Horace Grant

Horace Grant

Fun Fact: Latem 1993 roku Horace Grant udał się na trening do Gold’s Gym w Chicago. Ze zdziwieniem czytam dziś o tym, jak bezczelnie kilka miesięcy później umizgiwał się do Orlando Magic (w trakcie meczu Bulls-Magic w kwietniu 1994, stacja NBC puściła wywiad, w którym Horacy wprost mówi, że jest brakującym elementem układanki Orlando, no i w ogóle był trochę bucem), ale moje zdziwienie jest niczym w porównaniu ze zdziwieniem, jakie przeżył Grant owego lata 1993, gdy w owym Gold’s Gym zastał tabun roznegliżowanych pań. Okazało się bowiem, że obiekt został wynajęty przez hardkorowy „świerszczyk” o nazwie CHERI Magazine.

Co zrobił Horace?

Oczywiście dołączył do sesji (w pełni ubrany, choć bez okularów).

„Zapytali, czy chcę to zrobić. ‚Jasne’ – powiedziałem. Stwierdziłem, że jak będę miał 90 lat i będę chciał się znów poczuć młodo, przynajmniej obejrzę sobie te zdjęcia.”

Zdjęcia Granta i dziewięciu nagich modelek w różnych akrobatycznych pozach trafiły do druku parę miesięcy później. Na okładce widniał nagłówek „Our Babes Got This Bull By The Balls”, choć tematem numeru nie był wcale Horacy a „Najbardziej niegrzeczne nimfomanki roku 1994”. Ostatecznie materiał z mistrzem NBA wylądował w numerze pomiędzy przygodami Risy, „soczystej suczki” samej w domu i Tonishy – tancerki i „dziuni”.

Ale nie było to aż tak spontaniczne, jak by się wydawało. Gdy padła propozycja udziału w sesji, Horace zadzwonił do swojego agenta i poprosił, żeby ten upewnił się, że NBA nie ukaże go za taką nieobyczajną fuchę na boku. Agent tak dobrze wszystko załatwił, że z rozpędu wynegocjował także gażę od CHERI Magazine. Agent nazywał się Jimmy, hehe, Sexton, hehe.

Otagowane

Opowieści o NBA vs. NBA 90s blog

Fun Fact: Zaproszono mnie ostatnio na pogawędkę o NBA. Niestety wszystko się nagrywało…

Polecam mniej ze względu na mój udział, a bardziej przez wzgląd na zapał i pracę Przemka, który w ramach swojego cyklu wywiadów rozmawiał z wieloma świetnymi koszykarzami, w tym bohaterami tego bloga. Zajrzyjcie na jego kanał na YouTube (a najlepiej od razu go zasubskrybujcie).

A co do tego, co tam się z mojej strony odmamrotało, to chciałem zrobić tycią erratę:

  • w którymś momencie mówię (w kontekście lat 90. w NBA), że „to nie jest liga gwiazd” – tak naprawdę chciałem powiedzieć, że „to nie jest/była tylko liga gwiazd”, bo jednak wielkie nazwiska ciągną ten sport – po prostu mnie zawsze bardziej ciekawiły te mniej znane; (lol, właśnie w przypływie nudy i narcyzmu odpaliłem sobie ten wywiad i ja jednak powiedziałem, że „to nie jest tylko liga gwiazd”, więc nie miałem powodu się tłumaczyć, cóż, facepalm)
  • gdy cofam się do początków mojej „twórczości” i wspominam, że w połowie lat zerowych blogowe/satyryczne pisanie o sporcie było popularne, wymieniam jako przykład serwis Deadspin i Billa Simmonsa – tak naprawdę to powinienem wtedy wspomnieć o „Fruwając pod koszem”, bo „Czarne kwiaty, białe korzenie” (czyli imć Spira i mój cykl felietonów), to było coś, co próbowało naśladować właśnie kultowe teksty Michała Rutkowskiego (który zresztą także był gościem Przemka) i Pawła Wujca.

