Fun Fact: Był jednym z pięciu najlepszych koszykarzy na uczelni Michigan, ale pozbawiono go dystynkcji członka Fab Five. Choć wiele osób uważało, że to on powinien tworzyć wyjściowy skład Wolverines zamiast Raya Jacksona (jedynego członka Fantastycznej Piątki, który nie powąchał parkietu NBA), przesuwając Chrisa Webbera na czwórkę i Juwana Howarda na trójkę, to Riley pozostał szóstym graczem tamtej kultowej drużyny (ciekawostka: „Sub Five”, tudzież „Forgotten Five”, oprócz Erica tworzył Rob „Ten Rob Pelinka” Pelinka, a poza nimi niejaki James „Nie Jake Voskuhl” Voskuil, niejaki Michael Talley i niejaki Dougan Fife). Co o tym wszystkim sądził, dość dobitnie opowiedział w jednym z wywiadów, dziesięć lat temu (mój ulubiony „take” ericowy: Chris Webber to kozioł ofiarny, bo inni gracze też krzyczeli, żeby wziął czas, a przede wszystkim, trenerzy nie poinformowali wcześniej zawodników, że nie mają już do dyspozycji przerw na żądanie).
Riley miał w ogóle szczęście do ról dalszoplanowych w pamiętnych przedsięwzięciach.
Jako jeden z wielu młodych graczy załapał się do filmu „Blue Chips” (aka „Drużyna Asów”), w którym zagrał zawodnika zespołu Indiany (razem z takimi późniejszymi graczami NBA jak Calbert Cheaney, Bobby Hurley, Eric Anderson, Geert Hammink czy Greg Graham).
Jako rookie, po draftowej wymianie za Popeye’a Jonesa, trafił z Dallas do Houston. Tam niemal codziennie grywał jeden-na-jeden z Hakeemem Olajuwonem, służąc mu za worek treningowy przed starciem z najlepszymi środkowymi rywali. Rozgrzewał The Dreama na tyle dobrze, że ten poprowadził Rakiety do mistrzostwa w 1994 roku. Choć Eric w playoffach nie zagrał (ba, nie grał też za bardzo w sezonie zasadniczym), to otrzymał pamiątkowy pierścień (który został w 2016 roku sprzedany przez Rileya jubilerowi i wypłynął ponownie w 2020 roku, gdy poszedł na aukcji za 13,7 tysiąca dolarów).
Niewiele brakowało, a nasz bohater wystąpiłby też w filmie „Eddie”, ale ponieważ był wtedy wolnym agentem, ostatecznie zrezygnował i poświęcił się treningom oraz szukaniu nowego zespołu.
Riley był specem od bloków, ale nieszczególnie biegłym w pozostałych elementach koszykarskiego rzemiosła. Mówiło się też, że jest trochę za bardzo wyluzowany. Nikogo nie dziwiło, że utknął na ławce w zespole mistrzowskim, ale jako drugoroczniak trafił, zdawałoby się, w idealny układ. 18 grudnia 1994 roku podpisał kontrakt do Clippers, których dwaj najlepsi środkowi wypadli z gry. Stanley Roberts był cały sezon na liście konsumujących kontuzjowanych, a Elmore Spencer, m.in. z powodu problemów ze zdrowiem psychicznym, wystąpił tylko w 19 spotkaniach). Nominalnie konkurencją Rileya byli tylko Matt Fish i Bob Martin (który w tamtych rozgrywkach zagrał w jednym meczu). Mimo wszystko Eric grał tylko po 10 minut w meczu, przegrywając walkę o miano centra pierwszej piątki z silnym skrzydłowym, Tonym Massenburgiem. Nie pomógł mu na pewno fakt, że stracił większość lutego 1995 liżąc rany po wypadku samochodowym (stłuczone żebra, obojczyk i stopy oraz rozcięta warga), który zresztą według dat publikacji artykułów przytrafił mu się tego samego dnia, lub dzień po meczu z Lakers, z którego został wyrzucony za bójkę z Antonio Harveyem (więc w sumie może któryś z wymienionych urazów miał już wsiadając do auta).
Kolejne rozgrywki w wykonaniu Rileya to 25 meczów (10 w pierwszej piątce) w koszulce Wolves, rok w Grecji, 39 meczów (14 w p.p.) w Dallas i 35 meczów (11 w p.p.) w Bostonie. Potem był częścią w inauguracyjnego sezonu nowej ABA i skakał po ligach poza granicami USA. Karierę w NBA zakończył ze średnimi 3.1 PPG, 2.6 RPG i 0.7 BPG.
