Fun Fact: Clarence Weatherspoon to moja ninetiesowa koszykarska strefa komfortu. To nigdy nie był jakiś mój ulubiony zawodnik, ale myślenie o nim mnie uspokaja i zaspokaja nostalgiczne deficyty na wiele sposobów.
Myśląc o Weatherspoonie myślę o tych podkoszowych osiłkach z lat 90., których wszyscy kochali.
Myślę o graczach grubawych i nieco za niskich jak na swoją pozycję, którzy zawsze mnie rozczulali.
Myślę o swoim ulubionym przerywniku…
Myślę o tych bardzo niedocenianych koszulkach Sixers ze smugą wypełnioną gwiazdkami (staram się za to nie myśleć o strojach, które je zastąpiły, a które uważam za drugi największy trykotowy downgrade lat 90. po zmianie tęczowych koszulek Nuggets na te toporne brązowo-granatowe, bo nawet „pidżamy” Rockets lepiej się broniły, mając tę przewagę, że były, jak to mawiają, „JAKIEŚ”).
Myślę o koszykarzach z fajnymi imionami i nazwiskami (w sezonie 1993/94 zmiennikiem Clarence’a Weatherspoona był Orlando Woolridge i nikt inny nigdy nie miał takiej imienno-nazwiskowej głębi na skrzydle).
Myślę też o tych wszystkich młodych graczach z lat 90., których obwieszczano przedwcześnie następcami wielkich gwiazd, dodając im przydomki „Baby [WSTAW NAZWISKO GWIAZDY]„…
…i to kieruje mnie do skleconej naprędce pierwszej piątki „Babych”:
Śmiechłem i od razu mówię, że nie mam pojęcia skąd ta ksywa wzięła się przy nazwisku bardzo białego człowieka Curleya na Basketball Reference , ale możliwe, że wymyślił ją stary Billa Simmonsa…
…albo ten koleś, który dwa lata temu wrzucił na YouTube’a filmik dokumentujący wyjęcie z koperty trzech kart podpisanych przez Billa Curleya.
Nie powiem, wspaniała pamiątka, ale chyba łyżka z podobizną Spoona lepsza:
Fun Fact: W ostatnich latach w NBA, erze „player empowerment”, byliśmy świadkami wielu brzydkich rozwodów, ale sposób w jaki James Donaldson pożegnał się w 1992 roku z kolegami z Dallas Mavericks – z którymi grał od siedmiu lat, święcąc sukcesy drużynowe (jedno zwycięstwo od finału NBA w 1988 roku) i indywidualne (wybór do Meczu Gwiazd, też w 1988 roku) – nadal robi wrażenie powierzchnią spalonej ziemi pozostawionej przez naszego bohatera w Teksasie.
Donaldson – człowiek masyw górski o najwyższym szczycie siedmiu stóp i dwóch cali nad poziomem parkietu – był przez długi czas cenionym, choć może nieco zbyt grubo ciosanym koszykarzem (do tamtego All Star Game dostał się z nie robiącymi wrażenia nawet na Tyronie Hillu i Jamaalu Magloire średnimi 7 punktów i 9 zbiórek na mecz). Dodatkowo, poza boiskiem roztaczał wokół siebie aurę człowieka frapującego.
Lubił gotować, interesował się zdrowym odżywianiem i suplementacją, grał na saksofonie, trenował taekwondo oraz walczył o prawa zwierząt (działania na tym polu zaczął od sprzedaży swoich udziałów w firmie robiącej futra, a jeden koleś w przynajmniej dwóchmiejscach w internecie twierdzi, że w związku z tym próbowano stworzyć podkoszową rywalizację między nim a Kevinem Willisem, którego firma robiła ciuchy z prawdziwej skóry). Dodatkowo miał dryg do różnych biznesów. W 1990 roku otworzył własne centrum fizjoterapeutyczne w stanie Washington, które działało jeszcze długie lata po zakończeniu jego kariery (Donaldson zamknął je dopiero w 2018), przez pewien czas wydawał magazyn randkowy „Eligible” oraz był właścicielem drużyny Sydney Wave grającej w lidze australijskiej.
Podobno jednak trochę za bardzo lubił wyżywać się fizycznie na kolegach podczas treningów, przez co dorobił się przydomka „Dukes”, czyli „Pięści” (dwa inne przydomki, jakie do niego przylgnęły to „Nożycoręki”, bo miewał problemy z łapaniem piłki oraz „American Tourist”, którego znaczenie jego autor, Darryl Dawkins tłumaczył następująco: „bo ma głowę wielką jak walizka”). Możliwe, że dwa frustrujące sezony – 1990/91 i 1991/92, w których Teksańczycy wygrali, odpowiednio, 28 i 22 mecze – sprawiły, że sprawy zaczęły wymykać się spod kontroli. Kulminacją była bójka Donaldsona z najlepszym strzelcem Mavs, Rolando Blackmanem, którą próbował przerwać drugi z liderów zespołu, Derek Harper, co skończyło się dla niego kilkoma zadrapaniami pod okiem.
James Donaldson w trakcie bójki wygląda mniej więcej tak:
Gdy incydent ze stycznia 1992 stał się publiczny, a klub zawiesił na jeden mecz Donaldsona, ten tłumaczył się, że napięcie w drużynie wynika z przegrywania. Harper to facet z klasą, ale nawet on miał dość:
„To nie ma nic wspólnego z tym, co dzieje się na boisku. James to po prostu 210-centymetrowy chuligan. Nic nie usprawiedliwia atakowania ludzi z własnej drużyny. Może straciłem rozum, ale nie boję się go. Możecie mi wierzyć, że położę temu kres. Ciągle ktoś z nas łapie uraz przez Jamesa Donaldsona.”
Rzadko słyszy się publiczną krytykę kolegi z drużyny, nie mówiąc o groźbach rozprawienia się z nim. Sam James Donaldson czytając ten cytat musiał poczuć się jak użytkownicy twittera czytający odpowiedzi na swoje pytania zadawane Grokowi na początku lipca 2025 roku:
„Jestem w szoku, że to powiedział. Myślałem, że to mój przyjaciel. Nie wiem, jak on zamierza spojrzeć mi teraz w oczy”.
Tyle, że Harper naprawdę miał go dość. Parę tygodni wcześniej Donaldson bezpardonowo uderzył łokciem innego kolegę, Terry’ego Davisa, a do zamknięcia rany znad lewego oka potrzebne były cztery szwy. Ostatnich sprzymierzeńców w szatni potężny center stracił, gdy się okazało, że w tajemnicy nagrywał spotkanie zwołane przez zawodników po wspomnianej scysji z Blackmanem i Harperem. Gdy ten fakt wyszedł na jaw, James nie chciał przeprosić. Tłumaczył, że rejestrował wszystko, żeby pamiętać co dokładnie zostało powiedziane. Trzy tygodnie później był już zawodnikiem New York Knicks.
