Author Archives: kostrzu

Michael Jordan

Michael Jordan

Fun Fact: Zawsze twierdziłem, że jedynym, co mogło sprawić, że kariera Michaela Jordana byłaby jeszcze bardziej legendarna, było posiadanie w latach 90. arcyrywala, który – jak to robili sobie nawzajem Magic Johnson i Larry Bird – motywowałby MJ’a do bycia jeszcze lepszym.

Tyle, że im więcej o tym myślę, tym bardziej sobie uświadamiam, że to nierealny scenariusz, no bo kto mógłby dorównać Jordanowi talentem i siłą charakteru, a na dodatek mieć równie mocny zespół, by ich pojedynki mogły rozgrywać się na najwyższych szczeblach rozgrywek? Plus Magic i Bird byli naprawdę specjalną historią – dwoma naprawdę równymi sobie zawodnikami, w dwóch zdecydowanie najlepszych drużynach, których kariery były idealnie symetryczne.

No i to nie jest tak, że Jordan nie miał nemesis, po prostu żaden z nich nie wytrzymywał tempa narzuconego przez Mike’a.

Sami Magic i Bird na pewno byli dla niego godnymi rywalami, ale ich kariery, z powodów zdrowotnych, w latach dziewięćdziesiątych były w fazie schyłkowej lub zostały brutalnie przerwane. W efekcie obydwaj raczej przekazywali Jordanowi pałeczkę niż o nią walczyli. Idealnym przeciwnikiem był dla MJ’a Isiah Thomas, bo nie tylko była tam zła krew za kulisami, ale także prawdziwe wojny na parkiecie, toczone z Detroit Pistons. Kto wie, czy gdyby nie Bad Boys, Air Jordan wzleciałby na takie wyżyny, na jakich widzieliśmy go w latach 90. Dzieło Złych Chłopców kontynuowali New York Knicks, którym jednak brakowało wybitnej indywidualności (sorry Patrick), no i pierwsza emerytura Mike’a przerwała przedwcześnie tę rywalizację (która, dodatkowo, była jednostronna). Z kolei gdy Jordan wrócił do formy po przerwie, Bulls byli chyba już zbyt dobrzy. Dwa finały z Utah Jazz dostarczyły ikonicznych chwil, ale to był zbyt nudny rywal, żeby po latach uznać te starcia za markowe i definiujące karierę Jego Powietrzności.

Jordan w latach 90. stoczył sporo pamiętnych bojów, ale mimo wszystko mam wrażenie, że po pokonaniu Pistons, Michaelowi zabrakło takich naprawdę wielkich wyzwań, czy indywidualnych, czy drużynowych – stąd te moje wcześniejsze uwagi o braku własnego Birda czy Magica.

Myślę, że on się trochę nudził, dlatego musiał sobie sam wymyślać wrogów, żeby znajdować motywację do walki o kolejne sukcesy, lub po prostu dla własnej uciechy. No bo weźcie i spróbujcie stworzyć listę największych rywali Michaela Jordana. Takich, o których się do dziś mówi najwięcej. Okazuje się ona zbieraniną dość przypadkowych postaci i epizodów, z których trudno wybrać tego jednego, arcywroga.

Jednak Isiah Thomas? A może Jerry Krause? Drugoplanowi koledzy z drużyny podczas treningów? Pizza z Salt Lake City? LaBradford Smith ten jeden raz, o którymś z jakichś powodów ciągle mówimy? Toni Kukoc na igrzyskach w Barcelonie (choć wtedy w zasadzie wrogiem też był Jerry Krause)? Dominique Wilkins w trakcie konkursów wsadów? Clyde Drexler? Reggie Miller? Charles Barkley? John Starks? Czy też, od biedy, ten Patrick Ewing, choć centrzy i obrońcy prowadzą zbyt niebezpośrednie starcia, żeby kwitła między nimi rywalizacja indywidualna?

I tu docieramy do prawdziwego powodu powstania tego wpisu – skoro już stworzyliśmy na kolanie galerię łotrów Michaela Jordana, to chciałbym ją oficjalnie poszerzyć.

Nowy pretendent był powodem trosk Jego Powietrzności przez minimum dwa lata. Mike publicznie życzył mu śmierci więcej niż raz. W ośmiu kolejnych meczach ten adwersarz utrzymywał skuteczność Jordana na poziomie 36,7% (można spokojnie założyć, że nie udało się to nikomu innemu – dla porównania, sprawdziłem jaka była jego najgorsza rzutowo sekwencja ośmiu kolejnych meczów sezonu regularnego przeciwko jednej drużynie i wyszło, że 39.2% w starciach z Pacers w latach 1993-1996).

O kim mowa?

O hali United Center.

Chicago Stadium i United Center obok siebie, jeszcze zanim stara hala została wyburzona (fot. facebook.com/unitedcenter)

Mike nienawidził budynku, do którego Byki przeniosły się, gdy był na pierwszej emeryturze. W swoim debiucie w nowym obiekcie miał skuteczność 7-23. W kolejnym występie na własnym boisku było już lepiej – 8-17 – ale potem było 5-19, 9-27, 8-27 i 8-19.

I choć później, w tym w playoffach, jego skuteczność wzrosła (choć te 36.7% z pola uwzględnia także te lepsze występy z samego końca regular season), to Jordan nie mógł się przyzwyczaić do nowej hali. Twierdził, że nie trafia rzutów bo zmieniony układ trybun miesza mu w głowie, a do tego tęsknił za hałasem, który deprymował rywali w Chicago Stadium – w nowoczesnej przestrzeni United Center okrzyki fanów nie wybrzmiewały aż tak głośno.

Jeszcze w trakcie sezonu wspomniał, że chętnie nacisnąłby przycisk detonujący ładunki wybuchowe zrównujące z ziemią nową halę. Przed pierwszym starciem playoffowym na własnym parkiecie powiedział, że chciałby grać, jak najwięcej meczów poza United Center. Gdy Bulls odpadli z postseason po porażce 102:108 – oczywiście u siebie – Jordan (8-19 z gry tamtego wieczoru) wychodząc z hali podobno zajrzał na chwilę do pustoszejącego centrum prasowego, wszedł na podium i powiedział do wciąż włączonego mikrofonu: „Powinni spalić to miejsce”.

I choć w rozgrywkach 1995/96, Byki wygrały 72 mecze, w tym 39 z 41 we własnej hali i zdobyły tytuł mistrzowski, w styczniu 1997 Michael powiedział: „Nadal chcę ją wysadzić w powietrze. Jeszcze się w niej nie zakochałem”. Artykuł z tamtego czasu ujawnia, że nie tylko MJ ciągle narzekał na nowy budynek. Nawet Phil Jackson go krytykował, szukając problemów m.in. w ustawieniu reflektorów, sztywności obręczy i właściwościach tablic. Jordan dodał, że wolał stary i zimny budynek, bo przeciwnikom było w nim niewygodnie, a do nowego przyjeżdżają jak do centrum handlowego.

