Author Archives: kostrzu

Paul Mokeski

Paul Mokeski

Fun Fact: W swojej książce „The Book Of Basketball”, Bill Simmons włączył Paula Mokeskiego do swojej drużyny najbardziej niepowtarzalnych („z powodów genetycznych lub fizycznych”) koszykarzy w historii. Wtedy też zawarł całą istotę Mokeskiego w jednym akapicie (poniższy cytat to moje tłumaczenie z oryginału, bo polskiej wersji książki nie mam):

„O ‚potędze Mokeskiego’ pisałem w swoich felietonach na ESPN.com tak często, że doczekałem się wzmianki na jego profilu na Wikipedii. Rezerwowy center, który jakimś cudem grał aż 12 sezonów, biedny Mokeski był nieprawdopodobnie nieatletyczny i biegał tak, jakby miał dwie protezy nóg. Jakby to nie wystarczyło, próbował przywrócić do łask połączenie trwałej i wąskiego wąsika, które powinno umrzeć na początku lat 80. Dorzućmy zakola, kilka dodatkowych podbródków i stwierdzimy, że Mokeski wyglądał jak glina z Jersey stojący w kolejce po pączki. Możecie więc sobie wyobrazić, jak dziwaczny był fakt, że był całkiem pożytecznym graczem – twardym obrońcą, przyzwoitym siłaczem, niezłym strzelcem z półdystansu, który nigdy nie brał się za robienie czegoś, czego nie potrafił. Zaliczał 20 minut w meczu w składzie Bucks, który w 1985 roku wygrał 59 spotkań. Kochałem Mokeskiego tak bardzo, że trzy długie lata życia spędziłem na poszukiwaniu jego meczowej koszulki na eBayu, zanim ostatecznie się poddałem.”

Można by w zasadzie na tym zakończyć, ale z kronikarskiej przyzwoitości, rozwińmy nieco myśli Simmonsa.

Urodzony w 1957 roku Paul, koszykarskie nazwisko wyrabiał sobie na uniwersytecie Kansas (a trzeba przyznać, że trudno wyrobić koszykarsko nazwisko „Mokeski”). Stamtąd właśnie trafił do NBA jako 42. pick w Drafcie 1979. Wybrali go Houston Rockets, gdzie spędził jeden rok bez historii, po czym dołączył do słabych wówczas Detroit Pistons, gdzie jako drugoroczniak ustanowił rekordy kariery pod względem średniej punktowej (7.1), zbiórek (5.2) i celności z gry (48.9%). Na początku kolejnego sezonu do klubu dołączył debiutant Isiah Thomas, ale mierzący 213 centymetrów i ważący 113 kilogramów środkowy nie załapał się na erę legendarnych Bad Boys, choć miał w jej powstawaniu pewien udział: lutym 1982 roku przeszedł do Cleveland Cavaliers za m.in. Billa Laimbeera. Cavs zwolnili go na początku kolejnej kampanii i Mokeski zdecydował się na testy w Milwaukee Bucks, gdzie – po dwóch 10-dniowych kontraktach – osiadł na resztę sezonu 82/83 i sześć kolejnych rozgrywek (szkoda, że nie wytrzymał do lat dziewięćdziesiątych, bo wtedy mógłbym użyć tagu „bardzo biali ludzie z milwaukee”).

To właśnie tam spędził najlepsze lata, a prowadzeni przez Don Nelsona Bucks byli wówczas jedną z najgroźniejszych drużyn ligi, dwukrotnie grającą w finałach Konferencji Wschodniej i w obydwu przypadkach eliminowaną przez Boston Celtics. Najbliżej pokonania znienawidzonych Celtów, Milwaukee byli w 1987 roku, gdy ich drugorundowy pojedynek rozstrzygnął się dopiero po siedmiu meczach. Bohater tego tekstu wspomina ten moment z mieszanymi uczuciami – stracili wówczas prowadzenie w ostatnich minutach po kolejnych heroizmach Larry’ego Birda, ale po meczu Red Auerbach zaczepił go pod Boston Garden, poprosił o rozmowę na osobności, w której wyznał, że jest fanem gry Mokeskiego i po dziś dzień żałuje, że nie udało mu się go pozyskać w drafcie. True story, przynajmniej według Mokeskiego.

Paul Mokeski oficjalnie przeszedł na emeryturę w 1993 roku, ale z boisk zniknął w 1991 roku, po dwóch jednorocznych przygodach z Cavaliers i Warriors. Potem parał się trenerką, dzięki czemu wrócił nawet na krótko do NBA jako asystent trenera Charlotte Bobcats w sztabie Sama Vincenta.