Koniec końców, nic dziwnego, że jedyne highlighty Rileya jakie znalazłem na YouTube, to fragment „Blue Chips” (Eric to zawodnik z numerem 50, który punktuje pod koniec klipu):
Fun Fact: Julius Nwosu był jednym z tych surowych talentów z Afryki, które tak bardzo pobudzały wyobraźnię, że o starej jak kariera Hakeema Olajuwona romantycznej historii (Amerykanin jedzie na Czarny Ląd, Amerykanin poznaje bardzo wysokiego chłopaka, Amerykanin pyta chłopaka czy gra w koszykówkę, żyją długo i szczęśliwie) kręcono nawet filmy. Pochodzący z Nigerii Nwosu także spotkał na swojej drodze Amerykanina, który zapytał go, czy gra w koszykówkę. Co prawda Julius potrafił już wtedy kręcić piłkę na palcu, ale i tak był mocno w tyle jeśli chodzi o standardowy model rozwoju talentów. W jednym z wywiadów wspominał, że gdy – namówiony przez wspomnianego misjonarza – przyjechał grać na uczelni Liberty, nie miał zielonego pojęcia, do czego służy zegar odliczający czas na rozegranie akcji.
Nwosu miał jednak wystarczająco dużo potencjału, żeby po studiach przewinąć się przez ligi letnie i obozy treningowe kilku drużyn NBA. Choć pierwszy profesjonalny kontrakt podpisał w Hiszpanii, to już drugi podsunęli mu pod nos San Antonio Spurs. Co prawda boiskowy wkład Juliusa w sezonie 94/95 był niewiele większy niż wkład Kyrie’ego Irvinga w zachęcanie ludzi do szczepień, ale Ostrogi chciały dalej inwestować w rozwój środkowego z Afryki. Niestety trzymiesięczny lokaut latem 1995 roku uniemożliwił negocjacje nowej umowy i Nigeryjczyk wybrał pewną fuchę w Rosji.
Tak rozpoczęła się bardzo długa i owocna kariera międzynarodowa Nwosu. Nigeryjczyk odwiedził w jej trakcie kilkanaście państw i praktycznie co roku wygrywał jakieś krajowe mistrzostwo (w jednym z wywiadów Julius mówił o 15 czempionatach, w innym padła informacja o 20, ale wybaczcie – nie chciało mi się sprawdzać rok po roku wyników wszystkich jego klubów, których, jeśli wierzyć Wikipedii, było też około 20).
Po zdobyciu mistrzostwa Rosji z CSKA próbował zakotwiczyć w Boston Celtics, którzy właśnie szykowali się na tankowanie po Tima Duncana. Jego szanse oceniano wysoko, bo największą konkurencją w walce o rolę ostatniego centra był the one and only Brett Szabo. Nwosu liczył, że sezon w NBA na karku, doświadczenie z najmocniejszych europejskich lig oraz treningi z Davidem Robinsonem zaprocentują angażem. Nasz bohater jednak nie wygryzł Szabo. Widać trenowanie z Admirałem było w Bostonie mniej cenione niż trenowanie z M.L. Carrem.
O Nwosu zrobiło się umiarkowanie głośno w 1998 roku, gdy został wyrzucony z mistrzostw świata po oblanym teście antydopingowym. Winnym był nadmiar efedryny w lekach, które wziął na wzmocnienie przed jednym z meczów. Trochę mu to utrudniło szukanie nowej drużyny, bo choć Julius nigdy nie pił i nie palił, dopingowa wpadka zapalała lampki ostrzegawcze w głowach mniej dociekliwych pracodawców.
Jak można się domyślić po wcześniejszej wzmiance o pierdyliardzie zdobytych mistrzostw, jego kariera szybko wróciła na właściwe tory i cóż – reszta jest historią (zbyt mało ciekawą, mimo tego całego wygrywania, żeby ją obszernie opisywać).
Jeśli lubicie segmenty w stylu „Where are they now?”, oto krótki epilog… Boiskową karierę Julius zakończył w wieku 40 lat, w 2010 roku. Mniej więcej wtedy udzielił wywiadu, w którym zapytano go o plany na przyszłość. Nowsu powiedział wówczas, że być może powinien po raz pierwszy w życiu spróbować alkoholu. Trzeba przyznać, że abstynencja to spory wyczyn w przypadku gościa, który najlepsze lata życia spędził w Rosji.
Nie wiem czy Julius w końcu zrealizował ten plan, ale w międzyczasie stwierdził, że nadal chce zajmować się koszykówką. Dziś jest członkiem sztabu szkoleniowca reprezentacji Nigerii, Mike’a Browna, i dosłownie parę dni temu zadebiutował w roli p.o. głównego trenera w meczach eliminacji mistrzostw świata (Brown jest chwilowo zajęty byciem członkiem sztabu Steve’a Kerra). Jeśli wierzyć informacjom na portalach społecznościowych, Nwosu na co dzień mieszka w Houston i pracuje jako specjalista od EHS (takie BHP połączone z ochroną środowiska). Absolutną miłością darzę fakt, że jego zdjęcie profilowe na LinkedIn to rewers karty, która posłużyła za ilustrację do tego wpisu.
Fun Fact: To drugi wpis o Jeffie Turnerze na tym blogu, choć w sumie ten pierwszy był bardziej o Stephenie Kingu, kradzieży tożsamości i wokaliście zespołu Creed.