W każdym razie prawie dwa lata (a zapewne więcej, mówimy tu o udokumentowanych przypadkach) narzekania Michaela na United Center musi uczynić z niej jednego z największych wrogów Jego Powietrzności.

Ah! I nie zapominajmy też o dopisaniu do listy łotrów Clockworka Delaronge’a, Short Johna Silvera, kapitana Nemo Ipanemę, doktora Lobe’, Gargantusa, Carlotty, Ice’a Mancuso, Rattlesnake Ricka, gangu Pontiac Hoods, The Kinga i jego bandy kieszonkowców oraz Paulie’ego Sludgera, z którymi Jordan mierzył się w kreskówce „Pro Stars” razem z Wayne’em Gretzkym i Bo Jacksonem.

Nie mam pojęcia czemu ta kreskówka, wyglądająca jak połączenie „Mission Impossible”, „Kapitana Planety”, „Scooby Doo” i „Żółwi Ninja” z „NBA Action”, nigdy nie trafiła do polskiej telewizji. Przecież to przepis na idealny sobotni poranek dla 10-latka na początku lat 90.

Postaw kawę
Otagowane

Charles Oakley

Charles Oakley

Fun Fact: Nie lubię autobiografii, bo ich bohaterów rzadko stać na szczerość (czy to wobec nas, czy to wobec siebie), a najbardziej pikantne smaczki zawsze są przemilczane. Charles Oakley w napisanej z Frankiem Isolą książce „The Last Enforcer” wydaje się szczerym gościem, a w każdym razie ja mu wierzę, gdy mówi komu wpierdolił a komu mógłby. A że w tej książce w sumie mówi głównie właśnie o tym, należy uznać ją za całkiem szczerą (no, może poza fragmentami, które podobno przepisywał prawnik Oaka).

A już zdecydowanie należy uznać, że ma najbardziej satysfakcjonujący pierwszy akapit w historii literatury, biorąc pod uwagę oczekiwania z jakimi przeciętny czytelnik sięga po daną pozycję. Leci on tak (tłumaczenie własne):

Nie uderzyłem Charlesa Barkleya.

Mam powtórzyć? Mogę to zrobić, jeśli to pomoże powstrzymać ludzi przed rozprzestrzenianiem bzdur na mój temat. Dość tego. Czas wyjaśnić sprawę raz na zawsze, bo przez ponad dwadzieścia lat ta plotka – że niby uderzyłem Barkleya przed ważnym spotkaniem Związku Zawodników NBA w 1999 roku – była powtarzana tyle razy, że stała się miejską legendą. Ale ta historia to bzdura. Więc po raz ostatni: nie uderzyłem Charlesa Barkleya.

Za to, owszem, zajebałem mu z liścia aż miło.

No sami powiedzcie, czego innego chcielibyście od książki Oaka. Sięgając po książkę Stephena Kinga, spodziewasz się strasznej historii o pisarzu dziejącej się w stanie Maine. Sięgając po książkę Danielle Steele, spodziewasz się, że ktoś się zakocha. Sięgając po książkę Remigiusza Mroza, spodziewasz się, że ktoś zginie (i że w czasie, jaki zajmie Ci przeczytanie tej książki, Mróz napisze kolejną). Sięgając po książkę Elizy Orzeszkowej, spodziewasz się opisów przyrody. Gdyby Oliver Miller napisał książkę, spodziewał(a)byś się, że będzie gruba.

A po książce Charlesa Oakleya spodziewasz się, że będzie o rozdawanych na prawo i na lewo liściach zagłady, z których ten lądujący na policzku Charlesa Barkleya jest z pewnością najsłynniejszy, choć zdecydowanie nie jedyny.

Liść ściele się gęsto zwłaszcza w rozdziale czternastym, w którym opis pierwszych dwóch sezonów spędzonych w Toronto szybko ustępuje miejsca historii dwóch konfliktów z zawodnikami znacznie mniejszego kalibru niż barkleyowy. To już dłuższy ustęp, więc nie będę cytował, ale spróbuję streścić w chronologicznie ułożonych punktach:

  1. Wakacje 1999, Charles Oakley i Tyrone Hill grają w karty i kości w Atlancie.
  2. Tyrone przegrywa wszystko i pożycza od Charlesa 20 tysięcy dolarów.
  3. Jest lato 2000, Oak siedzi w Waszyngtonie i dzwoni do swojej ówczesnej kochanki, mieszkającej w Charlotte.
  4. Przez telefon słyszy w tle męski głos, który najpierw pyta kobietę „Z kim rozmawiasz?”, a potem każe jej, ubarwiając wypowiedź słowem na „N”, powiedzieć Oakowi, że nie chce z nim rozmawiać i odłożyć słuchawkę.
  5. Oak się pyta, kto to, kobieta odpowiada, że jej kolega „Jeff”.
  6. Teraz cytat z książki: „Nie miałem pojęcia, kim jest Jeff, ale pomyślałem, że może on i ja powinniśmy sobie porozmawiać. Wskoczyłem więc do samochodu i ruszyłem do Charlotte.”
  7. Z Waszyngtonu do Charlotte jest ok. 650 km.
  8. Gdy Charles dociera do domu kochanki, Jeffa już nie ma.
  9. Oakley dowiaduje się, że Jeff gra w NBA. Ponieważ Jeff Hornacek właśnie zakończył karierę, był bezpieczny. Skórę drugoroczniaka z Indiany, Jeffa Fostera, uratował jej inny kolor. Został tylko jeden podejrzany – Jeff McInnis z Los Angeles Clippers, który zresztą pochodził z Charlotte, więc „ostatni enforcer” nie musiał sięgać po tablicę korkową, pinezki i sznurek, żeby rozwikłać tę zagadkę.
  10. Charles Oakley wyciąga kalendarz i zakreśla w nim datę 1 grudnia – wtedy Raptors mieli podejmować u siebie Clippersów (no dobra, jestem prawie pewny, że nie mógł wtedy znać terminarza, ale prawie pewny jestem też, że Oak zaznacza sobie w kalendarzyku kiedy i komu planuje dać w mordę).
  11. W kalendarzu jest już zakreślona kolejna data, której Charles raczej też jeszcze w tamtej chwili nie mógł znać, ale zostańmy już przy tym obrazie – 16 października.
  12. Nastaje 16 października, Oak jest znów w Północnej Karolinie, ale nie w Charlotte, a w Chapel Hill, gdzie jego Raptors mają zaplanowany mecz przedsezonowy z 76ers – drużyną Tyrone’a Hilla.
  13. Oakley, jak gdyby nigdy nic, dołącza do rozgrzewki drużyny rywali, wpatrując się w unikającego kontaktu wzrokowego Hilla.
  14. „Gdzie są moje pieniądze?” – pyta.
  15. „Stary, nie mam kasy, rozwodzę się” – odpowiada Tyrone’a, który najwyraźniej nie ma szczęścia i w kartach, i miłości.
  16. „Rozwodzisz się? A kto w ogóle chciał wyjść za takiego brzydala?” – głośno zastanawia się Oakley.
  17. Nie zastanawiał się jednak ani chwili, gdy trzeba było przywalić Hillowi.
  18. Obydwaj koszykarze zostali zawieszeni, a skrzydłowy Raptors stracił tysiąc dolarów.
  19. 1 grudnia 2000, godzina 11:01, Oak pewnym krokiem przemierza parkiet Air Canada Centre, kierując się w stronę Jeffa „tego Jeffa” McInnisa, który właśnie skończył rozgrzewkę.
  20. Jest nadal 11:01, ale Jeff dostał już fangę w nos.
  21. Lamar Odom podbiega do Oakleya i mówi: „Właśnie uderzyłeś mojego najlepszego przyjaciela”.
  22. „Pierdolę twojego najlepszego przyjaciela. Też chcesz w ryj?” – rzecze Charles.
  23. Oak i przyjaciele zostali rozdzieleni, a trener gości, Alvin Gentry, natychmiast doniósł o incydencie do biura ligi, które jeszcze przed rozpoczęciem meczu zawiesiło skrzydłowego Raptors na trzy spotkania i ukarało grzywną. Kilka lat później Charles spotka Alvina i nawyzywa go od konfidentów i cipek.
  24. Jeff zaczyna rozpowiadać wszystkim, że zna gangsterów, którzy „porozmawiają” z Oakleyem, gdy Raptors przyjadą do Los Angeles. Ta informacja dociera nawet do dziennikarzy.
  25. Mija nieco ponad miesiąc, Oak na mecz rewanżowy z Clippers zaprasza swoich siedmiu kumpli, każdemu każe ubrać się w czarny garnitur.
  26. W czwartej kwarcie Jeff McInnis zgłasza kontuzję, idzie do szatni i nie wraca. Charles nie spotyka już ani jego, ani żadnych kolegów-gangsterów.
  27. Jest 21 stycznia 2001, Raptors znów grają z Sixers, tym razem w Filadelfii.
  28. Jakiś fan przysłał Oakleyowi do szatni bukiet kwiatów.
  29. Charles kazał chłopcu od podawania piłek zanieść bukiet Tyrone’owi Hillowi, dołączając uprzednio liścik z przypomnieniem o długu. Hill podobno przeczytał wiadomość i pospiesznie opuścił szatnię.
  30. Żeby historia z Jeffem McInnisem mogła zatoczyć koło, w lutym 2001 znów jesteśmy w Waszyngtonie, z którego to Oak dzwonił poprzedniego lata do swojej znajomej.
  31. Jest Weekend Gwiazd, Charles Oakley czeka na hotelową windę.
  32. Winda się zatrzymuje, otwierają się drzwi, a w środku stoi kilka osób, w tym „najlepszy przyjaciel” McInnisa, Lamar Odom.
  33. Oak wchodzi, patrzy na Odoma i mówi „Ktoś z nas musi wysiąść. Myślę, że możesz pojechać następną windą”.
  34. Lamar Odom wychodzi bez słowa.
  35. 3 marca, w dniu kolejnej potyczki Raptors i 76ers, Charles przed godziną 11:00 pojawia się na parkiecie Air Canada Centre. Swój trening rzutowy rozpoczyna od rzutu piłką w twarz Tyrone’a Hilla.
  36. Trafia.
  37. Oakley zostaje zawieszony na jeden mecz i musi zapłacić 10 tysięcy dolarów kary, czyli połowę tego, co winien jest mu Hill.
  38. Zespół z Toronto trafia na zespół z Filadelfii w drugiej rundzie playoffów.
  39. Charles powstrzymuje się od rękoczynów, ale na boisku stara się jak może zamienić życie Tyrone’a w piekło. Po pięciu meczach wzajemne animozje są już tak widoczne, że zaczyna o nie wypytywać prasa.
  40. Trener Sixers, Larry Brown ma dość tego cyrku i każe Hillowi spłacić dług.
  41. Przed meczem numer 7, Tyrone odwiedza Charlesa w hotelu i wreszcie oddaje mu jego 20 tysięcy.
  42. Ukontentowany Oakley pozwala sobie na żart i pyta: „A gdzie są moje odsetki?”.
  43. Ostatni akt konfliktu z Hillem – tak jak i w przypadku historii z Jeffem – także rozgrywa się w miejscu, w którym się zaczął, w Atlancie. Zarówno Oak, jak i Tyrone są już na emeryturze i grają sobie rekreacyjnie w kosza. Nagle niegdysiejszy dłużnik krzyczy, że Charles go sfaulował.
  44. Panowie wymieniają uprzejmości, Oak gratisowo dorzuca kilka ciosów w twarz.
  45. Hill dzwoni do menadżera hali, a ten wzywa policję i ostatecznie sprawa trafia do sądu, kończąc się nałożeniem na Charles Oakleya zakazu zbliżania się do Tyrone’a na mniej niż 150 metrów.

Nie uznaję przemocy i jestem świadom, że to, co robił Oak to w zasadzie bullying, ale doceniam konsekwencję. I też nie znoszę, jak ktoś nie oddaje tego, co pożyczył.

Czy polecam „The Last Enforcer”? Cóż, uważam tę pozycję za interesujące uzupełnienie „Blood In The Garden”, bo miałem wrażenie (choć nie wiem czy ma ono pokrycie w rzeczywistości, to tylko wrażenie), że Oakleya było tam za mało. Natomiast sama książka nie obfituje w jakieś głębokie przemyślenia. Główny bohater każdy kolejny temat traktuje tak samo jak swoich adwersarzy – podchodzi do niego w prostej linii i policzkuje, w żołnierskich słowach mówi, jak jest. Oglądanie świata oczami człowieka, dla którego świat ten jest prosty i oparty na bardzo fundamentalnych zasadach – szacunku, lojalności i szczerości – jest jednak dość odświeżające.

Postaw kawę
Otagowane , ,

Dikembe Mutombo

Sad Fact: 30 września 2024 roku, na świecie pojawiła się ogromna, ogromna pustka. Pustka rozmiarów Dikembe Mutombo Mpolondo Mukamby Jean-Jacquesa Wamutombo.

Jego odejście było poprzedzone ciężką chorobą, która już dwa lata temu brzmiała jak wyrok, ale brak Dikembe wciąż boli jak uderzenie łokciem Mutombo.