To oczywiście nie jedyne wypowiedzi, które bym zmienił (nie bez powodu o koszykówce piszę, a nie mówię), ale te niedomówienia uważam za kluczowe w rozmowie o latach 90. i o moim pisaniu.

Zostałem też w rozmowie zapytany o swoje ulubione teksty i tu po prostu wymieniłem dwa pierwsze, które przyszły mi do głowy, za co przepraszam wszystkie fajniejsze moje wypociny. Ale skoro już chlapnąłem o zapowiedzi sezonu inspirowanej Doktorem House’em i durnym komiksie o Marcinie Gortacie w Phoenix, oto link do tego pierwszego tekstu (komiks jest jednak zbyt krindżowy, plus dziwnie się wyświetla po 10 latach, bo czasem nie wszystkie strony się ładują):

Not in my House, czyli diagnoza nadchodzącego sezonu NBA

Otagowane ,

MMJK NBA 90s Trading Cards Inaugural Edition

Fun Fact: Jeśli jeszcze nie wiecie – zrobiłem sobie własne wirtualne karty z koszykarzami. Wszystkie niuanse tego projektu opisuję w osobnym poście i tam odsyłam po wyjaśnienie mojej motywacji, a tu chciałem tylko napisać, że nadszedł czas, żeby zaprezentować je w pełnej krasie. Oto bowiem blogasek obchodzi dzisiaj urodziny (dziewiąte!), więc to doskonała okazja na wrzucenie obiecanej galerii.

Czytaj dalej
Otagowane

Eric Montross

Eric Montross

Fun Fact: Poczytałem sobie ostatnio trochę na temat Erica Montrossa i postanowiłem sporządzić kwestionariusz na jego temat. Możecie sobie wyobrazić, że odpowiada sam Eric, bo sporo rzeczy jest tu wziętych wprost z innych kwestionariuszy, a resztę dośpiewuję na podstawie miękkich faktów i twardych fantazji…

Ulubiona fryzura?

Żołnierski jeżyko-flat-top.

Dlaczego?

Bo szybko schnie.

Przepis na idealne popołudnie?

Jeżdżenie Chevroletem Blazerem i słuchanie country.

Ulubiony muzyk?

Randy Travis i Reba McEntire.

Ulubiony film?

„Conagher”

Ulubione jedzenie?

Cukinia.

Ulubiona książka?

„Tam, gdzie rośnie czerwona paproć” i drugi tom Encyklopedii Brittanica. (Eric przyznał później, że z tą encyklopedią to żartował, więc możliwe, że z cukinią też, ale tego na szczęście nie zdementował…)

Wymarzony zawód w dzieciństwie?

Śmieciarz.

Najlepszy diss na Ciebie?

Studencka gazeta Duke University umieszczająca na swoich łamach zupełnie pustą stronę z jednym tylko napisem: „Bezużyteczna biała przestrzeń – jak Eric Montross”.

Najmniej ulubiony przedmiot?

Bramka ochronna dla dzieci. (Eric w 2002 roku nadepnął na takową w swoim domu, złamał kość w stopie i po roku rehabilitacji, która nie była w stanie wyeliminować bólu odczuwanego w trakcie chodzenia, Montross ogłosił zakończenie kariery.)

Ulubiona pamiątka?

Podpisane skarpety Davida Robinsona. (Podobno wciąż wisiały na korkowej tablicy w domu Erica, gdy ten – jako członek tzw. Select Team – grał przeciwko Admirałowi w trakcie sparingów z Dream Teamem…)

Twój najsłynniejszy fan?

Vince Carter. (W 2003 roku VC ufundował boisko w biednej dzielnicy Toronto. Otworzył je wykonując efektowny wsad, a potem zaprosił wszystkich na grilla. Przez ten cały czas miał na sobie koszulkę Montrossa…

Eric grał z Vince’em w Toronto – to właśnie kanadyjska bramka ochronna zakończyła karierę Montrossa – a także jest legendą uniwerku North Carolina, na który uczęszczał Carter, więc istnieją spore szanse, że wybór outfitu na inaugurację boiska był tylko trochę ironiczny.)