Przypomnę jednak raz jeszcze, że James Donaldson był zdecydowanie bardziej pożytecznym zawodnikiem, niż bucem, choć od czasu do czasu zdarzały się głosy, że nie jest jakoś szczególnie zaangażowany w swój sportowy rozwój. Spędził jednak aż 14 sezonów w NBA, co nigdy nie jest dziełem przypadku.
Wybrany z numerem 73 w drafcie 1979 przez Seattle Supersonics, karierę zawodową zaczął w lidze włoskiej i dopiero po roku znalazło się dla niego miejsce w składzie ekipy ze Szmaragdowego Miasta. Po trzech sezonach był częścią wymiany, która sprowadziła do Seattle Toma Chambersa, a jego skazała na 2,5 roku w koszykarskim siódmym kręgu piekieł, czyli w koszulce Clippers. Tam przepoczwarzył się z centra rezerwowego w podstawowego i już z myślą o tej roli ściągnęli go do siebie Dallas Mavericks jesienią 1986. Dwie ciekawostki na temat tego trade’u:
zawodnik oddany za Donaldsona, Kurt Nimphius (który miał wszystko, czego można było oczekiwać od bardzo białych ludzi, czyli wąsy i plerezę), twierdził, że wymiana go nie zaskoczyła, bo już przed sezonem przepowiedziała ją jego wróżka;
Mavs nie ogarniali za bardzo salary cap, bo byli przekonani, że muszą się pozbyć Dale’a Ellisa, żeby zrobić miejsce na liście płac dla nowego centra i prawie domknęli jego transfer do New York Knicks, zanim biuro ligi poinformowało ich, że wymiana Donaldsona za Nimphiusa byłaby legalna.
Po odejściu z Dallas, James już za wiele nie pograł – 14 meczów w Nowym Jorku i 49 w Salt Lake City, ale rozbite na dwa sezony i przedzielone rocznym pobytem Grecji. Po NBA wrócił jednak na kilka lat do Europy, kończąc karierę w 1999 roku, zdobywając na pożegnanie swoje pierwsze koszykarskie mistrzostwo w życiu, jako zawodnik hiszpańskiego Breogan.
Warto pamiętać o Donaldsonie jako członku tamtych świetnych Mavericks z połowy lat 80., którzy niestety rozsypali się po siedmiomeczowych półfinałach z Lakers w 1988, bo Mark Aguirre zaczął psuć atmosferę jeszcze bardziej niż pięści Jamesa i został w końcu oddany do Pistons, a Roy Tarpley pogrążył się jeszcze bardziej w swoim alkoholizmie i zaczął serię zawieszeń, której kulminacją był permanentny zakaz gry. Do tego sam Donaldson złapał poważną kontuzję kolana w 1989 roku, która była na tyle poważna, że powątpiewano czy kiedykolwiek wróci do gry (to wtedy postanowił założyć swoje własne centrum rehabilitacyjne, o który wspominałem wcześniej).
A te prostsze, lepsze czasy w karierze naszego bohatera wyglądały mniej więcej tak:
Fun Fact: Pamiętacie jeszcze ninetiesowy boom na audiotele? Numery 0-700 były wszędzie, także w „Magic Basketball”, pod postacią reklam pełnych zadowolonych z życia stockowych ludzi z telefonem…
Na zdjęciu tego dobrze nie widać, ale jedno z haseł dla „Wesołej linii” brzmi „Balanga! Balanga! Ludzie! Gdzie wy jesteśta?!?” and I think it’s beautiful.
Pomijając telewizyjnych konkursy czy głosowania, to chyba najsłynniejszym przykładem wykorzystania audiotele były telefony do gwiazd. Swoją własną linię miała Katarzyna Figura, która opowiadała różne krótkie historyjki o erotycznym zabarwieniu, ale ludzie mogli też w latach 90. dzwonić do Darka Kordka, Andrzeja Krzywego, Kasi Kowalskiej czy Zulu Guli. Gwiazdy nagrywały kilka wiadomości, które były puszczane przez miesiąc, a potem podmieniane na kolejne a zyskami dzieliły się z dostawcami usługi. Taką linię mógł sobie założyć każdy, ale oczywiście nie bycie aktorką-seksbombą utrudniało zarobienie na tym konkretnych pieniędzy.
Był jednak jeden człowiek, który co prawda nie miał wielkich piersi, ale za to bardzo wielkie stopy i znał się z Michaelem Jordanem. I postanowił to wykorzystać, zwłaszcza, że trochę się nudził, bo jego kariera koszykarska nie rozwijała się tak, jak sobie wymarzył. Will Perdue.
Rezerwowy center Chicago Bulls, który słynął z rekordowego rozmiaru buta i zupełnie zwyczajnego talentu koszykarskiego (niech Was nie zwiedzie powyższe wideo), w sezonie 1991/92 uruchomił własne audiotele.
Dzwoniąc pod numer 1-900-420-WILL i płacąc 2 dolary za pierwszą minutę oraz po jednym za każdą kolejną, można było posłuchać rezerwowego centra Byków opowiadającego historie o swojej drużynie lub przeciwnikach.
Autor tego artykułu przytacza nawet jeden z fragmentów wiadomości, którą można było odsłuchać (za, przypomnijmy, minimum 2 dolary):
„Jest wtorek, a Rony Seikaly ciągle powtarza, że Żar Miami jest co raz lepszy. Tylko nie wiadomo w czym? W powodowaniu udarów?”
Autor serwuje też od razu idealną recenzję żartu:
„To dowodzi, że Perdue jest słaby nie tylko w kosza.”
I choć wszyscy – w tym koledzy z drużyny – nabijali się z Willa, on podchodził do tego dość poważnie. Każdego dnia po treningu lub meczu poświęcał dwie godziny na pisanie kolejnych 3-4 minutowych wiadomości, które potem nagrywał dla swoich słuchaczy, tworząc w zasadzie coś na kształt tele-bloga lub swoistego protoplastę social mediów i serwisów udostępniających treści płatnie.
Perdue widział w tym sposób na szlifowanie warsztatu i ćwiczenie kreatywności z myślą o ewentualnej karierze w reklamie, radiu lub telewizji.
I wiecie co? Te dwie godziny dziennie nie poszły na marne, bo na sportowej emeryturze został komentatorem i analitykiem telewizyjnym oraz radiowym, więc z tego żartu o Ronym Seikalym to on, a nie tamten dziennikarz, śmiał się ostatni.
A i na kontaktach ze światem reklamy Will nie wyszedł najgorzej:
Fun Fact: Cleveland Cavaliers z sezonu 1997-98 są jedną z najdziwniejszych drużyn dekady. Prowadzeni przez Mike’a Fratello byli elitarnym defensywnie składem, który wygrał 47 spotkań (w tym dwa razy z Chicago Bulls), mimo że czterech z sześciu podstawowych zawodników było debiutantami. Temu niedoświadczonemu składowi liderowali świeżo pozyskani Shawn Kemp i Wesley Person, a wspomniany kwartet rookies tworzyli Zydrunas Ilgauskas (który był wybrany z 20 pickiem rok wcześniej, ale stracił całe rozgrywki z powodu kontuzji stopy), Derek Anderson (pick 13), Brevin Knight (pick 16) i Cedric Henderson (pick 45).