Wypadałoby zatem oddać Turnerowi co turnerowskie: że był solidnym skrzydłowym bez iskry bożej, ale za to z niezłą półdychą i – w późniejszych latach – pewnym zagrożeniem zza łuku.
Do NBA trafił w 1984 roku, z siedemnastym pickiem. Po trzech sezonach w New Jersey przeniósł się na dwa lata do Włoch, a potem dostał ofertę z Orlando. Magicy myśleli o wyborze w drafcie Vlade Divaca i oglądali mecze Partizana Belgrad, gdy w oko wpadł im grający w drużynie przeciwnej Turner. Okazał się on na tyle kompetentny, że utrzymał się w składzie przez siedem lat. To właśnie Jeff był podstawowym power forwardem Magic w sezonie zakończonym pierwszym awansem do playoffów klubu z Florydy. W ostatnich 13 meczach, Jeff notował po 10 punktów i 6 zbiórek w każdym meczu (w tym 22/10 w starciu z Bucks), dokładając do tego po niecałej trójce. Niestety ten sezon zakończył się dla niego o cztery spotkania za wcześnie, zerwaniem ACL w lewym kolanie. Nie żeby to była tylko wina braku Turnera, ale osłabieni Magic nie mieli nic do powiedzenia w pierwszorundowym pojedynku z Pacers (ciekawostka: rok wcześniej sezon Orlando także zakończyła Indiana, która wygrała tie-break o wejście do playoffów pięcioma małymi punktami). Potem Magicy ściągnęli Horace’a Granta i Jeff wrócił do roli rezerwowego, choć i nią się nie nacieszył, bo z powodu kolejnych urazów jego kariera zakończyła się dwa lata i raptem 62 spotkania później.
Także tak.
Zmierzam do tego, że bez przesady z – udokumentowanym na ilustracji tego wpisu – umieszczaniem Jeffa Turnera w karcianych setach o nazwie „lista osób zasłużonych”.
Fun Fact: Detlef Schrempf mógłby się pojawić w wielu tematycznych pierwszych piątkach. Pierwsza piątka Niemców w NBA. Pierwsza piątka flat topów białego człowieka. Pierwsza piątka koszykarzy, których imieniem i nazwiskiem nazywano piosenki. Pasuje też jednak jak ulał do pierwszej piątki graczy wybranych w drafcie z pickami, które przehandlował Ted Stepien. Wyglądałaby ona tak:
Kevin Loder, swingman, który utrzymał spędził w lidze lata 1981-1984, jest tu z powodu dopasowania pozycyjnego. Gdyby decydował tylko talent, jego miejsce zająłby środkowy Roy Tarpley (ok, talent zmarnowany, ale nadal talent).
Ale ciekawsza od odpowiedzi na pytanie „kim jest Kevin Loder?”, jest odpowiedź na pytanie „kim jest Ted Stepien?”.
Tak się składa, że kiedyś napisałem o nim tekst, który wjedzie poniżej, cały na biało. Choć jego akcja dzieje się w latach osiemdziesiątych, to bohaterowie i liczne „what-ifs?” miały pewien wpływ także na NBA lat 90. Ba, mają wpływ na ligę po dziś dzień poprzez tzw. „Stepien Rule”.
No więc kim jest Ted Stepien?
Cóż, to prawdopodobnie najbardziej niechlubny polski rozdział w historii NBA.
Theodore Stepien, syn imigrantów z kraju nad Wisłą, który w czasie II Wojny Światowej służył w siłach powietrznych USA i przeżył katastrofę samolotu, pewnego dnia pożyczył od ojca 500 dolarów i rozkręcił własny biznes polegający na pośrednictwie w umieszczaniu ogłoszeń w gazetach całego kraju. Tak powstała firma Nationwide Advertising Service, która zrobiła z Teda milionera. Próżność połączona z sympatią do koszykówki pchnęła go do zakupu Cleveland Cavaliers w 1980 roku.
W roli właściciela Kawalerzystów wytrzymał ledwie trzy lata (w czasie których stracił tyle pieniędzy, że razem z drużyną musiał sprzedać swoją firmę), ale zdążył odcisnąć na lidze swoje piętno, jak mało kto. Zasłynął z brawurowej krótkowzroczności, zerowej umiejętności oceny koszykarskiego talentu, chorobliwej potrzeby oferowania wysokich i długich kontraktów kiepskim zawodnikom oraz – co było jego popisowym numerem – absolutnego braku opamiętania w wymienianiu pierwszorundowych picków. Z tymi pickami było tak źle, że NBA w pewnym momencie zabroniła Cavs robienia kolejnych transferów bez zgody ligi oraz wprowadziła „Stepien Rule” – zasadę zabraniającą klubom trade’owania wyborów w pierwszej rundzie draftu w kolejnych latach.