Nie miałem okazji napisać tego na gorąco, no bo w sumie, to tak jak i wtedy, tak i teraz trochę nie wiem co napisać, ale żegnaj Wielkoludzie. Dziękuję, za boiskowe wspomnienia i za mnóstwo szczerego śmiechu, który był moją zwyczajową reakcją na każdą styczność z Twoją postacią.

Byłeś tu za krótko, ale zrobiłeś duuużo więcej niż inni.

W każdym razie, od teraz już wiem, że jeśli świeci słońce, to dlatego, że Dikembe się uśmiecha gdzieś tam na górze. Jeśli jest pochmurno, to Dikembe zablokował słońce. Jeśli wieje, to znaczy, że Dikembe macha właśnie palcem. Jeśli grzmi, Dikembe właśnie coś mówi. Jeśli pada deszcz… cóż, pewnie Dikembe wziął się za budowę kolejnego szpitala i ekipa budowlana przypadkowo rozwaliła jakąś rurę, ale sytuacja zaraz będzie pod kontrolą. Śnieg? Dikembe zaprasza na bitwę na śnieżki.

Miejmy nadzieję, że mają skrzydła aniołków w Twoim rozmiarze.

Fun Fact: Zanim Dikemebe Mutombo rozegrał swój pierwszy mecz NBA, współpracował już ze sztabem specjalistów nad rozwojem swojej marketingowej marki. W tamtych czasach pompowanie czasu i pieniędzy w kreowanie wizerunku niesprawdzonego sportowca wciąż było podejściem nowatorskim, ale sukces Nike sprawił, że każdy chciał znaleźć następnego Michaela Jordana – nawet gość, który Jordana już znalazł. Sonny Vaccaro był jedną z osób odpowiedzialnych za zwerbowanie MJ’a i stworzenie jego uberpopularnej linii obuwniczej. W sierpniu 1991 roku odszedł jednak z Nike, żeby objąć funkcję współprezesa DiC Sports Marketing, działu grupy medialnej DiC Entertainment, którą dzisiejsi 40-latkowie mogą kojarzyć z produkcji amerykańskich kreskówek trafiających do polskiej telewizji na początku lat 90.

Pierwszym zawodnikiem, z którym podpisał kontrakt Vaccaro, był właśnie Dikembe.

Plany były naprawdę ambitne.

DiC miał stworzyć spójny marketingowy wizerunek Mutombo i świadomie budować wokół niego brand przyciągający szerokie rzesze sponsorów, którym sprzedawano Dikembe jako władającego kilkoma językami, wszechstronnie wykształconego i dbającego o siebie młodego człowieka, bez nałogów i obyczajowych czerwonych flag. Który przy okazji być może będzie zajebisty w kosza.

W linkowanym powyżej artykule, szef DiC Entertainment wymyśla na poczekaniu sposoby, w jakie można ten unikatowy zestaw sprzedać. Mówi, że widzi Dikembe w reklamie AT&T, w której mógłby wykonywać telefony w różnych językach. Dodaje, że jego zdrowy tryb życia trochę nie pasuje do fast foodów, ale już do soków owocowych, mleka lub jakiegoś zdrowego jedzenia, jak najbardziej… To były oczekiwania, a oto, dobrze znana wszystkim ludziom z branży marketingowej, rzeczywistość:

Ale hej, wcisnęli te języki.

Ostatecznie trudno ocenić w jakim stopniu udało się zrealizować plany podboju rynku reklamy. Dikembe nie został supergwiazdą, a jego popisowy numer, obrona, co prawda wygrywała mistrzostwa, ale nie była najbardziej chodliwym towarem.

Z drugiej strony jego naturalna charyzma pozwoliła tę nudną defensywę zamienić w niezwykle nośny symbol. Dzięki machaniu palcem po zablokowanych rzutach, Mutombo łapał duże kontrakty reklamowe także na emeryturze.

Nie przeszkadzał też fakt, że miał głos Ciasteczkowego Potwora.

Trzeba także wspomnieć, że dostał jeden z bardziej rozpoznawalnych własnych butów, w ramach kontraktu z Adidasem, a to już naprawdę nieźle świadczy o jego marketingowym potencjale.

Piosenka z reklamy wpada Ci w ucho?

To pomyśl tylko, jak bardzo wpadałaby w ucho piosenka „Dikembe Block”, którą sam Mutombo nagrał tamtego pracowitego lata i jesieni 1991, przed sezonem debiutanckim. Pomysł i słowa były autorstwa speców z DiC, którzy chcieli wykreować pomniejszy hit, kojarzony z ich klientem, grany w halach i reklamach. Coś tu chyba nie do końca pykło, bo dziś to dzieło totalnie zaginione.

Pozostaje nam wyobraźnia, która musi złożyć do kupy trzy informacje:

1) Dikembe nagrał piosenkę używając swojego głosu i mocno męcząc się z językiem angielskim.

2) Melodia była 1:1 wzięta ze starego przeboju „Limbo Rock”.

    3) Fragment tekstu brzmiał:

      Hey mon, have you heard da word?

      No more flyin’ like a Bird.

      No more Mail delivery.

      He don’t come into da key.

      Z połączenia tych trzech rzeczy powstaje Kapitan Planeta najlepsza piosenka jakiej nigdy nie słyszeliśmy.

      Naprawdę nie dało się jej wcisnąć do tej reklamy McDonald’s?

      Eh.

      Ten wpis nie może mieć innego zakończenia, niż to, prawda?

      Tak właśnie trzeba żyć.

      Postaw kawę
      Otagowane

      Derrick Chievous

      Derrick Chievous

      Fun Fact: Choć w koszulce Kawalerzystów wystąpił w meczu NBA tylko 32 razy, Derrick Chievous był na tyle wyrazisty, że został sklasyfikowany przez Cleveland.com na piątym miejscu w rankingu najbardziej oryginalnych postaci w historii klubu.

      Przed nim był tylko niesławny Ted Stepien, który handlował pickami w drafcie niemal z takim oddaniem, z jakim Shaquille O’Neal reklamuje swoje buty (można wręcz powiedzieć, że na początku lat 80. picki Cavs były dostępne, okazywały się jakościowe i zabawy z nimi było co niemiara), niejaki Gary Suiter, podkoszowiec, który podobno większość sezonu 1970/71 spędził na drzemkach, World B. Free, o którym można powiedzieć wiele, ale w sumie wystarczy powiedzieć, że nazywa się World B. Free oraz legendarny trener Bill Fitch. Ex aequo z Chievousem sklasyfikowano z kolei Mela Turpina, którego walka z nadwagą była tak beznadziejna, że można by go porównać do Syzyfa, gdyby nie to, że posturą znacznie bardziej przypominał toczony przez niego głaz.

      Czym zapisał się w pamięci autora rankingu Derrick?

      Wymienia on parę powodów, z których najzabawniejsze jest zakładanie koszulki kolegi z drużyny i leżenie pod jego szafką w szatni, bez żadnego powodu, oraz poproszenie bardzo białego człowieka, Paula Mokeskiego o jego buty z autografem, a potem założenie ich na mecz, mimo że były za duże.