Czy fani Celtics są zadowoleni z wybrania Ciebie z numerem dziewiątym draftu 1994?

Niby nie, ale beze mnie nie pozyskaliby Kevina Garnetta! („Niby nie”, bo z dziesiątką – i to do Lakers! – poszedł Eddie Jones, a Montross okazał się czymś pomiędzy drewniakiem, a ofiarą wygórowanych oczekiwań wobec białych centrów z udaną karierą akademicką na znanym uniwerku. Ale rzeczywiście można uznać, że bez Montrossa Celtowie nie zdobyliby mistrzostwa w 2008 roku. Boston w 1996 roku oddał Erica do Dallas, pozyskując m.in. pick zamieniony chwilę później w Antoine’a Walkera, którego z kolei w 2003 roku wysłano do – a jakże – Dallas, otrzymując w zamian pakiet zawierający Raefa LaFrentza, trzy lata później wymienionego na Theo Ratliffa, który w 2007 roku był częścią transferu sprowadzającego do Beantown Kevina Garnetta.)

Kto wygrałby w pojedynku Montrossa i Jasona Kidda z Dino Radją i wilkołakiem?

Dino i wilkołak, ale nieznacznie, po zaciętej końcówce.

Czy kartę użytą jako główną ilustrację tego tekstu można uznać za najbardziej białą kartę w historii?

Prawdopodobnie tak.

Jaką kartę do ilustracji tego wpisu wybrałbyś Ty?

Eric Montross

Czy jesteś antyszczepionkowcem?

Nie.

Otagowane ,

John Paxson

John Paxson

Fun Fact: John Paxson był niepilnowany.

Bonusowy Fun Fact: John Paxson był niepilnowany.

Otagowane

M.L. Carr

M.L. Carr

Fun Fact: Jedną z moich ulubionych historii ze świata generalnych menadżerów drużyn NBA jest anegdota, którą wyczytałem kiedyś w „Magic Basketball” o budowaniu mistrzowskiej dynastii Detroit Pistons przez Jacka McCloskeya. Podobno pierwszym jego ruchem po objęciu posady w Tłokach był telefon do Los Angeles Lakers, w trakcie którego zaproponował następujący transfer: cała drużyna za Magica Johnsona. „Trader Jack”, jak go nazywano, bo w trakcie trzynastu lat w stanie Michigan dopiął ponad 30 transferów, został odesłany z kwitkiem, ale brawa za próbę. Tłumacząc potem swoją ofertę powiedział, że wystarczy otoczyć Magica zgrają przypadkowych graczy z CBA, żeby mieć zalążek świetnej drużyny.

Brawa należą się też M.L. Carrowi – gościowi, którego zna się głównie jako członka mistrzowskich składów Celtics z lat 80. (trafił do Bostonu w tym samym roku co Larry Bird), tymczasowego trenera z połowy lat 90. oraz generalnego menadżera, który nadzorował przebudowę Celtów po odejściu Birda i mógł zostać zapamiętany jako jeden z najlepszych w tej roli, gdyby wielkie tankowanie sezonu 1996/97 (był wtedy także head coachem) zakończyło się wylosowaniem pierwszego picku i wyborem Tima Duncana.

To jednak właśnie za pracę GM’a chciałem dziś Carra pochwalić, bo podobnie jak McCloskey zaczął ją od odważnego ruchu. W pierwszych tygodniach na nowym stanowisku podpisał kontrakty z Dominique’iem Wilkinsem, Davidem Wesleyem i Pervisem Ellisonem oraz wymienił Eda Pinckneya za Blue Edwardsa i Dereka Stronga, aż wreszcie, na początku sierpnia 1994 roku, M.L. wybrał numer Chicago Bulls. Oferta była następująca: przyszły wybór w pierwszej rundzie draftu dla Byków w zamian za prawo do nawiązania oficjalnego kontaktu z pewnym baseballistą…