Tyle od kronikarzy kariery Mokeskiego, czas przejść do rzeczy bardziej ulotnych…

Oczywiście w przypadku Mokeskiego trudno oderwać artystę od dzieła. Wielu było solidnych rezerwowych centrów, ale niewielu opakowano w tak brawurowe połączenie rachitycznego wąsika, afro białego człowieka i niestandardowej urody.

To zapewne ten kontrast tak fascynował Billa Simmonsa, choć trzeba przyznać, że jego miłość do Mokeskiego jest dość skomplikowana. W swojej książce jeszcze dwukrotnie wspomina Paula, samemu sobie zaprzeczając. Najpierw pisze, że gdyby klonowano koszykarzy, pierwsi w kolejce powinni być (niekoniecznie w tej kolejności) Michael Jordan, LeBron James i David Robinson, a ostatni – Paul Mokeski. Jakieś 200 stron później, rozważając wyjątkowość kariery Hakeema Olajuwona, stwierdza jednak, że gdyby w USA zaczęto klonować ludzi (jako część tezy, że nawet drugi Hakeem nie miałby tak samo wyjątkowej kariery jak oryginalny), to ma nadzieję iż zaczną od Mokeskiego.

Zdecyduj się Simmons!

(Choć i tak wiadomo, że Bill Simmons najchętniej sklonowałby Larry’ego Birda. Albo Jamesa Younga.)

Fun Fact 2: Paul Mokeski był uczestnikiem pierwszej bójki Charlesa Oakleya w NBA. Skończył ją ze złamanym nosem.

Otagowane ,

Henry James

Henry James

Fun Fact: Nie raz słyszeliśmy historię o gościu trafiającym do NBA, mimo iż późno zaczął grać w koszykówkę. Są to jednak zazwyczaj wysocy koszykarze z Afryki, a nie skrzydłowi urodzeni w stanie Alabama.

Henry James pierwszy raz zagrał w koszykówkę na ostatnim roku szkoły średniej. W pierwszym meczu nie zdobył ani jednego punktu. W drugim – dwa. Na koniec sezonu miał średnią 12 punktów. Cztery lata później zdobywał już po 23.5 punktu (przy odsetkach skuteczności z pola/dystansu/osobistych, odpowiednio, 55.1/55.7/86.1%) dla St. Mary’s University. Trochę ponad sześć lat po zdobyciu pierwszych punktów w oficjalnym meczu koszykówki, w swoim trzecim meczu NBA w koszulce Cleveland Cavaliers, rzucił 25 punktów przyszłym mistrzom, Chicago Bulls, a grający naprzeciw niego Michael Jordan pytał go „Kim ty jesteś?”

Ja dziś jednak chciałem skupić się na wydarzeniu, które od straty koszykarskiego dziewictwa przez Jamesa dzieliło 13 lat. W rozegranym 15 kwietnia 1997 roku meczu Hawks przeciw Nets, Henry James wyrównał ówczesny rekord ligi (należący zresztą do jego kolegi ze składu Atlanty, Steve’a Smitha) pod względem celnych trójek w jednej kwarcie i w połowie meczu, trafiając z dystansu 7 razy. I o ile przez lata przywykliśmy już do tego typu wyczynów, to ten jamesowy pozostaje niesamowity z jednego powodu: te 7 trójek i 24 punkty znalazły się na koncie Henry’ego mimo iż te 10 minut w rekordowej czwartej kwarcie było jego jedynymi minutami w tym spotkaniu!

James wszedł na boisko po raz pierwszy właśnie na 10 minut do końca spotkania, które Hawks przegrywali na początku czwartej części gry 61:80. Atlanta walczyła na koniec sezonu o trzecie miejsce z New York Knicks i takie porażki mogły przekreślić ich szanse. Wejście Jamesa i jego pierwsza bomba z dystansu dały jednak Jastrzębiom sygnał do niebywałego comebacku. Atlanta ograła New Jersey w czwartej kwarcie 48:21, a Henry zdobył połowę punktów swojej drużyny, trafiając 7 z 9 rzutów z dystansu (i dorzucając 3 celne wolne po faulu przy rzucie za trzy).

„Nigdy nie widziałem, żeby ktoś tak rzucał. To musiał być fart. Nie wierzę. To najgorsza rzecz jaka przytrafiła nam się przez cały rok. Trafiał wszystko!” – biadolił po meczu wściekły lider Nets, Kendall Gill, a że jego klub wygrał wtedy 26 spotkań, nazywanie czegoś „najgorszą rzeczą jaka nam się przytrafiła” ma wyjątkowy ciężar gatunkowy.