      (Jeśli chodzi o tę drugą opowieść, to inne źródła – a konkretnie The Akron Beacon Journal z lipca 1990 – potwierdzają, że grał kiedyś w butach podpisanych przez Mokeskiego, ale nie mówią, że były to wielkie buty centra Cavs. Wspominają za to, że kiedyś grał z czterema wkładkami w obuwiu, bo uznał, że zrobiło się zbyt „miękkie”.)

      Popisowym numerem małego skrzydłowego były jednak plasterki, które naklejał sobie przed każdym spotkaniem – nawyk, który zaczął się w szkole średniej, po tym, jak dorobił się rozcięcia nad brwią. Praktycznie nie znajdziecie tekstu o Derricku bez wzmianki o jego znaku rozpoznawczym. Długo zanim dzieciaki jarały się plasterkiem Penny’ego Hardawaya, kibice na meczach Uniwersytetu Missouri oklejali się na cześć Chievousa.

      Choć dziennikarze ze stanu Ohio z pewnością doceniali obecność w drużynie tak barwnej postaci, to jednak Kawalerzyści – do których trafił w lutym 1990 roku z Houston Rockets za trzy drugorundowe picki – dali sobie z nim spokój w połowie rozgrywek 1990/91, a Derrick miał już nigdy więcej nie wystąpić w meczu NBA.

      To był dość nagły koniec kariery, jak na gościa, który był gwiazdą NCAA, a przez pierwszy miesiąc w NBA wyglądał, jak jeden z najbardziej obiecujących młodych zawodników.

      Wybrany z szesnastką draftu 1988, Chievous był przez pewien czas drugim strzelcem Rakiet, za Hakeemem Olajuwonem. W pierwszych ośmiu meczach zdobywał z ławki średnio po 17.4 punktu (w tym 27, 22 i 21 punktów w trzech kolejnych, wygranych starciach). Z czasem jednak było co raz trudniej i o minuty, i o punkty. Był to efekt tego, że trenerzy przeciwników zobaczyli, że nie robi nic więcej poza wjazdami pod kosz, a trenerzy Rockets – że, faktycznie, nie robi nic więcej poza wjazdami pod kosz, a do tego zbyt dobrze nie broni.

      Do tego dochodziła jego specyficzna osobowość oraz wyprzedzająca go reputacja dziwaka – artykuł o nim w Sports Illustrated zaczyna się od spotkania z autorem w knajpce i wsypania przez koszykarza do herbaty 25 saszetek cukru. Inny artykuł na jego temat – opublikowany w Chicago Tribune w grudniu 1987 roku – skupia się z kolei na jego zamiłowaniu do naśladowania głosu i ruchów znanych osób oraz kolegów. Jego głupawe poczucie humoru i ocierająca się o arogancję pewność siebie, powodowały, że znacznie trudniej było mu zdobyć zaufanie szkoleniowców.

      I choć coach Teksańczyków, Don Chaney, twierdził, że ma „złoty charakter” i jest „dobrą osobą”, to jednocześnie dodawał: „nie próbuję zrozumieć Derricka, bo jestem bliski szaleństwa, gdy muszę go słuchać dłużej niż minutę lub dwie”.

      To wszystko były jednak wypowiedzi z okresu miesiąca miodowego. Później Chaney mówił już raczej, że „Derrick nie ma pojęcia na czym polega bycie dobrym graczem NBA” i, że „musi dorosnąć” oraz „jak najszybciej pozbierać kawałki swojego strzaskanego ego”, co rzuca trochę więcej światła na okoliczności szybkiego zakończenia jego ligowej kariery.

      Do tego warto wspomnieć, że Chievous chyba aż tak się koszykówką nie jarał.

      Jego młodzieńczym marzeniem było zostanie komentatorem sportowym. Uczelnię wybierał kierując się nie poziomem sportowym i rolą w drużynie, a poziomem kierunku dziennikarskiego. Niestety ten w Missouri okazał się odrobinę zbyt wysoki, bo Derrick ostatecznie nie dostał się na upragniony wydział i musiał zadowolić się socjologią oraz zdobywaniem doświadczenia podczas nagrywania własnych segmentów do programu telewizyjnego, prowadzonego przez jego trenera uniwersyteckiego, Norma Stewarta (z którym zresztą, podobnie jak później z Donem Chaneyem, też się niezbyt dogadywał).

      Gdy jeszcze trwał ten jego niezwykle udany pierwszy miesiąc w NBA, Chievous powiedział Jeffowi Gordonowi z St. Louis Post, że dziesięcioletnia kariera w lidze jest nie dla niego i planuje ją zakończyć po sześciu i potem być jak Marv Albert.

      Cóż, sześcioletni plan zrealizował tylko w połowie, a i tych dziesięciu lat nie udało się uniknąć, bo właśnie przez tyle czasu, łącznie z występami w ligach zagranicznych, był zawodowym koszykarzem. Marzenia o dziennikarstwie też zostały zweryfikowane przez rzeczywistość.

      Na sportowej emeryturze, Derrick osiadł ostatecznie w stanie Missouri i znalazł wspaniały sposób na pożytkowanie swojej energii. W mieście Columbia przez kilkanaście lat pracował dla Woodhaven, organizacji non-profit, pomagającej dorosłym z niepełnosprawnościami intelektualnymi i rozwojowymi.

      Jeszcze w latach 90., gdy szukał szansy na powrót do NBA, przebąkiwał, że chyba nie zrobił wszystkiego, co mógł, by się w niej utrzymać. Cóż – każdy popełnia błędy, ale nie każdy ma na nie tak mały margines, jak sportowiec. Oto np. cała drużyna Missouri Wildcats, w tym Derrick i jej trener, popełniająca największy błąd swoich żyć, którym było nagranie utworu hiphopowego:

      Potrzebuję plasterków na uszy.

      Postaw kawę
      Otagowane

      Patrick Ewing

      Patrick Ewing

      Fun Fact: Pewnie już wiecie, że wydawnictwo SQN wydało polską wersję „Blood In The Garden”, Chrisa Herringa. Książkę skończyłem właśnie czytać w oryginale i uważam, że to bardzo kompetentne opracowanie, poruszające wszystkie najważniejsze wątki związane z jedną z najważniejszych drużyn jednego z najważniejszych okresów w historii ligi NBA.

      Jako fan New York Knicks, cieszę się, że dzięki tej książki postaci z tamtych lat staną się, także dla młodszych kibiców, bardziej trójwymiarowe (nawet jeśli w tymże trójwymiarze musiałem przeżyć jeszcze raz te wszystkie bolesne porażki i wyobrażać sobie wzwód Xaviera McDaniela).

      Jako fan New York Knicks, czuję się też, niestety, urażony.