Oto oś czasu kluczowych ruchów kadrowych Kawalerzystów z lat 1980-1983, w których miejsca zmieniały picki z pierwszej rundy:
15.02.1980 – Cavs pozyskują z Los Angeles Lakers Dona Forda i pick w pierwszej rundzie Draftu 1980, oddając w zamian Butcha Lee i pick w pierwszej rundzie Draftu 1982. Don Ford rozgrywa w Cleveland 106 spotkań na przestrzeni 2.5 sezonu, zdobywając po 6 punktów w meczu. Kariera wybranego z 22 pickiem Draftu 1980 Chada Kincha trwa tylko jeden sezon – w 29 meczach w Cleveland rzuca średnio po 2.8 punktu. Pick, który Cavs oddali do Lakers okazuje się pickiem numer 1, z którym Jeziorowcy wybiorą Jamesa Worthy’ego (a do wzięcia był jeszcze m.in. Dominique Wilkins).
Ten ustęp potraktujcie jako wstęp, nadający ton reszcie wyliczanki. Choć większość artykułów o Tedzie właśnie jemu przypisuje oddanie za bezcen jedynki draftu, tak naprawdę akurat ten jeden z długiej listy wybryków Cavs w latach 1980-1983 to nie jego wina. Transfer miał miejsce w lutym 1980 roku, podczas gdy Stepien kupił pakiet większościowy Kawalerzystów dopiero w kwietniu tamtego roku. Ten ruch idzie więc na konto ówczesnego generalnego menadżera Rona Hrovata. To Hrovat zapoczątkował trend pozbywania się picków i nowy właściciel zwolnił go, jak tylko został wybrany prezydentem klubu przez resztę udziałowców… A potem postanowił kontynuować jego dzieło.
16.09.1980 – Do Cavs, z Dallas Mavericks, przychodzi Mike Bratz. Cena: pierwszorundowy pick w Drafcie 1984. Bratz notuje po 10 punktów i 5 asyst w każdym meczu, ale spędza w stanie Ohio tylko jeden sezon. Posłany do Dallas pick okazuje się mieć numer 4 i Mavs wybierają z nim Sama Perkinsa, ale gdyby Cavs zatrzymali swój wybór, mogli równie dobrze sięgnąć po Charlesa Barkleya lub Johna Stocktona. Cóż – przynajmniej ten pick nie okazał się pickiem numer trzy, z którym do wzięcia był Michael Jordan…
30.10.1980 – Cavs pozbywają się Billa Robinzine’a, pozyskanego ledwie miesiąc wcześniej w trójstronnej wymianie z Kings za Campy’ego Russella, All-Stara sprzed 1.5 roku. Robinzine powędrował do Dallas Mavericks za Richarda Washingtona i Jerome’a Whiteheada. Nie powędrował jednak sam! Włączone w wymianę zostały pierwszorundowe picki Cavs w Drafcie 1983 i Drafcie 1986. Kariera Washingtona w Cleveland trwała 87 meczów, a Whiteheada – tylko 3 (został zwolniony nieco ponad dwa tygodnie po tym transferze, z 2 punktami w koszulce Cavs na koncie). Picki wysłane do Dallas okazały się mieć numery 11 i 7. Mavs wybrali z nimi Dereka Harpera w 1983 roku (a czekał na chętnego jeszcze Clyde Drexler) oraz Roya Tarpleya w 1986 (później poszli jeszcze Ron Harper, John Salley czy Dell Curry, ale Tarpley – gdyby nie ćpał – byłby właściwym wyborem) i już dwa lata później prawie wyeliminowali Lakers w finałach Konferencji Zachodniej, z pozyskanymi dzięki uprzejmości Cavs Harperem, Tarpleyem i Samem Perkinsem w rolach głównych.
7.02.1981 – Nawet gdy Cavaliers wykorzystywali picki w pierwszej rundzie, szybko się ich pozbywali. Pozyskany za – jak się miało okazać – Jamesa Worthy’ego, Chad Kinch, wyleciał już w połowie debiutanckiego sezonu. Oddano go – a jakże – do Mavericks. Oczywiście nie zapomniano o zwyczajowym picku w pierwszej rundzie, tym razem Draftu 1985. Kawalerzyści pozyskali w zamian Geoffa Hustona (i pick w 3 rundzie draftu, ale naprawdę nie ma się czym chwalić…), który utrzymał się w Cleveland relatywnie długo – 4.5 sezonu – za to przez większość tego czasu narzekał na czas gry i kłócił się z trenerem. Wysłany do Teksasu wybór okazał się ósemką i tak do Dallas trafił przyszły All-Star, Detlef Schrempf (a za nim czaiły się jeszcze takie nazwiska jak Charles Oakley i Karl Malone). Nawet w erze Marka Cubana Mavs nie mieli takiego prosperity, jak w czasach, gdy Ted Stepien podejmował koszykarskie decyzje w Cleveland.