Henry James i James Robinson to jedyni koszykarze w bazie Basketball Reference, którzy przekroczyli barierę 20 punktów grając w całym meczu tylko 10 minut, ale Robinson miał jeden punkt mniej niż Henry. Nikt tak szybko nie zdobył 24 lub więcej punktów (choć ledwie 9 dni przed wyczynem Henry’ego Jamesa, Lamond Murray z Clippers rzucił 24 punkty w 16 minut), i jest to niewątpliwie ogromny wyczyn – zaaplikować taką ilość punktów bez możliwości porządnego rozkręcenia się i wejścia w rytm meczu.

Wyraźnie pamiętam ogolonego „na zero” Henry’ego Jamesa w koszulce Atlanta Hawks, choć nie mam żadnej jego karty w takim wcieleniu. Pewnie widziałem go w NBA Action, albo na stronach Pro Basketu lub Magic Basketball. Możliwe też, że załapał się do TVP jako przeciwnik Chicago Bulls (bo w innym przypadku raczej mała szansa, żeby ktoś chciał pokazywać mecze Jastrzębi). Niestety nie znalazłem zapisu wideo z wyczynów Jamesa w NBA, ale oto jak rozgrzany do czerwoności Henry prezentował się w lidze filipińskiej jako zawodnik Ginebra San Miguel w 1996 roku:

Ktoś wyliczył, że w trakcie profesjonalnej kariery Henry James wystąpił w 22 klubach. Trudno to zliczyć, ale Wikipedia odnotowuje – poza NBA, gdzie wiemy, że grał, kolejno, dla Cavs, Kings, Jazz, Clippers, Rockets, Hawks i znów Cavs – takie zespoły jak Wichita Falls Texans, Sioux Falls Skyforce i Scavolini Pesaro (pomijając wspomniane występy w lidze filipińskiej).

Karierę kończył gdzieś w okolicach przełomu wieków i niestety – mówiąc delikatnie – nie najlepiej ułożył sobie życie na emeryturze: w 2007 roku został aresztowany i skazany na 5 lat więzienia za dilowanie crackiem, choć należało mu dołożyć ze dwa lata za głupotę – z dwóch powodów. Po pierwsze: wpadł bo sprzedał narkotyki… policjantowi. Po drugie: w czasie transakcji były obecne mające wówczas mniej niż 11 lat dzieci Jamesa (według różnych źródeł tych dzieci było od dwóch, do sześciu). To zdecydowanie nie było najlepsze 10 minut w życiu Henry’ego…

Otagowane

Eric Murdock

Fun Fact: Isaiah Rider ma na swoim koncie „Rzut Dekady”, za to Eric Murdock jest autorem „Rzutu Pięciolecia”.

Otagowane

Vernon Maxwell

Vernon Maxwell

Fun Fact: Co prawda ta sytuacja nie zasługuje na wzmiankę na mojej liście najgłupszych kontuzji w historii NBA, ale na wzmiankę zasługuje na pewno. W marcu 1995 roku, gdy Houston Rockets z niemałym trudem przygotowywali się do playoffów, w których mieli bronić tytułu mistrzowskiego, Hakeem Olajuwon stwierdził, że ledwo zipie. Poskarżył się trenerowi, a Rudy Tomjanovich nie zrzucił tego na karb trudów sezonu, tylko zgłosił sztabowi lekarskiemu. Badania krwi wykazały anemię z powodu niedoboru żelaza. Wtedy Vernon Maxwell uznał, że w sumie to on też nie czuje się najlepiej i także poprosił o przebadanie. Okazało się, że ma dokładnie tę samą przypadłość, co The Dream. Anemia nie jest zaraźliwa, więc był to wyjątkowy zbieg okoliczności, który klubowy internista próbował wytłumaczyć działaniem ubocznym leku przeciwzapalnego przyjmowanego przez obydwu koszykarzy.

Zarówno Maxwell, jak i Olajuwon opuścili po 8 meczów, a lekarze teoretyzowali, że po powrocie będą turbodoładowani – że przyzwyczajenie organizmu do gry z anemią, a potem uzupełnienie niedoborów, zadziała jak doping wydolnościowy.

Sprawdźmy tę teorię na podstawie konwencjonalnych statystyk:

Hakeem Olajuwon w pięciu ostatnich meczach z anemią: 25.8 PPG, 9.8 RPG, 4.2 APG, 1.4 SPG, 3.0 BPG, 50.0 FG%

Hakeem Olajuwon w pięciu meczach po wyleczeniu anemii: 27.2 PPG, 10.0 RPG, 2.6 APG, 1.6 SPG, 3.2 BPG, 57.4 FG%

Vernon Maxwell w sześciu ostatnich meczach z anemią: 12.8 PPG, 1.7 RPG, 3.8 APG, 1.0 SPG, 35.3 FG%

Vernon Maxwell w sześciu meczach po wyleczeniu anemii: 11.8 PPG, 2.3 RPG, 2.7 APG, 0.7 SPG, 35.8 FG%

Jak widać ani jednemu, ani drugiemu zawodnikowi prawidłowy poziom żelaza specjalnie nie dopalił statystyk (choć The Dream był znacznie bardziej skuteczny). Ba, na miejscu Mad Maxa po tych kolejnych sześciu meczach znów bym się przebadał.