      Bo, czy naprawdę na okładce książki o New York Knicks trzeba było umieścić zdjęcie Michaela Jordana?

      To nawet nie jest zdjęcie Jordana ORAZ Patricka Ewinga. To przede wszystkim zdjęcie Jordana, bo to jego twarz jest lepiej widoczna, to jego oczy i emocje widzimy.

      Serio?

      Nie było zdjęć samego Ewinga? Albo, nie wiem, kilku zawodników w koszulce Knicks, skoro to książka o drużynie?

      Dla porównania wrzucam zdjęcie wydania amerykańskiego:

      Blood in the Garden

      Jeśli wydawnictwo uważa, że to taka mało rozpoznawalna postać, ten Patrick Ewing, a Knicks mają w Polsce mało fanów, to może po prostu trzeba było wydać kolejną książkę o Bulls? Tylko jeśli teraz faktycznie wydadzą coś o Bykach, to – w ramach zadośćuczynienia – oczekuję takiej okładki:

      John Starks

      A jak wyjdzie kiedyś biografia Reggie’ego Millera, to liczę, że SQN umieści gdzieś w widocznym miejscu ten cytat z Johna Starksa, który znajdziecie w książce Herringa, a który padł niegdyś w rozmowie z dziennikarzem po meczu sezonu zasadniczego z Pacers w 1995 (tłumaczenie moje na bazie oryginalnego wydania, nie wiem jak to leci w polskiej wersji):

      „Odetnę Millerowi fiuta i zmuszę, żeby go zjadł”

      Jeśli lektura „Blood in the garden” dopiero przed Wami, to pamiętajcie, aby puścić sobie w jej trakcie ten utwór:

      Postaw kawę
      Otagowane , , ,

      Keith Van Horn (i karty rookie wyglądające jak z thrillera)

      Keith Van Horn

      Fun Fact: Keith Van Horn ma sporo dziwnych kart debiutanckich, w tym kilka, które kojarzą mi się ze strasznymi filmami i serialami. Powyżej macie „Milczenie owiec”, a poniżej „Podpalaczkę”…

      Keith Van Horn

      …”Z archiwum X”…

      Keith Van Horn

      …i, na upartego, „Ukryty wymiar”:

      Choć warto odnotować, że Keith Van Horn zaliczył też epizod na karcie rookie wyglądającej jak z ninetiesowej komedii familijnej (zdjęcie, niestety, nie moje tylko z reddita)…

      …i w kampanii reklamowej, która właściwie też była komedią familijną.

      Postaw kawę
      Otagowane

      Shane Heal

      Shane Heal

      Fun Fact: W poprzednim poście pisałem o frustrującym początku przedolimpijskich sparingów reprezentacji USA w 1996 roku, czyli trudnym meczu z Select Team, w którego połowie kadrowicze przegrywali siedemnastoma punktami, ostatecznie wygrywając go ledwie 96:90. Wspomniałem także o ciągu dalszym – dwóch bardzo przekonujących zwycięstwach z kolejnymi rywalami, Brazylią i Chinami, które trochę uciszyły krytyków trzeciego Dream Teamu.

      Czwartym przeciwnikiem Amerykanów była jednak Australia, która znowu zepsuła wszystkim humory.

      Wynik meczu nie miał tu większego znaczenia. Gracze NBA po kilku minutach wyrównanej gry odskoczyli na kilkanaście punktów i pilnowali bezpiecznej przewagi przez całą drogę do zwycięstwa 118:77, ale kosztowało ich to sporo sił i jeszcze więcej nerwów.

      Boomers bowiem nie dali się zdominować fizycznie rywalom i na ich twardą obronę odpowiedzieli nieustępliwością. Kibice w Salt Lake City, liczący na jednostronny Mecz Gwiazd, pełen kontrataków kończonych efektownymi zagraniami, dostali przepychankę, w której USA musiało wyszarpywać każdy punkt. Już mniej więcej w połowie pierwszej części gry, Karl Malone, po zderzeniu ze stawiającym zasłonę Andrew Vlahovem, uderzył go przedramieniem w szczękę i panowie przez krótką chwilę wzięli się na klaty. Nikt jednak tego dnia nie był bardziej sfrustrowany niż Charles Barkley, który parę minut później trafił ramieniem Andrew Gaze’a i ściągnął go bezpardonowo do parteru podczas walki o zbiórkę. Potem niebezpiecznie podciął rzucającego za trzy Shane’a Heala, który doskoczył do Chuckstera, rzucając mu w twarz stek wyzwisk i sprzedając bodiczka. Niewiele później, podczas przerwy w grze, Heal i Barkley złapali się za koszulki, ale sytuację szybko załagodzono.

      Nie wiem, czy Krągły Pagórek Zbiórek wiedział, że Australijczyk trenował boks, ale rozsądnie powstrzymał się od eskalacji.

      Zanim jeszcze wybrzmiał gwizdek kończący połowę, można było zobaczyć lekką scysję między Shane’em i nakręconym Garym Paytonem. Wkurzony Sir Charles, schodząc na przerwę ułożył swoją dłoń w kształt pistoletu, wycelował i oddał strzał w Australijczyków (choć chyba wiadomo, w którego z nich konkretnie). Zrobił to centralnie przed kamerą TNT:

      Charles Barkley

      Amerykanie byli wkurzeni, że przeciwnik stawia opór, a Shane Heal dodatkowo ukradł im show.

      Trafiał trójkę za trójką, oddając swoje rzuty nie tylko z dala od międzynarodowej linii rzutu z dystansu, ale i dobry krok od linii NBA-owej, nie bojąc się odpalać nawet z bocznych logo. Był jak Marty McFly przedstawiający rock’n’rolla licealistom w 1955 roku, bo ludzie mieli przywyknąć do takich popisów dopiero 20 lat później.

      W całym meczu Heal zdobył 28 punktów i umieścił w koszu 8 z 12 rzutów za trzy.

      Na rewanż nie trzeba było długo czekać. Australia i USA spotkali się w półfinale turnieju olimpijskiego i znów stoczyli twardy bój, wobec którego wynik – 101:73 – ponownie nie był sprawiedliwy.

      Choć Boomers przegrali mecz o brązowy medal z Litwą, byli i tak autorami największego sukcesu w historii basketu na Antypodach. Shane miał przeciw Stanom 19 punktów i 4 trójki (na 8 prób). Z Barkleyem tym razem się nie poprztykał, za to po latach wspominał, że uwziął się na niego Payton, trajkocząc mu do ucha różne głupoty i groźby od pierwszej wspólnej minuty na parkiecie. Heal też miał dla niego parę słów:

      „Koleś, jak już dostaniesz te swoje 89 milionów dolarów [ze świeżo podpisanego przedłużenia kontraktu z Sonics – przyp. red], to w pierwszej kolejności kup sobie rzut z wyskoku.”

