Fun Fact: To drugi wpis o Jeffie Turnerze na tym blogu, choć w sumie ten pierwszy był bardziej o Stephenie Kingu, kradzieży tożsamości i wokaliście zespołu Creed.
Wypadałoby zatem oddać Turnerowi co turnerowskie: że był solidnym skrzydłowym bez iskry bożej, ale za to z niezłą półdychą i – w późniejszych latach – pewnym zagrożeniem zza łuku.
Do NBA trafił w 1984 roku, z siedemnastym pickiem. Po trzech sezonach w New Jersey przeniósł się na dwa lata do Włoch, a potem dostał ofertę z Orlando. Magicy myśleli o wyborze w drafcie Vlade Divaca i oglądali mecze Partizana Belgrad, gdy w oko wpadł im grający w drużynie przeciwnej Turner. Okazał się on na tyle kompetentny, że utrzymał się w składzie przez siedem lat. To właśnie Jeff był podstawowym power forwardem Magic w sezonie zakończonym pierwszym awansem do playoffów klubu z Florydy. W ostatnich 13 meczach, Jeff notował po 10 punktów i 6 zbiórek w każdym meczu (w tym 22/10 w starciu z Bucks), dokładając do tego po niecałej trójce. Niestety ten sezon zakończył się dla niego o cztery spotkania za wcześnie, zerwaniem ACL w lewym kolanie. Nie żeby to była tylko wina braku Turnera, ale osłabieni Magic nie mieli nic do powiedzenia w pierwszorundowym pojedynku z Pacers (ciekawostka: rok wcześniej sezon Orlando także zakończyła Indiana, która wygrała tie-break o wejście do playoffów pięcioma małymi punktami). Potem Magicy ściągnęli Horace’a Granta i Jeff wrócił do roli rezerwowego, choć i nią się nie nacieszył, bo z powodu kolejnych urazów jego kariera zakończyła się dwa lata i raptem 62 spotkania później.
Także tak.
Zmierzam do tego, że bez przesady z – udokumentowanym na ilustracji tego wpisu – umieszczaniem Jeffa Turnera w karcianych setach o nazwie „lista osób zasłużonych”.
Fun Fact: W swojej książce „The Book Of Basketball”, Bill Simmons włączył Paula Mokeskiego do swojej drużyny najbardziej niepowtarzalnych („z powodów genetycznych lub fizycznych”) koszykarzy w historii. Wtedy też zawarł całą istotę Mokeskiego w jednym akapicie (poniższy cytat to moje tłumaczenie z oryginału, bo polskiej wersji książki nie mam):
„O ‚potędze Mokeskiego’ pisałem w swoich felietonach na ESPN.com tak często, że doczekałem się wzmianki na jego profilu na Wikipedii. Rezerwowy center, który jakimś cudem grał aż 12 sezonów, biedny Mokeski był nieprawdopodobnie nieatletyczny i biegał tak, jakby miał dwie protezy nóg. Jakby to nie wystarczyło, próbował przywrócić do łask połączenie trwałej i wąskiego wąsika, które powinno umrzeć na początku lat 80. Dorzućmy zakola, kilka dodatkowych podbródków i stwierdzimy, że Mokeski wyglądał jak glina z Jersey stojący w kolejce po pączki. Możecie więc sobie wyobrazić, jak dziwaczny był fakt, że był całkiem pożytecznym graczem – twardym obrońcą, przyzwoitym siłaczem, niezłym strzelcem z półdystansu, który nigdy nie brał się za robienie czegoś, czego nie potrafił. Zaliczał 20 minut w meczu w składzie Bucks, który w 1985 roku wygrał 59 spotkań. Kochałem Mokeskiego tak bardzo, że trzy długie lata życia spędziłem na poszukiwaniu jego meczowej koszulki na eBayu, zanim ostatecznie się poddałem.”
Można by w zasadzie na tym zakończyć, ale z kronikarskiej przyzwoitości, rozwińmy nieco myśli Simmonsa.
