David Benoit

David Benoit

Fun Fact: Mam dla Was dość zabawną anegdotkę związaną z Davidem Benoit, ale ponieważ jej akcja rozegrała się w XXI wieku, muszę zrobić jakiś wstęp osadzony w ramach czasowych tego bloga. Na szczęście skrzydłowy Jazz to wdzięczny temat do adhocowych wpisów, bo zawsze można po prostu wrzucić jakiś filmik, na którym robi wsad i rozeprzeć się na krześle z poczuciem dobrze wykonanej roboty. O tak:

Ale niech będzie, wysilę się nieco bardziej (mam nadzieję, że anegdotka z XXI wieku okaże się warta przedłużonego wstępu).

Zacznijmy zatem od początku, czyli – w przypadku tego bloga – od 1 stycznia 1990 roku. Benoit był wówczas członkiem reprezentacji Uniwersytetu Alabama, z której aż czterech koszykarzy pojawiło się później na parkietach NBA – David, Robert Horry, Keith Askins i Marcus Webb (w składzie był też Gary Waites, który w 1995 roku podpisał kontrakt z Mazowszanką Pruszków, ale jak na złość nie przeczytałem jeszcze książki Łukasza Ceglińskiego, więc nie mam żadnego fun factu do zacytowania). Tylko Horry trafił do ligi przez draft, jego koledzy, w tym nasz bohater, musieli walczyć o pierwszy kontrakt na ligach letnich, obozach treningowych i zagranicą. Benoit wybrał bardzo malowniczą trasę, bo przez rok grał w Maladze, dla Mayoral Maristas, gdzie z miejsca stał się jedną z gwiazd ligi hiszpańskiej (wykręcał solidne 22/10).

Reszta jest historią. Historią, która leci mniej więcej tak…

Jest sobie drużyna. Utah Jazz. Drużyna poznaje chłopaka. Davida Benoit. Drużyna marzy o niskim skrzydłowym, który będzie dobrze uzupełniał gwiazdorski tandem tworzony przez Johna Stocktona i Karla Malone’a. Drużyna postanawia dać szansę poznanemu w Hiszpanii Davidowi. Chłopak dobrze rokuje, choć gra nierówno. Na początku wybacza mu się wiele, zwłaszcza, że skacze wyżej niż wszyscy i ma dryg do efektownego kończenia akcji „smeczem” (lol, pamiętacie jak Szaranowicz & Łabędź próbowali kiedyś znaleźć polski odpowiednik dla „dunka”?). Z czasem jednak drużyna pragnie stabilizacji, a chłopak odwala w trzecim sezonie skuteczność z gry poniżej 39%. Potem co prawda podciąga się o dziesięć punktów procentowych, ale drużyna już nigdy mu nie zaufa. Mimo wszystko drużyna chce walczyć o ten związek, dlatego latem 1996 roku oferuje mu 4 miliony dolarów płatne w trzy lata. Chłopak odrzuca jednak zaloty i postanawia szukać szczęścia gdzie indziej. Woli pół miliona dolarów od New Jersey Nets i więcej przestrzeni. Chce skupić się na sobie i za rok znaleźć inną drużynę, która będzie ceniła go bardziej niż Utah Jazz. Los nie jest jednak po jego stronie, bo trzeciego dnia obozu treningowego zrywa ścięgno Achillesa. Chłopak traci cały sezon, a jego była drużyna awansuje do finału NBA. Chłopak już nigdy nie wróci do siebie…

David Benoit był w Utah graczem typu 3-D, przy czym „D” oznaczało „Dunk”. W obronie nie był asem, choć atletyzm na pewno działał na jego korzyść. Mark Eaton, w wywiadzie z Przemkiem Opłockim, twierdził wręcz, że w półfinale z 1992 roku przeciwko Blazers, Benoit był najlepszą opcją obronną przeciwko Clyde’owi Drexlerowi. Ś.P. gigantyczny center Jazzmanów uważał, że przegrali dwa ostatnie mecze zakończonej wynikiem 2-4 serii z powodu absencji Davida, który opuścił obydwa spotkania po śmierci ojca. Natomiast jeśli chodzi o „3” w „3-D” to snajperem z dystansu może też nie był, ale ten element gry opanował na tyle dobrze, że w 1996 roku opuszczał Salt Lake City jako trzeci najczęściej rzucający zza łuku gracz Jazz w latach dziewięćdziesiątych).

Ostatecznie David Benoit w Nets zagrał jeden sezon, 1997-98, po czym został wytransferowany do Orlando. W koszulce Magic wystąpił jednak tylko 24 razy i w trakcie przedłużającego się lokautu wrócił do Europy. Po dwóch latach w Tel Awiwie wrócił do Salt Lake City, żeby powspominać stare dobre czasy i pożegnać się z NBA.

I właśnie wtedy – w trakcie sezonu 2000/01, poprzedzającego wyjazd do Chin i grę w jednym zespole z Yao Mingiem – doszło do dość zabawnego zdarzenia, które chciałem Wam streścić od samego początku, ufff…

W połowie marca 2001, Benoit został oddelegowany przez dział PR Jazzmanów do wzięcia udział w akcji promującej czytanie wśród dzieci. Skrzydłowy odwiedził szkołę podstawową imienia J.A. Taylora, pogadał z dzieciakami i rozdał przygotowane przez klub swoje zdjęcia. Fotografia pochodziła z przedsezonowej sesji zdjęciowej i mieściła w kadrze prawe ramię koszykarza, które od czasu ostatniej przygody Davida z Utah pojawił się tatuaż.