      Gdy 26-letni Shane – który parę miesięcy wcześniej nie pojawiał się w notatniku żadnego ze skautów z NBA, a teraz miał oferty pracy od sześciu klubów – trafił w końcu do najlepszej ligi świata, Gary czekał. Jeśli tylko pokrył im się czas gry – co nie było aż tak częste, bo Timberwolves wystawiali Australijczyka średnio tylko na 5.5 minuty w 43 spotkaniach – Payton szybko wracał do przerwanego w Atlancie trash-talku.

      Ale i tym razem Shane Heal miał ciętą ripostę:

      (Tak, na blogasku była już mowa o tym meczu, ale to było w czasach, gdy nie posiadałem żadnej karty Shane’a Heala i musiałem dokonać wrogiego przejęcia posta o Terrym Deherze)

      Podczas wyjazdu na mecz do Houston, gdy czekał na windę hotelową, usłyszał nagle, że ktoś krzyczy do niego „Aussie!” – okazało się, że to Charles Barkley, z którym uciął sobie następnie miłą pogawędkę. Jeśli Heal śledził wywiady z Sir Charlesem po ich olimpijskim pojedynku, to wiedział jednak, że jego irytacja ze sparingu szybko przerodziła się w szacunek. Zapytany o Shane’a, Chuckster powiedział wówczas, oczywiście z wrodzoną niezdolnością do nie wbicia komuś szpili:

      „Ten mały dzieciak jest twardy. Mam nadzieję, że zagra w NBA. Nie ma za grosz zdrowego rozsądku, więc będzie doskonale pasował do tych wszystkich JR Riderów.”

      Niestety zdrowego rozsądku zabrakło Healowi po pierwszym sezonie w USA, gdy sfrustrowany grzaniem ławy oraz kontuzją łydki, złapanej po udanych występach w lidze letniej, poprosił Wolves o unieważnienie trzyletniego kontraktu.

      Choć klub namawiał go na spokojną rehabilitację (miała potrwać cztery miesiące) i obiecywał szansę na wejście w rolę drugiego point guarda, zniesmaczony Australijczyk o zerowej cierpliwości chciał natychmiast wrócić do ojczyzny, także ze względu na żonę i dwójkę malutkich dzieci, które niezbyt dobrze czuły się w Minneapolis.

      Ten jeden raz Shane nie podjął rzuconej rękawicy i w wywiadach przyznaje, że to był błąd. Nie cofał się w końcu ani przed Barkleyem, ani przed Paytonem, ani przed Kevinem Garnettem, który kiedyś na treningu rzucił go w plecy spaldingiem, a Heal złapał piłkę, pobiegł za KG i z całej siły cisnął nią w jego twarz. Nie cofnął się też w 2000 roku przed Vince’em Carterem, bo, widzicie, sparingi USA-Australia nie mogły tak po prostu nie flirtować z przemianą w barową bijatykę.

      Kto odciągnął Cartera od Heala?

      Oczywiście Kevin Garnett. On wiedział najlepiej, że z nim nie warto zaczynać.

      Kto był blisko całego zajścia (widać to wszystko lepiej w dłuższym fragmencie transmisji z tamtego meczu), ale gdy wmieszał się w nie Heal, nagle zniknął? Gary Payton. Dla niego także, to nie było pierwsze rodeo z gościem o tlenionych włosach i ksywie „The Hammer”.

      Postaw kawę
      Otagowane ,

      Brevin Knight

      Brevin Knight

      Fun Fact: 28 lat temu koszykówka amerykańska była w tym samym momencie cyklu – jej męska reprezentacja złożona z graczy NBA przygotowywała się do występu na igrzyskach olimpijskich.

      Elementem tego procesu było pokazowe tournée, w ramach którego Dream Team numer trzy, miał rozegrać pięć sparingów. Przeciwnikiem w pierwszym z nich był USA Select Team złożony z graczy uniwersyteckich.

      Brevin Knight, którego dość mocno ninetiesowa karta (z być może rekordową liczbą piłek do kosza wciśniętych w projekt graficzny) ilustruje ten wpis (dla miłośników liczb palindromicznych dodam, że jest to wpis numer 1001), był podstawowym rozgrywającym tamtego zespołu. Pierwszy skład uzupełniali Tim Duncan, który miał wyrosnąć na być może najlepszego power forwarda wszech czasów, Austin Croshere, który zostanie Keithem Van Hornem klasy średniej, Anthony Parker którego kariera w NBA tak naprawdę zacznie się dopiero, dziesięć lat później oraz Shea Seals, który jest bardziej znany fanom łamaczy językowych niż fanom koszykówki.

      Na ławce były jeszcze takie postaci, jak Paul Pierce, Chauncey Billups, Maurice Taylor czy Brian Skinner, ale też tacy ziomkowie, jak Geno Carlisle, Sam Okey czy Peter Lisicky, który przed meczem powiedział, że jego koszmarnym scenariuszem byłoby nie zdobycie żadnego punktu w tym sparingu, a potem nie zdobył żadnego punktu, dziewięć lat później zagrał w Anwilu Włocławek, a w 2019 roku wrzucił na YouTube transmisję z meczu.

      Wymienię też pozostałych młodzieżowców, których trener Mike Montgomery posłał tamtego dnia w bój, żeby jednak nazwisko Tima Duncana nie przesłoniło nam faktu, że Select Team wszedł na boisko Palace of Auburn Hills jako mięso armatnie: Toby Bailey, Cory Carr, Tim Young, Louis Bullock.

      Wtem, jakieś sześć minut po pierwszym gwizdku, dzieciaki prowadziły 24:12. Choć Dream Team uskutecznił w późniejszej części pierwszej połowy pogoń 20:5, to potem rywale zaaplikowali im do szatni 20 punktów tracąc tylko dwa. Gracze NBA przegrywali do przerwy 17 punktami.

      Szalał Shea Seals (spróbujcie sobie szybko przeczytać te trzy słowa), trafiając trójki, w tym jedną, już w drugiej połowie, z boku, przez ręce, o tablicę i kończąc spotkanie z dorobkiem 20 punktów na skuteczności 8-11 z pola i 4-5 za trzy. To była ostatnia ciekawa rzecz, jaką zrobił na boisku koszykarskim.

      Choć początek drugiej połowy nie był jeszcze taki zły, to defensywa Dream Teamu w pewnym momencie stała się tak intensywna i fizyczna, że miało się wrażenie, iż co druga akcja kończy się przechwytem graczy NBA. Ostatnim podrygiem Selectów była ta dobitka Mo Taylora nad drzemiącym Olajuwonem:

      Grający na uczelni Stanford, Brevin Knight, miał wielki wkład w udany, choć ostatecznie jednak nie zakończony zwycięstwem występ. Popisując się szybkością, penetracjami i dobrymi podaniami, uzbierał 8 punktów i 5 asyst przy tylko 2 stratach (a nie było łatwo ich uniknąć w drugiej połowie).