8.06.1981 – W maju 1981 Cavs zaszokowali koszykarski świat POZYSKUJĄC PIERWSZORUNDOWY PICK od Knicks (za Randy’ego Smitha), ale już 19 dni później oddają go do Kansas City Kings jako rekompensatę za podpisanie kontraktu ze Scottem Wedmanem, którego średnia punktowa po przeprowadzce do stanu Ohio spadła z 19 do 10 punktów. Ok – pick nie zamienił się w nic wartego uwagi (Kevin Loder), ale z 17 numerem w Drafcie 1981 Cleveland mogło wybrać na przykład swoją późniejszą gwiazdę, Larry’ego Nance’a.
7.10.1982 – Po interwencji ligi, Kawalerzyści wyhamowali trochę z dealowaniem picków w pierwszej rundzie, ale nikt nie zabraniał im handlować wyborami w drugiej rundzie! Cavs pozyskując z Pistons Steve’a Hayesa, który dał im 65 meczów i średnią 3.6 zbiórek w każdym z nich. Z clevelandzkim 27 numerem w Drafcie 1986, Pistons wybierają Dennisa Rodmana, który kiedyś zbierał prawie 19 piłek w każdym spotkaniu.
Tak mniej więcej prezentuje się lista największych hitów Cavs ery Teda Stepiena, ale trzeba powiedzieć głośno, że nie był on jedynym winnym takiej, a nie innej polityki kadrowej w Cleveland.
Stepien chciał iść na skróty i szybko zrobić z Cavs skład na miarę playoffów. Jako jednak, że nie miał pojęcia co robi, efekt był odwrotny – Cleveland za kadencji Teda mieli bilans 66-180. Tyle, że Stepien był zwykłym rozwydrzonym milionerem, dlatego część winy trzeba przypisać „on again off again” head coachowi Billowi Musselmanowi (trenował Cavs przez większą część sezonu 1980/81, a potem wrócił na to stanowisko w końcówce rozgrywek 1981/82 – w międzyczasie Stepien zatrudnił i zwolnił trzech trenerów, w tym Chucka Daly’ego), który nie próbował wyjaśnić szefowi, że błądzi. Mało tego – to on podsuwał mu pomysły na wymiany. „Ted chciał mieć playoffową ekipę od zaraz, tylko o tym mówił, a ja próbowałem znaleźć mu najlepsze dostępne opcje tak szybko, jak potrafiłem” – wspominał Bill.
Trudno się jednak Musselmanowi dziwić. Wyjaśnianie szefowi błędów w jego podejściu, było trochę bezcelowe. Trener Cavs wyjaśniał to po latach na doskonałym przykładzie:
„Mówiłem mu, że musimy mieć skauta analizującego drużyny przeciwne. ‚Naprawdę?’, odpowiadał, a potem na poczekaniu wymyślał kto nim będzie. Pamiętam, że kiedyś kazał napisać raport na temat taktyki Phoenix jednemu z handlowców ze swojej firmy. Zaczynał się on słowami: ‚Skrzydłowi ustawiają się po przeciwnych stronach parkietu…’. Nie mogłem w to uwierzyć. Wywaliłem go od razu do kosza.”
Marzenia o grze w playoffach nie udało się zrealizować, ale polityka transferowa Stepiena umożliwiła spełnienie jego drugiego celu. Ted, niedługo po zakupie klubu, tak opisał swoją misję:
„Nie chcę wyjść na uprzedzonego, ale połowa składu powinna być biała. Myślę, że ludzie boją się mówić na ten temat, ale biali ludzie potrzebują białych bohaterów. Osobiście nie potrafię utożsamiać się z czarnymi bohaterami. Będę szczery. Szanuję ich, ale potrzebuję białych ludzi. Myślę, że Cavaliers mają za dużo czarnych – 10 z 11. Potrzebujesz mieszanki białych i czarnych. Uważam, że gdy jest ich po równo, drużyna jest lepsza”.
Ot, kolejny dowód na to, że jak ktoś zaczyna zdanie od „Nie jestem rasistą, ale…”, to należy spodziewać się najgorszego gówna.
W pewnym momencie ery Stepiena, Cavs faktycznie mieli 6 graczy o jasnym kolorze skóry i 6 o ciemnym. Ted musiał być wniebowzięty. Donald Sterling pewnie też.
NBA tolerowało wybryki właściciela Cavs tylko do momentu, gdy w związku z poważnymi problemami finansowymi (kibice z Cleveland unikali Kawalerzystów jak ognia), ogłosił plan przeniesienia klubu do Toronto (i nazwania go Towers). Ówczesny komisarz, Larry O’Brien, napuścił na Stepiena swoją prawą rękę – niejakiego Davida Sterna – który razem z prawnikiem Teda zaaranżował sprzedaż zespołu i Nationwide Advertising Service braciom Gund. Ci, mimo iż byli chętni na przejęcie prężnie działającej firmy zadłużonego Stepiena, zdecydowali się na deal dopiero, gdy liga obiecała im bezprecedensową szansę na odkupienie picków w pierwszej rundzie.