Carr był przekonany, że zdołałby namówić Michaela Jordana na powrót do NBA i założenie koszulki Boston Celtics. „Nie pozwoliłbym mu zmrużyć oka dopóki by się nie zgodził” – mówił, a Bulls woleli nie ryzykować i odrzucili propozycję. Ciekawe ile nocy przespałby MJ grając w jednej drużynie z Erikiem Montrossem i swoim ulubieńcem, Xavierem McDanielem

Otagowane ,

MMJK NBA 90s Trading Cards

Fun Fuckin’ Fact!: Trochę siara, a trochę się jaram, dlatego z mieszanymi uczuciami obwieszczam Wam istnienie MMJK NBA 90s TRADING CARDS!

Co to? To po prostu zbiór grafik mojego autorstwa, stylizowanych na karty koszykarskie. Skoro żyjemy w czasach „nie znam się, to się wypowiem”, postanowiłem, że „nie jestem grafikiem, to sobie zaprojektuję karty”. To bardzo kluczowa informacja, bo jak zobaczycie przykładowe kartoniki, będziecie musieli pamiętać, że nie tworzył ich ani profesjonalista, ani nawet hobbysta.

Po co to? Nie mam pojęcia. Były jednak trzy konkretne impulsy, które stoją za tym setem. Pierwszym był początek pandemii. To bzdura, że człowiek podczas lockdownu ma nagle na wszystko więcej czasu, ale często potrzebuje wtedy czegoś, co będzie ucieczką od przygnębiającej rzeczywistości. Tą ucieczką było dla mnie właśnie – od maja do lipca – dłubanie w wolnych chwilach przy tych kartach. Z kolei częścią wspomnianej przygnębiającej rzeczywistości – a zarazem drugim impulsem – było uświadomienie sobie, jak bardzo podskoczyły ceny prawdziwych kart. Kupno nowego boxa to teraz zniechęcająco duża inwestycja, więc uznałem, że wolę sobie zrobić swoją serię. Trzecim impulsem była aplikacja Panini Dunk, która uświadomiła mi, że można też zbierać wirtualne karty z koszykarzami.

Ten drugi, wspomniany wyżej impuls, jest też powodem, dla którego na razie nie pokażę Wam wszystkich kart.

Stwierdziłem, że chciałbym dla Was przeprowadzić symulację otwierania paczek z kartami (możecie sobie nawet wyobrazić jak by te paczki wyglądały, dzięki głównej ilustracji tego posta) i dać Wam namiastkę tej frajdy.

Jak to zrobimy?

Czytaj dalej

Chris Webber

Chris Webber

Fun Fact: Na początku kariery Chris Webber miał zatargi nie tylko z Donem Nelsonem, ale też z generalnym menadżerem, który sprowadził go do Waszyngtonu, Johnem Nashem. Nash, który zraził do siebie także Juwana Howarda, został ostatecznie zwolniony w maju 1996 roku, kilka tygodni po tym, jak straszył C-Webba, że nie wypłaci mu całości kontraktu, karząc go tym samym za odmowę współpracy z lekarzem klubowym w trakcie rehabilitacji po operacji ramienia. Mniej więcej w tym samym czasie groził mu też grzywną za opuszczenie meczu na własnym parkiecie – zamiast siedzieć w garniturze na ławce, kontuzjowany Webber był na planie serialu „New York Undercover” („Ulice Nowego Jorku”).

Co tam robił? Grał Nelsona, byłą gwiazdę koszykówki uniwersyteckiej, której karierę przekreśliło oskarżenie o zabójstwo. Chłopak stał się wówczas mentorem i ochroniarzem młodszego brata, Franklina. Choć Franklin nie był aż tak utalentowany, jak Nelson, był gwiazdą na szczeblu szkół średnich i właśnie przyjął stypendium od jednego z czołowych uniwersytetów, który reprezentował… Anthony Mason. Na życie młodszego brata dybał lokalny diler narkotyków, którego Franklin zabija, a Nelson bierze na siebie winę. Brat dilera mści się zabijając C-Webba w więzieniu.