Urodzony w 1957 roku Paul, koszykarskie nazwisko wyrabiał sobie na uniwersytecie Kansas (a trzeba przyznać, że trudno wyrobić koszykarsko nazwisko „Mokeski”). Stamtąd właśnie trafił do NBA jako 42. pick w Drafcie 1979. Wybrali go Houston Rockets, gdzie spędził jeden rok bez historii, po czym dołączył do słabych wówczas Detroit Pistons, gdzie jako drugoroczniak ustanowił rekordy kariery pod względem średniej punktowej (7.1), zbiórek (5.2) i celności z gry (48.9%). Na początku kolejnego sezonu do klubu dołączył debiutant Isiah Thomas, ale mierzący 213 centymetrów i ważący 113 kilogramów środkowy nie załapał się na erę legendarnych Bad Boys, choć miał w jej powstawaniu pewien udział: lutym 1982 roku przeszedł do Cleveland Cavaliers za m.in. Billa Laimbeera. Cavs zwolnili go na początku kolejnej kampanii i Mokeski zdecydował się na testy w Milwaukee Bucks, gdzie – po dwóch 10-dniowych kontraktach – osiadł na resztę sezonu 82/83 i sześć kolejnych rozgrywek (szkoda, że nie wytrzymał do lat dziewięćdziesiątych, bo wtedy mógłbym użyć tagu „bardzo biali ludzie z milwaukee”).
To właśnie tam spędził najlepsze lata, a prowadzeni przez Don Nelsona Bucks byli wówczas jedną z najgroźniejszych drużyn ligi, dwukrotnie grającą w finałach Konferencji Wschodniej i w obydwu przypadkach eliminowaną przez Boston Celtics. Najbliżej pokonania znienawidzonych Celtów, Milwaukee byli w 1987 roku, gdy ich drugorundowy pojedynek rozstrzygnął się dopiero po siedmiu meczach. Bohater tego tekstu wspomina ten moment z mieszanymi uczuciami – stracili wówczas prowadzenie w ostatnich minutach po kolejnych heroizmach Larry’ego Birda, ale po meczu Red Auerbach zaczepił go pod Boston Garden, poprosił o rozmowę na osobności, w której wyznał, że jest fanem gry Mokeskiego i po dziś dzień żałuje, że nie udało mu się go pozyskać w drafcie. True story, przynajmniej według Mokeskiego.
Paul Mokeski oficjalnie przeszedł na emeryturę w 1993 roku, ale z boisk zniknął w 1991 roku, po dwóch jednorocznych przygodach z Cavaliers i Warriors. Potem parał się trenerką, dzięki czemu wrócił nawet na krótko do NBA jako asystent trenera Charlotte Bobcats w sztabie Sama Vincenta.
Tyle od kronikarzy kariery Mokeskiego, czas przejść do rzeczy bardziej ulotnych…
Oczywiście w przypadku Mokeskiego trudno oderwać artystę od dzieła. Wielu było solidnych rezerwowych centrów, ale niewielu opakowano w tak brawurowe połączenie rachitycznego wąsika, afro białego człowieka i niestandardowej urody.
To zapewne ten kontrast tak fascynował Billa Simmonsa, choć trzeba przyznać, że jego miłość do Mokeskiego jest dość skomplikowana. W swojej książce jeszcze dwukrotnie wspomina Paula, samemu sobie zaprzeczając. Najpierw pisze, że gdyby klonowano koszykarzy, pierwsi w kolejce powinni być (niekoniecznie w tej kolejności) Michael Jordan, LeBron James i David Robinson, a ostatni – Paul Mokeski. Jakieś 200 stron później, rozważając wyjątkowość kariery Hakeema Olajuwona, stwierdza jednak, że gdyby w USA zaczęto klonować ludzi (jako część tezy, że nawet drugi Hakeem nie miałby tak samo wyjątkowej kariery jak oryginalny), to ma nadzieję iż zaczną od Mokeskiego.