Tatuaż z gołą babą.

Niektóre dzieci chichotały, inne powiedziały „o, fuj!”. Część wyrzuciła zdjęcia. Część kobiecie topless dorysowała koszulkę – twierdził dyrektor Rod Green.

Gdy pryncypał zorientował się, że szkoła rozprowadziła wśród dzieciaków soft porno, pozabierał fotki tym dzieciom, które jeszcze nie poszły do domu. Następnie kazał usunąć tatuaż z pozostałych zdjęć, które miały zostać rozdane następnego dnia. Niestety sprawa się wydała i niektórzy rodzice zgłosili oficjalnie skargę.

Wszystkim było trochę głupio, dlatego Jazz postanowili wynagrodzić zamieszanie podstawówce, wysyłając do szkoły kolejną partię zdjęć promocyjnych. Tym razem jednak postanowili ograniczyć ryzyko skandalu do zera: na zdjęciach był John Stockton (który pierwszą kontrowersję miał wywołać dopiero 21 lat później).

David Benoit, który w kolejnych sezonach występował w Chinach i Japonii, wrócił jeszcze raz do stanu Utah, choć ten epizod nie trwał nawet miesiąca. W 2004 roku kontrakt zaoferował mu Isaac Austin – niegdyś kolega ze składu Jazz, a wówczas właściciel i trener zespołu Utah Snowbears grającego w lidze ABA (który rozwiązał swoją drużynę niecały rok później, w trakcie playoffów), choć ostatecznie współpraca trwała tylko trzy tygodnie. Benoit w końcu wrócił do Japonii, gdzie znów zerwał Achillesa i ostatecznie zakończył karierę w 2007 roku.

Dobra, koniec. Starczy.

Miał być żarcik z gołą babą, a wyszły życie i czasy.

Otagowane

Tom Gugliotta

Tom Gugliotta

Fun Fact: Michael Jordan nazwał kiedyś Toma Gugliottę najbliższym Larry’emu Birdowi zawodnikiem, jakiego widział („i wcale nie dlatego, że jest biały” – dodał). To było w sezonie debiutanckim, po meczu, w którym Googs zaaplikował Bullsom 25 punktów, 13 zbiórek, 3 przechwyty i 2 bloki, trafiając także raz za trzy punkty. Sprawdziłem przed chwilą, jak często pierwszoroczniacy wykręcają taką linijkę. Zgadnijcie:

Results Table
Player Date Tm Opp   PTS 3P TRB AST STL BLK
Larry Bird1979-12-21BOSSASW26214632
Tom Gugliotta1992-12-17WSBCHIL25113132
Provided by Stathead.com: View Stathead Tool Used
Generated 1/30/2022.

Drugi sezon miał równie udany i choć niesławny rozwód Chrisa Webbera z Donem Nelsonem zaowocował czterdziestoma mało natchnionymi meczami w koszulce Warriors, Googs po kolejnej zmianie barw klubowych wrócił do realizowania swojego potencjału, co przypieczętował wybór gracza Timberwolves do Meczu Gwiazd w 1997 roku (podobno rok wcześniej Bullets bardzo chcieli odzyskać Gugliottę, oferując Wilkom każdego, kto nie nazywał się Chris Webber).

Niestety następny sezon był początkiem końca kariery Toma, który przez kolejne siedem lat opuszczał średnio 37 meczów w każdej z kampanii (wliczając w to rozgrywki polokautowe, w których opuścił tylko siedem spotkań).

W międzyczasie, jako wolny agent odszedł do Phoenix. Oceniano to jako wybawienie dla Suns, po nieudanej próbie odbicia Antonio McDyessa więzionego przez pochopną obietnicę złożoną Nuggets oraz ochroniarzy w hali McNichols Arena. Wierzono, że Googs jest gwarancją dobrych wyników ekipy z Phoenix z Jasonem Kiddem, Cliffem Robinsonem, Dannym Manningiem i Rexem Chapmanem. Wierzył w to sam Gugliota, który odrzucił siedmioletni kontrakt wart 87 milionów oferowany mu przez Wolves, godząc się na 58 milionów, 6 sezonów i perspektywy walki o najwyższe laury, jakie mogły dać mu Słońca. Mówiło się też, że ważną zaletą Phoenix był brak w składzie Stephona Marbury’ego.

Niestety, jak to w życiu zazwyczaj bywa, piękne plany wzięły w łeb. Phoenix za kadencji Toma wygrali tylko jedną serię playoffs, a często kontuzjowany Googs już dwa lata po podpisaniu kontraktu zdobywał ledwie po 6 punktów w meczu grając z ławki (na domiar złego w 2001 roku znów musiał grać ze Stephonem Marburym). Owszem, Suns w końcu stali się contenderem, ale dopiero w rozgrywkach 2004/05, pierwszym rozpoczętym bez Gugliotty w składzie.