Serial jest w pewnych kręgach kultowy, ale w 2020 roku ogląda się go boleśnie, bo momentami przypomina raczej teledysk z połowy lat 90. Najlepsza scena to zdecydowanie wizyta Mase’a w domu Webbera. Pada żarcik, że lepiej, żeby trenujący młodszego brata Nelson nie zmieniał za bardzo stylu gry Franklina, na co C-Webb rzuca – „No, point forwardem jeszcze nie jest” – a kamera pokazuje kiwającego głową z uznaniem Masona.

W każdym razie to bardzo życiowy odcinek. I w telewizji, i w rzeczywistości, Chris Webber zrobił na studiach coś, co ciągnie się za nim przez resztę życia. Na szczęście kolejne popełniane błędy i pechowe zdarzenia w realu kończyły się znacznie lepiej niż w serialu. Rzut Horry’ego, to jednak nie kosa w brzuch, nawet jeśli bolał tak samo.

After The Fact: Dostało mi się trochę – i na facebooku, i na twitterze – za zaliczenie Chrisa Webbera do pierwszej piątki graczy, którzy najbardziej mnie rozczarowali. Moja linia obrony brzmiała w skrócie: „miał udaną karierę według obiektywnych standardów, ale nie wobec standardów, z którym musi się mierzyć ktoś o tak ogromnym talencie”, ale od teraz będę w sprawie moich argumentów odsyłał do ostatniego odcinka podcastu The Book Of Basketball 2.0, w którym Bill Simmons i Joe House dość wyczerpująco mówią o tym, dlaczego C-Webb złamał wszystkim serce (ale i tak powinien być w Hall Of Fame, do cholery!).

Otagowane

Dick Motta

Dick Motta

Dick Motta to jeden z najlepszych szkoleniowców NBA w historii, którego fachowości mogły dorównać tylko jego gwałtowny temperament i złotoustość.

Zajmuje 12 miejsce na liście najbardziej zwycięskich trenerów w historii. Zdobył nagrodę Coach Of The Year w 1971 i mistrzostwo w 1978. Zakończył karierę w 1997 roku, mając wówczas w swoim dorobku pracę z takimi zespołami jak (kolejno) Bulls, Bullets, Mavs (dwukrotnie), Kings i Nuggets.

W międzyczasie był bohaterem wielu różnych anegdot, z których niektóre chciałem teraz przytoczyć…