Fun fact: Na każdej liście najbardziej zaskakujących faktów dotyczących NBA musi znaleźć się pozycja „Brett Szabo rozegrał pełny sezon w lidze”.
Brett Szabo nie miał wystarczająco dużo talentu, by grać w NBA, ale miał to gdzieś. Po liceum nie dostał żadnego stypendium koszykarskiego. Do reprezentacji Augustana College – który nie był żadnym koszykarskim tuzem – dostał się tylnymi drzwiami.
To był ten pierwszy raz, kiedy Brett mógł się przekonać, że ciężka praca popłaca.
Mimo że był zwykłym studentem, a nie sportowym stypendystą, stał się jednym z liderów Augustany. Na trzecim roku studiów rzucał prawie 16 punktów w meczu i zbierał około 8 piłek na mecz. Nie liczono mu bloków, ale to była główna specjalność mierzącego 6 stóp i 11 cali wzrostu centra (185 czap to rekord szkoły). Oczywiście nikogo nie obchodziło kto wykręca 16/8 w podrzędnym koledżu (zwłaszcza, że w ostatnim sezonie w NCAA było to bardziej 9/5), dlatego Brett musiał szukać pracy poza NBA. Zainteresowanie wyraził zespół Sioux Falls Skyforce z ligi CBA, zaintrygowany rzadkim lokalnym produktem koszykarskim (Augustana College ma kampus właśnie w Sioux Falls).
To był ten pierwszy raz, kiedy Brett mógł się przekonać, że nie jest wystarczająco dobry.
W półprofesjonalnej lidze nie dał rady przebić się do pierwszej piątki, zdobywając po 3 punkty i 3 zbiórki w meczu (tradycyjnie dodając trochę bloków, podobno w jednym z meczów miał nawet triple-double zawierające dwucyfrową liczbę czap). Poza Skyforce, przywdziewał także koszulkę Rochester Renegade i Rockford Lightning, a wobec przedłużającego się braku zainteresowania z NBA wyjechał do Niemiec w 1995 roku.
I potem znów okazało się, że praca popłaca, że po pewnym czasie obala argument pod tytułem „nie jest wystarczająco dobry”.
Przydaje się też uśmiech losu. I sprzyjające okoliczności.
M.L. Carr – były zawodnik i trener Celtics w latach 1995-1997 – natknął się przypadkiem na Szabo w hali treningowej Bostonu. Brett szlifował tam swój warsztat razem ze swoim agentem. Skończyło się na tym, że Carr zagrał z Szabo. Jakiś czas później, podczas obozu przygotowawczego do sezonu 96/97, M.L. przypomniał sobie o tym nieco dziwacznym gościu z hali i zaproponował mu kontrakt.
Środkowi Celtów mieli akurat problemy z kontuzjami.
Boston chciał w Drafcie 1997 wybrać Tima Duncana, a Brett Szabo posiadał wysokie kwalifikacje w nieprzeszkadzaniu tego rodzaju planom.
Cała reszta to już zasługa samego Bretta. Do swojej życiowej szansy podszedł bez kompleksów – po prostu grał w kosza najlepiej jak umiał, trenując najciężej jak się da. Efekt – 70 meczów NBA na koncie Bretta, w tym aż 24 w pierwszej piątce. Średnie z sezonu są skromne – 9.5 minuty, 2.2 punktu, 2.4 zbiórki i 0.5 bloku na mecz – ale tankujący Celtics doceniali jego gotowość do gry, dając mu od czasu do czasu szansę na dłuższe bieganie po parkiecie.