Inna sprawa, że zdrowy Hakeem zagrał potem koncertowe playoffy zwieńczone drugim mistrzostwem, w których zdobywał po 33 punkty w każdym meczu.

Maxwell zagrał jeden mecz playoffs, obraził się na cały świat i odmówił dalszej gry. Cóż, są różne niedobory.

Bonusowy Fun Fact: Objawy anemii z niedoboru żelaza (oprócz, I shit you not, chęci zjedzenia kredy, gliny albo krochmalu) to ból i pieczenie języka, suchość w ustach i pękanie ich kącików. Brzmi to jak coś, co Vernon mógł poczuć w przerwie meczu Rockets z Sonics, po tym jak Hakeem spoliczkował go w ramach kary za plucie na parkiet.

Otagowane ,

Anthony Bowie

Anthony Bowie

Fun Fact: W latach 90. wydarzyło się na parkietach NBA wiele dziwnych rzeczy. Dennis Rodman. Rzut Isaiah Ridera. Zawodowy koszykarz niewiele wyższy od Krystyny Feldman. Pidżamy Houston Rockets. Twarz Popeye’a Jonesa. Człowiek łamiący konstrukcje tablicy. Człowiek łamiący konstrukcję tablicy po raz drugi. Manute Bol rzucający trójki. Drużyna z Michaelem Jordanem przegrywająca serię playoffs. 833 rzuty wolne w wykonaniu Billa Cartwrighta.

Wymieniać można długo.

Ale być może najdziwniejszą sytuacją było triple-double Anthony’ego Bowie’ego.

Każdy koneser koszykarskich durnot potrafi streścić tę sytuację nawet obudzony w środku nocy w trakcie koszmaru (być może koszmar jest o triple-double Anthony’ego Bowie’ego), ale przypomnijmy w skrócie co zaszło…

Bowie zalicza 20 punktów, 10 zbiórek i 9 asyst w meczu Magic z Pistons.

Bowie bardzo chce zaliczyć dziesiątą asystę, bo w ułamku sekundy ocenia niezwykle trafnie swoją karierę i wie, że tak blisko triple-double już nigdy nie będzie.

Bowie bierze czas na 2.7 sekundy przed końcem meczu, przy dwudziestopunktowym prowadzeniu Magików.

Bowie prosi trenera Briana Hilla, żeby rozrysował ostatnią akcję tak, by mógł zaliczyć asystę.

Bowie jest w szoku, gdy zniesmaczony trener oddaje mu swoją podkładkę.

Bowie sam rozrysowuje ostatnią akcję.

Bowie wraca na parkiet i jest zaskoczony, że drużyna przeciwnika, na rozkaz trenera Douga Collinsa, ustawia się wzdłuż linii bocznej.

Bowie wzrusza ramionami.

Bowie zalicza dziesiątą asystę.

Bowie się dziwi, że nikt go nie lubi.

Nasz bohater do tej pory uważa, że zrobił dobrze, bo zawsze go uczono, że należy grać do końca. Gdyby podobną filozofię wyznawał Doug Collins, to mógłby wykorzystać ostatnie sekundy na zepsucie meczu życia sobkowi z drużyny rywali, ale w sumie mi się też nie chce grać w kosza z bucami.

Ważne, że Anthony Bowie nie ma sobie nic do zarzucenia i jest szczęśliwym członkiem ekskluzywnego klubu potrójnie podwójnych. Pewnie nawet myślał o tym pod koniec lat 90., gdy komponował tę wesołą piosenkę:

Otagowane

Chris Webber

Chris Webber

Fun Fact: W ostatni weekend wreszcie doczekaliśmy się uhonorowania Chrisa Webbera miejscem w Hall Of Fame. Mój ulubiony zawodnik oficjalnie zostanie wyróżniony jesienią, razem z m.in. Paulem Pierce’em, Chrisem Boshem i Benem Wallace’em.

C-Webb, który owszem – rozmienił trochę na drobne swój talent i nie miał nieposzlakowanej opinii pozaboiskowej – czekał aż osiem lat na wybór, choć był jednym z najbardziej wpływowych zawodników swoich czasów. W swoim prime nie ustępował zbytnio takim członkom Klasy 2020, jak Tim Duncan i Kevin Garnett. A jednak komisja rozdzielająca miejsca w Hall Of Fame rokrocznie czepiała się wszystkich webberowych „ALE…”.