Pierwsza trójka rozpoczynała wtedy długie kariery, jako, odpowiednio, najlepszy center w historii klubu po tej stronie Brada Daugherty’ego, ceniony obwodowiec do wynajęcia i maszynka do asyst i przechwytów. Na tym tle, kariera czwartego – Cedrica Hendersona – nie była zbyt udana (5 sezonów w NBA, z roku na rok co raz mniejsza rola, przejście do Warriors w 2001 i zniknięcie z ligi już rok później), ale w rozgrywkach 1997-98 był on rzeczywiście jednym z podstawowych graczy, jako solidny obrońca na pozycji small forward z dwucyfrowym dorobkiem punktowym, bez ego i rzutu z dystansu.
Wpisał się w swoją rolę doskonale, co było ewidentne od pierwszego meczu, w którym Mike Fratello wystawił go w pierwszej piątce.
Cavs mieli wówczas bilans 4-6, a na trójce próbowani byli Danny Ferry, Bob Sura i Derek Anderson. Cedric wyszedł w podstawowym składzie na mecz z Timberwolves z zadaniem krycia Kevina Garnetta, przy okazji rzucając o jeden punkt więcej (19) niż młoda gwiazda z Minneapolis. Cleveland wygrało tamten pojedynek, a także dziewięć kolejnych. Pojawienie się w wyjściowej piątce Hendersona pozwoliło m.in. odciążyć w obronie Wesleya Persona, który w pierwszych dziesięciu meczach sezonu rzucał 14.5 punktu (44.5% FG, 29.3% 3P), a podczas zwycięskiej serii, 23.9 (57% FG, 49.3% 3P). W tym czasie zdobył nawet tytuł Gracza Tygodnia NBA.
Ostatecznie Cedric Henderson wystąpił 71 razy w pierwszej piątce, grał ponad 30 minut w każdym spotkaniu i zdobywał średnio 10 punktów, 4 zbiórki, 2 asysty i 1 przechwyt.
Od tamtego czasu, debiutantów niewybranych w pierwszej rundzie, którzy tyle razy wystąpili w podstawowym składzie i mieli dwucyfrową średnią punktów było raptem czterech – Marc Gasol, Mario Chalmers, Dillon Brooks i Jaylen Wells (obecny sezon potrwa jeszcze tydzień, ale załóżmy, że Wells utrzyma swoje osiągi punktowe). Spośród nich jednak tylko Hiszpan spędził na parkiecie więcej minut niż Cedric.
Swój rekord kariery – 30 punktów – ustanowił 25 lutego 1998 przeciwko Vancouver i było to zwieńczenie serii meczów, która miała więcej wzlotów i upadków niż serial „Katastrofa w przestworzach”. W jej trakcie rzucał kolejno 5, 0, 23, 0, 27, 4, 2 i wspomniane 30 punktów. Wchodzące w skład tej sekwencji 23 punkty wyglądały tak:
Głównie jednak trzymał się swojej średniej, tak jak w wygranym meczu z mistrzami NBA w kwietniu:
Highlightem debiutanckiego sezonu były jednak dwa punkty zdobyte wsadem nad Dikembe Mutombo:
Nic dziwnego, że Henderson dostał się nie tylko do Rookie Challenge w czasie Weekendu Gwiazd, ale i do All-Rookie 2nd Team. W ten sam sposób wyróżniono zresztą całą czwórkę debiutantów z Cleveland, z Ilgauskasem i Knightem trafiający do pierwszego składu All-Rookie i Andersonem towarzyszącym Cedricowi w drugim. Nie sprawdzałem, ale coś mi mówi, że to rekord, który nie został do tej pory pobity (EDIT: jednak sprawdziłem, dobrze mi coś mówiło).
Jeśli chodzi o dalszą karierę to wspomnę tylko o specjalnej zdolności, jaką wykształcił pod koniec drugiego sezonu: wsadzanie palców w oko rywali. 26 kwietnia 1999 zafundował lekkie pęknięcie oczodołuAlonzo Mourningowi, a 2 maja uszkodził rogówkę Alana Hendersona. O ile Zo opuścił tylko trzy mecze, tak skrzydłowy Hawks skończył przedwcześnie sezon (próbował wrócić w playoffach ale zagrał tylko cztery minuty zanim stwierdził, że nie da rady, podobno widział podwójnie jeszcze we wrześniu).
Tamten obiecujący trzon Kawalerzystów ostatecznie niczego nie osiągnął. Sezon 1997/98 zakończyli porażką w pierwszej rundzie z Pacers, a kij w szprychy ostatecznie włożył lokautowy zjazd Kempa oraz kontuzje Ilgauskasa, który zagrał 5 meczów w rozgrywkach 1998/99 i opuścił całą kolejną kampanię.
Jesienią 2000 nie było już w stanie Ohio ani Mike’a Fratello, ani Kempa, ani Andersona, Knight stracił miejsce w pierwszej piątce na rzecz Andre Millera i miał rozegrać jeszcze tylko 6 meczów przed transferem do Hawks a Cedrica Hendersona czekał sezon ze średnią 4 punktów oraz – latem – transfer.
Ale jak już miało się wszystko zesrać, to lepszego momentu niż tuż przed przyjściem LeBrona Jamesa nie dało się wybrać.
Fun Fact: Najgrzeczniejszy z chłopców z Detroit rozegrał cały sezon 1992/93 i część poprzednich rozgrywek z przepukliną rozworu przełykowego, polegającą na „przemieszczeniu się części żołądka z jamy brzusznej do klatki piersiowej poprzez rozwór przełykowy przepony”. Podczas gastroskopii znaleziono także trzy wrzody. Dumars poszedł się jednak przebadać dopiero wiosną 1993, jakiś rok od wystąpienia pierwszych objawów. W międzyczasie z bólami żołądka i zgagą rozegrał jeden ze swoich najlepszych sezonów.
Choć to był już koniec wielkich Pistons – na pokładzie nie było już Chucka Daly’ego, podstawowi gracze – Isiah Thomas, Mark Aguirre i Bill Laimbeer – byli o rok lub dwa od zakończenia karier a Dennis Rodman miał już tak wszystko gdzieś, że siedząc na ławce zdejmował buty i czytał gazetę.
Głównie dzięki Joe, ta ekipa do ostatniego dnia walczyła o playoffy. Mniej więcej w dniu diagnozy zaczęła się seria pięciu kolejnych wygranych, która pozwoliła podgonić w tabeli Indianę a Dumars z żołądkiem w klatce piersiowej rzucał w nich średnio 33 punkty na skuteczności 55.2%.
Niestety do problemów z przewodem pokarmowym doszła kontuzja kolana, która zmusiła naszego bohatera do opuszczenia trzech z ostatnich dziewięciu meczów sezonu i widocznie utrudniała pracę (40.4% z pola i średnio 19.5 punktu w pojedynkach rozegranych z urazem). Mistrzowie z 1989 i 1990 kuśtykali solidarnie, przegrywając 5 z 6 meczów i choć pokonali Pacers, bezpośrednich rywali o ósme miejsce na Wschodzie, w przedostatnim pojedynku sezonu zasadniczego, to jednak ekipa Reggie’ego Millera z bilansem 41-41 zagrała w post-season. Pistons zakończyli rozgrywki z wynikiem 40-42, a Dumarsa za najlepszy strzelecko sezon w karierze (23.5 PPG) wyróżniono pierwszym powołaniem do All-NBA 2nd Team (wcześniej tylko dwukrotnie znalazł się w trzecim składzie).
Przepuklina rozworu przełykowego nie jest jednak najdziwniejszym schorzeniem jakie przytrafiło mu się w karierze zawodniczej.
Gdy w 1997 roku wygasł kontrakt Championa na produkcję wszystkich ligowych strojów, tort ten został podzielony między dotychczasowego licencjobiorcę (10 drużyn), Startera (9 drużyn) i Nike (10 drużyn). Detroit Pistons byli w tej ostatniej grupie, dlatego przed rozgrywkami otrzymali zupełnie nowy komplet ciuchów. Ta zmiana w dziwny sposób zgrała się z pojawieniem się na ciele Dumarsa swędzącej wysypki. Sprawę podłapały gazety i sam koszykarz – grający od dawna w Adidasach – stwierdził, że to musi być reakcja alergiczna na swoosha. Sztab lekarski wysłał do przebadania detergenty używane w klubowej pralni, ale to od lat były te same środki i te same pralki, więc generalnie „uczulenie na Nike” było w październiku 1997 obowiązującą diagnozą.
Niestety nie znalazłem żadnego follow-upu do tej historii, ale zakładam, że Joe Dumars w końcu poczuł się lepiej – jednak trudno rzucać po 13 punktów w 72 meczach NBA ciągle się drapiąc. Ale jeśli ktoś miałby tego dokonać, to stawiam na Joe’ego.
Twardziel. Profesjonalista. Dżentelmen. Mistrz. MVP finałów. Gracz drużynowy. Zimnokrwisty łowca punktów. Obrońca biorący na siebie najlepszego gracza obwodowego rywali. Wie wszystko o długu publicznym. Przynosi szczęście na maturze. Wygląda świetnie w cylindrze…
Proszę bardzo, rzucam Ci wyzwanie: znajdź jakąś złą rzecz do powiedzenia o Joe Dumarsie.
Fun Fact: Niemal równo 33 lata temu, 27 lutego 1992, Philadelphia 76ers ponieśli najgorszą porażkę w historii klubu, przegrywając 84:136 z Charlotte Hornets (52 punkty straty były rekordowym zebranym łupniem tylko niecały rok, bo już w kolejnym sezonie przegrali 56-cioma z Sacramento Kings i, miesiąc później, z Seattle Supersonics). Było tak źle, że Charles Barkley już w trzeciej kwarcie uznał, że rywale niepotrzebnie śrubują wynik (nie wiem, Charles, może w takim razie twój zespół spróbowałby przeszkodzić im jakoś w zdobywaniu punktów?) i wyżył się na J.R. Reidzie, rzucając w niego piłką.
W trakcie bójki, która wywiązała się na parkiecie, siedzący wówczas na ławce, Jayson Williams, wbiegł na boisko i uderzył w głowę Reida (warto dodać, że wspólne zadymy Jaysona i Sir Charlesa były w tamtych czasach na porządku dziennym).
Młody skrzydłowy Sixers dzień później został zawieszony przez ligę na dwa mecze i ukarany grzywną, dlatego Barkley postanowił w kolejnym spotkaniu złożyć mu hołd i wystąpił w butach z napisem „JASON”.
Więcej niż jedno źródło powołując się na Sporting News, podało, że gdy dziennikarze zwrócili po meczu uwagę na źle przeliterowane imię kolegi, Chuck powiedział: „oj tam, on i tak mało gra”…
…i choć to miała być puenta tego wpisu, to krótki research nieco podważa tę historię.
To znaczy bójka i zawieszenia na pewno miały miejsce, ale część z butami i bazgrołami Sir Charlesa jest już podejrzana.
Linkowałem wcześniej artykuł z LA Timesa, który o niej wspomina, widziałem też wzmiankę w Asbury Park Press…
…ale dlaczego obydwa źródła piszą o tym dopiero miesiąc po zajściu?
Jej autentyczność z jednej strony potwierdzałaby historię o obuwniczym hołdzie, ale z drugiej – zaprzeczałaby literówce, o której donosiło, cytowane przez inne źródła, Sporting News.
Czy miesiąc po incydencie, ktoś w Sporting News po prostu wymyślił dowcip o Charlesie Barkleyu, który inni podłapali? A może ktoś oszukał dom aukcyjny preparując pamiątkę, ale sam się pomylił, podpisując buty bez błędu? Lub też dowcip był tylko częściowo nieprawdziwy i rozklekotane trampki są autentyczne? W każdym razie ta historia brzmi, jakby napisał ją sam Jayson Williams, którego autobiografia „Loose Balls” jest pełna naciąganych lub zmyślonych anegdot.
Fun Fact: Oczywiście, że na powyższej karcie jest Michael Doleac, a nie Jason Williams.
Jason Williams na karcie wygląda tak:
Nie mogłem się jednak powstrzymać, aby nie odtworzyć jednej z dwóch najsłynniejszych wpadek starego Magic Basketballa, z numeru 1998:
Ta druga najsłynniejsza była dwie strony później:
Ja naprawdę to rozumiem.
Fotoedytor MB zrobił dokładnie to, co ja zawsze robiłem tworząc nowych graczy w starych grach wideo o NBA: nie mając właściwego wizerunku, wybierałem twarz najbardziej zbliżoną z dostępnych.
Doleac był biały i miał szopiastą fryzurę z grzywką opadającą na czoło. Lepszego zdjęcia Jasona Williamsa z draftu nie było, bo Jasona Williamsa na drafcie po prostu nie było.
Z Dirkiem Nowitzkim, również nieobecnym w Vancouver, było trudniej, bo jego ówczesna fryzura bardziej przypominała fryzury młodych piłkarzy, a głupio było dawać zdjęcie Marcina Mięciela. Ale Rasho Nesterović był biały, był nawet z Europy, no i w zasadzie Dirk rok wcześniej miał krótkie włosy.
Naprawdę są gorsze pomyłki (jak chociażby, skoro już jesteśmy przy drafcie 1998, wybranie Michaela Olowakandiego z pierwszym pickiem).
Zawsze się jednak zastanawiałem, dlaczego właściwie J-Will – wybrany w dniu draftu z numerem siedem przez Sacramento Kings – nie stawił się na ceremonii, o udziale w której marzy przecież każdy koszykarz.
Dopiero niedawno zadałem sobie trud, żeby poszukać na ten temat informacji i z jego wypowiedzi w podcaście Flagrant, wynika, że po prostu mu się nie chciało. Spędzenie tego wieczoru w gronie rodziny i przyjaciół, w ulubionej knajpie w Orlando, brzmiało jak lepsza zabawa, niż wyprawa na drugi koniec kontynentu, do Vancouver, i tkwienie w głupim garniturze pod obstrzałem kamer.
W tej rozmowie wspomina co prawda, że nie wiedział, czy będzie wybrany w pierwszej rundzie i nie chciał, być tym ostatnim gościem w „zielonym pokoju”, który rozczarowany czeka na wybór, ale tak naprawdę J-Will mógł być spokojny.
Oczywiście wisiała nad nim zmarnotrawiona kariera uniwersytecka (ledwie dwa niepełne sezony w cztery lata), zwieńczona wyrzuceniem z Florydy za dwa oblane testy narkotykowe, ale nikt, kto go znał nie miał wątpliwości, że koszykówka jest dla niego najważniejsza, a nikt, kto widział go w akcji, nie miał wątpliwości, że to być może najlepszy point guard w swoim roczniku.
Do przeddraftowych testów Jason przygotowywał się trenując z koszykarzami Orlando Magic i pomieszkując w domu Nicka Andersona, z którym dzielił agenta. Nick był obecny na imprezie BBQ w noc draftu, podobnie zresztą jak Danny Schayes. Dzięki tym koneksjom, szansa, że Magicy nie wybiorą Williamsa z jednym ze swoich pierwszorundowych picków (mieli numery 12, 13 i 15), był niemal zerowa.
Ale J-Will nigdy nie dostał gwarancji od Orlando.
Gdyby tak było, odmówiłby testów w innych klubach, bo bardzo chciał zostać na Florydzie (na pocieszenie, rok później do Sacramento trafił jego współlokator, Anderson).
Jego wielkim fanem był Jerry West, który proponował Magic Nicka Van Exela za ich pick numer 12, ale sprawa się rypła, bo wszystko wskazywało na to, że Orlando faktycznie planuje zachować J-Willa dla siebie (West dopiął swego w Memphis, ściągając widowiskowego rozgrywającego w zamian z Mike’a Bibby’ego).
Choć nasz bohater biegający obok Penny’ego Hardawaya, a potem Tracy’ego McGrady’ego lub obsługujący podaniami Shaquille’a O’Neala i Kobe’ego Bryanta byłby na pewno ekscytującym rozwojem wypadków, to przejęcie Białej Czekolady przez Kings było najlepszym możliwym scenariuszem dla fanów koszykówki. Nie wiem, czy jakakolwiek inna drużyna dałabym mu tyle wolności i dodatkowo otoczyła zawodnikami, którzy mieli równie wielki ubaw z gry w kosza, co on.
Innego happy endu dla tego wpisu, niż highlighty J-Willa z czasów gry w stolicy Kalifornii, oczywiście nie będzie. Zróbmy sobie tę przyjemność i przeżyjmy to jeszcze raz:
Fun Fact: Zawsze twierdziłem, że jedynym, co mogło sprawić, że kariera Michaela Jordana byłaby jeszcze bardziej legendarna, było posiadanie w latach 90. arcyrywala, który – jak to robili sobie nawzajem Magic Johnson i Larry Bird – motywowałby MJ’a do bycia jeszcze lepszym.
Tyle, że im więcej o tym myślę, tym bardziej sobie uświadamiam, że to nierealny scenariusz, no bo kto mógłby dorównać Jordanowi talentem i siłą charakteru, a na dodatek mieć równie mocny zespół, by ich pojedynki mogły rozgrywać się na najwyższych szczeblach rozgrywek? Plus Magic i Bird byli naprawdę specjalną historią – dwoma naprawdę równymi sobie zawodnikami, w dwóch zdecydowanie najlepszych drużynach, których kariery były idealnie symetryczne.
No i to nie jest tak, że Jordan nie miał nemesis, po prostu żaden z nich nie wytrzymywał tempa narzuconego przez Mike’a.
Sami Magic i Bird na pewno byli dla niego godnymi rywalami, ale ich kariery, z powodów zdrowotnych, w latach dziewięćdziesiątych były w fazie schyłkowej lub zostały brutalnie przerwane. W efekcie obydwaj raczej przekazywali Jordanowi pałeczkę niż o nią walczyli. Idealnym przeciwnikiem był dla MJ’a Isiah Thomas, bo nie tylko była tam zła krew za kulisami, ale także prawdziwe wojny na parkiecie, toczone z Detroit Pistons. Kto wie, czy gdyby nie Bad Boys, Air Jordan wzleciałby na takie wyżyny, na jakich widzieliśmy go w latach 90. Dzieło Złych Chłopców kontynuowali New York Knicks, którym jednak brakowało wybitnej indywidualności (sorry Patrick), no i pierwsza emerytura Mike’a przerwała przedwcześnie tę rywalizację (która, dodatkowo, była jednostronna). Z kolei gdy Jordan wrócił do formy po przerwie, Bulls byli chyba już zbyt dobrzy. Dwa finały z Utah Jazz dostarczyły ikonicznych chwil, ale to był zbyt nudny rywal, żeby po latach uznać te starcia za markowe i definiujące karierę Jego Powietrzności.
Jordan w latach 90. stoczył sporo pamiętnych bojów, ale mimo wszystko mam wrażenie, że po pokonaniu Pistons, Michaelowi zabrakło takich naprawdę wielkich wyzwań, czy indywidualnych, czy drużynowych – stąd te moje wcześniejsze uwagi o braku własnego Birda czy Magica.
Myślę, że on się trochę nudził, dlatego musiał sobie sam wymyślać wrogów, żeby znajdować motywację do walki o kolejne sukcesy, lub po prostu dla własnej uciechy. No bo weźcie i spróbujcie stworzyć listę największych rywali Michaela Jordana. Takich, o których się do dziś mówi najwięcej. Okazuje się ona zbieraniną dość przypadkowych postaci i epizodów, z których trudno wybrać tego jednego, arcywroga.
Jednak Isiah Thomas? A może Jerry Krause? Drugoplanowi koledzy z drużyny podczas treningów? Pizza z Salt Lake City? LaBradford Smith ten jeden raz, o którymś z jakichś powodów ciągle mówimy? Toni Kukoc na igrzyskach w Barcelonie (choć wtedy w zasadzie wrogiem też był Jerry Krause)? Dominique Wilkins w trakcie konkursów wsadów? Clyde Drexler? Reggie Miller? Charles Barkley? John Starks? Czy też, od biedy, ten Patrick Ewing, choć centrzy i obrońcy prowadzą zbyt niebezpośrednie starcia, żeby kwitła między nimi rywalizacja indywidualna?
I tu docieramy do prawdziwego powodu powstania tego wpisu – skoro już stworzyliśmy na kolanie galerię łotrów Michaela Jordana, to chciałbym ją oficjalnie poszerzyć.