Miał 6 punktów i 7 zbiórek w 9 minut w styczniowym meczu przeciw Heat. 10 punktów, 5 zbiórek i 2 bloki ze zwycięskiej potyczki z Bucks w marcu 1997 były jego największym osiągnięciem tylko przez miesiąc. W drugim od końca i przedostatnim spotkaniu sezonu zasadniczego miał – odpowiednio – 7 punktów, 14 zbiórek, 2 asysty i 1 blok (przeciw Hornets), oraz 15 punktów, 13 zbiórek, 3 asysty i 3 bloki (przeciw 76ers). Co by nie mówić o końcówkach sezonu i tankowaniu, double-double w meczu NBA to nie jest coś czego dokonuje każdy 28-letni rookie, bez praktycznie żadnych wcześniejszych liczących się osiągnięć koszykarskich.
Celtowie nie wylosowali pierwszego numeru w drafcie, skończyło się też szczęście Bretta Szabo. Zabrakło dla niego miejsca w przetasowującym się składzie Bostończyków, a ponieważ żaden inny generalny menadżer nie miał miłych wspomnień z gry jeden-na-jeden z Brettem, musiał znów wyjechać za pracą do Europy. Karierę zakończył w 2000 roku w klubie ze słowackiego miasta Pezinok.
Dziś jest zwykłym kolesiem (ok – bardzo wysokim zwykłym kolesiem), mężem, ojcem i mieszkańcem Sioux Falls.
Co ciekawe, jeszcze tylko jeden absolwent Augustany trafił do NBA i był to Arvid Kramer, postać równie kultowa co Szabo wśród fanów bardzo białych koszykarzy, „słynąca” z tego, że mimo iż Kramer rozegrał w lidze raptem tylko 8 spotkań w sezonie 79/80 to został pierwszym pickiem w expansion drafcie z 1988 roku (wzięło go Miami). W 1980 roku, Dallas także wzięło go w expansion drafcie i po dziś dzień pozostaje on jedynym koszykarzem dwukrotnie wybieranym w naborze do ligowych beniaminków, który jednak nigdy dla nich nie zagrał.
Co do Szabo, to nie wspomniałem jeszcze tylko o jednej, dość ważnej rzeczy – jego goglach.
Fun Fact: Gdy ostatni raz Jud Buechler gościł na tych łamach, byłem w lekkim szoku, że istnieje udokumentowany przypadek wykonania przez niego dwóch wsadów w jednym meczu. Gdybym jednak wtedy nie ograniczył się do wrzucenia randomowego highlightu, a poczytał co nieco o Judsonie, uświadomiłbym sobie, że Mister Fundamental (taką podobno ksywę wymyślił mu Michael Jordan) był uważany za jednego z najlepszych atletów, jacy brali udział w trzech ostatnich mistrzowskich tańcach Bulls. I to też jest udokumentowane:
No dobra, z Vince’em Carterem nikt go może nie pomyli, choć akurat ma z nim coś wspólnego: obydwaj byli gwiazdami siatkówki w szkole średniej.
Jud preferuje siatkówkę plażową (grywał nawet sporadycznie w turniejach zawodowego cyklu AVP), co z pewnością poprawia wyskok, więc wszystko ma sens.
Skompilujmy zatem pierwszą piątkę koszykarskich siatkarzy:
PG – Luke Walton (może i trochę naciągana pozycja, ale Luke miał w sobie nieco z point forwarda, na pewno nie mniej niż z siatkarza plażowego)
SG – Jud Buechler (w sezonie 1996/97 na meczach w Chicago raz na jakiś czas pojawiała się grupka licealistów w pełnym rynsztunku siatkarza plażowego i z transparentem „Jud Buechler is the best volleyball player in the NBA.”)
SF – Chase Budinger (od 2017 roku jest zawodowym siatkarzem plażowym)
PF – Adam Keefe (na studiach grał w siatkarskim finale NCAA, zaliczył też romans z kadrą narodową)
C – Wilt Chamberlain (po zakończeniu kariery sporo czasu spędził na plaży grając w turniejach siatkarskich)
Na ławce mielibyśmy jeszcze Richarda Jeffersona (podobno siatkówka wydłużyła jego karierę koszykarską, grywał też w turniejach AVP razem z Waltonem), Joela Embiida (grał dużo w siatę zanim odkrył koszykówkę) i wspomnianego już Vince’a Cartera (podobno kumple śmiali się, że gra w siatkówkę, ale od śmiechu nikt sobie jeszcze nie poprawił wyskoku na tyle, żeby móc przeskoczyć dwie – i osiemnaście setnych – bagietki stojące pionowo jedna na drugiej).