  • Niezadowolony z postawy swoich Mavs w pierwszej połowie spotkania z Warriors, zaczepił poskramiaczkę zwierząt, która miała show między kwartami i zapytał czy może pożyczyć jej tresowanego tygrysa. Z potulnym, ale groźnie wyglądającym kocurem wparował do szatni Dallas i powiedział: „Jeśli nie zaczniecie zbierać, ten tygrys będzie miał dzisiaj wyżerkę”. Nie wiadomo, czy jego podopieczni to usłyszeli, bo większość w panice uciekła pod prysznice i do dziś nie uważa, że to było śmieszne.
  • Motta słynął z ciągłych kłótni z sędziami, za które był notorycznie karany przewinieniami technicznymi i licznymi wyrzuceniami z boiska. W jednym meczu odgwizdano mu trzy faule techniczne, mimo że limit to teoretycznie dwa. Motta po wyrzuceniu z boiska zwykł po cichutku wracać na trybuny, ale gdy sędziowie wyłowili go w tłumie dostawał od ligi kary. W jednym z meczów podburzał kibiców, żeby buczeli za każdym razem, gdy sędziowie coś odgwiżdżą, nieważne na korzyść której drużyny i czy będzie to akurat dobra decyzja… Nic dziwnego, że to do niego należy miano pierwszego w historii trenera zawieszonego przez NBA (za przepychankę z arbitrami w 1974 roku).
  • W czasie jednego z timeoutów wziętych w spotkaniu Mavs z Jazz rozgrywanym w Las Vegas, swój popisowy numer prezentowała maskotka znana w całych stanach jako San Diego Chicken – kurak wystawiał na środku boiska manekina przebranego za arbitra i niemiłosiernie go okładał w rytm stosownego utworu. Wspomniany czas wziął sam Motta, ale gdy koszykarze zebrali się w kółku czekając na instrukcje, ich trenera nie było w pobliżu. Tak to opisywał rozgrywający Dallas, Brad Davis: „Wszyscy zgłupieli. ‚Gdzie jest Dick? Gdzie jest Dick?’… Nagle oglądamy się za siebie, a on jest na parkiecie, razem z Kurczakiem i kopie wyglądającego jak sędzia manekina”.
  • Motta słynął też ze swojej niecierpliwości. Menadżerowie, którzy z nim pracowali byli przyzwyczajeni, że po porażkach Dick potrafił zadzwonić w środku nocy wykrzykując swoje propozycje transferów, zazwyczaj parując je z ultimatum, że jeśli nie będzie szybkich wzmocnień, on rzuci to w cholerę. Jego konikiem było wieczne poszukiwanie lepszego point guarda. Pat Williams – GM Bulls z czasów gdy trenował ich Motta – wspomina jeden z telefonów: „Zadzwonił do mnie ze swojego hotelu i od razu wściekle wycedził – ‚Załatw… mi… Sivulicha’!. Mówię – ‚Dick, kto to jest Sivulich?’, a on – ‚Grał dla mnie, gdy trenowałem Weber State, ma teraz pewnie 33 albo 34 lata, ale przynajmniej potrafi przeprowadzić piłkę za połowę!'”.
  • Dick Motta bardzo, bardzo rzadko bywał zadowolony, dlatego gdy Pat Williams następnego dnia po cytowanej przed chwilą rozmowie sprowadził do Chicago dwóch guardów – Matta Guokasa i Jimmy’ego Kinga – trener po powrocie z sesji wyjazdowej przyszedł do GM’a i powiedział: „No i co ja niby mam zrobić z tymi wszystkimi obrońcami?”.
  • Coach Motta o tym dlaczego nie nosi swojego pierścienia mistrzowskiego: „Jest za duży. Gdy dłubię w nosie za bardzo zwraca na siebie uwagę”.
  • Coach Motta o Shawnie Bradleyu: „Jest wysoki, naprawdę wysoki”. Poproszony o rozwinięcie: „Jest wysoki, naprawdę wysoki. Nieźle wysportowany. Wysoki”.
  • Naszego bohatera bardzo zaintrygowała perspektywa budowania drużyny od samych podstaw, dlatego gdy beniaminek z Dallas szukał swojego pierwszego trenera, Motta bez zastanowienia porzucił dla Mavs klub z Waszyngtonu, z którym ledwie 2 lata wcześniej zdobył mistrzostwo. Przed pierwszym obozem treningowym, Dick tak opisał zawodników jakich zebrali teksańscy menadżerowie: „Mamy tu cztery typy zawodników: zawodników ze złymi kontraktami, zawodników ze złym zdrowiem, zawodników ze złym podejściem i złych zawodników. Przy czym niektórzy z nich pasują do trzech lub nawet czterech z tych kategorii”.
  • Na sekundę przed końcem meczu z Houston, w którym center Rockets, Elvis Hayes miał właśnie wykonać rzut wolny przy dwupunktowej stracie Mavs, Motta kazał swojemu centrowi, Wayne’owi Cooperowi, zablokować próbę Hayesa, bo według niego w przepisach NBA nie było ustępu zabraniającego takiego manewru. Cooper tak ochoczo wypełnił wolę swojego trenera, że wywalił piłkę w trybuny, a sędziowie najpierw wytłumaczyli Dickowi, że to zabronione (ten darł się wówczas: „Gdzie jest tak napisane, pokażcie mi, pokażcie!”), potem zaliczyli punkty Hayesowi i dali Rockets jeszcze jeden rzut wolny za niesportowe zachowanie rywali. Zrezygnowany Motta ostatnią część tej sekwencji skomentował słowami: „Powiedzieli, że zrobiliśmy to specjalnie. Czytają w myślach, czy co?”

