
Fun Fact: Fani Knicks z lat 90. boją się dwóch rzeczy: koszykarzy o imieniu Reggie oraz koszykarzy o nazwisku Jordan. Nasz dzisiejszy koszykarz nazywa się więc jak suma wszystkich ich strachów, choć w rzeczywistości – i tylko przez jeden dzień – był nemesis Utah Jazz.
To właśnie przeciwko ekipie z Salt Lake City rozegrał swój najlepszy mecz w karierze: 28-punktową eksplozję, która wzięła się praktycznie znikąd. To był 6 lutego 1994 roku, Reggie był w trakcie drugiego dziesięciodniowego kontraktu i wcześniej zagrał tylko przez 11 minut w czterech meczach, zdobywając 2 punkty. Tamtego dnia miał ich 6 w samej pierwszej połowie, a w drugiej ustanowił klubowy rekord sezonu rzucając ich 22 i prowadząc Jeziorowców do zwycięstwa 107:90 (tempa dotrzymywał mu tylko James Worthy, zdobywca 26 punktów, a Vlade Divac zaliczył wówczas jedną ze swoich najdziwniejszych linijek statystycznych z 5 punktami, 23 zbiórkami i 9 asystami – sprawdziłem na szybko, że takie 23/9 już się potem nigdy nie przydarzyło żadnemu Jeziorowcowi, a wcześniej tylko Kareemowi, Wiltowi i Elginowi).
Można się domyślać, że żartom nie było końca, ale trzeba pamiętać, że kibice NBA faktycznie nie widzieli takich boiskowych wyczynów w wykonaniu gościa z numerem 23 i nazwiskiem Jordan od czerwca poprzedniego roku.
Reggie Jordan, który do ligi – ale i zorganizowanej koszykówki, w ogóle – dostał się tylnymi drzwiami (nie grał w ogóle w szkole średniej ani przez pierwsze lata studiów, nie został wybrany w drafcie i wybił się dopiero w CBA), załatwił sobie w tamtym meczu z Utah Jazz kontrakt na resztę sezonu, ale nie utrzymał się w składzie Lakers na następne rozgrywki. Po kolejnej udanej wizycie w CBA, a także greckim epizodzie, który YouTube pamięta do dziś…
…Reggie wrócił do NBA w połowie rozgrywek 1995/96 i utrzymywał się na obrzeżu składów (kolejno) Hawks, Blazers, Timberwolves oraz Wizards aż do 2000 roku.
Był klasycznym ninetiesowym rzucającym obrońcą bez rzutu, ale był pożyteczny w obronie i miał dryg do zbiórek mimo tylko 193 centymetrów wzrostu (na ostatnim roku w NCAA zbierał średnio prawie 8 piłek, w CBA zdarzyło się nawet ponad 10, a w NBA – jeśli przeliczymy jego statystyki nie na mecz, a na 36 minut – ponad 9 jako rookie i ponad 7 za całą karierę).
W Oregonie i Minnesocie grał z numerem 31, kompletując odniesienia do najsłynniejszych koszykarskich posiadaczy jego imienia i nazwiska w latach 90.
Znalazłem nawet jeden jego highlight z czasów gry w Leśnych Wilkach, ukryty w baaardzo amatorskiej reklamie jego trenerskich usług:
W Waszyngtonie nie zagrał z tym „drugim” Jordanem, ale MJ był już w klubie, gdy Reggie trafiał do stolicy. Może dlatego przestał się wygłupiać i wybrał numer 10.
Oczywiście nie odmówię sobie zakończenia tego tekstu pierwszymi piątkami nie tych Reggie’ich i nie tych Jordanów (w ich przypadku uwzględniłem też imię Jordan, bo z samych nazwisk nie byłem w stanie zebrać kompetentnego składu):
All-Not-THAT-Reggie Team
PG – Reggie Jackson
SG – Reggie Theus
SF – Reggie Lewis
PF – Reggie Slater
C – Reggie Evans
Na ławce Reggie Williams bo jednak i on, i on Reggie Lewis byli zbyt badylowaci na PF.
All-Not-THAT-Jordan Team
PG – Eddie Jordan
SG – Jordan Poole
SF – Jordan Clarkson
PF – Jordan Hill
C – DeAndre Jordan
Pierwszy z ławki, oczywiście, Jordan Loydowski.