Do tego składu można też dodać Mike’a Dodda i Mike’a Whitmarsha. Panowie w NBA nigdy nie zagrali, ale byli wybrani w drafcie. Dodd był pickiem numer 176 w dziewiątej rundzie draftu 1979 wykorzystanym przez Clippersów. Whitmarsh z kolei ze stojedenastką w piątej rundzie naboru z 1984 roku trafił do Blazers (podobno stoczył walkę o ostatnie wolne miejsce w składzie z nikim innym, jak Jerome’em Kerseyem), a potem przez kilka lat grał w Niemczech i podobno był bliski zahaczenia się w składzie Wolves. Dodd i Whitmarsh stworzyli później duet siatkarzy plażowych i w 1996 roku zdobyli srebrny medal olimpijski.
A wracając do Buechlera, to w latach dziewięćdziesiątych był on bliskim kumplem innego członka naszego teamu siatkarzy, Adama Keefe’a. Oczywiście siatkówka też ich zbliżyła, choć w 1997 roku przyznawali, że nigdy nie mieli okazji stanąć po przeciwnych stronach siatki. A co się działo, gdy mierzyli się na boisku koszykarskim? Oto statystyczne historia być może najmniej ekscytującego pojedynku w historii NBA:
Fun Fact: Poczytałem sobie ostatnio trochę na temat Erica Montrossa i postanowiłem sporządzić kwestionariusz na jego temat. Możecie sobie wyobrazić, że odpowiada sam Eric, bo sporo rzeczy jest tu wziętych wprost z innych kwestionariuszy, a resztę dośpiewuję na podstawie miękkich faktów i twardych fantazji…
Ulubiona fryzura?
Żołnierski jeżyko-flat-top.
Dlaczego?
Bo szybko schnie.
Przepis na idealne popołudnie?
Jeżdżenie Chevroletem Blazerem i słuchanie country.
Ulubiony muzyk?
Randy Travis i Reba McEntire.
Ulubiony film?
„Conagher”
Ulubione jedzenie?
Cukinia.
Ulubiona książka?
„Tam, gdzie rośnie czerwona paproć” i drugi tom Encyklopedii Brittanica. (Eric przyznał później, że z tą encyklopedią to żartował, więc możliwe, że z cukinią też, ale tego na szczęście nie zdementował…)
Wymarzony zawód w dzieciństwie?
Śmieciarz.
Najlepszy diss na Ciebie?
Studencka gazeta Duke University umieszczająca na swoich łamach zupełnie pustą stronę z jednym tylko napisem: „Bezużyteczna biała przestrzeń – jak Eric Montross”.
Najmniej ulubiony przedmiot?
Bramka ochronna dla dzieci. (Eric w 2002 roku nadepnął na takową w swoim domu, złamał kość w stopie i po roku rehabilitacji, która nie była w stanie wyeliminować bólu odczuwanego w trakcie chodzenia, Montross ogłosił zakończenie kariery.)
Ulubiona pamiątka?
Podpisane skarpety Davida Robinsona. (Podobno wciąż wisiały na korkowej tablicy w domu Erica, gdy ten – jako członek tzw. Select Team – grał przeciwko Admirałowi w trakcie sparingów z Dream Teamem…)
Twój najsłynniejszy fan?
Vince Carter. (W 2003 roku VC ufundował boisko w biednej dzielnicy Toronto. Otworzył je wykonując efektowny wsad, a potem zaprosił wszystkich na grilla. Przez ten cały czas miał na sobie koszulkę Montrossa…
Eric grał z Vince’em w Toronto – to właśnie kanadyjska bramka ochronna zakończyła karierę Montrossa – a także jest legendą uniwerku North Carolina, na który uczęszczał Carter, więc istnieją spore szanse, że wybór outfitu na inaugurację boiska był tylko trochę ironiczny.)
