Author Archives: kostrzu

Donny Marshall

Donny Marshall

Fun Fact: W trakcie sezonu 1992/93, w pierwszej piątce Dallas Mavericks pojawiały się takie nazwiska jak: Terry Davis, Sean Rooks, Mike Iuzzolino, Doug Smith, Randy White, Walter Bond, Morlon Wiley, Brian Howard, Dexter Cambridge, Donald Hodge czy Tracy Moore (nic dziwnego, że tamta drużyna wygrała tylko 11 spotkań). Choć to już nie moja czasowa jurysdykcja, proponuję też się przyjrzeć rotacjom Denver Nuggets z sezonu 2002/03.

Morał z tego miał być taki, że każdy zawodnik, który choć chwilę dłużej zabawił w NBA, dostanie prędzej, czy później szansę na występ w podstawowym składzie swojej drużyny. Dlatego postanowiłem sprawdzić koszykarzy bez ani jednego występu w pierwszej piątce w trakcie całej swojej kariery w NBA. Ułożyłem ich od największej, do najmniejszej ilości meczów, z tym zastrzeżeniem, że mój dealer statystyk oferuje kompletne dane na temat rozpoczynania spotkań od pierwszej minuty tylko od sezonu 1981/82 (stąd np. obecność w zestawieniu członka Hallu Sławy, Calvina Murphy’ego, któremu policzono jedynie ostatnie dwa lata kariery). Oto pierwsza dziesiątka.

Query Results Table
        Crit Crit Tota Tota
Rk Player From To GS G MP PTS
1 Chuck Nevitt 1983 1994 0 155 826 251
2 Hamed Haddadi 2009 2013 0 151 1056 339
3 Quincy Douby 2007 2009 0 143 1535 588
4 Cal Bowdler 2000 2002 0 142 1383 424
5 Perry Moss 1986 1987 0 136 1710 536
6 Calvin Murphy 1982 1983 0 128 2627 1471
7 Mark Randall 1992 1995 0 127 883 332
8 Gary Plummer 1985 1993 0 126 1439 531
9 Stephen Howard 1993 1998 0 120 784 336
10 Donny Marshall 1996 2003 0 119 919 293
Provided by Stathead.com: View Stathead Tool Used
Generated 3/22/2021.

Chuck Nevitt to jeden z najbardziej kultowych koszykarzy lat osiemdziesiątych, bardzo biały i bardzo wysoki (7 stóp i 5 cali!) człowiek z wąsem, który na pytanie „Czy grasz w koszykówkę?”, odpowiadał „Niektórzy mówią, że tak, inni, że nie”. Jeśli kiedykolwiek wejdę w posiadanie jego jedynej karty z lat 90. (o jej rzadkości niech świadczy fakt, że kariera Nevitta od 1990 roku w górę obejmowała tylko pięć spotkań), to obiecuję poświęcić mu wpis na tym blogu.

Tymczasem powyższą tabelkę mogę co najwyżej sprzedać wpisem o Donnym Marshallu, na temat którego najciekawszą rzeczą jaką mogę na szybko powiedzieć, jest to, że grał w jednej drużynie uniwerku Connecticut z Donyellem Marshallem, ale nie był z nim spokrewniony (grał też z Rayem Allenem, ale brak zbieżności nazwisk i brzmienia imion czyni ten fakt nieco mniej ciekawym). Podobno w trakcie uniwersyteckiego media day podszedł do niego Spike Lee i zaczął zachwalać jego talent oraz gotowość na NBA. Donny opowiedział: „Chodzi ci o Donyella. Tam stoi.” Miał rację. Chodziło o Donyella.

Otagowane ,

Kenny Smith

Kenny Smith

Fun Fact: Piąty mecz finałów 1994 miał oficjalnie najgorszą oglądalność ze wszystkich meczów finałowych w latach dziewięćdziesiątych (dodam, że w kolejnej dekadzie poniżej tego wyniku schodziły tylko niektóre spotkania finałowe z udziałem San Antonio Spurs, a w latach dziesiątych – tylko czwarty pojedynek Raptors-Warriors, plus cała ostateczna potyczka w bańce, która miała średnią oglądalność niemal o połowę mniejszą niż wynik Knicks i Rockets z 17 czerwca 1994).

Oczywiście powszechnie znany – i poniekąd legendarny – jest powód tego spadku oglądalności (bo średni rating tamtej serii, choć oczywiście był znaaacznie niższy od finałów z udziałem Michaela Jordana, i tak jest wyższy niż średni ranking dowolnej serii od 1999 roku do dziś). Dokładnie w tym samym czasie rozgrywał się transmitowany na żywo, powolny pościg policji za O.J. Simpsonem i jego kolegą Alem Cowlingsem.