I tak skończyły się krótkie, acz burzliwe rządy Stepiena w Cleveland.
Ted uznał kiedyś, że dobrym pomysłem na promowanie jego własnej ligi softballowej będzie rzucanie piłek z 52. piętra wieżowca. Piłki mieli łapać profesjonalni softballiści, ale Ted nie wziął poprawki na wiatr i jedna piłka uszkodziła samochód, inna musnęła ramię 66-letniego przechodnia, a jeszcze inna złamała kość przedramienia 23-letniej Gayle Falinski. To było szczęście w nieszczęściu, bo Falinski akurat trzymała rękę przy głowie, osłaniając się od słońca. Strach pomyśleć, do czego by doszło, gdyby nie zablokowała rzutu Teda. Gdy się zna tę historię, to oddanie praktycznie za darmo prawie wszystkich picków pierwszorundowych z całej dekady wydaje się wcale nie najgorszym scenariuszem, według jakiego era Stepiena w Cavs mogła się potoczyć.
Fun Fact: Jest kilka hal NBA, które jestem w stanie rozpoznać po dachu, a spośród nich chyba największe wrażenie robiło na mnie zawsze Seattle Colliseum, widoczne na powyższej karcie Roberta Packa. Dach wybudowanej w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku hali – który zmienił wygląd po renowacji i przemianowaniu obiektu na Key Arena w 1995 roku – pokryty był charakterystycznymi panelami akustycznymi. Wsparta na stalowych kratownicach i prawie sześciu milach stalowych linek napinających konstrukcja nie zawsze miała jednak dobrą prasę. Często przeciekała, co kiedyś zdrowiem przypłacił Spencer Haywood. W marcu 1972 roku, ówczesny gwiazdor Sonics poślizgnął się w kałuży wody stojącej na parkiecie, a kontuzja kolana wyeliminowała go z gry na resztę sezonu (za co pozwał miasto oraz ligę i wygrał 55 tysięcy dolarów). Z kolei 6 stycznia 1986 roku po raz pierwszy – i jak dotąd ostatni – mecz NBA został przerwany z powodu deszczu. Ponaddźwiękowcy podejmowali wówczas u siebie Słońca, które niestety nie przywiozły ze sobą z Phoenix pogody.
Supersonics mieli w ogóle szczęście do estetycznych dachów. Na cały sezon 1994/95 – ze względu na prace renowacyjne Seattle Coliseum – Shawn Kemp i spółka przenieśli się do Tacoma Dome, które mogło się pochwalić jedną z największych na świecie drewnianych kopuł. Dach tej hali także wyglądał od środka niezwykle efektownie…
Gdy w 1978 roku Sonics wyprowadzili się na siedem lat do hali Kingdome, w trakcie ich spotkań nadal warto było zerkać w górę. Ta arena także miała panele akustyczne pod dachem, które w odróżnieniu od tych w Seattle Coliseum były świadkami mistrzostwa w 1979 roku (oprócz wyglądu łączyło je też to, że ani jedne, ani drugie panele nie doczekały drugiej połowy lat 90. – te z Kingdome zaczęły spadać w 1994 roku i zostały zdemontowane).
fot. Getty Images
A żeby nie było, że bohater karty, Robert Pack, przegrał z gadką o architekturze, to wciskam jeszcze szybki fun fact o Pac-manie: był dublerem Denzela Washingtona w trakcie kręcenia filmu „Rykoszet” (a przynajmniej tak twierdzi rewers jednej z jego kart).
Fun Fact: Podczas, gdy inni koszykarze grali w H-O-R-S-E, Kenny Walker – wybrany dwa miesiące wcześniej z piątym numerem draftu 1986 przez Knicks – powiedział „potrzymajcie mi piwo”:
Zachwycając się formą fizyczną Kenny’ego należy jednak pamiętać, że jego przeciwnik – imieniem Pugwash – ciągnął sulki z woźnicą i nie wygrał żadnego wyścigu w swojej karierze, która w tamtym momencie uwzględniała 21 startów. To trochę tak, jakby Kenny Walker rywalizował o miano najładniejszego samochodu z Fiatem Multiplą lub wystartował w konkursie muzycznym z zespołem Pectus. No ale coś tam pokazał i przy okazji ustanowił rekord wyścigów człowieka z koniem na 1/16 mili, bijąc poprzedni najlepszy czas należący do futbolisty amerykańskiego Beasleya Reece’a.
Tak, zawodowi sportowcy ścigali się z końmi więcej niż raz.