Nasz bohater dzielił wtedy swój ostatni sezon w NBA między Boston i Atlantę, dołączając do grona znanych zawodników, o których nie pamiętasz, że przywdziewali koszulkę Hawks. Na szczęście na ostatniej prostej dane mu było powąchać parkiet i zdarzało mu się grywać większe minuty dla tankujących Jastrzębi. Raz uzbierał 13 punktów, 7 zbiórek, 6 asyst, 3 przechwyty oraz po jednym bloku i trójce, dzięki czemu jest dziś jednym z tylko dziesięciu 35-latków z takim występem na koncie. Poza nim pięciokrotnie (jak dotąd) dokonał tego LeBron James, czterokrotnie Jason Kidd, a po razie Darrell Armstrong, Cliff Robinson, Scottie Pippen, Charles Barkley, Michael Jordan, inny „następny Bird” – Dirk Nowitzki oraz, a jakże, sam Larry Bird.

Fun Police: W 1998 roku, Nike ruszyło z kampanią, w której Kevin Garnett – przy wsparciu paru innych gwiazd – pilnował, by koszykówka nie była nudna (zakładam, że w tym świecie Cleveland Cavaliers z sezonu 1996/97 byliby nielegalni). W jednej z reklam, jako twardy i bezkompromisowy funkcjonariusz Fun Police przesłuchuje podejrzanego o przynudzanie Cherokee Parksa.

Rola Gugliotty zawsze mnie rozśmiesza. „A co w nim jest takiego fajnego?” – pyta Cherokee. Otóż na przykład to, panie Parks:

Polecam obczajenie wszystkich odcinków Fun Police. O ile mnie pamięć nie myli, zobaczycie tam w akcji jeszcze takich ziomków, jak Gary Payton, Jason Kidd, Damon Stoudamire, Tim Hardaway, Terry Porter (no tu casting mógł być deczko lepszy) oraz Keith Van Horn, czyli jeszcze jeden „następny Bird”.

Fun Quote: Miałem już kończyć, ale ponieważ bycie następnym Birdem jest lejtomtywem tego wpisu, uznałem, że może nie być lepszej okazji, aby zacytować fragment tekstu Chucka Klostermana napisanego dla ESPN. Autor porusza temat ciągłych poszukiwań nowej „wielkiej nadziei białych” przy okazji prób oceny uniwersyteckiej kariery Adama Morrisona, znajdując wspaniałą paralelę z wykorzystaniem singer-songwriterów przełomu wieków:

„Podstarzali biali Amerykanie czekają na nowego Larry’ego Birda tak, jak podstarzali hipisi czekają na nowego Boba Dylana. Tyle, że nikt nigdy nie dostaje tego, czego chce: Tom Gugliotta okazał się Beckiem, Keith Van Horn skończył jako Conor Oberst, a Mike Dunleavy to prawdopodobnie Ryan Adams.”

Lowe. Aż dopiszę ciąg dalszy do porównania Klostermana: czas miał pokazać, że Adam Morrison jest Gabrielem Fleszarem.

Otagowane

Rod Strickland

Rod Strickland

Fun Fact: Zacząłem się przy obiedzie zastanawiać nad najlepszą piątką złożoną z zawodników najntisowych, którzy nigdy nie zagrali w Meczu Gwiazd NBA. A jeśli nie najlepszą, to nad taką, jaką chciałbym skompletować, gdyby ktoś postawił mi zadanie stworzenia od podstaw koherentnego składu.

Wiedziałem od razu jedno, point guardem będzie Rod Strickland. Między innymi dlatego:

Oczywiście mrużę oko na jego trudnych charakter, ceniąc jego zawadiackość, ale jednocześnie potępiając lenistwo i debilne decyzje, takie jak siadanie za kółko po pijaku (na początku lat dziesiątych pisało się o jego zwycięstwie w walce z nałogiem i od tego czasu nie słychać o żadnych aresztowaniach, a Rod pracuje dziś jako Program Manager w g-league’owej drużynie Ignite).

Mój drugi wybór to Drażen Petrović, który do All-Star Game nie załapał się w wyniku tragicznego zrządzenia losu (choć jest jednym z tych zawodników, którzy nie zostali powołani do Meczu Gwiazd pomimo miejsca w All-NBA Team w danym sezonie). Co prawda Chorwat i Rod Strickland nie zaczęli lat dziewięćdziesiątych w najlepszej komitywie, ale taki backcourt wart jest zakopania toporka wojennego…

Strickland będzie nękał Michaela Jordana w ataku, a w obronie to zadanie powierzyłbym Bobby’emu Phillsowi. Zapewne są bardziej ekscytujące opcje na pozycję small forward (zwłaszcza, że Bobby nominalnie był zawsze shooting guardem), ale każdy szanujący się zespół z korzeniami w latach dziewięćdziesiątych musi mieć jakiegoś „Jordan stoppera”. Jeśli wierzyć samemu Mike’owi – Phills był jednym z najlepszych. A jeśli radził sobie z Jego Powietrznością, to poradziłby sobie z każdym graczem obwodowym, dodając drużynie wymiar 3D (39% celności zza łuku w karierze).

Silny skrzydłowy to kolejna pozycja, która oferuje dwie drogi budowania składu. I choć kusiło mnie mocno, żeby postawić na gatunek endemiczny dla koszykówki lat 90. – podkoszowego wyrobnika – to po dość krótkim namyśle wybrałem LaPhonso Ellisa (namysł był krótki, bo pisząc ostatni post o Darnellu Mee obejrzałem sobie końcówkę piątego meczu Nuggets-Sonics z playoffów 1994 i Ellis wpadł mi w oko). Jest mi z tym całkiem dobrze, bo Fonzie to twardy podkoszowiec z dobrą ofensywą (w pewnym momencie włączył do repertuaru nawet rzut za trzy). Gdyby jego rozwój nie został zatrzymany przez kontuzje, nietrudno wyobrazić go sobie w Meczu Gwiazd (na pewno nie był gorszy niż Tyrone Hill).