Czy fani Celtics są zadowoleni z wybrania Ciebie z numerem dziewiątym draftu 1994?
Niby nie, ale beze mnie nie pozyskaliby Kevina Garnetta! („Niby nie”, bo z dziesiątką – i to do Lakers! – poszedł Eddie Jones, a Montross okazał się czymś pomiędzy drewniakiem, a ofiarą wygórowanych oczekiwań wobec białych centrów z udaną karierą akademicką na znanym uniwerku. Ale rzeczywiście można uznać, że bez Montrossa Celtowie nie zdobyliby mistrzostwa w 2008 roku. Boston w 1996 roku oddał Erica do Dallas, pozyskując m.in. pick zamieniony chwilę później w Antoine’a Walkera, którego z kolei w 2003 roku wysłano do – a jakże – Dallas, otrzymując w zamian pakiet zawierający Raefa LaFrentza, trzy lata później wymienionego na Theo Ratliffa, który w 2007 roku był częścią transferu sprowadzającego do Beantown Kevina Garnetta.)
Fun Fact:„Jon Kontrakt” jest jednym z 16 koszykarzy w historii NBA, którzy trafili wygrywającego mecz buzzer-beatera nie trafiając wcześniej żadnego innego rzutu z gry w danym spotkaniu. To był 19 stycznia 1993, Atlanta grała w Charlotte, a Koncak dał swojemu klubowi zwycięstwo dobijając, nieco po siatkarsku, nieudaną próbę Dominique’a Wilkinsa. Wcześniej drętwy center Hawks oddał cztery rzuty, wszystkie pudłując.
Ktoś nawet wrzucił na YouTube’a skrót tamtego meczu:
Oto pełna lista tych szesnastu graczy, którzy swój dorobek rzutowy z pola rozdziewiczali game-winnerem/buzzer-beaterem:
Carl Braun (1954, 1-?, brak danych dotyczących liczby oddanych rzutów z pola)
George Ratkovicz (1953, 1-?)
W tym gronie siedmiu gości tworzy jeszcze bardziej ekskluzywny klub – tych, którzy owym zwycięskim trafieniem równo z końcową syreną zdobyli swoje jedyne punkty w meczu (czyli nie trafili wcześniej rzutu wolnego). Są nimi Foye, Palacio, Traylor, Person, Horry, Koncak i Nealy.
Z kolei do Palacio, Persona i Nealy’ego należy wyczyn jeszcze rzadszy – oddanie tylko jednego rzutu w całym meczu i od razu w ostatniej sekundzie, po zwycięstwo (choć Clemens też był 1-1 z pola, ale trafił wcześniej dwa rzuty wolne).
A skoro już zanurkowaliśmy w te staty, oto jeszcze parę michałków:
W latach 90. odnotowano 121 game-winnerów/buzzer-beaterów (przy czym liczę tu także początek sezonu 1999/2000, którego zazwyczaj nie biorę po uwagę podając statystyki ograniczone tylko do lat 90. – bez niego byłoby tych przypadków o cztery mniej).
Pierwszy taki rzut w ninetiesach trafił 15 stycznia 1990 roku Trent Tucker (tak, to był TEN rzut), a ostatni – 30 grudnia 1999 roku – Terry Mills (tego rzutu akurat nie ma na YT, ale pierwszy game-winner/buzzer-beater w karierze Millsa wyglądał TAK).
W latach 90. najwięcej tego typu trafień zanotował – oczywiście – Michael Jordan. Miał ich siedem. Drugi na liście jest John Stockton z trzema trafieniami.