Dick Motta (który nigdy nie grał w koszykówkę w żadnej ze zorganizowanych struktur – nawet w liceum) miał jednak nie tylko złote usta, ale też złoty dotyk.

  • Pierwszą posadę trenerską dostał w gimnazjum liczącego mniej niż 1000 mieszkańców miasteczka Grace w stanie Idaho. Siódmoklasistów poprowadził do finałów lokalnych rozgrywek.
  • Dwa lata później wrócił do Grace już jako trener Grace High School i po dwóch sezonach ze swoimi byłymi podopiecznymi, teraz licealistami, wygrał mistrzostwo stanu.
  • Potem zaczął pracę w mało prestiżowym Weber Junior College i osiągnął świetny bilans 17-8. Gdy po roku szkoła zmieniła się w czteroletni uniwersytet Weber State i zaczęła w związku z tym grać z mocniejszymi przeciwnikami, Motta wcale nie zrobił kroku w tył, wygrywając ze swoimi koszykarzami 22 mecze i przegrywając tylko 4. Dzięki niemu uczelnia błyskawicznie wyrobiła sobie koszykarską renomę i ceniona jest po dziś dzień.
  • Z ciekawości przyjął ofertę Chicago Bulls – klubu dwuletniego, na którego mecze nie chodził zupełnie nikt. W trzecim sezonie Motty, zespół, który przed jego przyjściem wygrał 29 spotkań, miał już bilans 51-31 i nie schodził poniżej 50 zwycięstw przez kolejne trzy lata.
  • Bullets przejął w 1976 roku – już w swoim drugim sezonie poprowadził ich do mistrzostwa.
  • Mavs prowadził od ich pierwszego sezonu w lidze – 80/81 – do 1987 roku. W tym czasie wygrywał w sezonie zasadniczym (kolejno) 15, 28, 38, 43, 44, 44 i 55 meczów. Zaszokował wszystkich rezygnacją po rozczarowującej porażce w pierwszej rundzie playoffów 1987, ale stworzył klub, który rok później prawie awansował do finałów (zmusili późniejszych mistrzów, Lakers, do rozegrania siedmiu meczów, przegrywając ostatni pięcioma punktami) i w zgodnej opinii wszystkich zdobyłby tytuł, gdyby nie zabrakło mu mottowych jaj.
  • Niespodziewanie wrócił do Dallas w 1994 roku i objął klub z 13 zwycięstwami na koncie. Przy pierwszym podejściu wygrał 36 meczów.

Nie wszystko czego dotknął zamieniało się w złoto (jako trener Kings wygrał 16 i 25 meczów, zwolniono go w trzecim sezonie po przegraniu 18 z 25 pierwszych spotkań, przy drugim podejściu do trenowania Mavericks ostatecznie przegrał z trójkątem bermudzkim Jason KiddJim JacksonJamal Mashburn), ale był jednym z najlepszych nauczycieli koszykówki.

Jasne, był wiecznie niezadowolonym cholerykiem, który nie tylko w złe dni mieszał z błotem wszystkich – właścicieli, menadżerów, koszykarzy, sędziów czy samą ligę – ale to była po prostu cecha charakteru i reakcja na stres, która jednak nie przeszkadzała mu w wykonywaniu świetnej roboty. Zwykł zmuszać swoich graczy do wielkiego wysiłku (gdy Mitch Richmond przyszedł do Kings, których trenował Motta, Spud Webb miał go przywitać słowami „witaj w piekle”), ale prędzej raczej niż później przynosił on rezultaty, a wymyślając swoją taktykę Dick dbał o to, by jego koszykarze mieli frajdę na boisku. No i będąc cholerykiem miał jednak znacznie więcej klasy niż pierwszy lepszy pieniacz.

Najsłynniejszy z jego cytatów (choć tak naprawdę nie był jego) to wypowiedź z czasów playoffs 1978. Washington Bullets nie raz skazywani byli wówczas na pożarcie, a Motta zaapelował o spokój i odczekanie do końcowego gwizdka słowami (choć tak naprawdę wcale tak nie brzmiały): „Opera nie jest skończona, dopóki nie zaśpiewa gruba dama”. Ostatecznie mistrzowska przygoda Pocisków tak doskonale zgrała się z tym powiedzeniem, że natychmiast weszło ono do powszechnego użytku w amerykańskim języku angielskim.

89-letni dziś Dick Motta w swojej trenerskiej karierze dostał 398 przewinień technicznych (dla porównania: Rasheed Wallace uzbierał ich 317) i pewnie się cieszy, że jego czas przeminął zanim kary finansowe za tego rodzaju niesubordynację wzrosły z 25 do 2500 dolarów.

Buck Williams

Buck Williams

Fun Fact: W jednym z numerów „Magic Basketball” można znaleźć informację, że „Buck Williams sam buduje i wypuszcza na kontrolowane loty modele samolotów sterowane radiem. Ponadto prześledził genealogię swojej rodziny aż do 1798 roku.”

Jak dowiadujemy się z tego artykułu, budowanie zdalnie sterowanych samolotów było jego sposobem na radzenie sobie z frustracją związaną z grą dla słabiutkich Nets, a zainteresowanie genealogią zaczęło się, gdy jeden z dziennikarzy zasugerował, że jeden z jego przodków musiał zrobić coś złego, skoro Williams utknął na bagnach New Jersey. To drugie to żart (to znaczy żartem jest, że taki był powód, a nie to, że ktoś tak powiedział), ale w drugiej połowie lat 80. rzeczywiście były ciekawsze rzeczy do roboty niż gra w koszykówkę dla Nets.

Williams, All-Star już w swoim pierwszym sezonie i All-Star oraz członek drugiej drużyny All-NBA jako drugoroczniak, zamienił Nets w drużynę playoffową, która jednak cztery z pięciu postseason zakończyła na pierwszej rundzie. A potem wróciły lata chude (kolejno 24, 19 i 26 zwycięstw), które sprawiły, że Buck z otwartymi ramionami powitał perspektywę degradacji z pierwszej do czwartej albo i piątej boiskowej opcji w Blazers, których także odmienił na lepsze, pomagając dwukrotnie awansować do finałów NBA.

New Jersey po jego odejściu długo biło się z Waszyngtonem o miano Clippersów Wschodu, dopiero era Jasona Kidda zrobiła z nich szanowaną ekipę, choć nie na długo.

Legitymizują ich co prawda dwa występy w finałach, ale faktem jest, że począwszy od rozgrywek 1977/78 (w których debiutowali w roli drużyny NBA), tylko Clippers przegrali więcej meczów niż Nets. A nawet gdy Nets wygrywali, nigdy nie byli szczególnie dominujący. We wspomnianym przedziale czasowym, czyli na przestrzeni 44 sezonów regularnych, tylko raz wygrali przynajmniej 50 meczów. Równie skromne konto mają jedynie Bullets/Wizards oraz Pelicans (którym jednakowoż dopiero co stuknęło 18 oficjalnych wiosen w lidze). Biorąc pod uwagę odsetek zwycięstw w historii, obecni Brooklyńczycy mają czwarty najgorszy wynik ze wszystkich aktywnych drużyn – 41.8% (licząc tylko wyniki w NBA, bez paru dość udanych sezonów w ABA). Niżej są Grizzlies, Clippers i Timberwolves.

I dlatego, tak jak absolutnie nie zdziwiło mnie, że Clippers pozostają przeklętą drużyną nawet w 2020 roku (pod tym względem można na nich polegać jak na Bucku Williamsie w podkoszowej walce), tak nadal nie ufam Nets, których można spokojnie uznać za jeden z najgorszych zespołów ostatnich 40 lat.

Otagowane