      Nic dziwnego, że rok później był najwyżej wybranym rasowym point guardem w drafcie 1997, choć dopiero z szesnastym pickiem (pomijam tu czwartego w tamtym naborze Antonio Danielsa, który był raczej combo guardem) i miał całkiem solidną karierę jako maszynka do asyst i przechwytów, która jednak została stłamszona przez kontuzje (choć była wystarczająco pamiętna, by niejaki Prez A.C. nagrał hiphopowy utwór pod tytułem „Brevin Knight”).

      Jej początek był na tyle obiecujący, że Converse zaoferował Knightowi kontrakt reklamowy, w ramach którego firmował dwa naprawdę ciekawe modele obuwia: Smooth, który ma chyba jeden z najbardziej zapomnianych na wskroś ninetiesowych super-cool-wow designów….

      …oraz He:01 – pierwszy but koszykarski wypełniony… helem, z naprawdę zabawną reklamą, w której Knight wystąpił obok Johna Starksa i Jalena Rose’a:

      A wracając do meczu z 6 lipca 1996 roku.

      Wynik końcowy, 96:90 dla reprezentacji Stanów Zjednoczonych, niewiele zmienił w ocenie jej występu. Wszyscy zwracali uwagę, że była to najniższa wygrana zespołu o ksywie „Dream Team” w historii i może nie „żenada, kompromitacja, hańba, frajerstwo, nie wracajcie do domu”, ale jednak powód do wstydu dla rozpieszczonych międzynarodową dominacją sportowców. USA wyżyło się w dwóch kolejnych meczach, pokonując Brazylię i Chiny łącznie 102 punktami i koniec końców nie zawiodło oczekiwań w Atlancie, zdobywając złoto ze średnią przewagą ponad 31 punktów nad rywalami w 8 meczach (czyli ok. 13 punktów mniej niż Dream Team i 7 punktów mniej niż Dream Team II).

      Postaw kawę
      Otagowane

      1000

      Fun Fact: Powyższe grafiki to specjalny secik MMJK NBA 90s Trading Cards, który na szybko skleciłem z nie byle jakiej okazji: oto czytacie tysięczny wpis na tym blogu.

      Od pierwszego posta minęło dokładnie 4568 dni. Byłem zaskoczony, bo mimo kilku naprawdę długich przerw w dostawie tekstów, mam obecnie średnią jednego wpisu (ok, nie zawsze wartościowego, ale jednak) na 4,5 dnia. Jakby ktoś mnie o to zapytał, to jedna publikacja częściej niż raz na tydzień, przez ponad dwanaście lat, to naprawdę niezły wynik. Dociągnięcie do 1000 uważam za swój spory wyczyn, bo wiem, jak łatwo byłoby po prostu przestać.

      Tyle klepania się po plecach.

      Dziękuję wszystkim, którzy są tu, czasem już od naprawdę wielu lat i wspierają mnie klikiem, lekturą, komentarzem, lajkiem czy wirtualną kawą. Gdybym robił to tylko dla siebie, to ten tekst raczej nigdy by nie powstał.

      Bonusowy Fun Fact: Jest jeden zawodnik, który w sezonie zasadniczym rozegrał przez całą swoją karierę równo 1000 meczów i tak się składa, że jest to jedna z gwiazdeczek lat 90., Glen Rice.

      Glen słynął z trafiania piłką do kosza, zwłaszcza z dystansu, tytułu MVP w Meczu Gwiazd 1998, dziwnych butów i z tego, że gdy Lakers chcieli ściągnąć go do siebie w rozgrywkach 1998/99, żeby pomógł im w walce o tytuł, on martwił się, że przestanie być pierwszą opcją a Shaquille O’Neal i Kobe Bryant zabiorą mu rzuty (i słynie jeszcze z tego, że przespał się z kandydatką na wiceprezydentkę USA).

      Z tymi Lakers, to zresztą miał rację, bo po dwóch sezonach i zostaniu być może najbardziej sfrustrowanym mistrzem NBA w historii, jego kariera była w zasadzie skończona.

      Kto zgadnie, w jakim klubie rozegrał swój ostatni, tysięczny mecz?

      Dam Wam trzy odpowiedzi do wyboru:

      1. New York Knicks
      2. Houston Rockets
      3. Los Angeles Clippers

      Odpowiedź możecie sprawdzić tutaj.

      Tak czy siak, lubię myśleć, że mnie tysięczny występ zastał w nieco lepszej formie.

      Do następnego!

      Postaw kawę
      Otagowane ,

      Charles Barkley

      Charles Barkley
      Charles Barkley

      Fun Fact: Nie mogłem się zdecydować, która stylówka Krągłego Pagórka Zbiórek jest bardziej zjawiskowa, dlatego ten post ilustrują dwie karty. Łatwiej było mi wybrać temat tego posta, bo chciałem w nim uwiecznić jeden z najzabawniejszych, choć mniej znanych żartów Sir Charlesa.

      19 kwietnia 1990, Philadelphia 76ers stawili się w Detroit na mecz z Pistons. Gospodarze mieli już zapewnione pierwsze miejsce w Konferencji Wschodniej, ale goście walczyli wciąż o wygranie Atlantic Division, co ostatnio udało im się siedem lat wcześniej. Obydwa zespoły wiedziały też, że ich losy mogą się za chwilę skrzyżować w playoffs. No i do tego wszystkiego po prostu się nie lubiły.

      W ogniu było więc już wystarczająco dużo oliwy, ale Charles Barkley czuł się tego dnia wyjątkowo szczodrze. Dlatego przerwał przedmeczowe przygotowania, napisał krótki list, zawołał chłopca od podawania piłek i kazał mu zanieść go do szatni Tłoków.

      Adresatem był Bill Laimbeer, a treść liściku brzmiała podobno:

      „Drogi Billu,

      pierdol się.

      Z wyrazami miłości, Charles.”

      Nic dziwnego, że tamten mecz zakończył się największą wówczas bójką w historii NBA, do której eskalacji doprowadził zresztą właśnie Charles Barkley, tym razem wysyłając Laimbeerowi pięściowy telegram prosto w twarz. To ta bójka, w której Billa pomścił Scott Hastings, uderzając po taniości Chuckstera, nie tylko przyszpilonego wtedy do ziemi, ale też odwróconego plecami. Już to robiłem w trakcie Tygodnia Scotta Hastingsa, ale raz jeszcze zalinkuję do opisu zdarzenia ze Sports Illustrated oraz do zapisu wideo zajścia.

      A wszystko zaczęło się od krótkiej wiadomości od Barkleya do Laimbeera.

      Powiem swoim dzieciom, że to był Twitter.

      Postaw kawę
      Otagowane ,