Kenny Smith przyznał kiedyś, że udało mu się nawet obejrzeć kawałek pogoni w trakcie spotkania, co oczywiście nie spotkało się z aprobatą Rudy’ego Tomjanovicha (choć potem na stronie i tak wypytał Smitha co się dzieje).

Żeby było zabawniej, tamte dwa wydarzenia miały sprzężenie zwrotne, które parę lat temu ujawnił Jeff Van Gundy: wszyscy oglądali boleśnie ślamazarną ucieczkę Simpsona zamiast meczu, a Simpson uciekał w tak żółwim tempie, bo zanim odda się w ręce policji, chciał wysłuchać do końca transmisji radiowej ze starcia Knicks i Rockets.

Taką przynajmniej wersję wydarzeń miał przedstawić Patowi Rileyowi kierujący niesławnym Fordem Bronco Cowlings. Niedorzeczność sytuacji pogłębia fakt, że O.J. podobno przez cały czas trzymał przy swojej skroni pistolet. Cóż – jeśli kibicował Knicksom, to dobrze, że pościg nie odbywał się w trakcie meczu numer siedem.

Kenny Smith za to powinien żałować jednej z dwóch rzeczy: albo tego, że Simpson nie uciekał 29 grudnia 1994 roku i nie odciągnął ludzi od telewizorów w dniu meczu Rockets z Warriors, w którym The Jet wystąpił w wyjątkowo nieudanej stylizacji, albo tego, że celem policyjnej obławy nigdy nie został jego fryzjer z tamtego czasu…

Choć dzisiaj znamy to jako fryzurę „na Ronaldo z 2002”, w pierwszej połowie lat 90. było to raczej „na Kempa„, który jednak wyglądał zdecydowanie dostojniej….

Na szczęście Kenny od tamtego czasu zaczął regularnie golić całą głowę. Podejrzewam, że gdyby został przy tamtym looku, oglądalność finałów 1995 mogła być jeszcze gorsza niż tego piątego starcia z 1994 roku.

Otagowane

Derrick Coleman

Derrick Coleman

Fun Fact: Ta karta przedstawia los, jakiego życzył Derrickowi Colemanowi trener Bill Fitch.

Choć trzeba przyznać, że gdyby oldschoolowy szkoleniowiec znalazł na początku lat dziewięćdziesiątych złotą rybkę, to wystrzelonych w kosmos, gdzie nikt nie usłyszy ich narzekania, zostałoby więcej koszykarzy Nets.

Gdy wiecznie przegrywający zespół z New Jersey walczył w ostatnich meczach sezonu 1991/92 o playoffy, jego młode gwiazdy uznały, że to najlepszy moment, żeby mieć w nosie czwartą plagę egipską.

W trzecim od końca spotkaniu rozgrywek, w czasie timeoutu wziętego w 41 minucie pojedynku z Heat, gdy Nets przegrywali pięcioma punktami, DC kazał Fitchowi zejść mu z oczu i używając płytkiej oraz niewybrednej argumentacji odmówił powrotu na boisko. W czwartej kwarcie kolejnego meczu – tym razem z bezpośrednimi rywalami w walce o postseason, Indianą – na parkiet nie chciał wyjść Chris Morris. New Jersey ostatecznie awansowało, ale w czwartym, ostatnim meczu przegranego pierwszorundowego pojedynku z Cavs, to samo co Coleman i Morris zrobił Drażen Petrović.

Fitch po sezonie się zwolnił i choć jego następca – Chuck Daly – dawał więcej luzu swoim primadonnom, to po dwóch latach też miał dość prób ogarnięcia bałaganu w głowach Colemana i Kenny’ego Andersona i rzucił papierem.

Dopiero następnemu szkoleniowcowi, Butchowi Beardowi, udało się pozbyć Derricka ze składu (po nieco ponad roku użerania się i nieco mniej niż pół roku przed uświadomieniem sobie, że lepiej się zwolnić niż próbować wygrywać mecze Netsami bez Colemana i spławionego dwa miesiące później Andersona). DC może nie został wysłany w kosmos, ale za to trafił w drugie najmniej sprzyjające graniu w koszykówkę miejsce w listopadzie 1995 roku – do składu Philadelphia 76ers.

Otagowane

Jason Caffey

Jason Caffey

Fun Fact: Zdecydowanie za rzadko zachwycamy się tą asystą Toniego Kukoca, której odbiorcą był Jason Caffey:

Znacznie bardziej oczywiste jest dlaczego rzadko zachwycamy się karierą byłego 20. picku w drafcie 1995. Caffey był „piątym, albo szóstym małym Horacym”, jak określił go niegdyś Sam Smith. Autor m.in. „Jordan Rules” nawiązywał do wieloletnich prób odtworzenia przez Byki sukcesu, jakim było postawienie na talent Horace’a Granta w drafcie 1987. Od tamtej chwili zespół z Chicago w pierwszej rundzie naboru stawiał kolejno na Stacey’a Kinga (#6 w 1989), Marka Randalla (#26 w 1991), Byrona Houstona (#27 w 1992, ale oddany przed sezonem do Warriors), Corie’ego Blounta (#25 w 1993), Dickeya Simpkinsa (#21 w 1994) i właśnie na Caffeya. Także mimo tego, że Jasona można uznać za najlepszego z „małych Horacych”, konkurencja szczególnie mocna nie była.

Trzeba jednak pamiętać, że Jasonowi udało się przebić do rotacji mistrzowskich składów Bulls i panowało powszechne przekonanie, że lada moment zastąpi w pierwszej piątce Dennisa Rodmana. Niestety Caffey padł ofiarą zakulisowych przepychanek pomiędzy Jerrym Krause i Philem Jacksonem.

Krause oddał go w połowie „ostatniego tańca” do Golden State, bo… chciał zmusić Jacksona do dania więcej minut swojemu ulubieńcowi, Toniemu Kukocowi. Czas Chorwata na boisku zaczął być nieregularny, więc menedżer Bulls postanowił załatwić mu trochę minut na czwórce – wszystko po to, żeby jak najwięcej ogrywał się przed kolejnym sezonem, w którym miał być przecież liderem przebudowanej drużyny (najwyraźniej Krause zapomniał o tej części, w której obok Kukoca w pierwszej piątce wychodzi Caffey).

Byki za Caffeya dostały innego młodego, ale znacznie mniej obiecującego skrzydłowego, Davida Vaughna (oraz dwa drugorundowe picki, które właściwie można przemilczeć). Przygoda Vaughna z mistrzami świata zaczęła się od przeczytania w prasie opinii Michaela Jordana na swój temat: „Nie wiem nic o Davidzie. Za każdym razem, gdy go widywałem, nie miał na sobie stroju meczowego. Myślę, że to sporo mówi”. Zanim ta przygoda dobiegła końca, MJ zobaczył Vaughna w meczowym stroju trzy razy (a w międzyczasie Byki ściągnęły do siebie z powrotem Dickeya Simpkinsa, którego pół roku wcześniej także wysłali do Warriors).

Choć przebił się do pierwszej piątki Dubs i zapracował sobie na lukratywny siedmioletni kontrakt, a potem był ważnym zawodnikiem w składzie Bucks, który był o jedno zwycięstwo od finałów, Caffey jeszcze przed 30-tką znalazł się na dobre poza ligą.

Po latach okazało się, że zmagał się z depresją i stanami lękowymi. Szukać pomocy zaczął dopiero w 2016 roku i od tego momentu mozolnie układa na nowo swoje życie osobiste, starając się między innymi, żeby znaleźć w nim miejsce dla każdego z dziesięciorga dzieci, które ma z ośmioma kobietami. W tym niewątpliwie napiętym grafiku znalazł czas na przyjęcie zaproszenia na zlot polskich fanów Chicago Bulls, który jednak został przełożony z powodu pandemii. Szkoda. Byłaby okazja zapytać go o historię tego trailera:

Jud Buechler

Jud Buechler

Fun Fact: Gdy ostatni raz Jud Buechler gościł na tych łamach, byłem w lekkim szoku, że istnieje udokumentowany przypadek wykonania przez niego dwóch wsadów w jednym meczu. Gdybym jednak wtedy nie ograniczył się do wrzucenia randomowego highlightu, a poczytał co nieco o Judsonie, uświadomiłbym sobie, że Mister Fundamental (taką podobno ksywę wymyślił mu Michael Jordan) był uważany za jednego z najlepszych atletów, jacy brali udział w trzech ostatnich mistrzowskich tańcach Bulls. I to też jest udokumentowane:

No dobra, z Vince’em Carterem nikt go może nie pomyli, choć akurat ma z nim coś wspólnego: obydwaj byli gwiazdami siatkówki w szkole średniej.

Jud preferuje siatkówkę plażową (grywał nawet sporadycznie w turniejach zawodowego cyklu AVP), co z pewnością poprawia wyskok, więc wszystko ma sens.

Skompilujmy zatem pierwszą piątkę koszykarskich siatkarzy:

PG – Luke Walton (może i trochę naciągana pozycja, ale Luke miał w sobie nieco z point forwarda, na pewno nie mniej niż z siatkarza plażowego)

SG – Jud Buechler (w sezonie 1996/97 na meczach w Chicago raz na jakiś czas pojawiała się grupka licealistów w pełnym rynsztunku siatkarza plażowego i z transparentem „Jud Buechler is the best volleyball player in the NBA.”)

SF – Chase Budinger (od 2017 roku jest zawodowym siatkarzem plażowym)

PF – Adam Keefe (na studiach grał w siatkarskim finale NCAA, zaliczył też romans z kadrą narodową)

C – Wilt Chamberlain (po zakończeniu kariery sporo czasu spędził na plaży grając w turniejach siatkarskich)

Na ławce mielibyśmy jeszcze Richarda Jeffersona (podobno siatkówka wydłużyła jego karierę koszykarską, grywał też w turniejach AVP razem z Waltonem), Joela Embiida (grał dużo w siatę zanim odkrył koszykówkę) i wspomnianego już Vince’a Cartera (podobno kumple śmiali się, że gra w siatkówkę, ale od śmiechu nikt sobie jeszcze nie poprawił wyskoku na tyle, żeby móc przeskoczyć dwie – i osiemnaście setnych – bagietki stojące pionowo jedna na drugiej).

Do tego składu można też dodać Mike’a Dodda i Mike’a Whitmarsha. Panowie w NBA nigdy nie zagrali, ale byli wybrani w drafcie. Dodd był pickiem numer 176 w dziewiątej rundzie draftu 1979 wykorzystanym przez Clippersów. Whitmarsh z kolei ze stojedenastką w piątej rundzie naboru z 1984 roku trafił do Blazers (podobno stoczył walkę o ostatnie wolne miejsce w składzie z nikim innym, jak Jerome’em Kerseyem), a potem przez kilka lat grał w Niemczech i podobno był bliski zahaczenia się w składzie Wolves. Dodd i Whitmarsh stworzyli później duet siatkarzy plażowych i w 1996 roku zdobyli srebrny medal olimpijski.

A wracając do Buechlera, to w latach dziewięćdziesiątych był on bliskim kumplem innego członka naszego teamu siatkarzy, Adama Keefe’a. Oczywiście siatkówka też ich zbliżyła, choć w 1997 roku przyznawali, że nigdy nie mieli okazji stanąć po przeciwnych stronach siatki. A co się działo, gdy mierzyli się na boisku koszykarskim? Oto statystyczne historia być może najmniej ekscytującego pojedynku w historii NBA:

Regular Season Table
Player G W L GS MP FG% 3P 3PA 3P% FT% TRB AST STL BLK PTS
Adam Keefe1394516.0.5000.00.0.7334.20.70.60.54.3
Jud Buechler134909.1.4140.30.8.400.7501.40.40.30.12.4
Provided by Stathead.com: View Stathead Tool Used
Generated 2/11/2021.

Playoffs Table
Player G W L GS MP FG% 3P 3PA 3P% FT% TRB AST STL BLK PTS
Jud Buechler96305.6.5560.20.6.400.5000.80.20.40.11.4
Adam Keefe936310.0.4120.00.0.5002.70.20.30.11.9
Provided by Stathead.com: View Stathead Tool Used
Generated 2/11/2021.

Nie podejmę się analizy tych cyfr, powiem tylko na zakończenie, że Adamowi Keefe gra w siatę na pewno też poprawiła wyskok, choć bez przesady…

Otagowane ,

Robert Reid

Fun Fact: Lata 90. zastały Roberta Reida w roli skrzydłowego-weterana na ławce rozgrywających swój drugi sezon w NBA, Charlotte Hornets. Grał tam już w inauguracyjnym sezonie, i nawet był trzecim strzelcem, ale ponieważ był starawy, grubawy i chciał nowy kontrakt, Szerszenie wysłały go do Portland za Richarda Andersona. Nikt raczej nie był z tego transferu zadowolony, bo Blazers zwolnili Reida już dwa miesiące po transakcji, a Hornets postanowili go znów sprowadzić, próbując wcześniej wcisnąć komuś Andersona, w celu zwolnienia miejsca w składzie.

Ale to tak na marginesie.

My chcemy dziś spojrzeć we wsteczne lusterko, w którym można zobaczyć dość nietypową karierę Reida.

Robert trafił do NBA po cichu, z 40 numerem draftu 1977, ale z miejsca wywalczył sobie stałe miejsce w rotacji Rockets, a jego pozycja była mocniejsza z każdym kolejnym sezonem. Gdy w 1979 roku trenerem został Del Harris, dołożył mu obowiązki związane z dystrybucją piłki, czyniąc go jednym z pionierów pozycji „point forward” (grał zresztą w zespole z innym pionierem – Rickiem Barrym). Reid radził sobie z „playmakerką” dość dobrze, a do tego był szybki, miał dobry rzut i bardzo solidne umiejętności defensywne. W rozgrywkach 80/81 rzucał prawie 16 punktów w każdym meczu, zbierał po 7 piłek, rozdawał po 4 asysty. Do tego miał średnio 2 przechwyty i prawie 1 blok. W tamtym sezonie, prowadzeni przez Mosesa Malone’a Rockets doszli aż do finału (mimo zakończenia sezonu zasadniczego z bilansem 40-42), przegrywając w nim 2-4 z Boston Celtics. To był coming out Reida, który w defensywie doskonale radził sobie z Larrym Birdem, ograniczając Legendę do 15 punktów w meczu, w tym dwóch występów 8-punktowych ze skutecznością poniżej 30%.

Wiecie w czym jeszcze Reid był dobry poza defensywą i rozgrywaniem piłki z pozycji skrzydłowego? W imprezowaniu. Co prawda nie pił, nie palił i nie wciągał, ale bardzo lubił dziewczyny. Z wzajemnością.

Robert ruszył kiedyś w miasto z Juliusem Ervingiem i jego żoną, Turquoise. W łazience klubu, w którym spędzali czas, pani Ervingowa była świadkiem jak około ośmiu kobiet kłóci się o to, która z nich poderwie dziś gracza Rockets.

Cóż. Lata osiemdziesiąte to był dobry czas dla facetów z loczkami.

Nie wiem czy nocne życie odbijało się na jego formie, ale zdecydowanie odbijało się na jego psychice. Toczyła się w niej walka między miłością do dobrej zabawy a miłością do Boga, miłością do matki i babci – dwóch gorliwych zielonoświątkowczyń, które prowadziły własny kościół – oraz miłością do dziewczyny/przyszłej żony (a już wkrótce także do syna i córeczki). Szczególnie dwie pierwsze kobiety były nieprzejednane, nieustannie przypominając mu, że zbyt mało czasu poświęca rozwojowi duchowemu.

„Bobby Joe” stracił radość z gry. Już w sezonie 1981/82 opuścił kilka meczów, żeby się pozbierać oraz spędzić czas z przyjaciółmi i rodziną. Kariera koszykarska stała się grzechem. Na dodatek jako młoda wschodząca gwiazda i bożyszcze fanów, ale też pobożny, nieco naiwny chłopak, był wyśmiewany przez zazdrosnych weteranów. Doszło do tego, że – jak sam wspomina – w czasie ligi letniej 1982 roku grał jak szalony, rzucając się na piłkę i przeciwników, licząc, że złapie kontuzję, dzięki której odpocznie od koszykówki.

Niestety los nie chciał za niego zadecydować. Po odejściu Mosesa do Sixers, Reid wiedział, że przypadnie mu w udziale większa boiskowa rola, a jemu już po prostu się nie chciało. Latem 1983 roku, po rozmowie z generalnym menadżerem, 26-letni skrzydłowy postanowił porzucić zawodowe uprawianie sportu.

Przez kolejny rok próbował ułożyć sobie życie na nowo. Zatrudnił się w sklepie odzieżowym w złej dzielnicy Miami i szybko awansował na menadżera, ale i tak zarabiał prawie 30 razy mniej niż w NBA. A właściwie to jeszcze mniej, bo zwykł zatrudniać dzieciaki z najbiedniejszych rodzin w zamian za darmowe ciuchy, które potem opłacał z własnych pieniędzy. Na porządku dziennym były też włamania, Robertowi zdarzyło się patrzeć w otwór lufy pistoletu, dlatego w końcu postanowił zmienić pracę. Zatrudnił się w fabryce cementu a po powrocie z 14-godzinnych zmian uczył się, żeby zostać strażakiem.

I wtedy zadzwonili Rockets.

Reid, już wcześniej zaczął myśleć o powrocie. Uznał, że koszykówka nie tylko nie odciąga go od wiary, ale wręcz jest z nią zgodna. Matka i babcia protestowały, ale Robert tym razem nie dał się przekonać. Razem z żoną i dwójką dzieci wrócił do Houston i wywalczył swoje miejsce w składzie.

Nowy trener, Bill Fitch, nie miał co prawda dla Reida miejsca w pierwszej piątce, ale pozostał kluczowym zawodnikiem rotacji.

Gdy John Lucas – podstawowy rozgrywający w składzie, w którym byli też już Akeem Olajuwon i Ralph Sampson – udał się na swój kolejny odwyk, trwał w najlepsze sezon 1985/86, trzecia kampania Reida po powrocie (Lucas mówił potem, że ta decyzja – niełatwa, bo Rakiety rozgrywały świetny sezon, ale wspierana przez trenera i kolegów – uratowała mu życie). Zmiennik Johna, Allen Leavell, złapał kontuzję niewiele później i Houston zostało bez rozgrywającego. Właśnie wtedy Fitch zapytał Reida, czy chce zamienić rolę point forwarda z ławki na rolę point guarda pierwszego składu. Haczyk był jeden – Robert straci szansę na tytuł Sixth Man Of The Year i znaczącą nagrodę pieniężną. „Trenerze, bądź ze mną szczery, czy jeśli wystawisz mnie na rozegraniu to mamy szansę na mistrzostwo?” – zapytał wtedy Reid. „Tak, uważam, że poprowadzisz nas do mistrzostwa” – odpowiedział Fitch. Robert dłużej się nie wahał, a coach niewiele się pomylił.

Rockets awansowali do finału, w którym ulegli znów – tak jak w 1981 roku – Boston Celtics (i znów w sześciu meczach) i w zgodnej opinii wielu osób właśnie brak Johna Lucasa był decydującym czynnikiem tej porażki. Jedną z tych osób był sam Reid:

„Radziłem sobie dobrze jako point guard, ale nie byłem w stanie wykręcać tych 12 asyst, które Lucas dawał nam z łatwością, dorzucając jeszcze 12 punktów. Kierowałem naszym atakiem, ale nie byłem Magicem.”

(Trzeba jednak przyznać, że średnie Roberta z finałów – 14 punktów i prawie 9 asyst (uwzględniające 17 asyst z meczu numer 6) – nie odstawały tak bardzo o 12/12, a równie bolesny jak brak wsparcia na rozegraniu była słabsza postawa Sampsona, który przeciw Celtics rzucał tylko po 14 punktów w meczu na skuteczności 43%.).

Houston trafiło do finałów po wielkim zwycięstwie nad broniącymi tytułu Lakersami 4:1 i wydawało się, że mistrzostwo jest kwestią czasu (pamiętacie tego nieprawdopodobnego „series-winnera” Sampsona? Zanim do niego doszło, do remisu – na kilkanaście sekund przed końcem – doprowadziła trójka Roberta Reida).

Niestety, zespół padł ofiarą wojny wytoczonej przez Davida Sterna narkotykom (i kontuzji Ralpha Sampsona). Przez ligę przetoczyła się fala testów, w których pozytywny wynik skutkował automatycznym wyrzuceniem z ligi, nawet jeśli ktoś wcześniej nie miał problemów z niedozwolonymi substancjami (ukarani mieli prawo odwołać się od decyzji po dwóch latach). Dwaj kluczowi zawodnicy Rakiet, Lewis Lloyd i Mitchell Wiggins, spędzili noc po meczu z Mavs w klubie. Gdy zbierali się do wyjścia, ktoś do nich podszedł i zaproponował „rozchodniaka” w postaci białego proszku. Następnego dnia rano przywitali ich na treningu pracownicy biura ligi z przymusowym testem na obecność narkotyków.

Ludzie związani z Rockets wierzyli, że ktoś ich wrobił, podstawiając Lloydowi i Wigginsowi narkotyki dosłownie pod nos w przeddzień niezapowiedzianego testu. Właściciel, Charlie Thomas, przyjaźnił się z Davidem Sternem, ale przyznał, że nie wypadało mu zapytać od kogo dostał cynk. Reid z kolei uważał, że to sama liga zaaranżowała dyskwalifikację obrońców Rakiet:

„Rozbili nas celowo, bo chcieli rywalizacji Birda i Magica. Wiedzieli, że L.A. nas nie pokona.”

Sezon 86/87 Rakiety zakończyły na drugiej rundzie fazy pucharowej, ale zespół nie zdołał się pozbierać. Na kolejną wygraną serię playoffs, fani ekipy z Houston musieli czekać do 1993 roku.

Ogólnie polecam lekturę niegdysiejszego tekstu z serwisu Grantland, który przybliża historię tamtych Rakiet:

A wracając do rocznej przerwy Roberta Reida.

Choć artykuły, na których oparłem ten tekst – jeden z Los Angeles Times, a drugi z Washington Post – skupiają się na duchowych aspektach decyzji Reida, ich główny bohater po latach zmienił jednak śpiewkę.

Ot, chociażby w wywiadzie Krzysztofa Janika opublikowanym na łamach Z Krainy NBA w sierpniu 2019, mówi o straconym sezonie:

„Moses Malone zdecydował się na powrót do Philadelphii, a Rockets nie chcieli o niego walczyć. Byli zainteresowani tylko i wyłącznie pozyskaniem pierwszego wyboru w drafcie, Ralpha [Sampsona]. Nie chciałem grać po to, by przegrywać, więc odszedłem z zespołu. Myślę, że niczego nie straciłem.”

Były nawet głosy, że ta roczna przerwa była ustawką mającą na celu zmaksymalizowanie szans Rakiet na zdobycie pierwszego picku w drafcie 1983.

W każdym razie w świetle opowieści, jak to życie nocne w Houston oddalało go od Boga, dość zabawny jest fakt, że jednym z biznesów rozkręconych przez Reida na sportowej emeryturze był klub nocny.

Otagowane

Horace Grant

Horace Grant

Fun Fact: Latem 1993 roku Horace Grant udał się na trening do Gold’s Gym w Chicago. Ze zdziwieniem czytam dziś o tym, jak bezczelnie kilka miesięcy później umizgiwał się do Orlando Magic (w trakcie meczu Bulls-Magic w kwietniu 1994, stacja NBC puściła wywiad, w którym Horacy wprost mówi, że jest brakującym elementem układanki Orlando, no i w ogóle był trochę bucem), ale moje zdziwienie jest niczym w porównaniu ze zdziwieniem, jakie przeżył Grant owego lata 1993, gdy w owym Gold’s Gym zastał tabun roznegliżowanych pań. Okazało się bowiem, że obiekt został wynajęty przez hardkorowy „świerszczyk” o nazwie CHERI Magazine.

Co zrobił Horace?

Oczywiście dołączył do sesji (w pełni ubrany, choć bez okularów).

„Zapytali, czy chcę to zrobić. ‚Jasne’ – powiedziałem. Stwierdziłem, że jak będę miał 90 lat i będę chciał się znów poczuć młodo, przynajmniej obejrzę sobie te zdjęcia.”

Zdjęcia Granta i dziewięciu nagich modelek w różnych akrobatycznych pozach trafiły do druku parę miesięcy później. Na okładce widniał nagłówek „Our Babes Got This Bull By The Balls”, choć tematem numeru nie był wcale Horacy a „Najbardziej niegrzeczne nimfomanki roku 1994”. Ostatecznie materiał z mistrzem NBA wylądował w numerze pomiędzy przygodami Risy, „soczystej suczki” samej w domu i Tonishy – tancerki i „dziuni”.

Ale nie było to aż tak spontaniczne, jak by się wydawało. Gdy padła propozycja udziału w sesji, Horace zadzwonił do swojego agenta i poprosił, żeby ten upewnił się, że NBA nie ukaże go za taką nieobyczajną fuchę na boku. Agent tak dobrze wszystko załatwił, że z rozpędu wynegocjował także gażę od CHERI Magazine. Agent nazywał się Jimmy, hehe, Sexton, hehe.

Otagowane

Opowieści o NBA vs. NBA 90s blog

Fun Fact: Zaproszono mnie ostatnio na pogawędkę o NBA. Niestety wszystko się nagrywało…

Polecam mniej ze względu na mój udział, a bardziej przez wzgląd na zapał i pracę Przemka, który w ramach swojego cyklu wywiadów rozmawiał z wieloma świetnymi koszykarzami, w tym bohaterami tego bloga. Zajrzyjcie na jego kanał na YouTube (a najlepiej od razu go zasubskrybujcie).

A co do tego, co tam się z mojej strony odmamrotało, to chciałem zrobić tycią erratę:

  • w którymś momencie mówię (w kontekście lat 90. w NBA), że „to nie jest liga gwiazd” – tak naprawdę chciałem powiedzieć, że „to nie jest/była tylko liga gwiazd”, bo jednak wielkie nazwiska ciągną ten sport – po prostu mnie zawsze bardziej ciekawiły te mniej znane; (lol, właśnie w przypływie nudy i narcyzmu odpaliłem sobie ten wywiad i ja jednak powiedziałem, że „to nie jest tylko liga gwiazd”, więc nie miałem powodu się tłumaczyć, cóż, facepalm)
  • gdy cofam się do początków mojej „twórczości” i wspominam, że w połowie lat zerowych blogowe/satyryczne pisanie o sporcie było popularne, wymieniam jako przykład serwis Deadspin i Billa Simmonsa – tak naprawdę to powinienem wtedy wspomnieć o „Fruwając pod koszem”, bo „Czarne kwiaty, białe korzenie” (czyli imć Spira i mój cykl felietonów), to było coś, co próbowało naśladować właśnie kultowe teksty Michała Rutkowskiego (który zresztą także był gościem Przemka) i Pawła Wujca.

To oczywiście nie jedyne wypowiedzi, które bym zmienił (nie bez powodu o koszykówce piszę, a nie mówię), ale te niedomówienia uważam za kluczowe w rozmowie o latach 90. i o moim pisaniu.

Zostałem też w rozmowie zapytany o swoje ulubione teksty i tu po prostu wymieniłem dwa pierwsze, które przyszły mi do głowy, za co przepraszam wszystkie fajniejsze moje wypociny. Ale skoro już chlapnąłem o zapowiedzi sezonu inspirowanej Doktorem House’em i durnym komiksie o Marcinie Gortacie w Phoenix, oto link do tego pierwszego tekstu (komiks jest jednak zbyt krindżowy, plus dziwnie się wyświetla po 10 latach, bo czasem nie wszystkie strony się ładują):

Not in my House, czyli diagnoza nadchodzącego sezonu NBA

Otagowane ,

MMJK NBA 90s Trading Cards Inaugural Edition

Fun Fact: Jeśli jeszcze nie wiecie – zrobiłem sobie własne wirtualne karty z koszykarzami. Wszystkie niuanse tego projektu opisuję w osobnym poście i tam odsyłam po wyjaśnienie mojej motywacji, a tu chciałem tylko napisać, że nadszedł czas, żeby zaprezentować je w pełnej krasie. Oto bowiem blogasek obchodzi dzisiaj urodziny (dziewiąte!), więc to doskonała okazja na wrzucenie obiecanej galerii.

Czytaj dalej
Otagowane

Eric Montross

Eric Montross

Fun Fact: Poczytałem sobie ostatnio trochę na temat Erica Montrossa i postanowiłem sporządzić kwestionariusz na jego temat. Możecie sobie wyobrazić, że odpowiada sam Eric, bo sporo rzeczy jest tu wziętych wprost z innych kwestionariuszy, a resztę dośpiewuję na podstawie miękkich faktów i twardych fantazji…

Ulubiona fryzura?

Żołnierski jeżyko-flat-top.

Dlaczego?

Bo szybko schnie.

Przepis na idealne popołudnie?

Jeżdżenie Chevroletem Blazerem i słuchanie country.

Ulubiony muzyk?

Randy Travis i Reba McEntire.

Ulubiony film?

„Conagher”

Ulubione jedzenie?

Cukinia.

Ulubiona książka?

„Tam, gdzie rośnie czerwona paproć” i drugi tom Encyklopedii Brittanica. (Eric przyznał później, że z tą encyklopedią to żartował, więc możliwe, że z cukinią też, ale tego na szczęście nie zdementował…)

Wymarzony zawód w dzieciństwie?

Śmieciarz.

Najlepszy diss na Ciebie?

Studencka gazeta Duke University umieszczająca na swoich łamach zupełnie pustą stronę z jednym tylko napisem: „Bezużyteczna biała przestrzeń – jak Eric Montross”.

Najmniej ulubiony przedmiot?

Bramka ochronna dla dzieci. (Eric w 2002 roku nadepnął na takową w swoim domu, złamał kość w stopie i po roku rehabilitacji, która nie była w stanie wyeliminować bólu odczuwanego w trakcie chodzenia, Montross ogłosił zakończenie kariery.)

Ulubiona pamiątka?

Podpisane skarpety Davida Robinsona. (Podobno wciąż wisiały na korkowej tablicy w domu Erica, gdy ten – jako członek tzw. Select Team – grał przeciwko Admirałowi w trakcie sparingów z Dream Teamem…)

Twój najsłynniejszy fan?

Vince Carter. (W 2003 roku VC ufundował boisko w biednej dzielnicy Toronto. Otworzył je wykonując efektowny wsad, a potem zaprosił wszystkich na grilla. Przez ten cały czas miał na sobie koszulkę Montrossa…

Eric grał z Vince’em w Toronto – to właśnie kanadyjska bramka ochronna zakończyła karierę Montrossa – a także jest legendą uniwerku North Carolina, na który uczęszczał Carter, więc istnieją spore szanse, że wybór outfitu na inaugurację boiska był tylko trochę ironiczny.)

Czy fani Celtics są zadowoleni z wybrania Ciebie z numerem dziewiątym draftu 1994?

Niby nie, ale beze mnie nie pozyskaliby Kevina Garnetta! („Niby nie”, bo z dziesiątką – i to do Lakers! – poszedł Eddie Jones, a Montross okazał się czymś pomiędzy drewniakiem, a ofiarą wygórowanych oczekiwań wobec białych centrów z udaną karierą akademicką na znanym uniwerku. Ale rzeczywiście można uznać, że bez Montrossa Celtowie nie zdobyliby mistrzostwa w 2008 roku. Boston w 1996 roku oddał Erica do Dallas, pozyskując m.in. pick zamieniony chwilę później w Antoine’a Walkera, którego z kolei w 2003 roku wysłano do – a jakże – Dallas, otrzymując w zamian pakiet zawierający Raefa LaFrentza, trzy lata później wymienionego na Theo Ratliffa, który w 2007 roku był częścią transferu sprowadzającego do Beantown Kevina Garnetta.)

Kto wygrałby w pojedynku Montrossa i Jasona Kidda z Dino Radją i wilkołakiem?

Dino i wilkołak, ale nieznacznie, po zaciętej końcówce.

Czy kartę użytą jako główną ilustrację tego tekstu można uznać za najbardziej białą kartę w historii?

Prawdopodobnie tak.

Jaką kartę do ilustracji tego wpisu wybrałbyś Ty?

Eric Montross

Czy jesteś antyszczepionkowcem?

Nie.

Otagowane ,