No i jeszcze center. Znalazłem sobie czterech kandydatów. Jeden był superatletycznym obrońcą obręczy, który w późniejszych latach stał się jednym z najbardziej cenionych defensorów NBA, ale nigdy nie nabrał ofensywnej ogłady. Drugi był maszynką do zbiórek i punktów, ale brak sukcesów drużynowych każe poddawać w wątpliwość jego statystyki. Trzeci był świetnym strzelcem dystansu, ale obwodowe obowiązki odciągały go od podkoszowej walki. Czwarty jest jednym z najlepiej blokujących koszykarzy w historii, ale przez całą karierę pozostał niedoskonałym, jednowymiarowym graczem. Ostatecznie, tak jak w przypadku pozycji numer cztery, postawiłem na pierwszą osobę, która przyszła mi do głowy – gracza numer jeden. Dwójka była bardzo blisko detronizacji, ale na wyniku zaważyła post-najntisowa reputacja jedynki. Trójka nie pasowała do mojego planu podreperowania konta zbiórkowego i zniechęcenia rywali do wjazdów pod kosz. Czwórka z kolei koniec końców nie dawała mi niczego więcej niż jedynka, za to była obarczona większym ryzykiem ze względu na niekonwencjonalne warunki fizyczne (jeśli chcecie wiedzieć co u niej słychać dzisiaj, polecam tę przejmującą lekturę). Wybieram Marcusa Camby’ego (a żeby nie był jedynym członkiem tej piątki bez choćby luźnych związków z Rodem Stricklandem, to wspomnę, że obydwaj panowie w trakcie swoich karier byli więcej niż raz aresztowani – Cambyman dwukrotnie za marihuanę).

Jest jeszcze kilku zawodników, którzy byli blisko powołania, ale nie bawmy się już w drugą piątkę. Gdybyście jednak zapytali mnie o sixth mana, to postawiłbym chyba na Toniego Kukoca.

Ktoś chce wystawić swoją piątkę?

Otagowane , , , ,

Darnell Mee

Darnell Mee

Fun Fact: Darnell Mee nie osiągnął zbyt wiele na parkietach NBA. Porównywany do Nate’a McMillana, duży combo guard z naturalnymi defensywnymi instynktami (na studiach brylował zwłaszcza w statystykach przechwytów i bloków), stracił ponad połowę debiutanckiego sezonu z powodu kontuzji, a w kolejnym rozegrał tylko dwa spotkania.

Z NBA wyleciał dosłownie na własne życzenie.

Tuż przed kontuzją w sezonie debiutanckim, trener obiecywał mu, że niedługo zacznie grać nim po 20 minut w meczu. W drafcie 1994, Denver wybrało jednak Jalena Rose’a, który dublował się pozycją z Mee, a naszego bohatera na rozpoczęcie sezonu wpisano na listę kontuzjowanych, choć był zupełnie zdrowy. Rozczarowany Darnell poprosił wtedy klub o zwolnienie go. Agent twierdził, że interesuje się nim kilka klubów, ale żadnej oferty nie dostał już nigdy.

Jego kariera nie trwała długo, ale i tak poniekąd zapisał się w historii NBA jako członek kultowego składu Denver Nuggets z sezonu 1993/94. Może nie zapisał się złotymi zgłoskami, no i w ogóle tych zgłosek nie było jakoś dużo, bo jednak nazywa się „Mee”, a nie „Mutombo Mpolondo Mukamba Jean-Jacques Wamutombo„, ale parafkę machnął. Po wyleczeniu kontuzji załapał się do playoffowego składu i w garbage time dwóch meczów słynnego pierwszorundowego pojedynku uzbierał 7 punktów, 3 przechwyty, 2 zbiórki, 2 asysty i trójkę.

Co by jednak nie mówić, dużo się nie nagrał, dlatego można zaryzykować stwierdzenie, że najbardziej pamiętny moment jego kariery to niecelny rzut wolny w Madison Square Garden, oddany na pięć sekund przed końcem, dzięki któremu ponad 19 tysięcy Nowojorczyków dostało darmową pizzę.

Mam wrażenie, że gastropromocje w halach sportowych to rzecz równie amerykańska co orzeł, Dolly Parton i płatki śniadaniowe. Poza kibicami z brzuchem pełnym darmowej pizzy, nie mają one jednak zbyt wielu fanów, bo nierzadko wypaczają sportową rywalizację. Trybuny wrzeszczały „pizza! pizza!”, a gracze ulegali presji, doprowadzając czasami do tak kuriozalnych sytuacji jak taktyczne faule na ułamki sekund przed końcem wygranego meczu, popełniane tylko po to, żeby była szansa na dodatkowy rzut przez całe boisko pozwalający podbić wynik na uruchamiający promocję. Prawda, Timie Hardawayu?