Nowy pretendent był powodem trosk Jego Powietrzności przez minimum dwa lata. Mike publicznie życzył mu śmierci więcej niż raz. W ośmiu kolejnych meczach ten adwersarz utrzymywał skuteczność Jordana na poziomie 36,7% (można spokojnie założyć, że nie udało się to nikomu innemu – dla porównania, sprawdziłem jaka była jego najgorsza rzutowo sekwencja ośmiu kolejnych meczów sezonu regularnego przeciwko jednej drużynie i wyszło, że 39.2% w starciach z Pacers w latach 1993-1996).
O kim mowa?
O hali United Center.
Chicago Stadium i United Center obok siebie, jeszcze zanim stara hala została wyburzona (fot. facebook.com/unitedcenter)
Mike nienawidził budynku, do którego Byki przeniosły się, gdy był na pierwszej emeryturze. W swoim debiucie w nowym obiekcie miał skuteczność 7-23. W kolejnym występie na własnym boisku było już lepiej – 8-17 – ale potem było 5-19, 9-27, 8-27 i 8-19.
I choć później, w tym w playoffach, jego skuteczność wzrosła (choć te 36.7% z pola uwzględnia także te lepsze występy z samego końca regular season), to Jordan nie mógł się przyzwyczaić do nowej hali. Twierdził, że nie trafia rzutów bo zmieniony układ trybun miesza mu w głowie, a do tego tęsknił za hałasem, który deprymował rywali w Chicago Stadium – w nowoczesnej przestrzeni United Center okrzyki fanów nie wybrzmiewały aż tak głośno.
Jeszcze w trakcie sezonu wspomniał, że chętnie nacisnąłby przycisk detonujący ładunki wybuchowe zrównujące z ziemią nową halę. Przed pierwszym starciem playoffowym na własnym parkiecie powiedział, że chciałby grać, jak najwięcej meczów poza United Center. Gdy Bulls odpadli z postseason po porażce 102:108 – oczywiście u siebie – Jordan (8-19 z gry tamtego wieczoru) wychodząc z hali podobno zajrzał na chwilę do pustoszejącego centrum prasowego, wszedł na podium i powiedział do wciąż włączonego mikrofonu: „Powinni spalić to miejsce”.
I choć w rozgrywkach 1995/96, Byki wygrały 72 mecze, w tym 39 z 41 we własnej hali i zdobyły tytuł mistrzowski, w styczniu 1997 Michael powiedział: „Nadal chcę ją wysadzić w powietrze. Jeszcze się w niej nie zakochałem”. Artykuł z tamtego czasu ujawnia, że nie tylko MJ ciągle narzekał na nowy budynek. Nawet Phil Jackson go krytykował, szukając problemów m.in. w ustawieniu reflektorów, sztywności obręczy i właściwościach tablic. Jordan dodał, że wolał stary i zimny budynek, bo przeciwnikom było w nim niewygodnie, a do nowego przyjeżdżają jak do centrum handlowego.
W każdym razie prawie dwa lata (a zapewne więcej, mówimy tu o udokumentowanych przypadkach) narzekania Michaela na United Center musi uczynić z niej jednego z największych wrogów Jego Powietrzności.
Ah! I nie zapominajmy też o dopisaniu do listy łotrów Clockworka Delaronge’a, Short Johna Silvera, kapitana Nemo Ipanemę, doktora Lobe’, Gargantusa, Carlotty, Ice’a Mancuso, Rattlesnake Ricka, gangu Pontiac Hoods, The Kinga i jego bandy kieszonkowców oraz Paulie’ego Sludgera, z którymi Jordan mierzył się w kreskówce „Pro Stars” razem z Wayne’em Gretzkym i Bo Jacksonem.
Nie mam pojęcia czemu ta kreskówka, wyglądająca jak połączenie „Mission Impossible”, „Kapitana Planety”, „Scooby Doo” i „Żółwi Ninja” z „NBA Action”, nigdy nie trafiła do polskiej telewizji. Przecież to przepis na idealny sobotni poranek dla 10-latka na początku lat 90.
Fun Fact: Nie lubię autobiografii, bo ich bohaterów rzadko stać na szczerość (czy to wobec nas, czy to wobec siebie), a najbardziej pikantne smaczki zawsze są przemilczane. Charles Oakley w napisanej z Frankiem Isolą książce „The Last Enforcer” wydaje się szczerym gościem, a w każdym razie ja mu wierzę, gdy mówi komu wpierdolił a komu mógłby. A że w tej książce w sumie mówi głównie właśnie o tym, należy uznać ją za całkiem szczerą (no, może poza fragmentami, które podobno przepisywał prawnik Oaka).
A już zdecydowanie należy uznać, że ma najbardziej satysfakcjonujący pierwszy akapit w historii literatury, biorąc pod uwagę oczekiwania z jakimi przeciętny czytelnik sięga po daną pozycję. Leci on tak (tłumaczenie własne):
„Nie uderzyłem Charlesa Barkleya.
Mam powtórzyć? Mogę to zrobić, jeśli to pomoże powstrzymać ludzi przed rozprzestrzenianiem bzdur na mój temat. Dość tego. Czas wyjaśnić sprawę raz na zawsze, bo przez ponad dwadzieścia lat ta plotka – że niby uderzyłem Barkleya przed ważnym spotkaniem Związku Zawodników NBA w 1999 roku – była powtarzana tyle razy, że stała się miejską legendą. Ale ta historia to bzdura. Więc po raz ostatni: nie uderzyłem Charlesa Barkleya.
Za to, owszem, zajebałem mu z liścia aż miło.„
No sami powiedzcie, czego innego chcielibyście od książki Oaka. Sięgając po książkę Stephena Kinga, spodziewasz się strasznej historii o pisarzu dziejącej się w stanie Maine. Sięgając po książkę Danielle Steele, spodziewasz się, że ktoś się zakocha. Sięgając po książkę Remigiusza Mroza, spodziewasz się, że ktoś zginie (i że w czasie, jaki zajmie Ci przeczytanie tej książki, Mróz napisze kolejną). Sięgając po książkę Elizy Orzeszkowej, spodziewasz się opisów przyrody. Gdyby Oliver Miller napisał książkę, spodziewał(a)byś się, że będzie gruba.
A po książce Charlesa Oakleya spodziewasz się, że będzie o rozdawanych na prawo i na lewo liściach zagłady, z których ten lądujący na policzku Charlesa Barkleya jest z pewnością najsłynniejszy, choć zdecydowanie nie jedyny.
Liść ściele się gęsto zwłaszcza w rozdziale czternastym, w którym opis pierwszych dwóch sezonów spędzonych w Toronto szybko ustępuje miejsca historii dwóch konfliktów z zawodnikami znacznie mniejszego kalibru niż barkleyowy. To już dłuższy ustęp, więc nie będę cytował, ale spróbuję streścić w chronologicznie ułożonych punktach:
Wakacje 1999, Charles Oakley i Tyrone Hill grają w karty i kości w Atlancie.
