzelcem Utah Jazz w ostatnim słonojeziorowym sezonie Karla Malone i pewnym punktem składu Jazzmenów przez parę lat (choć akurat to, że biały koszykarz skończył w Salt Lake City to najmniejsza niespodzianka w historii niespodzianek).
MD może nie miał tak dobrej kariery, ale był produktywny jako debiutant (za co wyróżniono go powołaniem do drugiej drużyny All-Rookie), razem z Mattem będąc zastrzykiem talentu, który pozwolił Magic zakończyć sezon z najlepszym bilansem w Konferencji Wschodniej (choć do playoffs przystępowali rozstawieni z trójką – taki sam bilans, ale lepszą sytuację w przypadku remisu, mieli bowiem Miami Heat i Indiana Pacers).
Co prawda statystycznie szczytował w pierwszych dwóch latach (a ten jego szczyt to dość jednak przyziemne 7 punktów i 4 zbiórki), w roli solidnego rezerwowego centra, obijał się pod ligowymi koszami przez 10 sezonów, w 2006 roku zdobywając mistrzostwo z Miami Heat (ale w finałach zagrał tylko przez 69 sekund).
Bardzo możliwe, że ze wszystkich koszykarzy granicznych – tych, którzy debiutowali na ostatniej prostej lat dziewięćdziesiątych, w okrojonych rozgrywkach – ta dwójka jest najbardziej ninetiesowa.
Tu chciałem dać w ramach puenty ich wspólne zdjęcie, ale jakimś cudem w calutkim internecie nie można takowego znaleźć (choć pamiętam doskonale, że jeszcze kilkanaście lat temu można istniało wspaniałe foto przedstawiające speszonego Doleca, wielkookiego Harpringa i ubawionego Horace’a Granta siedzących we wnętrzu limuzyny).
No nic. Zawsze można zamiast ich zdjęcia dać jeszcze raz ziomków z „Wstrząsów”: