Category Archives: Karty

Brett Szabo

Brett Szabo

Fun fact: Na każdej liście najbardziej zaskakujących faktów dotyczących NBA musi znaleźć się pozycja „Brett Szabo rozegrał pełny sezon w lidze”.

Brett Szabo nie miał wystarczająco dużo talentu, by grać w NBA, ale miał to gdzieś. Po liceum nie dostał żadnego stypendium koszykarskiego. Do reprezentacji Augustana College – który nie był żadnym koszykarskim tuzem – dostał się tylnymi drzwiami.

To był ten pierwszy raz, kiedy Brett mógł się przekonać, że ciężka praca popłaca.

Mimo że był zwykłym studentem, a nie sportowym stypendystą, stał się jednym z liderów Augustany. Na trzecim roku studiów rzucał prawie 16 punktów w meczu i zbierał około 8 piłek na mecz. Nie liczono mu bloków, ale to była główna specjalność mierzącego 6 stóp i 11 cali wzrostu centra (185 czap to rekord szkoły). Oczywiście nikogo nie obchodziło kto wykręca 16/8 w podrzędnym koledżu (zwłaszcza, że w ostatnim sezonie w NCAA było to bardziej 9/5), dlatego Brett musiał szukać pracy poza NBA. Zainteresowanie wyraził zespół Sioux Falls Skyforce z ligi CBA, zaintrygowany rzadkim lokalnym produktem koszykarskim (Augustana College ma kampus właśnie w Sioux Falls).

To był ten pierwszy raz, kiedy Brett mógł się przekonać, że nie jest wystarczająco dobry.

W półprofesjonalnej lidze nie dał rady przebić się do pierwszej piątki, zdobywając po 3 punkty i 3 zbiórki w meczu (tradycyjnie dodając trochę bloków, podobno w jednym z meczów miał nawet triple-double zawierające dwucyfrową liczbę czap). Poza Skyforce, przywdziewał także koszulkę Rochester Renegade i Rockford Lightning, a wobec przedłużającego się braku zainteresowania z NBA wyjechał do Niemiec w 1995 roku.

I potem znów okazało się, że praca popłaca, że po pewnym czasie obala argument pod tytułem „nie jest wystarczająco dobry”.

Przydaje się też uśmiech losu. I sprzyjające okoliczności.

M.L. Carr – były zawodnik i trener Celtics w latach 1995-1997 – natknął się przypadkiem na Szabo w hali treningowej Bostonu. Brett szlifował tam swój warsztat razem ze swoim agentem. Skończyło się na tym, że Carr zagrał z Szabo. Jakiś czas później, podczas obozu przygotowawczego do sezonu 96/97, M.L. przypomniał sobie o tym nieco dziwacznym gościu z hali i zaproponował mu kontrakt.

Na jego decyzję złożyły się trzy czynniki:

  1. M.L. Carr nie był najlepszym GM’em, choć miewał fantazję.
  2. Środkowi Celtów mieli akurat problemy z kontuzjami.
  3. Boston chciał w Drafcie 1997 wybrać Tima Duncana, a Brett Szabo posiadał wysokie kwalifikacje w nieprzeszkadzaniu tego rodzaju planom.

Cała reszta to już zasługa samego Bretta. Do swojej życiowej szansy podszedł bez kompleksów – po prostu grał w kosza najlepiej jak umiał, trenując najciężej jak się da. Efekt – 70 meczów NBA na koncie Bretta, w tym aż 24 w pierwszej piątce. Średnie z sezonu są skromne – 9.5 minuty, 2.2 punktu, 2.4 zbiórki i 0.5 bloku na mecz – ale tankujący Celtics doceniali jego gotowość do gry, dając mu od czasu do czasu szansę na dłuższe bieganie po parkiecie.

Miał 6 punktów i 7 zbiórek w 9 minut w styczniowym meczu przeciw Heat. 10 punktów, 5 zbiórek i 2 bloki ze zwycięskiej potyczki z Bucks w marcu 1997 były jego największym osiągnięciem tylko przez miesiąc. W drugim od końca i przedostatnim spotkaniu sezonu zasadniczego miał – odpowiednio – 7 punktów, 14 zbiórek, 2 asysty i 1 blok (przeciw Hornets), oraz 15 punktów, 13 zbiórek, 3 asysty i 3 bloki (przeciw 76ers). Co by nie mówić o końcówkach sezonu i tankowaniu, double-double w meczu NBA to nie jest coś czego dokonuje każdy 28-letni rookie, bez praktycznie żadnych wcześniejszych liczących się osiągnięć koszykarskich.

Celtowie nie wylosowali pierwszego numeru w drafcie, skończyło się też szczęście Bretta Szabo. Zabrakło dla niego miejsca w przetasowującym się składzie Bostończyków, a ponieważ żaden inny generalny menadżer nie miał miłych wspomnień z gry jeden-na-jeden z Brettem, musiał znów wyjechać za pracą do Europy. Karierę zakończył w 2000 roku w klubie ze słowackiego miasta Pezinok.

Dziś jest zwykłym kolesiem (ok – bardzo wysokim zwykłym kolesiem), mężem, ojcem i mieszkańcem Sioux Falls.

Co ciekawe, jeszcze tylko jeden absolwent Augustany trafił do NBA i był to Arvid Kramer, postać równie kultowa co Szabo wśród fanów bardzo białych koszykarzy, „słynąca” z tego, że mimo iż Kramer rozegrał w lidze raptem tylko 8 spotkań w sezonie 79/80 to został pierwszym pickiem w expansion drafcie z 1988 roku (wzięło go Miami). W 1980 roku, Dallas także wzięło go w expansion drafcie i po dziś dzień pozostaje on jedynym koszykarzem dwukrotnie wybieranym w naborze do ligowych beniaminków, który jednak nigdy dla nich nie zagrał.

Co do Szabo, to nie wspomniałem jeszcze tylko o jednej, dość ważnej rzeczy – jego goglach.

TE GOGLE!

Otagowane ,

James Worthy

James Worthy

Fun Fact: W maju 1986 roku, na łamach „Sports Illustrated”, Bruce Newman napisał:

„Na twarzy Worthy’ego zazwyczaj maluje się nieokreślone zmartwienie z domieszką smutku, jak u włamywacza, który właśnie usłyszał warczenie psa. Ma taki rodzaj twarzy, który mógłby wyrażać żal lub przygnębienie w filmie Ingmara Bergmana. To taka twarz, jaką spotykasz odwiedzając zakład pogrzebowy.”

Bardzo żałuję, że Newman nie widział, a zatem nie mógł też opisać, wyrazu twarzy Jamesa Worthy’ego w dniu 14 listopada 1990 roku, gdy okazało się, że zamówione przez telefon dwie prostytutki okazały się policjantkami.

Big Game James był wtedy w hotelu w Houston i skorzystał z usług agencji towarzyskiej w ramach przygotowań do meczu z Rockets, który miał się odbyć tego samego dnia. Worthy’ego aresztowano, ale udało mu się wyjść za kaucją jeszcze tego samego dnia i zdążyć na drugą kwartę starcia. James rzucił 24 punkty i pomógł Lakersom zwyciężyć po dogrywce.

Newman mógłby jeszcze wspomnieć, że Worthy ma twarz kogoś, kto bardzo nie chce pokazać koledze ze studiów, że ma w torbie płatki z jego podobizną.

Otagowane

Nie Otis Thorpe

Mitchell Wiggins

Fun Fact: Inauguracyjna seria kart Skybox była produktem przełomowym, ale jej twórcy lepiej radzili sobie z obsługą pierwszego Photoshopa niż rozpoznawaniem koszykarzy na zdjęciach. Efektem był na przykład Olden Polynice na karcie Nate’a McMillana, o którym już kiedyś wspominałem. Dopiero teraz jednak odkryłem kolejną error card z tej serii – powyższy kartonik.

Zbyt często myślę o sceptyczno-zniecierpliwionym wyrazie twarzy Otisa Thorpe’a (a czasem nawet próbuję go naśladować), żeby w końcu nie zauważyć jego braku na tym kawałku tektury.

Kto zajął jego miejsce? Choć lubię się chwalić niezłymi wynikami w odgadywaniu randomowych koszykarzy z lat 90., to tu nie obyło się bez researchu, w ramach którego – jak się miało okazać – wystarczyło spojrzeć na kartę, którą mam w albumie tuż obok…

Miejsce Otisa Thorpe’a na froncie karty ilustrującej ten wpis zajął Mitchell Wiggins, który jednak szybko poznał wątpliwą reputację karmy: na jego kartoniku widnieje… Otis Thorpe.

Skybox swoje błędy w pewnym momencie naprawił, więc w obiegu znajdziecie też karty Thorpe’a i Wiggins z właściwymi zdjęciami, mi jednak trafiły się wersje sprzed z błędem. Więcej o uwiecznionych w druku wpadkach twórców klasycznej serii znajdziecie na tej stronie.

W sumie jednak dobrze, że wpadłem na Wigginsa szukając karty Thorpe’a, bo tym samym możemy dokończyć jeden z wątków poruszonych w niedawnym wpisie na temat Roberta Reida.

Pisałem w nim o nagłym rozpadzie mającego mistrzowskie aspiracje składu Rockets, który zaczął się od dwuipółletniej dyskwalifikacji za oblany test narkotykowy właśnie Mitchella (oraz Lewisa Lloyda)… Najszybciej streszczę Wam tamtą sytuację cytując samego siebie:

Dwaj kluczowi zawodnicy Rakiet, Lewis Lloyd i Mitchell Wiggins, spędzili noc po meczu z Mavs w klubie. Gdy zbierali się do wyjścia, ktoś do nich podszedł i zaproponował „rozchodniaka” w postaci białego proszku. Następnego dnia rano przywitali ich na treningu pracownicy biura ligi z przymusowym testem na obecność narkotyków.

Ludzie związani z Rockets wierzyli, że ktoś ich wrobił, podstawiając Lloydowi i Wigginsowi narkotyki dosłownie pod nos w przeddzień niezapowiedzianego testu. Właściciel, Charlie Thomas, przyjaźnił się z Davidem Sternem, ale przyznał, że nie wypadało mu zapytać od kogo dostał cynk. Reid z kolei uważał, że to sama liga zaaranżowała dyskwalifikację obrońców Rakiet:

„Rozbili nas celowo, bo chcieli rywalizacji Birda i Magica. Wiedzieli, że L.A. nas nie pokona.”

Nikt oczywiście nie twierdził, że Lloyd i Wiggins nie mieli narkotykowego problemu, ale okoliczności testu i surowość kary za pierwsze przewinienie zastanawiały.

Wiggins miał wtedy 27 lat i za sobą ledwie trzy i pół sezonu obiecującej kariery obejmującej wicemistrzostwo świata w 1982 roku, wicemistrzostwo NBA w 1986 roku i opinię doskonałego atlety oraz defensora. Po zawieszeniu przez NBA próbował swoich sił w CBA, ale przygodę przerwał kolejny oblany test narkotykowy. Wiggins w końcu postanowił zawalczyć o trzeźwość i powrót do NBA. Z pomocą przyszła mu jego żona, Marita Payne, kanadyjska sprinterka i dwukrotna srebrna medalistka z igrzysk w Los Angeles. Państwo Wiggins rozpoczęli wspólne treningi (Marita w międzyczasie szykowała się na występ w Seulu), które sprawiły, że gdy Mitchell wreszcie dostał pozwolenie na powrót do NBA, był w życiowej formie.

I nie było to tylko czcze gadanie (każdy zawodnik wracający do gry po długiej przerwie zawsze twierdzi, że jest w życiowej formie). Choć Rakiety nie spodziewały się absolutnie niczego po Wigginsie, to po 17 meczach rozgrywek 1989/90 był on najlepszym strzelcem teksańskiego zespołu ze średnią 20.9 PPG (dodam, że Hakeem Olajuwon także grał w tych meczach, a średnia z dotychczasowej kariery Wigginsa wynosiła 9.6 PPG).

Ostatecznie skończył jako trzeci strzelec Houston (za Olajuwonem i, a jakże, Otisem Thorpe’em), ze średnią 15.5 PPG (warto dodać, że za każdy zdobyty punkt wpłacał 10 dolarów na Armię Zbawienia). Spowolniła go nieco kontuzja kolana oraz sprowadzenie z San Antonio Vernona Maxwella, który na ostatniej prostej sezonu wypchnął go z pierwszej piątki i błysnął w przegranej 1-3 z Lakers inauguracyjnej rundzie playoffów. Mad Max grał w niej po 40 minut w meczu i zdobywał średnio 20 punktów, podczas gdy Wiggins wrócił do roli zadaniowca (12.8 MPG i 4.0 PPG).

Choć przez cały sezon mówiło się, że Rockets nagrodzą świetną formę Mitchella lukratywnym kontraktem, ostatecznie wycofali się z dalszej współpracy. Nie udało mi się znaleźć informacji, co stało za tą decyzją, ale świetna forma 24-letniego Maxwella na pewno znacznie zmniejszała sens inwestycji w gościa, który za moment skończy 31 lat.

Nie wiem, czy wydarzyło się coś poza boiskiem, lecz zastanawiający jest fakt, że Wiggins podpisał nową umowę z Sixers, ale odmówił wzięcia udziału w obowiązkowych testach medycznych, których częścią było badanie moczu na obecność niedozwolonych substancji. Kontrakt unieważniono, a Mitchell całe rozgrywki 1990/91 spędził poza parkietem, tłumacząc się problemami zdrowotnymi i sprawami osobistymi. 76ers postanowili dać mu jeszcze jedną szansę rok później. Wiggins załapał się na ostatni sezon Charlesa Barkleya w Filadelfii. Grał po 11 minut, rzucał po 4 punkty i miały być to jego ostatnie linijki statystyczne w NBA.

Zawodowo w koszykówkę grał jeszcze przez 10 lat, zwiedzając m.in. Grecję, Filipiny i Francję. Z walki o powrót do najlepszej koszykarskiej lidze świata nie rezygnował do końca – jeszcze jako 42-latek, pełniący funkcję trenera zespołu Spearfish Black Hills Heat grającego w Extreme Basketball Association, wkręcił się na przedsezonowe testy do Toronto Raptors. Potem był już raczej głównie znany jako ojciec Andrew Wigginsa.

A Otis Thorpe? Jego kariera okazała się znacznie bardziej konwencjonalna, choć poniższą akcję należałoby uznać za wyjątek…

Otagowane ,

Elliot Perry

Elliot Perry

Fun Fact: Ta karta. To wszystko. To cały fun fact…

Bonusowy Fun Fact: Elliot Perry był najlepszym koszykarzem NBA między 14 a 20 listopada 1994. Tytuł Player Of The Week dostał za trzy mecze, w których notował średnio po 16 punktów, ponad 7 asyst i prawie 6 przechwytów. To był początek jego przełomowego sezonu, który zakończył na drugim miejscu w głosowaniu na Most Improved Player. Choć być może jeszcze większą nobilitacją był fakt, że w rozgrywanym w Phoenix Meczu Gwiazd 1995, Charles Barkley oddał hołd koledze z drużyny grając w długich getrach.

„Wyglądałem jak debil” – powiedział potem Sir Charles.

Otagowane

Donny Marshall

Donny Marshall

Fun Fact: W trakcie sezonu 1992/93, w pierwszej piątce Dallas Mavericks pojawiały się takie nazwiska jak: Terry Davis, Sean Rooks, Mike Iuzzolino, Doug Smith, Randy White, Walter Bond, Morlon Wiley, Brian Howard, Dexter Cambridge, Donald Hodge czy Tracy Moore (nic dziwnego, że tamta drużyna wygrała tylko 11 spotkań). Choć to już nie moja czasowa jurysdykcja, proponuję też się przyjrzeć rotacjom Denver Nuggets z sezonu 2002/03.

Morał z tego miał być taki, że każdy zawodnik, który choć chwilę dłużej zabawił w NBA, dostanie prędzej, czy później szansę na występ w podstawowym składzie swojej drużyny. Dlatego postanowiłem sprawdzić koszykarzy bez ani jednego występu w pierwszej piątce w trakcie całej swojej kariery w NBA. Ułożyłem ich od największej, do najmniejszej ilości meczów, z tym zastrzeżeniem, że mój dealer statystyk oferuje kompletne dane na temat rozpoczynania spotkań od pierwszej minuty tylko od sezonu 1981/82 (stąd np. obecność w zestawieniu członka Hallu Sławy, Calvina Murphy’ego, któremu policzono jedynie ostatnie dwa lata kariery). Oto pierwsza dziesiątka.

Query Results Table
        Crit Crit Tota Tota
Rk Player From To GS G MP PTS
1 Chuck Nevitt 1983 1994 0 155 826 251
2 Hamed Haddadi 2009 2013 0 151 1056 339
3 Quincy Douby 2007 2009 0 143 1535 588
4 Cal Bowdler 2000 2002 0 142 1383 424
5 Perry Moss 1986 1987 0 136 1710 536
6 Calvin Murphy 1982 1983 0 128 2627 1471
7 Mark Randall 1992 1995 0 127 883 332
8 Gary Plummer 1985 1993 0 126 1439 531
9 Stephen Howard 1993 1998 0 120 784 336
10 Donny Marshall 1996 2003 0 119 919 293
Provided by Stathead.com: View Stathead Tool Used
Generated 3/22/2021.

Chuck Nevitt to jeden z najbardziej kultowych koszykarzy lat osiemdziesiątych, bardzo biały i bardzo wysoki (7 stóp i 5 cali!) człowiek z wąsem, który na pytanie „Czy grasz w koszykówkę?”, odpowiadał „Niektórzy mówią, że tak, inni, że nie”. Jeśli kiedykolwiek wejdę w posiadanie jego jedynej karty z lat 90. (o jej rzadkości niech świadczy fakt, że kariera Nevitta od 1990 roku w górę obejmowała tylko pięć spotkań), to obiecuję poświęcić mu wpis na tym blogu.

Tymczasem powyższą tabelkę mogę co najwyżej sprzedać wpisem o Donnym Marshallu, na temat którego najciekawszą rzeczą jaką mogę na szybko powiedzieć, jest to, że grał w jednej drużynie uniwerku Connecticut z Donyellem Marshallem, ale nie był z nim spokrewniony (grał też z Rayem Allenem, ale brak zbieżności nazwisk i brzmienia imion czyni ten fakt nieco mniej ciekawym). Podobno w trakcie uniwersyteckiego media day podszedł do niego Spike Lee i zaczął zachwalać jego talent oraz gotowość na NBA. Donny opowiedział: „Chodzi ci o Donyella. Tam stoi.” Miał rację. Chodziło o Donyella.

Otagowane ,

Kenny Smith

Kenny Smith

Fun Fact: Piąty mecz finałów 1994 miał oficjalnie najgorszą oglądalność ze wszystkich meczów finałowych w latach dziewięćdziesiątych (dodam, że w kolejnej dekadzie poniżej tego wyniku schodziły tylko niektóre spotkania finałowe z udziałem San Antonio Spurs, a w latach dziesiątych – tylko czwarty pojedynek Raptors-Warriors, plus cała ostateczna potyczka w bańce, która miała średnią oglądalność niemal o połowę mniejszą niż wynik Knicks i Rockets z 17 czerwca 1994).

Oczywiście powszechnie znany – i poniekąd legendarny – jest powód tego spadku oglądalności (bo średni rating tamtej serii, choć oczywiście był znaaacznie niższy od finałów z udziałem Michaela Jordana, i tak jest wyższy niż średni ranking dowolnej serii od 1999 roku do dziś). Dokładnie w tym samym czasie rozgrywał się transmitowany na żywo, powolny pościg policji za O.J. Simpsonem i jego kolegą Alem Cowlingsem.

Kenny Smith przyznał kiedyś, że udało mu się nawet obejrzeć kawałek pogoni w trakcie spotkania, co oczywiście nie spotkało się z aprobatą Rudy’ego Tomjanovicha (choć potem na stronie i tak wypytał Smitha co się dzieje).

Żeby było zabawniej, tamte dwa wydarzenia miały sprzężenie zwrotne, które parę lat temu ujawnił Jeff Van Gundy: wszyscy oglądali boleśnie ślamazarną ucieczkę Simpsona zamiast meczu, a Simpson uciekał w tak żółwim tempie, bo zanim odda się w ręce policji, chciał wysłuchać do końca transmisji radiowej ze starcia Knicks i Rockets.

Taką przynajmniej wersję wydarzeń miał przedstawić Patowi Rileyowi kierujący niesławnym Fordem Bronco Cowlings. Niedorzeczność sytuacji pogłębia fakt, że O.J. podobno przez cały czas trzymał przy swojej skroni pistolet. Cóż – jeśli kibicował Knicksom, to dobrze, że pościg nie odbywał się w trakcie meczu numer siedem.

Kenny Smith za to powinien żałować jednej z dwóch rzeczy: albo tego, że Simpson nie uciekał 29 grudnia 1994 roku i nie odciągnął ludzi od telewizorów w dniu meczu Rockets z Warriors, w którym The Jet wystąpił w wyjątkowo nieudanej stylizacji, albo tego, że celem policyjnej obławy nigdy nie został jego fryzjer z tamtego czasu…

Choć dzisiaj znamy to jako fryzurę „na Ronaldo z 2002”, w pierwszej połowie lat 90. było to raczej „na Kempa„, który jednak wyglądał zdecydowanie dostojniej….

Na szczęście Kenny od tamtego czasu zaczął regularnie golić całą głowę. Podejrzewam, że gdyby został przy tamtym looku, oglądalność finałów 1995 mogła być jeszcze gorsza niż tego piątego starcia z 1994 roku.

Otagowane

Derrick Coleman

Derrick Coleman

Fun Fact: Ta karta przedstawia los, jakiego życzył Derrickowi Colemanowi trener Bill Fitch.

Choć trzeba przyznać, że gdyby oldschoolowy szkoleniowiec znalazł na początku lat dziewięćdziesiątych złotą rybkę, to wystrzelonych w kosmos, gdzie nikt nie usłyszy ich narzekania, zostałoby więcej koszykarzy Nets.

Gdy wiecznie przegrywający zespół z New Jersey walczył w ostatnich meczach sezonu 1991/92 o playoffy, jego młode gwiazdy uznały, że to najlepszy moment, żeby mieć w nosie czwartą plagę egipską.

W trzecim od końca spotkaniu rozgrywek, w czasie timeoutu wziętego w 41 minucie pojedynku z Heat, gdy Nets przegrywali pięcioma punktami, DC kazał Fitchowi zejść mu z oczu i używając płytkiej oraz niewybrednej argumentacji odmówił powrotu na boisko. W czwartej kwarcie kolejnego meczu – tym razem z bezpośrednimi rywalami w walce o postseason, Indianą – na parkiet nie chciał wyjść Chris Morris. New Jersey ostatecznie awansowało, ale w czwartym, ostatnim meczu przegranego pierwszorundowego pojedynku z Cavs, to samo co Coleman i Morris zrobił Drażen Petrović.

Fitch po sezonie się zwolnił i choć jego następca – Chuck Daly – dawał więcej luzu swoim primadonnom, to po dwóch latach też miał dość prób ogarnięcia bałaganu w głowach Colemana i Kenny’ego Andersona i rzucił papierem.

Dopiero następnemu szkoleniowcowi, Butchowi Beardowi, udało się pozbyć Derricka ze składu (po nieco ponad roku użerania się i nieco mniej niż pół roku przed uświadomieniem sobie, że lepiej się zwolnić niż próbować wygrywać mecze Netsami bez Colemana i spławionego dwa miesiące później Andersona). DC może nie został wysłany w kosmos, ale za to trafił w drugie najmniej sprzyjające graniu w koszykówkę miejsce w listopadzie 1995 roku – do składu Philadelphia 76ers.

Otagowane

Jason Caffey

Jason Caffey

Fun Fact: Zdecydowanie za rzadko zachwycamy się tą asystą Toniego Kukoca, której odbiorcą był Jason Caffey:

Znacznie bardziej oczywiste jest dlaczego rzadko zachwycamy się karierą byłego 20. picku w drafcie 1995. Caffey był „piątym, albo szóstym małym Horacym”, jak określił go niegdyś Sam Smith. Autor m.in. „Jordan Rules” nawiązywał do wieloletnich prób odtworzenia przez Byki sukcesu, jakim było postawienie na talent Horace’a Granta w drafcie 1987. Od tamtej chwili zespół z Chicago w pierwszej rundzie naboru stawiał kolejno na Stacey’a Kinga (#6 w 1989), Marka Randalla (#26 w 1991), Byrona Houstona (#27 w 1992, ale oddany przed sezonem do Warriors), Corie’ego Blounta (#25 w 1993), Dickeya Simpkinsa (#21 w 1994) i właśnie na Caffeya. Także mimo tego, że Jasona można uznać za najlepszego z „małych Horacych”, konkurencja szczególnie mocna nie była.

Trzeba jednak pamiętać, że Jasonowi udało się przebić do rotacji mistrzowskich składów Bulls i panowało powszechne przekonanie, że lada moment zastąpi w pierwszej piątce Dennisa Rodmana. Niestety Caffey padł ofiarą zakulisowych przepychanek pomiędzy Jerrym Krause i Philem Jacksonem.

Krause oddał go w połowie „ostatniego tańca” do Golden State, bo… chciał zmusić Jacksona do dania więcej minut swojemu ulubieńcowi, Toniemu Kukocowi. Czas Chorwata na boisku zaczął być nieregularny, więc menedżer Bulls postanowił załatwić mu trochę minut na czwórce – wszystko po to, żeby jak najwięcej ogrywał się przed kolejnym sezonem, w którym miał być przecież liderem przebudowanej drużyny (najwyraźniej Krause zapomniał o tej części, w której obok Kukoca w pierwszej piątce wychodzi Caffey).

Byki za Caffeya dostały innego młodego, ale znacznie mniej obiecującego skrzydłowego, Davida Vaughna (oraz dwa drugorundowe picki, które właściwie można przemilczeć). Przygoda Vaughna z mistrzami świata zaczęła się od przeczytania w prasie opinii Michaela Jordana na swój temat: „Nie wiem nic o Davidzie. Za każdym razem, gdy go widywałem, nie miał na sobie stroju meczowego. Myślę, że to sporo mówi”. Zanim ta przygoda dobiegła końca, MJ zobaczył Vaughna w meczowym stroju trzy razy (a w międzyczasie Byki ściągnęły do siebie z powrotem Dickeya Simpkinsa, którego pół roku wcześniej także wysłali do Warriors).

Choć przebił się do pierwszej piątki Dubs i zapracował sobie na lukratywny siedmioletni kontrakt, a potem był ważnym zawodnikiem w składzie Bucks, który był o jedno zwycięstwo od finałów, Caffey jeszcze przed 30-tką znalazł się na dobre poza ligą.

Po latach okazało się, że zmagał się z depresją i stanami lękowymi. Szukać pomocy zaczął dopiero w 2016 roku i od tego momentu mozolnie układa na nowo swoje życie osobiste, starając się między innymi, żeby znaleźć w nim miejsce dla każdego z dziesięciorga dzieci, które ma z ośmioma kobietami. W tym niewątpliwie napiętym grafiku znalazł czas na przyjęcie zaproszenia na zlot polskich fanów Chicago Bulls, który jednak został przełożony z powodu pandemii. Szkoda. Byłaby okazja zapytać go o historię tego trailera:

Jud Buechler

Jud Buechler

Fun Fact: Gdy ostatni raz Jud Buechler gościł na tych łamach, byłem w lekkim szoku, że istnieje udokumentowany przypadek wykonania przez niego dwóch wsadów w jednym meczu. Gdybym jednak wtedy nie ograniczył się do wrzucenia randomowego highlightu, a poczytał co nieco o Judsonie, uświadomiłbym sobie, że Mister Fundamental (taką podobno ksywę wymyślił mu Michael Jordan) był uważany za jednego z najlepszych atletów, jacy brali udział w trzech ostatnich mistrzowskich tańcach Bulls. I to też jest udokumentowane:

No dobra, z Vince’em Carterem nikt go może nie pomyli, choć akurat ma z nim coś wspólnego: obydwaj byli gwiazdami siatkówki w szkole średniej.

Jud preferuje siatkówkę plażową (grywał nawet sporadycznie w turniejach zawodowego cyklu AVP), co z pewnością poprawia wyskok, więc wszystko ma sens.

Skompilujmy zatem pierwszą piątkę koszykarskich siatkarzy:

PG – Luke Walton (może i trochę naciągana pozycja, ale Luke miał w sobie nieco z point forwarda, na pewno nie mniej niż z siatkarza plażowego)

SG – Jud Buechler (w sezonie 1996/97 na meczach w Chicago raz na jakiś czas pojawiała się grupka licealistów w pełnym rynsztunku siatkarza plażowego i z transparentem „Jud Buechler is the best volleyball player in the NBA.”)

SF – Chase Budinger (od 2017 roku jest zawodowym siatkarzem plażowym)

PF – Adam Keefe (na studiach grał w siatkarskim finale NCAA, zaliczył też romans z kadrą narodową)

C – Wilt Chamberlain (po zakończeniu kariery sporo czasu spędził na plaży grając w turniejach siatkarskich)

Na ławce mielibyśmy jeszcze Richarda Jeffersona (podobno siatkówka wydłużyła jego karierę koszykarską, grywał też w turniejach AVP razem z Waltonem), Joela Embiida (grał dużo w siatę zanim odkrył koszykówkę) i wspomnianego już Vince’a Cartera (podobno kumple śmiali się, że gra w siatkówkę, ale od śmiechu nikt sobie jeszcze nie poprawił wyskoku na tyle, żeby móc przeskoczyć dwie – i osiemnaście setnych – bagietki stojące pionowo jedna na drugiej).

Do tego składu można też dodać Mike’a Dodda i Mike’a Whitmarsha. Panowie w NBA nigdy nie zagrali, ale byli wybrani w drafcie. Dodd był pickiem numer 176 w dziewiątej rundzie draftu 1979 wykorzystanym przez Clippersów. Whitmarsh z kolei ze stojedenastką w piątej rundzie naboru z 1984 roku trafił do Blazers (podobno stoczył walkę o ostatnie wolne miejsce w składzie z nikim innym, jak Jerome’em Kerseyem), a potem przez kilka lat grał w Niemczech i podobno był bliski zahaczenia się w składzie Wolves. Dodd i Whitmarsh stworzyli później duet siatkarzy plażowych i w 1996 roku zdobyli srebrny medal olimpijski.

A wracając do Buechlera, to w latach dziewięćdziesiątych był on bliskim kumplem innego członka naszego teamu siatkarzy, Adama Keefe’a. Oczywiście siatkówka też ich zbliżyła, choć w 1997 roku przyznawali, że nigdy nie mieli okazji stanąć po przeciwnych stronach siatki. A co się działo, gdy mierzyli się na boisku koszykarskim? Oto statystyczne historia być może najmniej ekscytującego pojedynku w historii NBA:

Regular Season Table
Player G W L GS MP FG% 3P 3PA 3P% FT% TRB AST STL BLK PTS
Adam Keefe1394516.0.5000.00.0.7334.20.70.60.54.3
Jud Buechler134909.1.4140.30.8.400.7501.40.40.30.12.4
Provided by Stathead.com: View Stathead Tool Used
Generated 2/11/2021.

Playoffs Table
Player G W L GS MP FG% 3P 3PA 3P% FT% TRB AST STL BLK PTS
Jud Buechler96305.6.5560.20.6.400.5000.80.20.40.11.4
Adam Keefe936310.0.4120.00.0.5002.70.20.30.11.9
Provided by Stathead.com: View Stathead Tool Used
Generated 2/11/2021.

Nie podejmę się analizy tych cyfr, powiem tylko na zakończenie, że Adamowi Keefe gra w siatę na pewno też poprawiła wyskok, choć bez przesady…

Otagowane ,

Robert Reid

Fun Fact: Lata 90. zastały Roberta Reida w roli skrzydłowego-weterana na ławce rozgrywających swój drugi sezon w NBA, Charlotte Hornets. Grał tam już w inauguracyjnym sezonie, i nawet był trzecim strzelcem, ale ponieważ był starawy, grubawy i chciał nowy kontrakt, Szerszenie wysłały go do Portland za Richarda Andersona. Nikt raczej nie był z tego transferu zadowolony, bo Blazers zwolnili Reida już dwa miesiące po transakcji, a Hornets postanowili go znów sprowadzić, próbując wcześniej wcisnąć komuś Andersona, w celu zwolnienia miejsca w składzie.

Ale to tak na marginesie.

My chcemy dziś spojrzeć we wsteczne lusterko, w którym można zobaczyć dość nietypową karierę Reida.

Robert trafił do NBA po cichu, z 40 numerem draftu 1977, ale z miejsca wywalczył sobie stałe miejsce w rotacji Rockets, a jego pozycja była mocniejsza z każdym kolejnym sezonem. Gdy w 1979 roku trenerem został Del Harris, dołożył mu obowiązki związane z dystrybucją piłki, czyniąc go jednym z pionierów pozycji „point forward” (grał zresztą w zespole z innym pionierem – Rickiem Barrym). Reid radził sobie z „playmakerką” dość dobrze, a do tego był szybki, miał dobry rzut i bardzo solidne umiejętności defensywne. W rozgrywkach 80/81 rzucał prawie 16 punktów w każdym meczu, zbierał po 7 piłek, rozdawał po 4 asysty. Do tego miał średnio 2 przechwyty i prawie 1 blok. W tamtym sezonie, prowadzeni przez Mosesa Malone’a Rockets doszli aż do finału (mimo zakończenia sezonu zasadniczego z bilansem 40-42), przegrywając w nim 2-4 z Boston Celtics. To był coming out Reida, który w defensywie doskonale radził sobie z Larrym Birdem, ograniczając Legendę do 15 punktów w meczu, w tym dwóch występów 8-punktowych ze skutecznością poniżej 30%.

Wiecie w czym jeszcze Reid był dobry poza defensywą i rozgrywaniem piłki z pozycji skrzydłowego? W imprezowaniu. Co prawda nie pił, nie palił i nie wciągał, ale bardzo lubił dziewczyny. Z wzajemnością.

Robert ruszył kiedyś w miasto z Juliusem Ervingiem i jego żoną, Turquoise. W łazience klubu, w którym spędzali czas, pani Ervingowa była świadkiem jak około ośmiu kobiet kłóci się o to, która z nich poderwie dziś gracza Rockets.

Cóż. Lata osiemdziesiąte to był dobry czas dla facetów z loczkami.

Nie wiem czy nocne życie odbijało się na jego formie, ale zdecydowanie odbijało się na jego psychice. Toczyła się w niej walka między miłością do dobrej zabawy a miłością do Boga, miłością do matki i babci – dwóch gorliwych zielonoświątkowczyń, które prowadziły własny kościół – oraz miłością do dziewczyny/przyszłej żony (a już wkrótce także do syna i córeczki). Szczególnie dwie pierwsze kobiety były nieprzejednane, nieustannie przypominając mu, że zbyt mało czasu poświęca rozwojowi duchowemu.

„Bobby Joe” stracił radość z gry. Już w sezonie 1981/82 opuścił kilka meczów, żeby się pozbierać oraz spędzić czas z przyjaciółmi i rodziną. Kariera koszykarska stała się grzechem. Na dodatek jako młoda wschodząca gwiazda i bożyszcze fanów, ale też pobożny, nieco naiwny chłopak, był wyśmiewany przez zazdrosnych weteranów. Doszło do tego, że – jak sam wspomina – w czasie ligi letniej 1982 roku grał jak szalony, rzucając się na piłkę i przeciwników, licząc, że złapie kontuzję, dzięki której odpocznie od koszykówki.

Niestety los nie chciał za niego zadecydować. Po odejściu Mosesa do Sixers, Reid wiedział, że przypadnie mu w udziale większa boiskowa rola, a jemu już po prostu się nie chciało. Latem 1983 roku, po rozmowie z generalnym menadżerem, 26-letni skrzydłowy postanowił porzucić zawodowe uprawianie sportu.

Przez kolejny rok próbował ułożyć sobie życie na nowo. Zatrudnił się w sklepie odzieżowym w złej dzielnicy Miami i szybko awansował na menadżera, ale i tak zarabiał prawie 30 razy mniej niż w NBA. A właściwie to jeszcze mniej, bo zwykł zatrudniać dzieciaki z najbiedniejszych rodzin w zamian za darmowe ciuchy, które potem opłacał z własnych pieniędzy. Na porządku dziennym były też włamania, Robertowi zdarzyło się patrzeć w otwór lufy pistoletu, dlatego w końcu postanowił zmienić pracę. Zatrudnił się w fabryce cementu a po powrocie z 14-godzinnych zmian uczył się, żeby zostać strażakiem.

I wtedy zadzwonili Rockets.

Reid, już wcześniej zaczął myśleć o powrocie. Uznał, że koszykówka nie tylko nie odciąga go od wiary, ale wręcz jest z nią zgodna. Matka i babcia protestowały, ale Robert tym razem nie dał się przekonać. Razem z żoną i dwójką dzieci wrócił do Houston i wywalczył swoje miejsce w składzie.

Nowy trener, Bill Fitch, nie miał co prawda dla Reida miejsca w pierwszej piątce, ale pozostał kluczowym zawodnikiem rotacji.

Gdy John Lucas – podstawowy rozgrywający w składzie, w którym byli też już Akeem Olajuwon i Ralph Sampson – udał się na swój kolejny odwyk, trwał w najlepsze sezon 1985/86, trzecia kampania Reida po powrocie (Lucas mówił potem, że ta decyzja – niełatwa, bo Rakiety rozgrywały świetny sezon, ale wspierana przez trenera i kolegów – uratowała mu życie). Zmiennik Johna, Allen Leavell, złapał kontuzję niewiele później i Houston zostało bez rozgrywającego. Właśnie wtedy Fitch zapytał Reida, czy chce zamienić rolę point forwarda z ławki na rolę point guarda pierwszego składu. Haczyk był jeden – Robert straci szansę na tytuł Sixth Man Of The Year i znaczącą nagrodę pieniężną. „Trenerze, bądź ze mną szczery, czy jeśli wystawisz mnie na rozegraniu to mamy szansę na mistrzostwo?” – zapytał wtedy Reid. „Tak, uważam, że poprowadzisz nas do mistrzostwa” – odpowiedział Fitch. Robert dłużej się nie wahał, a coach niewiele się pomylił.

Rockets awansowali do finału, w którym ulegli znów – tak jak w 1981 roku – Boston Celtics (i znów w sześciu meczach) i w zgodnej opinii wielu osób właśnie brak Johna Lucasa był decydującym czynnikiem tej porażki. Jedną z tych osób był sam Reid:

„Radziłem sobie dobrze jako point guard, ale nie byłem w stanie wykręcać tych 12 asyst, które Lucas dawał nam z łatwością, dorzucając jeszcze 12 punktów. Kierowałem naszym atakiem, ale nie byłem Magicem.”

(Trzeba jednak przyznać, że średnie Roberta z finałów – 14 punktów i prawie 9 asyst (uwzględniające 17 asyst z meczu numer 6) – nie odstawały tak bardzo o 12/12, a równie bolesny jak brak wsparcia na rozegraniu była słabsza postawa Sampsona, który przeciw Celtics rzucał tylko po 14 punktów w meczu na skuteczności 43%.).

Houston trafiło do finałów po wielkim zwycięstwie nad broniącymi tytułu Lakersami 4:1 i wydawało się, że mistrzostwo jest kwestią czasu (pamiętacie tego nieprawdopodobnego „series-winnera” Sampsona? Zanim do niego doszło, do remisu – na kilkanaście sekund przed końcem – doprowadziła trójka Roberta Reida).

Niestety, zespół padł ofiarą wojny wytoczonej przez Davida Sterna narkotykom (i kontuzji Ralpha Sampsona). Przez ligę przetoczyła się fala testów, w których pozytywny wynik skutkował automatycznym wyrzuceniem z ligi, nawet jeśli ktoś wcześniej nie miał problemów z niedozwolonymi substancjami (ukarani mieli prawo odwołać się od decyzji po dwóch latach). Dwaj kluczowi zawodnicy Rakiet, Lewis Lloyd i Mitchell Wiggins, spędzili noc po meczu z Mavs w klubie. Gdy zbierali się do wyjścia, ktoś do nich podszedł i zaproponował „rozchodniaka” w postaci białego proszku. Następnego dnia rano przywitali ich na treningu pracownicy biura ligi z przymusowym testem na obecność narkotyków.

Ludzie związani z Rockets wierzyli, że ktoś ich wrobił, podstawiając Lloydowi i Wigginsowi narkotyki dosłownie pod nos w przeddzień niezapowiedzianego testu. Właściciel, Charlie Thomas, przyjaźnił się z Davidem Sternem, ale przyznał, że nie wypadało mu zapytać od kogo dostał cynk. Reid z kolei uważał, że to sama liga zaaranżowała dyskwalifikację obrońców Rakiet:

„Rozbili nas celowo, bo chcieli rywalizacji Birda i Magica. Wiedzieli, że L.A. nas nie pokona.”

Sezon 86/87 Rakiety zakończyły na drugiej rundzie fazy pucharowej, ale zespół nie zdołał się pozbierać. Na kolejną wygraną serię playoffs, fani ekipy z Houston musieli czekać do 1993 roku.

Ogólnie polecam lekturę niegdysiejszego tekstu z serwisu Grantland, który przybliża historię tamtych Rakiet:

A wracając do rocznej przerwy Roberta Reida.

Choć artykuły, na których oparłem ten tekst – jeden z Los Angeles Times, a drugi z Washington Post – skupiają się na duchowych aspektach decyzji Reida, ich główny bohater po latach zmienił jednak śpiewkę.

Ot, chociażby w wywiadzie Krzysztofa Janika opublikowanym na łamach Z Krainy NBA w sierpniu 2019, mówi o straconym sezonie:

„Moses Malone zdecydował się na powrót do Philadelphii, a Rockets nie chcieli o niego walczyć. Byli zainteresowani tylko i wyłącznie pozyskaniem pierwszego wyboru w drafcie, Ralpha [Sampsona]. Nie chciałem grać po to, by przegrywać, więc odszedłem z zespołu. Myślę, że niczego nie straciłem.”

Były nawet głosy, że ta roczna przerwa była ustawką mającą na celu zmaksymalizowanie szans Rakiet na zdobycie pierwszego picku w drafcie 1983.

W każdym razie w świetle opowieści, jak to życie nocne w Houston oddalało go od Boga, dość zabawny jest fakt, że jednym z biznesów rozkręconych przez Reida na sportowej emeryturze był klub nocny.

Otagowane