Z kolei fanom Chicago Bulls zdarzało się cieszyć mniej z game-winnerów Michaela Jordana niż z gratisowych tacosów, które załatwił im kiedyś Joe Kleine:

Dochodziło do tego, że w tamtym sezonie (1997-98) buczeli na swoich zawodników za niecelne rzuty, które pozwoliłyby Bykom przekroczyć magiczną granicę 110 punktów.

Aż dziwne, iż Scottie Pippen się nie obraził, że to Toni Kukoc oddał rzut decydujący o wygraniu darmowych tacosów.

A wracając do Darnella Mee.

Że jednak trochę potrafi grać w kosza pokazał w końcu w ligach zaoceanicznych, a najlepiej szło mu w Australii. Tam zdobył dwa mistrzostwa, dwukrotnie wybierano go do składów All-NBL oraz rekordowe pięć razy zostawał najlepszym defensorem rok. W 2007 reprezentował nawet Australię na mistrzostwach Oceanii. Mee na Antypodach prezentował się mniej więcej tak:

Otagowane

Orlando Woolridge dziesięć lat później

Fun Fact: Moje pisanie na blogasku o latach dziewięćdziesiątych w NBA trwa już tyle samo, ile trwały lata dziewięćdziesiąte!

Ja wiem, że wpisy o tym, że autor bloga gratuluje sobie, że ma bloga hasztag nikogo, ale co tam – stuka dziś 10 lat istnienia mojego koszykarskiego skanseniku, więc zakładam imprezową czapeczkę i mówię sam do siebie: „no i git”.

Zaczęło się 9 stycznia 2012 roku od zdjęcia zmiętoszonej karty Orlando Woolridge’a po kilku latach trzymania w portfelu. Dziś, w ramach klamry, zdjęcie zmiętoszonej karty Orlando Woolridge’a po kilku latach trzymania w portfelu i kilku latach trzymania w plastikowym holderze. W międzyczasie opublikowałem ponad 900 postów, pożegnałem dwóch głównych patronów tego bloga, Magic Basketball się reaktywował i znów zamknął (w czym miałem swój udział), pojawiły się 22 nowe części filmów Marvela, kolekcjonowanie kart koszykarskich stało się zabawą dla bogaczy, więc stworzyłem swoją własną wirtualną serię, zrobiłem spis powszechny polskich fanów NBA, z którego w sumie nie wynikło zbyt wiele, udzieliłem wywiadu a nazwa bloga, która była hołdem dla Jerome’a Kersey’a, została zmieniona w hołdzie dla Jerome’a Kersey’a.

Bardzo dziękuję wszystkim Czytelnikom. Gdyby nie skromny, ale stały dopływ miłych słów w komentarzach tutaj i na Facebooku, to na pewno te 10 lat nie upłynęłoby w tak miłej atmosferze.

Co dalej?

Z grubsza to samo (nostalgia pany!), ale mam nadzieję, że dlatego właśnie tu jesteście. Myślę, że legend ze świata NBA lat 90., spokojnie starczy na kolejne dziesięć lat.

Miałem kilka pomysłów na zrobienie czegoś nowego na tych już niezbyt nowych łamach, ale przez lenistwo albo się jeszcze do tego nie zabrałem, albo już zarzuciłem. Kto wie? Może właśnie rok dziesiąty będzie motywacją? Ostrzegam jednak, że dobrze mi z tym lenistwem. Brak presji na cokolwiek to najważniejszy powód długowieczności tego bloga (choć mam nadzieję, że w przyszłości uda mi się przynajmniej uniknąć tych wstydliwych kilkunastomiesięcznych przerw w pisaniu).

Jedyna rzecz, która na pewno wydarzy się w ramach całorocznych obchodów dziesięciolecia to druga seria blogowych kart. Oto mały teaser tego, co Was czeka:

Raz jeszcze dziękuję wszystkim, którzy przez ostatnie 10 lat przewinęli się przez to miejsce, nawet tym, którzy – jeśli wierzyć statystykom odwiedzin – trafiali tutaj wpisując w Google frazy takie jak: „różowa landrynka”, „żarty o grubasach”, „wnuczka billa cosby”, „gry w godzillę”, „wielkie czoło”, „maskotka z przyssawkami”, „straciłem wzrok”, „posiadac moc przesuwania przedmiotow sny”, „nagi facet z wyciagnieta dlonia” i „aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa” oraz, i shit you not, „co na tym zdjęciu jest nie tak? 90 % facetów tego nie widzi…”.

Do następnego wpisu.

Otagowane

Victor Alexander

Victor Alexander

Fun Fact: Victor Alexander to jeden z nieco zapomnianych pączusiów lat 90., którego uboga w ciekawe momenty kariera upłynęła w cieniu jeszcze szerszych niż on Stanleya Robertsa czy Olivera Millera.

Siedemnasty pick draftu (oczywiście poszedłby wyżej gdyby nie kręcono nosem na jego problemy z dbaniem o linię) już w swoim drugim meczu kariery miał 28 punktów, 16 zbiórek (choć ogólnie to nie słynął z przesadnie ostrej walki na deskach), 4 przechwyty i po jednym bloku oraz asyście. Sezon 1991/92 zakończył z 28 występami w pierwszej piątce i średnimi zdobyczami na poziomie 7 punktów i 4 zbiórek oraz anegdotą dotyczącą, a jakże, jedzenia.

Podobno przed jednym z wyjazdowych meczów z Utah Jazz, Victor zamówił do pokoju hamburgera, którego dostarczył… Don Nelson przebrany za boya hotelowego. Koszykarz przyznał potem, że był zaskoczony, ale bułę zjadł.