Tyrone przegrywa wszystko i pożycza od Charlesa 20 tysięcy dolarów.
Jest lato 2000, Oak siedzi w Waszyngtonie i dzwoni do swojej ówczesnej kochanki, mieszkającej w Charlotte.
Przez telefon słyszy w tle męski głos, który najpierw pyta kobietę „Z kim rozmawiasz?”, a potem każe jej, ubarwiając wypowiedź słowem na „N”, powiedzieć Oakowi, że nie chce z nim rozmawiać i odłożyć słuchawkę.
Oak się pyta, kto to, kobieta odpowiada, że jej kolega „Jeff”.
Teraz cytat z książki: „Nie miałem pojęcia, kim jest Jeff, ale pomyślałem, że może on i ja powinniśmy sobie porozmawiać. Wskoczyłem więc do samochodu i ruszyłem do Charlotte.”
Z Waszyngtonu do Charlotte jest ok. 650 km.
Gdy Charles dociera do domu kochanki, Jeffa już nie ma.
Oakley dowiaduje się, że Jeff gra w NBA. Ponieważ Jeff Hornacek właśnie zakończył karierę, był bezpieczny. Skórę drugoroczniaka z Indiany, Jeffa Fostera, uratował jej inny kolor. Został tylko jeden podejrzany – Jeff McInnis z Los Angeles Clippers, który zresztą pochodził z Charlotte, więc „ostatni enforcer” nie musiał sięgać po tablicę korkową, pinezki i sznurek, żeby rozwikłać tę zagadkę.
Charles Oakley wyciąga kalendarz i zakreśla w nim datę 1 grudnia – wtedy Raptors mieli podejmować u siebie Clippersów (no dobra, jestem prawie pewny, że nie mógł wtedy znać terminarza, ale prawie pewny jestem też, że Oak zaznacza sobie w kalendarzyku kiedy i komu planuje dać w mordę).
W kalendarzu jest już zakreślona kolejna data, której Charles raczej też jeszcze w tamtej chwili nie mógł znać, ale zostańmy już przy tym obrazie – 16 października.
Nastaje 16 października, Oak jest znów w Północnej Karolinie, ale nie w Charlotte, a w Chapel Hill, gdzie jego Raptors mają zaplanowany mecz przedsezonowy z 76ers – drużyną Tyrone’a Hilla.
Oakley, jak gdyby nigdy nic, dołącza do rozgrzewki drużyny rywali, wpatrując się w unikającego kontaktu wzrokowego Hilla.
„Gdzie są moje pieniądze?” – pyta.
„Stary, nie mam kasy, rozwodzę się” – odpowiada Tyrone’a, który najwyraźniej nie ma szczęścia i w kartach, i miłości.
„Rozwodzisz się? A kto w ogóle chciał wyjść za takiego brzydala?” – głośno zastanawia się Oakley.
Nie zastanawiał się jednak ani chwili, gdy trzeba było przywalić Hillowi.
Obydwaj koszykarze zostali zawieszeni, a skrzydłowy Raptors stracił tysiąc dolarów.
1 grudnia 2000, godzina 11:01, Oak pewnym krokiem przemierza parkiet Air Canada Centre, kierując się w stronę Jeffa „tego Jeffa” McInnisa, który właśnie skończył rozgrzewkę.
Jest nadal 11:01, ale Jeff dostał już fangę w nos.
Lamar Odom podbiega do Oakleya i mówi: „Właśnie uderzyłeś mojego najlepszego przyjaciela”.
„Pierdolę twojego najlepszego przyjaciela. Też chcesz w ryj?” – rzecze Charles.
Oak i przyjaciele zostali rozdzieleni, a trener gości, Alvin Gentry, natychmiast doniósł o incydencie do biura ligi, które jeszcze przed rozpoczęciem meczu zawiesiło skrzydłowego Raptors na trzy spotkania i ukarało grzywną. Kilka lat później Charles spotka Alvina i nawyzywa go od konfidentów i cipek.
Jeff zaczyna rozpowiadać wszystkim, że zna gangsterów, którzy „porozmawiają” z Oakleyem, gdy Raptors przyjadą do Los Angeles. Ta informacja dociera nawet do dziennikarzy.
Mija nieco ponad miesiąc, Oak na mecz rewanżowy z Clippers zaprasza swoich siedmiu kumpli, każdemu każe ubrać się w czarny garnitur.
W czwartej kwarcie Jeff McInnis zgłasza kontuzję, idzie do szatni i nie wraca. Charles nie spotyka już ani jego, ani żadnych kolegów-gangsterów.
Jest 21 stycznia 2001, Raptors znów grają z Sixers, tym razem w Filadelfii.
Jakiś fan przysłał Oakleyowi do szatni bukiet kwiatów.
Charles kazał chłopcu od podawania piłek zanieść bukiet Tyrone’owi Hillowi, dołączając uprzednio liścik z przypomnieniem o długu. Hill podobno przeczytał wiadomość i pospiesznie opuścił szatnię.
Żeby historia z Jeffem McInnisem mogła zatoczyć koło, w lutym 2001 znów jesteśmy w Waszyngtonie, z którego to Oak dzwonił poprzedniego lata do swojej znajomej.
Jest Weekend Gwiazd, Charles Oakley czeka na hotelową windę.
Winda się zatrzymuje, otwierają się drzwi, a w środku stoi kilka osób, w tym „najlepszy przyjaciel” McInnisa, Lamar Odom.
Oak wchodzi, patrzy na Odoma i mówi „Ktoś z nas musi wysiąść. Myślę, że możesz pojechać następną windą”.
Lamar Odom wychodzi bez słowa.
3 marca, w dniu kolejnej potyczki Raptors i 76ers, Charles przed godziną 11:00 pojawia się na parkiecie Air Canada Centre. Swój trening rzutowy rozpoczyna od rzutu piłką w twarz Tyrone’a Hilla.
Trafia.
Oakley zostaje zawieszony na jeden mecz i musi zapłacić 10 tysięcy dolarów kary, czyli połowę tego, co winien jest mu Hill.
Zespół z Toronto trafia na zespół z Filadelfii w drugiej rundzie playoffów.
Charles powstrzymuje się od rękoczynów, ale na boisku stara się jak może zamienić życie Tyrone’a w piekło. Po pięciu meczach wzajemne animozje są już tak widoczne, że zaczyna o nie wypytywać prasa.
Trener Sixers, Larry Brown ma dość tego cyrku i każe Hillowi spłacić dług.
Przed meczem numer 7, Tyrone odwiedza Charlesa w hotelu i wreszcie oddaje mu jego 20 tysięcy.
Ukontentowany Oakley pozwala sobie na żart i pyta: „A gdzie są moje odsetki?”.
Ostatni akt konfliktu z Hillem – tak jak i w przypadku historii z Jeffem – także rozgrywa się w miejscu, w którym się zaczął, w Atlancie. Zarówno Oak, jak i Tyrone są już na emeryturze i grają sobie rekreacyjnie w kosza. Nagle niegdysiejszy dłużnik krzyczy, że Charles go sfaulował.