Jordan przewodzi też liście wszech czasów – łącznie wygrywał mecz równo z końcową syreną dziewięć razy. Za nim są Kobe Bryant i Joe Johnson (po 8 trafień), LeBron James i Paul Pierce (7) oraz Dwyane Wade, Vince Carter, Kevin Garnett, Gilbert Arenas i Andre Iguodala (5).
Fun Fact: Jedni grają w filmach wytwórni Warner Bros, a inni grają w… butach Warner Bros. Ilustracją do takiego właśnie zdania jest twarz Bryanta Reevesa w jego zawsze aktualnej/nigdy nie na miejscu stylówce oraz same buty, które ESPN nazwało kiedyś „największą i najbardziej białą wersją butów sportowych, jakie można znaleźć w drucianym koszu na tyłach lokalnego dyskontu, tych, których zakup rozważasz, gdy potrzebujesz czegoś, czego nie szkoda pobrudzić podczas pracy w ogrodzie”.
Warner postanowił spróbować swoich sił na rynku obuwia sportowego na fali „Kosmicznego meczu” i jednym z koszykarzy, którym zaproponował swoją własną linię obuwia był właśnie Big Country (dodajmy, że oprócz niego na tę propozycję przystał jeszcze tylko jeden gracz – Glen Rice). Cóż – Grizzlies mieli bardzo kreskówkowe logo, a Bryant był trochę jak skrzyżowanie Prosiaka Porky’ego z Gossamerem więc może to wcale nie był aż tak dziwny mariaż…
Akcja nie jest może zbyt wartka i Michael Jordan nie ma zawsze ostatniego słowa, ale to chyba najsłodszy koszykarski dokument jaki powstał. No i „warnery” Bryanta grają jedną z ról!
Fun Fact: Niewysoki point guard z włoskimi korzeniami, który został wybrany z numerem 35. w drafcie 1991 i rozegrał w NBA sto kilkanaście meczów, kontynuując karierę m.in. we Włoszech i Hiszpanii. Mike Iuzzolino to trochę taki Chris Corchiani.
Fun Fact: Niewysoki point guard z włoskimi korzeniami, który został wybrany z numerem 36. w drafcie 1991 i rozegrał w NBA sto kilkanaście meczów, kontynuując karierę m.in. we Włoszech i Hiszpanii. Chris Corchiani to trochę taki Mike Iuzzolino.
Fun Fact: Gdy ostatnim razem Uwe Blab gościł na łamach tego bloga, ograniczyłem się właściwie do zauważenia, że się śmiesznie nazywa (swoją drogą, chciałbym – w imię podtrzymania częstotliwości publikowania postów – wrócić do takich krótkich, durnych notek). Mam jednak w zanadrzu nieco bardziej rozbudowaną sylwetkę tej postaci, którą kiedyś opublikowałem w serwisie Z Krainy NBA jako część cyklu „Pozdro Retro”, a którą – wobec zniknięcia oryginału z Internetu – chciałbym teraz utrwalić na tych łamach…
Fun Fact Właściwy: W tym samym roku, w którym Detlef Schrempf rozpoczynał swoją niezwykle udaną karierę w NBA, do ligi trafił inny Niemiec, Uwe Blab.
Schrempf i Blab w tym samym sezonie trafili nie tylko do NBA, ale do tej samej drużyny. Detlef został wybrany z ósmym numerem Draftu 1985, a Uwe – z 17. Obydwaj Niemcy mieli za sobą pełną sukcesów karierę w NCAA, a wysoka pozycja Blaba była efektem solidnej gry dla Bobby’ego Knighta i Indiana University.
Fani Mavs latem 1985 wierzyli, że ich drużynie brakuje tylko centra, by stać się pełnoprawnym członkiem elity ligowej i z wyboru Blaba cieszyli się nawet bardziej niż Schrempfa. Los miał jednak pokazać, że na tamtym naborze Dallas nie zyskało zupełnie nic – Detlef formę odnalazł dopiero po przejściu do Indiany, a wybór Blaba, a jeden pick przed nim – Billa Wenningtona, jest po dziś dzień uznawany za jedną z najgorszych sekwencji kolejnych wyborów przez jedną drużynę.