Morał z tego taki, że warto się dwa razy zastanowić, zanim się zamówi jedzenie w dostawie w Salt Lake City.

Choć trener Warriors najwyraźniej zaglądał swojemu środkowemu w talerz, to cenił go na tyle, że zwiększył jego rolę w kolejnych rozgrywkach. Przełożyło się to na najlepszy statystycznie sezon w – jak się miało okazać – krótkiej karierze (11/6 za całą kampanię, a 19/10 w ostatnich dziesięciu starciach). Zasłużył sobie na przydomek „Big Smoothie”, bo miał miękką kiść, dryg do rozciągania gry oraz dość płynnie – jak na swoje gabaryty – poruszał się po boisku. Kolejnego kroku naprzód już się jednak w jego wykonaniu nie doczekaliśmy. Pojedynek Warriors z Magic z 26 marca 1995 roku – który od dnia wyboru w drafcie dzieliły mniej niż 4 lata – był przez długi czas ostatnim meczem Alexandra w NBA (wrócił do niej na 15 meczów w sezonie 2001/02, po latach spędzonych w Ameryce Południowej i Europie).

Gdyby Victor lepiej o siebie dbał, to może wydłużyłby nie tylko swoją karierę, ale też karierę Harolda Minera.

W październiku 1995 roku, zaraz po tym jak pozyskali go w ramach transferu B.J.’a Armstronga, Raptors wysłali Alexandra do Cleveland Cavaliers właśnie za Baby Jordana. Kawalerzyści unieważnili jednak umowę po badaniach lekarskich borykającego się z kontuzją kostki centra. Kto wie? Może mniejsza tusza zmieniłaby rokowania lekarzy ze stanu Ohio?

206-centymetrowy Big Smoothie był swego czasu najniższym centrem pierwszej piątki w NBA, ale ważył nominalnie 120 kilo, co w „dobre dni” było wartością wyraźnie zaniżoną. Gdyby nie wątpliwości sztabu medycznego Cleveland, Harold Miner mógłby trafić do debiutującej w NBA drużyny z Toronto, w której zapewne miałby szansę na więcej minut, niż dane mu było ostatecznie rozegrać w barwach Cavs (136, rozbite na 19 meczów). Co prawda dwukrotny tryumfator konkursu wsadów rok później był na testach w Kanadzie, ale Raptors zwolnili go w trakcie preseason. Zniechęcony Miner zakończył wtedy karierę.

Victor Alexander w sezonie 1995/96 zagrał jeszcze mniej minut niż Harold – okrągłe zero.

Trafił do Nowego Jorku w ramach czystek budżetowych Knicks (za wygasający kontrakt Alexandra i Willie’ego Andersona oddali do Raptors Douga Christie i Herba Williamsa). Na progu Madison Square Garden znów czekał na niego Don Nelson, tym razem nie w roli boya hotelowego z burgerem, a skłóconego ze wszystkimi zawodnikami Knicks szkoleniowca, który miał stracić pracę nieco ponad dwa tygodnie później. Big Smoothie wytrzymał w Big Apple zaledwie kilka dni dłużej niż Nellie.

Otagowane

Scottie Pippen

Scottie Pippen
Scottie Pippen

Fun Fact: Scottie Pippen zajmuje drugie miejsce wśród koszykarzy Bulls pod względem występów na kartach koszykarskich podczas uprawiania baseballa (za Michaelem Jordanem) oraz pod względem występów na kartach koszykarskich w stroju, który wydaje się za duży (za Michaelem Jordanem). Wysforował się jednak na pierwsze miejsce, jeśli chodzi o występy na kartach koszykarskich w małych okularach przeciwsłonecznych.

Przy okazji napomknę, że Scottie zebrał ostatnio także punkty do rankingu koszykarzy, których imieniem nazywa się piosenki. Oczywiście utwór „Scottie Pippen” jest o niedoli bycia „tym drugim”.

Otagowane

Eric Riley

Eric Riley

Fun Fact: Był jednym z pięciu najlepszych koszykarzy na uczelni Michigan, ale pozbawiono go dystynkcji członka Fab Five. Choć wiele osób uważało, że to on powinien tworzyć wyjściowy skład Wolverines zamiast Raya Jacksona (jedynego członka Fantastycznej Piątki, który nie powąchał parkietu NBA), przesuwając Chrisa Webbera na czwórkę i Juwana Howarda na trójkę, to Riley pozostał szóstym graczem tamtej kultowej drużyny (ciekawostka: „Sub Five”, tudzież „Forgotten Five”, oprócz Erica tworzył Rob „Ten Rob Pelinka” Pelinka, a poza nimi niejaki James „Nie Jake Voskuhl” Voskuil, niejaki Michael Talley i niejaki Dougan Fife). Co o tym wszystkim sądził, dość dobitnie opowiedział w jednym z wywiadów, dziesięć lat temu (mój ulubiony „take” ericowy: Chris Webber to kozioł ofiarny, bo inni gracze też krzyczeli, żeby wziął czas, a przede wszystkim, trenerzy nie poinformowali wcześniej zawodników, że nie mają już do dyspozycji przerw na żądanie).

Riley miał w ogóle szczęście do ról dalszoplanowych w pamiętnych przedsięwzięciach.