Panowie wymieniają uprzejmości, Oak gratisowo dorzuca kilka ciosów w twarz.
Hill dzwoni do menadżera hali, a ten wzywa policję i ostatecznie sprawa trafia do sądu, kończąc się nałożeniem na Charles Oakleya zakazu zbliżania się do Tyrone’a na mniej niż 150 metrów.
Nie uznaję przemocy i jestem świadom, że to, co robił Oak to w zasadzie bullying, ale doceniam konsekwencję. I też nie znoszę, jak ktoś nie oddaje tego, co pożyczył.
Czy polecam „The Last Enforcer”? Cóż, uważam tę pozycję za interesujące uzupełnienie „Blood In The Garden”, bo miałem wrażenie (choć nie wiem czy ma ono pokrycie w rzeczywistości, to tylko wrażenie), że Oakleya było tam za mało. Natomiast sama książka nie obfituje w jakieś głębokie przemyślenia. Główny bohater każdy kolejny temat traktuje tak samo jak swoich adwersarzy – podchodzi do niego w prostej linii i policzkuje, w żołnierskich słowach mówi, jak jest. Oglądanie świata oczami człowieka, dla którego świat ten jest prosty i oparty na bardzo fundamentalnych zasadach – szacunku, lojalności i szczerości – jest jednak dość odświeżające.
Sad Fact: 30 września 2024 roku, na świecie pojawiła się ogromna, ogromna pustka. Pustka rozmiarów Dikembe Mutombo Mpolondo Mukamby Jean-Jacquesa Wamutombo.
Nie miałem okazji napisać tego na gorąco, no bo w sumie, to tak jak i wtedy, tak i teraz trochę nie wiem co napisać, ale żegnaj Wielkoludzie. Dziękuję, za boiskowe wspomnienia i za mnóstwo szczerego śmiechu, który był moją zwyczajową reakcją na każdą styczność z Twoją postacią.
Byłeś tu za krótko, ale zrobiłeś duuużo więcej niż inni.
W każdym razie, od teraz już wiem, że jeśli świeci słońce, to dlatego, że Dikembe się uśmiecha gdzieś tam na górze. Jeśli jest pochmurno, to Dikembe zablokował słońce. Jeśli wieje, to znaczy, że Dikembe macha właśnie palcem. Jeśli grzmi, Dikembe właśnie coś mówi. Jeśli pada deszcz… cóż, pewnie Dikembe wziął się za budowę kolejnego szpitala i ekipa budowlana przypadkowo rozwaliła jakąś rurę, ale sytuacja zaraz będzie pod kontrolą. Śnieg? Dikembe zaprasza na bitwę na śnieżki.
Miejmy nadzieję, że mają skrzydła aniołków w Twoim rozmiarze.
Fun Fact: Zanim Dikemebe Mutombo rozegrał swój pierwszy mecz NBA, współpracował już ze sztabem specjalistów nad rozwojem swojej marketingowej marki. W tamtych czasach pompowanie czasu i pieniędzy w kreowanie wizerunku niesprawdzonego sportowca wciąż było podejściem nowatorskim, ale sukces Nike sprawił, że każdy chciał znaleźć następnego Michaela Jordana – nawet gość, który Jordana już znalazł. Sonny Vaccaro był jedną z osób odpowiedzialnych za zwerbowanie MJ’a i stworzenie jego uberpopularnej linii obuwniczej. W sierpniu 1991 roku odszedł jednak z Nike, żeby objąć funkcję współprezesa DiC Sports Marketing, działu grupy medialnej DiC Entertainment, którą dzisiejsi 40-latkowie mogą kojarzyć z produkcji amerykańskich kreskówek trafiających do polskiej telewizji na początku lat 90.
Pierwszym zawodnikiem, z którym podpisał kontrakt Vaccaro, był właśnie Dikembe.
DiC miał stworzyć spójny marketingowy wizerunek Mutombo i świadomie budować wokół niego brand przyciągający szerokie rzesze sponsorów, którym sprzedawano Dikembe jako władającego kilkoma językami, wszechstronnie wykształconego i dbającego o siebie młodego człowieka, bez nałogów i obyczajowych czerwonych flag. Który przy okazji być może będzie zajebisty w kosza.
W linkowanym powyżej artykule, szef DiC Entertainment wymyśla na poczekaniu sposoby, w jakie można ten unikatowy zestaw sprzedać. Mówi, że widzi Dikembe w reklamie AT&T, w której mógłby wykonywać telefony w różnych językach. Dodaje, że jego zdrowy tryb życia trochę nie pasuje do fast foodów, ale już do soków owocowych, mleka lub jakiegoś zdrowego jedzenia, jak najbardziej… To były oczekiwania, a oto, dobrze znana wszystkim ludziom z branży marketingowej, rzeczywistość:
Ale hej, wcisnęli te języki.
Ostatecznie trudno ocenić w jakim stopniu udało się zrealizować plany podboju rynku reklamy. Dikembe nie został supergwiazdą, a jego popisowy numer, obrona, co prawda wygrywała mistrzostwa, ale nie była najbardziej chodliwym towarem.
Z drugiej strony jego naturalna charyzma pozwoliła tę nudną defensywę zamienić w niezwykle nośny symbol. Dzięki machaniu palcem po zablokowanych rzutach, Mutombo łapał duże kontrakty reklamowe także na emeryturze.
Trzeba także wspomnieć, że dostał jeden z bardziej rozpoznawalnych własnych butów, w ramach kontraktu z Adidasem, a to już naprawdę nieźle świadczy o jego marketingowym potencjale.
Piosenka z reklamy wpada Ci w ucho?
To pomyśl tylko, jak bardzo wpadałaby w ucho piosenka „Dikembe Block”, którą sam Mutombo nagrał tamtego pracowitego lata i jesieni 1991, przed sezonem debiutanckim. Pomysł i słowa były autorstwa speców z DiC, którzy chcieli wykreować pomniejszy hit, kojarzony z ich klientem, grany w halach i reklamach. Coś tu chyba nie do końca pykło, bo dziś to dzieło totalnie zaginione.
Pozostaje nam wyobraźnia, która musi złożyć do kupy trzy informacje:
1) Dikembe nagrał piosenkę używając swojego głosu i mocno męcząc się z językiem angielskim.
2) Melodia była 1:1 wzięta ze starego przeboju „Limbo Rock”.
3) Fragment tekstu brzmiał:
Hey mon, have you heard da word?
No more flyin’ like a Bird.
No more Mail delivery.
He don’t come into da key.
Z połączenia tych trzech rzeczy powstaje Kapitan Planeta najlepsza piosenka jakiej nigdy nie słyszeliśmy.
Naprawdę nie dało się jej wcisnąć do tej reklamy McDonald’s?
…
Eh.
Ten wpis nie może mieć innego zakończenia, niż to, prawda?