A wiecie co jeszcze zawodowi sportowcy robili więcej niż raz? Występowali na emeryturze w głupich reklamach salonów samochodowych:
Fun Fact: Obejrzałem sobie reklamę 75. sezonu NBA i trzeba przyznać, że liga zawsze umiała w wideopromocję. A przynajmniej umie od lat dziewięćdziesiątych, kiedy to krótkie montaże najlepszych akcji towarzyszyły każdej retransmisji w polskiej telewizji. Śmiem twierdzić, że kultowe przerywniki zrobiły więcej dla promocji tego sportu, niż same mecze. I choć chodziło o highlighty, to NBA (oraz stacje telewizyjne, które też miały swój udział w oprawie wideo spotkań) świetnie dobierała też muzykę, mieszając klasykę – i chodzi tu zarówno o muzykę klasyczną, jak i klasykę rocka oraz soulu – z bezpardonowym ninetiesowym dance’em i zeitgeistowymi podkładami na bazie klawiszy, gitar i automatu perkusyjnego.
Na przykład poniższy przerywnik – a w zasadzie to raczej czołówka, ale na potrzeby tego tekstu będę mieszał funkcje tych montaży – miałem też nagrany na kasecie magnetofonowej (muzycznie wpada on do trzeciej z kategorii wymienionych powyżej):
To co mnie zawsze zastanawiało w powyższym intro, to ujęcie pokazujące Kevina McHale’a… z wąsami.
Rachityczny wąsik Larry’ego Birda to przedmiot kultu, ale po rachitycznym fu manchu McHale’a nie został praktycznie żaden ślad. Moje krótkie śledztwo ujawniło, że mchale’owski meszek pojawił w trakcie pierwszej rundy playoffów w 1990 roku, w której Celtowie ulegli w pięciu meczach Knicks. Oto jedyny niezbity dowód jaki znalazłem – zdjęcie z zasobów Getty Images datowane na 2 maja:
(Photo by Tom Herde/The Boston Globe via Getty Images)
McHale musiał swojego wąsa zapuszczać w rekordowym tempie. W przedostatnim meczu Celtics w sezonie zasadniczym wąsa jeszcze nie widać (za to można się z transmisji dowiedzieć, że Larry Bird opuścił spotkanie z powodu… wrzodu na tyłku, i wcale nie chodzi tu o żadnego gracza Detroit Pistons, a ropień, który Larry samodzielnie przeciął, załatwiając sobie wymagające hospitalizacji zakażenie). Jakość nagrań nie ułatwia też jego identyfikacji w trakcie transmisji z pierwszego meczu serii z Knicks…
Dopiero w Game 2 widać początki wąsa, który uwieczniono na zdjęciu z Getty cztery dni później…
Zdecydowanie zbyt krótka historia fu manchu Kevina zakończyła się gdzieś między czwartym a piątym spotkaniem. W ostatnim starciu serii, McHale był już wyraźnie ogolony:
Sam nie wiem co bardziej boli: bezpowrotna strata tak dobrze zapowiadającego się wąsiska, czy przegrana w decydującym meczu serii playoff przed własną publicznością…
A wracając do tematu przerywników/czołówek…
Intro z wąsatym McHale’em jest jedną z moich najulubieńszych reklamówek ever, zaraz obok poniższej…
Tu znów mam wrażenie, że – tak jak w przypadku klipu z wąsatym Kevinem – równie mocno, co strona wizualna, jara mnie melodia, która z powodzeniem mogłaby polecieć w czołówce jakiegoś serialu z przełomu ostatnich dekad XX wieku (no i ten szybki montaż logo drużyn, który w kółko pauzowałem i próbowałem przerysowywać poszczególne „znaczki”). Nie udało mi się niestety namierzyć jaki to utwór, ale na szczęście w przypadku przerywnika z fu manchu, wiem, że przygrywa w nim „Sun Dance” Patricka Davida Wilsona.
Ta wiedza popchnęła mnie do zrobienia na Spotify playlisty z muzyką z reklamówek NBA lat 90. (z zamykającym bonusowym utworem, który znają wszyscy pamiętający programy o NBA na niemieckim kanale Sat.1). Enjoy!
W zasadzie udało mi się zebrać prawie całą muzykę jaką pamiętam z telewizyjnej oprawy meczów, ale pięciu wykręcaczy parkietów na niej brakuje: oprócz wspomnianego powyżej niezidentyfikowanego utworu, są to te cztery szlagiery:
Shazam tu nie pomógł, ale jeśli ktoś ma lepsze reasearcherskie skille ode mnie i uda mu się namierzyć którąś z powyższych nut, niech koniecznie da znać.
Fun Fact: Szybki ranking miejsc, w których najczęściej można spotkać Dennisa Rodmana:
Tam, gdzie piłka odbija się od kosza po niecelnym rzucie
Las Vegas
Korea Północna
Salon sukien ślubnych
W pobliżu jakiegoś zwierzaka
Ten ostatni punkt postaram się bardzo krótko uzasadnić za moment, ale chciałem jeszcze nawiązać do punktu numer 2: pamiętacie tę niesławną czterdziestoośmiogodzinną wyprawę do Vegas w sezonie 1997/98 (jeśli zapytaliście „którą?”, to jest to właściwa reakcja – nie, nie tę w trakcie sezonu, która znacznie się wydłużyła, tylko tę pomiędzy pierwszym a drugim meczem finałów)? Otóż niebawem czeka nas… jej ekranizacja. Jeśli chcecie już teraz poznać fragmenty scenariusza, to znaleźć je można między innymi w archiwach Las Vegas Sun (w tym także wersję jednego z krupierów, który oskarżył Rodmana, że ten, podczas partii kości rozgrywanej z Vernonem Maxwellem, pocierał dłonią o krocze pracownika kasyna).