Jako jeden z wielu młodych graczy załapał się do filmu „Blue Chips” (aka „Drużyna Asów”), w którym zagrał zawodnika zespołu Indiany (razem z takimi późniejszymi graczami NBA jak Calbert Cheaney, Bobby Hurley, Eric Anderson, Geert Hammink czy Greg Graham).

Jako rookie, po draftowej wymianie za Popeye’a Jonesa, trafił z Dallas do Houston. Tam niemal codziennie grywał jeden-na-jeden z Hakeemem Olajuwonem, służąc mu za worek treningowy przed starciem z najlepszymi środkowymi rywali. Rozgrzewał The Dreama na tyle dobrze, że ten poprowadził Rakiety do mistrzostwa w 1994 roku. Choć Eric w playoffach nie zagrał (ba, nie grał też za bardzo w sezonie zasadniczym), to otrzymał pamiątkowy pierścień (który został w 2016 roku sprzedany przez Rileya jubilerowi i wypłynął ponownie w 2020 roku, gdy poszedł na aukcji za 13,7 tysiąca dolarów).

Niewiele brakowało, a nasz bohater wystąpiłby też w filmie „Eddie”, ale ponieważ był wtedy wolnym agentem, ostatecznie zrezygnował i poświęcił się treningom oraz szukaniu nowego zespołu.

Riley był specem od bloków, ale nieszczególnie biegłym w pozostałych elementach koszykarskiego rzemiosła. Mówiło się też, że jest trochę za bardzo wyluzowany. Nikogo nie dziwiło, że utknął na ławce w zespole mistrzowskim, ale jako drugoroczniak trafił, zdawałoby się, w idealny układ. 18 grudnia 1994 roku podpisał kontrakt do Clippers, których dwaj najlepsi środkowi wypadli z gry. Stanley Roberts był cały sezon na liście konsumujących kontuzjowanych, a Elmore Spencer, m.in. z powodu problemów ze zdrowiem psychicznym, wystąpił tylko w 19 spotkaniach). Nominalnie konkurencją Rileya byli tylko Matt Fish i Bob Martin (który w tamtych rozgrywkach zagrał w jednym meczu). Mimo wszystko Eric grał tylko po 10 minut w meczu, przegrywając walkę o miano centra pierwszej piątki z silnym skrzydłowym, Tonym Massenburgiem. Nie pomógł mu na pewno fakt, że stracił większość lutego 1995 liżąc rany po wypadku samochodowym (stłuczone żebra, obojczyk i stopy oraz rozcięta warga), który zresztą według dat publikacji artykułów przytrafił mu się tego samego dnia, lub dzień po meczu z Lakers, z którego został wyrzucony za bójkę z Antonio Harveyem (więc w sumie może któryś z wymienionych urazów miał już wsiadając do auta).

Kolejne rozgrywki w wykonaniu Rileya to 25 meczów (10 w pierwszej piątce) w koszulce Wolves, rok w Grecji, 39 meczów (14 w p.p.) w Dallas i 35 meczów (11 w p.p.) w Bostonie. Potem był częścią w inauguracyjnego sezonu nowej ABA i skakał po ligach poza granicami USA. Karierę w NBA zakończył ze średnimi 3.1 PPG, 2.6 RPG i 0.7 BPG.

Koniec końców, nic dziwnego, że jedyne highlighty Rileya jakie znalazłem na YouTube, to fragment „Blue Chips” (Eric to zawodnik z numerem 50, który punktuje pod koniec klipu):

Otagowane

Julius Nwosu

Julius Nwosu

Fun Fact: Julius Nwosu był jednym z tych surowych talentów z Afryki, które tak bardzo pobudzały wyobraźnię, że o starej jak kariera Hakeema Olajuwona romantycznej historii (Amerykanin jedzie na Czarny Ląd, Amerykanin poznaje bardzo wysokiego chłopaka, Amerykanin pyta chłopaka czy gra w koszykówkę, żyją długo i szczęśliwie) kręcono nawet filmy. Pochodzący z Nigerii Nwosu także spotkał na swojej drodze Amerykanina, który zapytał go, czy gra w koszykówkę. Co prawda Julius potrafił już wtedy kręcić piłkę na palcu, ale i tak był mocno w tyle jeśli chodzi o standardowy model rozwoju talentów. W jednym z wywiadów wspominał, że gdy – namówiony przez wspomnianego misjonarza – przyjechał grać na uczelni Liberty, nie miał zielonego pojęcia, do czego służy zegar odliczający czas na rozegranie akcji.

Nwosu miał jednak wystarczająco dużo potencjału, żeby po studiach przewinąć się przez ligi letnie i obozy treningowe kilku drużyn NBA. Choć pierwszy profesjonalny kontrakt podpisał w Hiszpanii, to już drugi podsunęli mu pod nos San Antonio Spurs. Co prawda boiskowy wkład Juliusa w sezonie 94/95 był niewiele większy niż wkład Kyrie’ego Irvinga w zachęcanie ludzi do szczepień, ale Ostrogi chciały dalej inwestować w rozwój środkowego z Afryki. Niestety trzymiesięczny lokaut latem 1995 roku uniemożliwił negocjacje nowej umowy i Nigeryjczyk wybrał pewną fuchę w Rosji.

Tak rozpoczęła się bardzo długa i owocna kariera międzynarodowa Nwosu. Nigeryjczyk odwiedził w jej trakcie kilkanaście państw i praktycznie co roku wygrywał jakieś krajowe mistrzostwo (w jednym z wywiadów Julius mówił o 15 czempionatach, w innym padła informacja o 20, ale wybaczcie – nie chciało mi się sprawdzać rok po roku wyników wszystkich jego klubów, których, jeśli wierzyć Wikipedii, było też około 20).

Po zdobyciu mistrzostwa Rosji z CSKA próbował zakotwiczyć w Boston Celtics, którzy właśnie szykowali się na tankowanie po Tima Duncana. Jego szanse oceniano wysoko, bo największą konkurencją w walce o rolę ostatniego centra był the one and only Brett Szabo. Nwosu liczył, że sezon w NBA na karku, doświadczenie z najmocniejszych europejskich lig oraz treningi z Davidem Robinsonem zaprocentują angażem. Nasz bohater jednak nie wygryzł Szabo. Widać trenowanie z Admirałem było w Bostonie mniej cenione niż trenowanie z M.L. Carrem.

O Nwosu zrobiło się umiarkowanie głośno w 1998 roku, gdy został wyrzucony z mistrzostw świata po oblanym teście antydopingowym. Winnym był nadmiar efedryny w lekach, które wziął na wzmocnienie przed jednym z meczów. Trochę mu to utrudniło szukanie nowej drużyny, bo choć Julius nigdy nie pił i nie palił, dopingowa wpadka zapalała lampki ostrzegawcze w głowach mniej dociekliwych pracodawców.

Jak można się domyślić po wcześniejszej wzmiance o pierdyliardzie zdobytych mistrzostw, jego kariera szybko wróciła na właściwe tory i cóż – reszta jest historią (zbyt mało ciekawą, mimo tego całego wygrywania, żeby ją obszernie opisywać).

Jeśli lubicie segmenty w stylu „Where are they now?”, oto krótki epilog… Boiskową karierę Julius zakończył w wieku 40 lat, w 2010 roku. Mniej więcej wtedy udzielił wywiadu, w którym zapytano go o plany na przyszłość. Nowsu powiedział wówczas, że być może powinien po raz pierwszy w życiu spróbować alkoholu. Trzeba przyznać, że abstynencja to spory wyczyn w przypadku gościa, który najlepsze lata życia spędził w Rosji.

Nie wiem czy Julius w końcu zrealizował ten plan, ale w międzyczasie stwierdził, że nadal chce zajmować się koszykówką. Dziś jest członkiem sztabu szkoleniowca reprezentacji Nigerii, Mike’a Browna, i dosłownie parę dni temu zadebiutował w roli p.o. głównego trenera w meczach eliminacji mistrzostw świata (Brown jest chwilowo zajęty byciem członkiem sztabu Steve’a Kerra). Jeśli wierzyć informacjom na portalach społecznościowych, Nwosu na co dzień mieszka w Houston i pracuje jako specjalista od EHS (takie BHP połączone z ochroną środowiska). Absolutną miłością darzę fakt, że jego zdjęcie profilowe na LinkedIn to rewers karty, która posłużyła za ilustrację do tego wpisu.

Otagowane

Jeff Turner

Jeff Turner

Fun Fact: To drugi wpis o Jeffie Turnerze na tym blogu, choć w sumie ten pierwszy był bardziej o Stephenie Kingu, kradzieży tożsamości i wokaliście zespołu Creed.

Wypadałoby zatem oddać Turnerowi co turnerowskie: że był solidnym skrzydłowym bez iskry bożej, ale za to z niezłą półdychą i – w późniejszych latach – pewnym zagrożeniem zza łuku.

Do NBA trafił w 1984 roku, z siedemnastym pickiem. Po trzech sezonach w New Jersey przeniósł się na dwa lata do Włoch, a potem dostał ofertę z Orlando. Magicy myśleli o wyborze w drafcie Vlade Divaca i oglądali mecze Partizana Belgrad, gdy w oko wpadł im grający w drużynie przeciwnej Turner. Okazał się on na tyle kompetentny, że utrzymał się w składzie przez siedem lat. To właśnie Jeff był podstawowym power forwardem Magic w sezonie zakończonym pierwszym awansem do playoffów klubu z Florydy. W ostatnich 13 meczach, Jeff notował po 10 punktów i 6 zbiórek w każdym meczu (w tym 22/10 w starciu z Bucks), dokładając do tego po niecałej trójce. Niestety ten sezon zakończył się dla niego o cztery spotkania za wcześnie, zerwaniem ACL w lewym kolanie. Nie żeby to była tylko wina braku Turnera, ale osłabieni Magic nie mieli nic do powiedzenia w pierwszorundowym pojedynku z Pacers (ciekawostka: rok wcześniej sezon Orlando także zakończyła Indiana, która wygrała tie-break o wejście do playoffów pięcioma małymi punktami). Potem Magicy ściągnęli Horace’a Granta i Jeff wrócił do roli rezerwowego, choć i nią się nie nacieszył, bo z powodu kolejnych urazów jego kariera zakończyła się dwa lata i raptem 62 spotkania później.

Także tak.

Zmierzam do tego, że bez przesady z – udokumentowanym na ilustracji tego wpisu – umieszczaniem Jeffa Turnera w karcianych setach o nazwie „lista osób zasłużonych”.

Otagowane ,