W tym czasie do Springfield zaproszono takich graczy jak Bernard King (jeszcze więcej zmarnowanego czasu przez kontuzje niż u Webbera i jeszcze większe problemy pozaboiskowe w kokainowej erze NBA), Mitch Richmond (najlepsze lata kariery poza playoffami), Yao Ming (także znacznie bardziej zniszczona przez kontuzje kariera niż kariera Chrisa), Tracy McGrady (czy on w końcu poprowadził jakąś drużynę poza pierwszą rundę playoff?), Grant Hill (kolejny koszykarz, który przez kontuzje nie zrealizował potencjału i, podobnie jak T-Mac, w prime nigdy nie wyszedł poza pierwszą rundę playoffs, dokonując tego dopiero jako 37-letni zadaniowiec w Suns). Webber nie załapał się nawet w 2019 roku, gdy w gronie zawodników dopuszczonych do HOF zabrakło gwiazd. Odkurzono wówczas pomijanych od ponad dwóch dekad graczy, ale nie sięgnięto po Webbera. Do Galerii Sław trafili świetni, ale mało seksowni: Bobby Jones, Jack Sikma, Sidney Moncrief i Paul Westphal. Inne pomniejsze gwiazdy sprzed lat wyróżnione kosztem C-Webba to m.in. George McGinnis i Zelmo Beaty.

Innymi słowy: rychło w czas, bliżej niezidentyfikowana komisjo.

Mimo wszystko chyba większym echem niż wybór Webbera do Hall Of Fame odbił się w ostatnich dniach fakt, że z tej okazji Chris po raz pierwszy od wielu lat rozmawiał z Jalenem Rose’em

Historia konfliktu Rose’a i C-Webba jest na tyle zawiła, że zagram kartą lenistwa i odeślę Was do innych źródeł…

…ale w każdym razie jeszcze miesiąc temu Webber niemal ze łzami w oczach mówił o tym przedłużającym się konflikcie. Z grubsza chodzi o to, że Jalen w ostatnich latach wykorzystywał każdą okazję żeby publicznie wypominać Chrisowi timeout, krzywoprzysięstwo w trakcie procesu dotyczącego nielegalnego obiegu pieniędzy wokół Fab Five oraz odmowę współpracy przy dokumencie ESPN o słynnym składzie Michigan. Webber wypowiadał się mniej, ale za to pielęgnował urazę do wyszczekanego przyjaciela.

I choć entuzjazm Jalena był w trakcie hall-of-fame’owej rozmowy dość sztuczny, a Webber bardzo niezdarnie przyjmował jego komplementy, to pierwsze koty za płoty.

No nic.

Gratulacje C-Webb.

Obejrzyjcie sobie poniższe wideo, jeśli potrzebujecie przypomnienia dlaczego Webber w Springfield jest u siebie i dlaczego te osiem lat w Czyśćcu Sław to było zdecydowanie za dużo:

Kto teraz zajmie miejsce Chrisa (i Boba Dandridge’a, który także załapał się do Class Of 2021) jako najlepszego gracza wciąż nie w Hall Of Fame? Mam ich całą pierwszą piątkę!

PG – Tim Hardaway

SG – Chauncey Billups

SF – Mark Aguirre

PF – Shawn Marion

C – Shawn Kemp

Rozważałem honorową wzmiankę dla pewnego zadaniowca z siedmioma mistrzostwami i wieloma wielkimi rzutami, ale chyba nie wypada wymieniać jego nazwiska w trakcie cieszenia się szczęściem Chrisa Webbera.

Otagowane

Brett Szabo

Brett Szabo

Fun fact: Na każdej liście najbardziej zaskakujących faktów dotyczących NBA musi znaleźć się pozycja „Brett Szabo rozegrał pełny sezon w lidze”.

Brett Szabo nie miał wystarczająco dużo talentu, by grać w NBA, ale miał to gdzieś. Po liceum nie dostał żadnego stypendium koszykarskiego. Do reprezentacji Augustana College – który nie był żadnym koszykarskim tuzem – dostał się tylnymi drzwiami.

To był ten pierwszy raz, kiedy Brett mógł się przekonać, że ciężka praca popłaca.

Mimo że był zwykłym studentem, a nie sportowym stypendystą, stał się jednym z liderów Augustany. Na trzecim roku studiów rzucał prawie 16 punktów w meczu i zbierał około 8 piłek na mecz. Nie liczono mu bloków, ale to była główna specjalność mierzącego 6 stóp i 11 cali wzrostu centra (185 czap to rekord szkoły). Oczywiście nikogo nie obchodziło kto wykręca 16/8 w podrzędnym koledżu (zwłaszcza, że w ostatnim sezonie w NCAA było to bardziej 9/5), dlatego Brett musiał szukać pracy poza NBA. Zainteresowanie wyraził zespół Sioux Falls Skyforce z ligi CBA, zaintrygowany rzadkim lokalnym produktem koszykarskim (Augustana College ma kampus właśnie w Sioux Falls).

To był ten pierwszy raz, kiedy Brett mógł się przekonać, że nie jest wystarczająco dobry.

W półprofesjonalnej lidze nie dał rady przebić się do pierwszej piątki, zdobywając po 3 punkty i 3 zbiórki w meczu (tradycyjnie dodając trochę bloków, podobno w jednym z meczów miał nawet triple-double zawierające dwucyfrową liczbę czap). Poza Skyforce, przywdziewał także koszulkę Rochester Renegade i Rockford Lightning, a wobec przedłużającego się braku zainteresowania z NBA wyjechał do Niemiec w 1995 roku.

I potem znów okazało się, że praca popłaca, że po pewnym czasie obala argument pod tytułem „nie jest wystarczająco dobry”.

Przydaje się też uśmiech losu. I sprzyjające okoliczności.

M.L. Carr – były zawodnik i trener Celtics w latach 1995-1997 – natknął się przypadkiem na Szabo w hali treningowej Bostonu. Brett szlifował tam swój warsztat razem ze swoim agentem. Skończyło się na tym, że Carr zagrał z Szabo. Jakiś czas później, podczas obozu przygotowawczego do sezonu 96/97, M.L. przypomniał sobie o tym nieco dziwacznym gościu z hali i zaproponował mu kontrakt.

Na jego decyzję złożyły się trzy czynniki:

  1. M.L. Carr nie był najlepszym GM’em, choć miewał fantazję.
  2. Środkowi Celtów mieli akurat problemy z kontuzjami.
  3. Boston chciał w Drafcie 1997 wybrać Tima Duncana, a Brett Szabo posiadał wysokie kwalifikacje w nieprzeszkadzaniu tego rodzaju planom.

Cała reszta to już zasługa samego Bretta. Do swojej życiowej szansy podszedł bez kompleksów – po prostu grał w kosza najlepiej jak umiał, trenując najciężej jak się da. Efekt – 70 meczów NBA na koncie Bretta, w tym aż 24 w pierwszej piątce. Średnie z sezonu są skromne – 9.5 minuty, 2.2 punktu, 2.4 zbiórki i 0.5 bloku na mecz – ale tankujący Celtics doceniali jego gotowość do gry, dając mu od czasu do czasu szansę na dłuższe bieganie po parkiecie.

Miał 6 punktów i 7 zbiórek w 9 minut w styczniowym meczu przeciw Heat. 10 punktów, 5 zbiórek i 2 bloki ze zwycięskiej potyczki z Bucks w marcu 1997 były jego największym osiągnięciem tylko przez miesiąc. W drugim od końca i przedostatnim spotkaniu sezonu zasadniczego miał – odpowiednio – 7 punktów, 14 zbiórek, 2 asysty i 1 blok (przeciw Hornets), oraz 15 punktów, 13 zbiórek, 3 asysty i 3 bloki (przeciw 76ers). Co by nie mówić o końcówkach sezonu i tankowaniu, double-double w meczu NBA to nie jest coś czego dokonuje każdy 28-letni rookie, bez praktycznie żadnych wcześniejszych liczących się osiągnięć koszykarskich.

Celtowie nie wylosowali pierwszego numeru w drafcie, skończyło się też szczęście Bretta Szabo. Zabrakło dla niego miejsca w przetasowującym się składzie Bostończyków, a ponieważ żaden inny generalny menadżer nie miał miłych wspomnień z gry jeden-na-jeden z Brettem, musiał znów wyjechać za pracą do Europy. Karierę zakończył w 2000 roku w klubie ze słowackiego miasta Pezinok.

Dziś jest zwykłym kolesiem (ok – bardzo wysokim zwykłym kolesiem), mężem, ojcem i mieszkańcem Sioux Falls.

Co ciekawe, jeszcze tylko jeden absolwent Augustany trafił do NBA i był to Arvid Kramer, postać równie kultowa co Szabo wśród fanów bardzo białych koszykarzy, „słynąca” z tego, że mimo iż Kramer rozegrał w lidze raptem tylko 8 spotkań w sezonie 79/80 to został pierwszym pickiem w expansion drafcie z 1988 roku (wzięło go Miami). W 1980 roku, Dallas także wzięło go w expansion drafcie i po dziś dzień pozostaje on jedynym koszykarzem dwukrotnie wybieranym w naborze do ligowych beniaminków, który jednak nigdy dla nich nie zagrał.

Co do Szabo, to nie wspomniałem jeszcze tylko o jednej, dość ważnej rzeczy – jego goglach.

TE GOGLE!

Otagowane ,

James Worthy

James Worthy

Fun Fact: W maju 1986 roku, na łamach „Sports Illustrated”, Bruce Newman napisał:

„Na twarzy Worthy’ego zazwyczaj maluje się nieokreślone zmartwienie z domieszką smutku, jak u włamywacza, który właśnie usłyszał warczenie psa. Ma taki rodzaj twarzy, który mógłby wyrażać żal lub przygnębienie w filmie Ingmara Bergmana. To taka twarz, jaką spotykasz odwiedzając zakład pogrzebowy.”

Bardzo żałuję, że Newman nie widział, a zatem nie mógł też opisać, wyrazu twarzy Jamesa Worthy’ego w dniu 14 listopada 1990 roku, gdy okazało się, że zamówione przez telefon dwie prostytutki okazały się policjantkami.

Big Game James był wtedy w hotelu w Houston i skorzystał z usług agencji towarzyskiej w ramach przygotowań do meczu z Rockets, który miał się odbyć tego samego dnia. Worthy’ego aresztowano, ale udało mu się wyjść za kaucją jeszcze tego samego dnia i zdążyć na drugą kwartę starcia. James rzucił 24 punkty i pomógł Lakersom zwyciężyć po dogrywce.

Newman mógłby jeszcze wspomnieć, że Worthy ma twarz kogoś, kto bardzo nie chce pokazać koledze ze studiów, że ma w torbie płatki z jego podobizną.

Otagowane

Nie Otis Thorpe

Mitchell Wiggins

Fun Fact: Inauguracyjna seria kart Skybox była produktem przełomowym, ale jej twórcy lepiej radzili sobie z obsługą pierwszego Photoshopa niż rozpoznawaniem koszykarzy na zdjęciach. Efektem był na przykład Olden Polynice na karcie Nate’a McMillana, o którym już kiedyś wspominałem. Dopiero teraz jednak odkryłem kolejną error card z tej serii – powyższy kartonik.

Zbyt często myślę o sceptyczno-zniecierpliwionym wyrazie twarzy Otisa Thorpe’a (a czasem nawet próbuję go naśladować), żeby w końcu nie zauważyć jego braku na tym kawałku tektury.

Kto zajął jego miejsce? Choć lubię się chwalić niezłymi wynikami w odgadywaniu randomowych koszykarzy z lat 90., to tu nie obyło się bez researchu, w ramach którego – jak się miało okazać – wystarczyło spojrzeć na kartę, którą mam w albumie tuż obok…

Miejsce Otisa Thorpe’a na froncie karty ilustrującej ten wpis zajął Mitchell Wiggins, który jednak szybko poznał wątpliwą reputację karmy: na jego kartoniku widnieje… Otis Thorpe.

Skybox swoje błędy w pewnym momencie naprawił, więc w obiegu znajdziecie też karty Thorpe’a i Wiggins z właściwymi zdjęciami, mi jednak trafiły się wersje sprzed z błędem. Więcej o uwiecznionych w druku wpadkach twórców klasycznej serii znajdziecie na tej stronie.

W sumie jednak dobrze, że wpadłem na Wigginsa szukając karty Thorpe’a, bo tym samym możemy dokończyć jeden z wątków poruszonych w niedawnym wpisie na temat Roberta Reida.

Pisałem w nim o nagłym rozpadzie mającego mistrzowskie aspiracje składu Rockets, który zaczął się od dwuipółletniej dyskwalifikacji za oblany test narkotykowy właśnie Mitchella (oraz Lewisa Lloyda)… Najszybciej streszczę Wam tamtą sytuację cytując samego siebie:

Dwaj kluczowi zawodnicy Rakiet, Lewis Lloyd i Mitchell Wiggins, spędzili noc po meczu z Mavs w klubie. Gdy zbierali się do wyjścia, ktoś do nich podszedł i zaproponował „rozchodniaka” w postaci białego proszku. Następnego dnia rano przywitali ich na treningu pracownicy biura ligi z przymusowym testem na obecność narkotyków.

Ludzie związani z Rockets wierzyli, że ktoś ich wrobił, podstawiając Lloydowi i Wigginsowi narkotyki dosłownie pod nos w przeddzień niezapowiedzianego testu. Właściciel, Charlie Thomas, przyjaźnił się z Davidem Sternem, ale przyznał, że nie wypadało mu zapytać od kogo dostał cynk. Reid z kolei uważał, że to sama liga zaaranżowała dyskwalifikację obrońców Rakiet:

„Rozbili nas celowo, bo chcieli rywalizacji Birda i Magica. Wiedzieli, że L.A. nas nie pokona.”

Nikt oczywiście nie twierdził, że Lloyd i Wiggins nie mieli narkotykowego problemu, ale okoliczności testu i surowość kary za pierwsze przewinienie zastanawiały.

Wiggins miał wtedy 27 lat i za sobą ledwie trzy i pół sezonu obiecującej kariery obejmującej wicemistrzostwo świata w 1982 roku, wicemistrzostwo NBA w 1986 roku i opinię doskonałego atlety oraz defensora. Po zawieszeniu przez NBA próbował swoich sił w CBA, ale przygodę przerwał kolejny oblany test narkotykowy. Wiggins w końcu postanowił zawalczyć o trzeźwość i powrót do NBA. Z pomocą przyszła mu jego żona, Marita Payne, kanadyjska sprinterka i dwukrotna srebrna medalistka z igrzysk w Los Angeles. Państwo Wiggins rozpoczęli wspólne treningi (Marita w międzyczasie szykowała się na występ w Seulu), które sprawiły, że gdy Mitchell wreszcie dostał pozwolenie na powrót do NBA, był w życiowej formie.

I nie było to tylko czcze gadanie (każdy zawodnik wracający do gry po długiej przerwie zawsze twierdzi, że jest w życiowej formie). Choć Rakiety nie spodziewały się absolutnie niczego po Wigginsie, to po 17 meczach rozgrywek 1989/90 był on najlepszym strzelcem teksańskiego zespołu ze średnią 20.9 PPG (dodam, że Hakeem Olajuwon także grał w tych meczach, a średnia z dotychczasowej kariery Wigginsa wynosiła 9.6 PPG).

Ostatecznie skończył jako trzeci strzelec Houston (za Olajuwonem i, a jakże, Otisem Thorpe’em), ze średnią 15.5 PPG (warto dodać, że za każdy zdobyty punkt wpłacał 10 dolarów na Armię Zbawienia). Spowolniła go nieco kontuzja kolana oraz sprowadzenie z San Antonio Vernona Maxwella, który na ostatniej prostej sezonu wypchnął go z pierwszej piątki i błysnął w przegranej 1-3 z Lakers inauguracyjnej rundzie playoffów. Mad Max grał w niej po 40 minut w meczu i zdobywał średnio 20 punktów, podczas gdy Wiggins wrócił do roli zadaniowca (12.8 MPG i 4.0 PPG).

Choć przez cały sezon mówiło się, że Rockets nagrodzą świetną formę Mitchella lukratywnym kontraktem, ostatecznie wycofali się z dalszej współpracy. Nie udało mi się znaleźć informacji, co stało za tą decyzją, ale świetna forma 24-letniego Maxwella na pewno znacznie zmniejszała sens inwestycji w gościa, który za moment skończy 31 lat.

Nie wiem, czy wydarzyło się coś poza boiskiem, lecz zastanawiający jest fakt, że Wiggins podpisał nową umowę z Sixers, ale odmówił wzięcia udziału w obowiązkowych testach medycznych, których częścią było badanie moczu na obecność niedozwolonych substancji. Kontrakt unieważniono, a Mitchell całe rozgrywki 1990/91 spędził poza parkietem, tłumacząc się problemami zdrowotnymi i sprawami osobistymi. 76ers postanowili dać mu jeszcze jedną szansę rok później. Wiggins załapał się na ostatni sezon Charlesa Barkleya w Filadelfii. Grał po 11 minut, rzucał po 4 punkty i miały być to jego ostatnie linijki statystyczne w NBA.

Zawodowo w koszykówkę grał jeszcze przez 10 lat, zwiedzając m.in. Grecję, Filipiny i Francję. Z walki o powrót do najlepszej koszykarskiej lidze świata nie rezygnował do końca – jeszcze jako 42-latek, pełniący funkcję trenera zespołu Spearfish Black Hills Heat grającego w Extreme Basketball Association, wkręcił się na przedsezonowe testy do Toronto Raptors. Potem był już raczej głównie znany jako ojciec Andrew Wigginsa.

A Otis Thorpe? Jego kariera okazała się znacznie bardziej konwencjonalna, choć poniższą akcję należałoby uznać za wyjątek…

Otagowane ,

Elliot Perry

Elliot Perry

Fun Fact: Ta karta. To wszystko. To cały fun fact…

Bonusowy Fun Fact: Elliot Perry był najlepszym koszykarzem NBA między 14 a 20 listopada 1994. Tytuł Player Of The Week dostał za trzy mecze, w których notował średnio po 16 punktów, ponad 7 asyst i prawie 6 przechwytów. To był początek jego przełomowego sezonu, który zakończył na drugim miejscu w głosowaniu na Most Improved Player. Choć być może jeszcze większą nobilitacją był fakt, że w rozgrywanym w Phoenix Meczu Gwiazd 1995, Charles Barkley oddał hołd koledze z drużyny grając w długich getrach.

„Wyglądałem jak debil” – powiedział potem Sir Charles.

Otagowane