Ale ja nie o tym (choć zżera mnie ciekawość, kto zagra Dennisa).
Miało być o punkcie piątym.
Bo, widzicie, niewiele było udokumentowanych bliskich spotkań koszykarzy i zwierząt w trakcie meczu NBA, ale dwukrotnie tuż obok był właśnie Robak.
May 9, 1991: A bird lands on the Boston Garden parquet in Game 2, and Detroit instinctively runs a double-team to defend against it.
Nikt nie wie skąd w Boston Garden wziął się gołąb, ale znającym historie o różnych pomysłach Celtów na powiększanie przewagi własnego parkietu (takich jak np. podkręcanie ogrzewania w szatni gości), nie umknął fakt, że skrzydlaty intruz nadleciał od strony loży Reda Auerbacha i pomógł gospodarzom, którzy przegrywali w momencie pojawienia się ptaka pięcioma punktami. Po bonusowej przerwie w grze, podstarzali i poobijani liderzy złapali drugi oddech i w pięć pozostałych minut trzeciej kwarty odrobili straty, wychodząc na prowadzenie, którego nie oddali już do końca, wyrównując stan serii na 1:1 (potem wygrali jeszcze mecz numer 3, ale trzy kolejne zwycięstwa Pistons na dobre zakończyły erę birdowskich Celtics).
W każdym razie jedną z osób próbujących przepłoszyć ptaka (przy akompaniamencie kibiców Bostonu skandujących „LARRY! LARRY!”) był Dennis Rodman.
Wtedy ograniczył się do – jak żartobliwie zauważyli autorzy cytowanego powyżej tweeta – tradycyjnego podwójnego krycia z Markiem Aguirre’em, ale już rok później, ponownie w playoffach, był bardziej aktywny w pozbywaniu się nieproszonego żyjątka z parkietu.
Czworonóg, którego Rodman wziął na ręce, pięć lat później wystąpił w filmie Air Bud w roli „Michaela Jordana wśród psów”.
Dennis trzynaście lat później wystąpił nago w kampanii PETA, dokładając swoją cegiełkę do walki z przemysłem futrzarskim.
Dobra, dawać to rodmanowskie Kac Vegas. Będę je traktował jak sequel do „Ryzykantów”…
Fun Fact: Przeciętny człowiek nie byłby zadowolony, gdyby miał ksywę „Świnia”, ale nie Anthony „Pig” Miller, który nawet wytatuował sobie wieprzka na ramieniu.
Będę szczery: zawsze myślałem, że przydomku dorobił się ze względu na oryginalną urodę, ale podobno powodem był duży apetyt. A jak ktoś dużo je, to musi też radzić sobie z niesfornymi resztkami jedzenia, i może właśnie dlatego Pig Miller nie rozstawał się z wykałaczką.
Nierozerwalni byli do tego stopnia, że bardziej pracowity niż utalentowany skrzydłowy Lakers, Rockets oraz Hawks (i przez jeden mecz Sixers) nie wyjmował jej z zębów nawet w czasie meczów… Nie wiem co mnie bardziej zaskakuje – czy sam pomysł, żeby uprawiać kontaktowy sport z kawałkiem ostrego drewienka w ustach, czy fakt, że ktoś zwrócił uwagę na tę głupotę dopiero w 2000 roku, czyli ponad dziesięć lat po tym jak zaczął to robić. Trzeba było oficjalnego ligowego bana, żeby Pig przestał folgować swojej fiksacji oralnej podczas meczów. „Uważają, że mogę kogoś dźgnąć” – streścił Miller swoją wizytę na ligowym dywaniku. „NO SHIT” – streszczam swoją reakcję ja.
Koszykarz dodał też, że inni zawodnicy oraz sędziowie dopytywali potem, gdzie się podziała jego wykałaczka. Pig sugerował chyba w ten sposób, że za nią tęsknią, ale moim zdaniem wszyscy zadający to pytanie myśleli „może w końcu ją połknąłeś, deklu”, albo „o Boże, o Boże, na pewno jest w moim oku”.
W moim osobistym rankingu najśmieszniejszych rzeczy związanych z Anthonym Millerem, wykałaczka jest jednak dopiero na drugim miejscu. Bardziej mnie bawi fakt, że agentem gościa nazywającego się Świnia był gość o nazwisku Ubój (niejaki Frank Slaughter).
Jeśli zastanawiacie się, jak się gra w kosza z wykałaczką w gębie, to wygląda to mniej więcej tak: