Todd Day

Todd Day

Fun Fact: Podczas draftu 1992, Milwaukee mieli w sumie niezły pomysł – wziąć w pierwszej rundzie dwóch graczy z jednej drużyny uniwersyteckiej z południowego stanu na literę A. Tyle, że zamiast na Arkansas, powinni byli postawić na Alabamę.

Z numerami 8 i 23 wybrali, odpowiednio, Todda Daya i Lee Mayberry’ego, a mogli Roberta Horry’ego (poszedł z nr 11) i Latrella Sprewella (poszedł zaraz po Mayberrym, na dodatek urodził się w Milwaukee).

Mimo wszystko pojawienie się Daya w Bucks uważano za ekscytujący rozwój wypadków.

Wróżono mu zdobycie bardzo wielu punktów w NBA i choć w trzecim roku rzucał 16 punktów na mecz i był graczem dynamicznym, to na jego talencie ofensywnym nie można było polegać (40.6% z gry w karierze) nie mówiąc już o defensywie.

Gdy swój czwarty rok w stanie Wisconsin zaczął od spudłowania 49 z 71 rzutów (skuteczność 31%), w tym 20 z 25 trójek, Kozłom zapewne dość łatwo przyszło wysłanie go (i Altona Listera) do Boston Celtics za Shermana Douglasa.

Przez pierwsze sześć lat kariery, Todd Day rzucał prawie 14 punktów w każdym z 389 spotkań i powinien rozegrać ich przynajmniej drugie tyle jako streaky shooter z ławki, który w dobry dzień przechyla losy spotkania na korzyść swojego zespołu. Zamiast tego, wystąpił w meczu NBA już tylko 94 razy i skończył karierę jako 31-latek.

Może chodziło o to, że był samolubem?

Tak przynajmniej twierdził Larry Bird w swojej książce „Bird Watching: On Playing and Coaching the Game I Love” (napisanej z Jackie MacMullan).

Nie tylko skrytykował Todda za myślenie tylko o swoich rzutach, ale wręcz moment jego pojawienia się w składzie Bostonu uznał za decydujący dla podjęcia decyzji o odejściu z organizacji, w której próbował znaleźć dla siebie nową rolę po zakończeniu kariery zawodniczej. Co prawda bujał się tam jeszcze dwa lata i chodziło mu bardziej o odejście Douglasa, którego uważał za najbardziej wartościowego gracza ówczesnych Celtics, ale jednak jest to dość mocne stanowisko.

Co ciekawe, Todd Day prawie zabrał Larry’emu klubowy rekord punktów w jednej kwarcie, rzucając ich 24 w czwartej części starcia z Minnesotą Timberwolves. Potem twierdził, że trener C’s i kolega Birda, M.L. Carr, specjalnie zdjął go z boiska, żeby nie mógł poprawić osiągnięcia legendy.

Chcąc udowodnić, że Bird i inni krytycy nie mają racji, Todd Day podpisał swój kolejny kontrakt z ekipą Miami, licząc zapewne na pierwszy w karierze występ w playoffach.

Leniwy gracz w Heat Culture?

Zgadnijcie jak poszło. Czas na odpowiedź to 9 sekund, w czasie których Todd Day będzie nieskończenie wiele razy pump-fake’ował rywali.

(Oryginalnie były oczywiście tylko dwie „pompki”, a Todd tę trójkę trafił, co w sumie nie było takie oczywiste bo w tym czasie trafiał je ze skutecznością 29%)

A teraz odpowiedź, jak Toddowi poszło w Miami: gdy Pat Riley dowiedział się, że nowy gracz narzeka za jego plecami na taktykę i rotacje, zwołał spotkanie zawodników, zapytał czy ktoś ma zastrzeżenia do jego pracy. Powtórzył pytanie już samemu Toddowi i zanim ten odpowiedział, oznajmił mu, że jest zwolniony.

To było po pięciu meczach sezonu zasadniczego 1997/98 i to wydarzenie właściwie skończyło karierę Todda (Riley niby niedługo potem przyznał przed nim i przed koszykarzami Heat, że zrobił źle, ale już sam siebie nie zwolnił).

Kolejną szansę dostał dopiero dwa lata później, w Phoenix, za wstawiennictwem kumpla z czasów gry na szczeblu szkół średnich w Memphis, Penny’ego Hardawaya (zawsze zresztą uważałem, że Anfernee i Todd są bardzo podobni, zwłaszcza jeśli chodzi o sylwetki ale też trochę i twarze). Zagrał wreszcie w upragnionych playoffach, nawet wygrał serię – i to z mistrzami NBA, San Antonio Spurs – rzucając 16 punktów w czwartej kwarcie zwycięskiego meczu numer 3. Ale Suns nie próbowali go zatrzymać (może coś wspólnego miała z tym bójka z Cliffem Robinsonem podczas gry w karty w samolocie klubowym, którym leciały też rodziny zawodników i niektórzy posiadacze karnetów).

Karierę Daya zwieńczyło 31 meczów bez historii w barwach Timberwolves i zerwanie umowy pod koniec lutego 2001 – już chyba też bez żadnych większych emocji.

Jak został zapamiętany Todd Day? To już zależy, kogo pytać.

Jeśli mnie: wzruszyłbym ramionami i powiedział, że jako jeden z największych przeciętniaków z lat 90.

Jeśli fana koszykówki uniwersyteckiej: pewnie jednak jako rozczarowanie, bo na studiach zapowiadał się lepiej (cóż, niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto się nie zapowiadał lepiej w wieku 22 lat).

Jeśli Billa Simmonsa przed 2010 rokiem: jako jego najmniej lubiany Celt w historii (zdetronizował go dopiero znudzony Rasheed Wallace).

Postaw kawę

Otagowane

Dodaj komentarz