Felipe Lopez

Felipe Lopez

Fun Fact: Powiem Wam, że może się nie znam, bo nie jestem graphic designerem, ale insert World Premiere z serii Fleer Ultra 1998/99, to być może najbrzydszy set, jaki wydrukowano. Pikseloza w tle jest niesamowicie dziwaczną decyzją estetyczną, bo nijak się ma do motywu przewodniego, no chyba, że komuś się ten schematyczny glob w tle skojarzył z World Wide Web, bo właśnie w takiej jakości obrazu oglądało się w tamtym czasie filmiki na NBA.com. Ja wiem, że projekty kart z tamtych lat często opierały się o kiczowate efekty, ale te piksele wyglądają po prostu źle, bardziej jak siatka przezroczystości niż pełnoprawne tło.

Ale to nie koniec.

Grafik w dniu tworzenia projektu zdecydowanie wybrał przemoc i postanowił wygumkować koszulki zawodników, bezpardonowo oraz dość pokracznie, nakładając potem na nie zdeformowane logo drużyny. To, co widać na zeskanowanej przeze mnie przykładzie i tak jest łagodnym wymiarem kary dla naszych oczu – zobaczcie, jak na innych kartach ten zabieg zamienia stroje Raefa LaFrentza i Roberta Traylora w letnie sukienki oraz worki na zboże (zdjęcia z eBaya, na szczęście nie mam tych kart):

Moja karta jest jednak też mocnym kandydatem do najgorszej w tej serii, bo dodatkowo z tropu zbija zdjęcie.

Piłka opuszcza rękę dziwną trajektorią, jakby zawodnik ją zgubił a nie wykonywał rzut – wrażenie, które wzmacnia nieco zamroczony wyraz twarzy z przymkniętymi oczami.

A ponieważ na tym etapie nie było już odwrotu, grafik na zakończenie zmienił na klubowe barwy kolor pasków na Kamikaze Kempach.

Pewnie planował jeszcze nasrać na środku, ale najwyraźniej terminy goniły.

Ale, ale, ja tu wcale nie o designie kart chciałem, w końcu, że jestem ostatnią osobą, która może go krytykować wie każdy, kto widział moje własne karty.

Ja o Felipe Lopezie.

Nastoletnim królu Nowego Jorku.

Dominikańskim Michaelu Jordanie.

Licealiście otaczanym hype’em rozmiarów lebronowych.

Graczu NBA, który po czterech sezonach był już poza ligą.

Dla mnie było to jeden z tych koszykarzy akademickich, których uważałem za przyszłą gwiazdę tylko dlatego, że widziałem gdzieś-kiedyś jego efektowne zdjęcie i podobało mi się jego imię i nazwisko. Wtedy jednak nie wiedziałem, że tak, jak ja, myślało o nim kiedyś wiele osób.

Felipe jako dziecko wyemigrował z Dominikany do Nowego Jorku, został koszykarskim fenomenem w koszulce szkoły średniej Rice i stał się bohaterem społeczności latynoskiej, powodem do dumy oraz inspiracją dla imigrantów, których życie w Wielkim Jabłku nie należało do najłatwiejszych.

Można wiele powiedzieć o LeBronie Jamesie, jego miejscu w historii NBA, charakterze lub sposobie w jakim kreuje swój wizerunek, ale ja zawsze chylę czoła przed tym jak potrafił udźwignąć niedorzecznie wielki ciężar oczekiwań towarzyszących jego przyjściu do ligi.

Bo wielu innych nie udźwignęło. W tym Felipe.

Po latach przyznał, że już w czasie gry na uniwersytecie St. John’s, presja po prostu go przytłoczyła. Może gdyby wybrał szkołę z dala od domu, byłoby mu łatwiej od niej uciec, ale wybranie uniwersytetu z siedzibą w Queens tylko zwiększyło oczekiwania – teraz musiał jeszcze przywrócić świetność przeżywającemu chude lata programowi koszykarskiemu.

Jego czteroletnia kariera była solidna, ale daleka od fanfików, które pisały się w głowach nowojorskich kibiców. Wymowne było jej zakończenie – gdy St. John’s w końcu udało się awansować do NCAA Tournament, w ostatnim sezonie Lopeza, odpadli z niego już w pierwszej rundzie, a Felipe miał szansę wygrać mecz w końcowych sekundach. Jego trójka nie wpadła jednak do kosza.

Ten rzut zapewne mógł odmienić narrację wokół jego kariery na szczeblu uniwersyteckim. Kończyłby ją jako autor jednego z najbardziej pamiętnych zagrań, które mogłoby ożywić zwiędły już hype, a jemu przywrócić pewność siebie.

Choć tak naprawdę jego największym błędem było nie przystąpienie do draftu w 1995 roku, tuż po pierwszym sezonie w NCAA, albo od razu po szkole średniej, gdy był najbardziej znanym nieprofesjonalnym koszykarzem w Nowym Jorku, z okładką Sports Illustrated jako dowodem (choć są tacy, co twierdzą, że to właśnie ta okładka wyrządziła mu największą krzywdę, podkręcając presję… nie mówiąc już o tym, że była przeklęta).

Gdy w końcu nastał dzień draftu, dostaliśmy kolejne „co by było gdyby?”. Z numerem 24 zwerbowali go San Antonio Spurs, ale natychmiast oddali do Vancouver Grizzlies, razem z innym latynoskim pionierem koszykówki, Carlem Herrerą, za trzeciego gracza poprzedniego naboru, Antonio Danielsa.

Felipe Lopez

Owszem – w Kanadzie mógł liczyć na większą boiskową rolę, ale to była fatalna drużyna, w której ciężko było uczyć się na własnych błędach, skoro popełniali je wszyscy wokół. Czy mentoring Gregga Popovicha i debiutancki sezon spędzony w drużynie przyszłych mistrzów NBA (którzy w finale mieli się zmierzyć z Knicks – drużyną z rodzinnego miasta Lopeza) mogły coś zmienić?

Felipe nigdy nie przebił wyników z pierwszego sezonu, który był skrócony przez niesławny lokaut. Rzucał wtedy 9.3 punktu w każdym spotkaniu, przy skuteczności 44,6% z gry (był fatalny za trzy, pudłując 32 z 44 prób) i występując w większości meczów w pierwszej piątce. Po dwóch latach w Kanadzie został ściągnięty do Waszyngtonu przez tego, do kogo był kiedyś porównywany – Michaela Jordana. Był podstawowym shooting guardem zespołu ze stolicy, ale gdy w czasie trade deadline Czarodzieje wysłali do Dallas Juwana Howarda, dostając pięciu graczy za trzech, musieli zrobić miejsce w składzie i padło właśnie na Lopeza. 20 dni przed zwolnieniem ustanowił swój rekord strzelecki, rzucając 26 punktów Minnesocie Timberwolves, co okazało się rozmową o kolejną pracę: to właśnie Wilczki zwerbowały go na resztę sezonu i zaoferowały przedłużenie kontraktu swingmanowi, który może już nie był Dominikańskim Jordanem, ale był przyzwoitym graczem po obydwu stronach parkietu.

Niestety nawet taka skromna kariera nie była mu pisana.

Jesienią 2002, podczas meczu przedsezonowego, 27-latek zerwał więzadła ACL i MCL w kolanie. Pierwsza próba powrotu zakończyła się odnowieniem urazu na treningu. Ostatecznie nie znalazł drużyny NBA, która chciała umożliwić mu drugą próbę.

Reasumując: Felipe Lopez był w liceum jednym z najbardziej znanych koszykarzy w USA, ale na każdym kolejnym etapie co raz bardziej usuwał się w cień. Jakby jego kariera od czasu okładki w Sports Illustrated toczyła się według, może nie najgorszego, ale najbardziej nudnego możliwego scenariusza.

I w sumie on sam nie zrobił nic złego. Nie podejmował żadnych kontrowersyjnych decyzji. Nie wywołał żadnego skandalu. Nie był bucem czy leniem. Po prostu nigdy nie dorównał zbyt wysokim oczekiwaniom społeczności spragnionej nadziei, miasta, dla którego koszykówka jest świętością oraz pogrążonego w kryzysie kraju rodzinnego.

Ale i tak mógł być dzisiaj ikoną koszykówki, gdyby nie kolejna wielka szansa, która przeszła obok: Felipe był jednym z młodych zawodników, których Spike Lee przymierzał do głównej roli w kultowym „He Got Game”. Filmie, który opowiadał historię takich jak on, nowojorskich mesjaszów koszykówki. Bo, widzicie, jest bardzo duża szansa, że Jesus Shuttlesworth też nie zostałby gwiazdą NBA.

Postaw kawę
Otagowane

Dodaj komentarz