Uwe wytrzymał w lidze tylko 5 lat, bo nie potrafił właściwie wykorzystać swoich 218 centymetrów, a na dodatek nigdy tak naprawdę koszykówka nie była dla niego najważniejsza. Pierwszy raz z tym sportem zetknął się w telewizji, oglądając film „Latający profesor”…
…ale tak naprawdę dowiedział się o co chodzi w wieku 15 lat, gdy namawiany przez siostrę spróbował swoich sił na parkiecie. Od tego czasu grywał dość okazjonalnie, ale jego klub z Monachium spotkał się kiedyś z amerykańską amatorską drużyną rozgrywającą cykl sparingów w Europie. Ojciec jednego z jej graczy zaproponował 17-letniemu Uwe i jego rodzinie przeprowadzkę do Stanów, gdzie Blab mógłby szlifować umiejętności pod okiem tamtejszych trenerów. Uniwersytecką przygodę z koszykówką zaliczył też jego brat, Olaf Blab, który dostał się do składu Illinois.
Ten ruch oczywiście się opłacał i pozwolił zarobić Uwe około miliona dolarów, który później miał się okazać bardzo przydatny w układaniu sobie reszty życia, ale Blab nie pracował wystarczająco ciężko, aby dokonać czegoś więcej niż po prostu być w składzie drużyny NBA. Przed ostatnim sezonem jego kontraktu z Mavericks, Blab stanął przed szansą awansu w hierarchii drużynowej, bo rok wcześniej ogarnął się na tyle, by stać się de facto pierwszym rasowym centrem na ławce (choć w praktyce na środku grywał też nominalny power forward, Roy Tarpley). Zamiast iść za ciosem, spędził całe lato na podróżowaniu w ramach miesiąca miodowego, co wypomina sobie do dziś.
Kolejny dowód, że Blabowi po prostu nie zależało wystarczająco mocno – jeszcze jako gracz NBA znalazł sobie drugą pracę i w wakacje dorabiał jako programista w Texas Instruments, wykorzystując matematyczną i komputerową wiedzę, którą zdobył w college’u i która była jego prawdziwą pasją.
Kariera w NBA (potem grał jeszcze 3 lata w Europie, w tym razem z bratem Olafem w ALBIE Berlin) Uwe Blaba zakończyła się w 1990 roku po sezonie spędzonym w Golden State (40 meczów, w tym nawet 33 w pierwszej piątce, choć z ledwie 12 minutami w meczu i tak samo mizernymi jak zawsze wynikami – około 2 punktów i 2 zbiórek) i San Antonio (7 meczów). Do Spurs trafił na mocy transferu, który Bill Simmons po latach nazwał najwspanialszą i najbardziej niewytłumaczalną wymianą jeden-za-jednego w historii trade deadline – zamienił się miejscami z innym niespełnionym Niemieckim wieżowcem – Christianem Welpem.
Egzotyka Uwe – bardzo wyraźna w znacznie mniej otwartej na świat NBA lat 80. – oraz ponadczasowa egzotyka samego jego imienia i nazwiska oraz zawsze kultowy status drewnianego dryblasa grzejącego ławę – to wszystko (a rude włosy pewnie pomogły) sprawia, że Blab pamiętany jest dziś bardziej, niż zasługuje na to statystyczny gość z pięcioletnim, mało udanym stażem w NBA.
Próbowałem znaleźć jakiś stosowny do tematu highlight, ale niestety natrafiłem tylko na zapis Uwe Blaba, któremu Larry Bird zakłada „siatę” (choć może właśnie to jest stosowny highlight?):
Dziś Uwe (którego w 2010 roku spotkała ogromna tragedia – jego 19-letni syn Chris w trakcie bójki uderzył się w głowę i zmarł) nadal mieszka w Teksasie i nadal pracuje w branży komputerowej. Czyli karierę wybrał chyba właściwą…