Category Archives: Karty

Kenny Walker

Kenny Walker

Fun Fact: Podczas, gdy inni koszykarze grali w H-O-R-S-E, Kenny Walker – wybrany dwa miesiące wcześniej z piątym numerem draftu 1986 przez Knicks – powiedział „potrzymajcie mi piwo”:

Zachwycając się formą fizyczną Kenny’ego należy jednak pamiętać, że jego przeciwnik – imieniem Pugwash – ciągnął sulki z woźnicą i nie wygrał żadnego wyścigu w swojej karierze, która w tamtym momencie uwzględniała 21 startów. To trochę tak, jakby Kenny Walker rywalizował o miano najładniejszego samochodu z Fiatem Multiplą lub wystartował w konkursie muzycznym z zespołem Pectus. No ale coś tam pokazał i przy okazji ustanowił rekord wyścigów człowieka z koniem na 1/16 mili, bijąc poprzedni najlepszy czas należący do futbolisty amerykańskiego Beasleya Reece’a.

Tak, zawodowi sportowcy ścigali się z końmi więcej niż raz.

A wiecie co jeszcze zawodowi sportowcy robili więcej niż raz? Występowali na emeryturze w głupich reklamach salonów samochodowych:

Otagowane

Kevin McHale

Kevin McHale

Fun Fact: Obejrzałem sobie reklamę 75. sezonu NBA i trzeba przyznać, że liga zawsze umiała w wideopromocję. A przynajmniej umie od lat dziewięćdziesiątych, kiedy to krótkie montaże najlepszych akcji towarzyszyły każdej retransmisji w polskiej telewizji. Śmiem twierdzić, że kultowe przerywniki zrobiły więcej dla promocji tego sportu, niż same mecze. I choć chodziło o highlighty, to NBA (oraz stacje telewizyjne, które też miały swój udział w oprawie wideo spotkań) świetnie dobierała też muzykę, mieszając klasykę – i chodzi tu zarówno o muzykę klasyczną, jak i klasykę rocka oraz soulu – z bezpardonowym ninetiesowym dance’em i zeitgeistowymi podkładami na bazie klawiszy, gitar i automatu perkusyjnego.

Na przykład poniższy przerywnik – a w zasadzie to raczej czołówka, ale na potrzeby tego tekstu będę mieszał funkcje tych montaży – miałem też nagrany na kasecie magnetofonowej (muzycznie wpada on do trzeciej z kategorii wymienionych powyżej):

To co mnie zawsze zastanawiało w powyższym intro, to ujęcie pokazujące Kevina McHale’a… z wąsami.

Rachityczny wąsik Larry’ego Birda to przedmiot kultu, ale po rachitycznym fu manchu McHale’a nie został praktycznie żaden ślad. Moje krótkie śledztwo ujawniło, że mchale’owski meszek pojawił w trakcie pierwszej rundy playoffów w 1990 roku, w której Celtowie ulegli w pięciu meczach Knicks. Oto jedyny niezbity dowód jaki znalazłem – zdjęcie z zasobów Getty Images datowane na 2 maja:

(Photo by Tom Herde/The Boston Globe via Getty Images)

McHale musiał swojego wąsa zapuszczać w rekordowym tempie. W przedostatnim meczu Celtics w sezonie zasadniczym wąsa jeszcze nie widać (za to można się z transmisji dowiedzieć, że Larry Bird opuścił spotkanie z powodu… wrzodu na tyłku, i wcale nie chodzi tu o żadnego gracza Detroit Pistons, a ropień, który Larry samodzielnie przeciął, załatwiając sobie wymagające hospitalizacji zakażenie). Jakość nagrań nie ułatwia też jego identyfikacji w trakcie transmisji z pierwszego meczu serii z Knicks

Dopiero w Game 2 widać początki wąsa, który uwieczniono na zdjęciu z Getty cztery dni później…

…choć wciąż jest on mniej widoczny niż np. limo Kikiego Vandeweghe’a

Zdecydowanie zbyt krótka historia fu manchu Kevina zakończyła się gdzieś między czwartym a piątym spotkaniem. W ostatnim starciu serii, McHale był już wyraźnie ogolony:

Sam nie wiem co bardziej boli: bezpowrotna strata tak dobrze zapowiadającego się wąsiska, czy przegrana w decydującym meczu serii playoff przed własną publicznością…

A wracając do tematu przerywników/czołówek…

Intro z wąsatym McHale’em jest jedną z moich najulubieńszych reklamówek ever, zaraz obok poniższej…

Tu znów mam wrażenie, że – tak jak w przypadku klipu z wąsatym Kevinem – równie mocno, co strona wizualna, jara mnie melodia, która z powodzeniem mogłaby polecieć w czołówce jakiegoś serialu z przełomu ostatnich dekad XX wieku (no i ten szybki montaż logo drużyn, który w kółko pauzowałem i próbowałem przerysowywać poszczególne „znaczki”). Nie udało mi się niestety namierzyć jaki to utwór, ale na szczęście w przypadku przerywnika z fu manchu, wiem, że przygrywa w nim „Sun Dance” Patricka Davida Wilsona.

Ta wiedza popchnęła mnie do zrobienia na Spotify playlisty z muzyką z reklamówek NBA lat 90. (z zamykającym bonusowym utworem, który znają wszyscy pamiętający programy o NBA na niemieckim kanale Sat.1). Enjoy!

W zasadzie udało mi się zebrać prawie całą muzykę jaką pamiętam z telewizyjnej oprawy meczów, ale pięciu wykręcaczy parkietów na niej brakuje: oprócz wspomnianego powyżej niezidentyfikowanego utworu, są to te cztery szlagiery:

Shazam tu nie pomógł, ale jeśli ktoś ma lepsze reasearcherskie skille ode mnie i uda mu się namierzyć którąś z powyższych nut, niech koniecznie da znać.

Otagowane

Dennis Rodman

Dennis Rodman

Fun Fact: Szybki ranking miejsc, w których najczęściej można spotkać Dennisa Rodmana:

  1. Tam, gdzie piłka odbija się od kosza po niecelnym rzucie
  2. Las Vegas
  3. Korea Północna
  4. Salon sukien ślubnych
  5. W pobliżu jakiegoś zwierzaka

Ten ostatni punkt postaram się bardzo krótko uzasadnić za moment, ale chciałem jeszcze nawiązać do punktu numer 2: pamiętacie tę niesławną czterdziestoośmiogodzinną wyprawę do Vegas w sezonie 1997/98 (jeśli zapytaliście „którą?”, to jest to właściwa reakcja – nie, nie tę w trakcie sezonu, która znacznie się wydłużyła, tylko tę pomiędzy pierwszym a drugim meczem finałów)? Otóż niebawem czeka nas… jej ekranizacja. Jeśli chcecie już teraz poznać fragmenty scenariusza, to znaleźć je można między innymi w archiwach Las Vegas Sun (w tym także wersję jednego z krupierów, który oskarżył Rodmana, że ten, podczas partii kości rozgrywanej z Vernonem Maxwellem, pocierał dłonią o krocze pracownika kasyna).

Ale ja nie o tym (choć zżera mnie ciekawość, kto zagra Dennisa).

Miało być o punkcie piątym.

Bo, widzicie, niewiele było udokumentowanych bliskich spotkań koszykarzy i zwierząt w trakcie meczu NBA, ale dwukrotnie tuż obok był właśnie Robak.

Nikt nie wie skąd w Boston Garden wziął się gołąb, ale znającym historie o różnych pomysłach Celtów na powiększanie przewagi własnego parkietu (takich jak np. podkręcanie ogrzewania w szatni gości), nie umknął fakt, że skrzydlaty intruz nadleciał od strony loży Reda Auerbacha i pomógł gospodarzom, którzy przegrywali w momencie pojawienia się ptaka pięcioma punktami. Po bonusowej przerwie w grze, podstarzali i poobijani liderzy złapali drugi oddech i w pięć pozostałych minut trzeciej kwarty odrobili straty, wychodząc na prowadzenie, którego nie oddali już do końca, wyrównując stan serii na 1:1 (potem wygrali jeszcze mecz numer 3, ale trzy kolejne zwycięstwa Pistons na dobre zakończyły erę birdowskich Celtics).

W każdym razie jedną z osób próbujących przepłoszyć ptaka (przy akompaniamencie kibiców Bostonu skandujących „LARRY! LARRY!”) był Dennis Rodman.

Wtedy ograniczył się do – jak żartobliwie zauważyli autorzy cytowanego powyżej tweeta – tradycyjnego podwójnego krycia z Markiem Aguirre’em, ale już rok później, ponownie w playoffach, był bardziej aktywny w pozbywaniu się nieproszonego żyjątka z parkietu.

Czworonóg, którego Rodman wziął na ręce, pięć lat później wystąpił w filmie Air Bud w roli „Michaela Jordana wśród psów”.

Dennis trzynaście lat później wystąpił nago w kampanii PETA, dokładając swoją cegiełkę do walki z przemysłem futrzarskim.

Dobra, dawać to rodmanowskie Kac Vegas. Będę je traktował jak sequel do „Ryzykantów”…

Otagowane

Anthony Miller

Pig Miller

Fun Fact: Przeciętny człowiek nie byłby zadowolony, gdyby miał ksywę „Świnia”, ale nie Anthony „Pig” Miller, który nawet wytatuował sobie wieprzka na ramieniu.

Będę szczery: zawsze myślałem, że przydomku dorobił się ze względu na oryginalną urodę, ale podobno powodem był duży apetyt. A jak ktoś dużo je, to musi też radzić sobie z niesfornymi resztkami jedzenia, i może właśnie dlatego Pig Miller nie rozstawał się z wykałaczką.

Nierozerwalni byli do tego stopnia, że bardziej pracowity niż utalentowany skrzydłowy Lakers, Rockets oraz Hawks (i przez jeden mecz Sixers) nie wyjmował jej z zębów nawet w czasie meczów… Nie wiem co mnie bardziej zaskakuje – czy sam pomysł, żeby uprawiać kontaktowy sport z kawałkiem ostrego drewienka w ustach, czy fakt, że ktoś zwrócił uwagę na tę głupotę dopiero w 2000 roku, czyli ponad dziesięć lat po tym jak zaczął to robić. Trzeba było oficjalnego ligowego bana, żeby Pig przestał folgować swojej fiksacji oralnej podczas meczów. „Uważają, że mogę kogoś dźgnąć” – streścił Miller swoją wizytę na ligowym dywaniku. „NO SHIT” – streszczam swoją reakcję ja.

Koszykarz dodał też, że inni zawodnicy oraz sędziowie dopytywali potem, gdzie się podziała jego wykałaczka. Pig sugerował chyba w ten sposób, że za nią tęsknią, ale moim zdaniem wszyscy zadający to pytanie myśleli „może w końcu ją połknąłeś, deklu”, albo „o Boże, o Boże, na pewno jest w moim oku”.

W moim osobistym rankingu najśmieszniejszych rzeczy związanych z Anthonym Millerem, wykałaczka jest jednak dopiero na drugim miejscu. Bardziej mnie bawi fakt, że agentem gościa nazywającego się Świnia był gość o nazwisku Ubój (niejaki Frank Slaughter).

Jeśli zastanawiacie się, jak się gra w kosza z wykałaczką w gębie, to wygląda to mniej więcej tak:

Otagowane ,

Paul Mokeski

Paul Mokeski

Fun Fact: W swojej książce „The Book Of Basketball”, Bill Simmons włączył Paula Mokeskiego do swojej drużyny najbardziej niepowtarzalnych („z powodów genetycznych lub fizycznych”) koszykarzy w historii. Wtedy też zawarł całą istotę Mokeskiego w jednym akapicie (poniższy cytat to moje tłumaczenie z oryginału, bo polskiej wersji książki nie mam):

„O ‚potędze Mokeskiego’ pisałem w swoich felietonach na ESPN.com tak często, że doczekałem się wzmianki na jego profilu na Wikipedii. Rezerwowy center, który jakimś cudem grał aż 12 sezonów, biedny Mokeski był nieprawdopodobnie nieatletyczny i biegał tak, jakby miał dwie protezy nóg. Jakby to nie wystarczyło, próbował przywrócić do łask połączenie trwałej i wąskiego wąsika, które powinno umrzeć na początku lat 80. Dorzućmy zakola, kilka dodatkowych podbródków i stwierdzimy, że Mokeski wyglądał jak glina z Jersey stojący w kolejce po pączki. Możecie więc sobie wyobrazić, jak dziwaczny był fakt, że był całkiem pożytecznym graczem – twardym obrońcą, przyzwoitym siłaczem, niezłym strzelcem z półdystansu, który nigdy nie brał się za robienie czegoś, czego nie potrafił. Zaliczał 20 minut w meczu w składzie Bucks, który w 1985 roku wygrał 59 spotkań. Kochałem Mokeskiego tak bardzo, że trzy długie lata życia spędziłem na poszukiwaniu jego meczowej koszulki na eBayu, zanim ostatecznie się poddałem.”

Można by w zasadzie na tym zakończyć, ale z kronikarskiej przyzwoitości, rozwińmy nieco myśli Simmonsa.

Urodzony w 1957 roku Paul, koszykarskie nazwisko wyrabiał sobie na uniwersytecie Kansas (a trzeba przyznać, że trudno wyrobić koszykarsko nazwisko „Mokeski”). Stamtąd właśnie trafił do NBA jako 42. pick w Drafcie 1979. Wybrali go Houston Rockets, gdzie spędził jeden rok bez historii, po czym dołączył do słabych wówczas Detroit Pistons, gdzie jako drugoroczniak ustanowił rekordy kariery pod względem średniej punktowej (7.1), zbiórek (5.2) i celności z gry (48.9%). Na początku kolejnego sezonu do klubu dołączył debiutant Isiah Thomas, ale mierzący 213 centymetrów i ważący 113 kilogramów środkowy nie załapał się na erę legendarnych Bad Boys, choć miał w jej powstawaniu pewien udział: lutym 1982 roku przeszedł do Cleveland Cavaliers za m.in. Billa Laimbeera. Cavs zwolnili go na początku kolejnej kampanii i Mokeski zdecydował się na testy w Milwaukee Bucks, gdzie – po dwóch 10-dniowych kontraktach – osiadł na resztę sezonu 82/83 i sześć kolejnych rozgrywek (szkoda, że nie wytrzymał do lat dziewięćdziesiątych, bo wtedy mógłbym użyć tagu „bardzo biali ludzie z milwaukee”).

To właśnie tam spędził najlepsze lata, a prowadzeni przez Don Nelsona Bucks byli wówczas jedną z najgroźniejszych drużyn ligi, dwukrotnie grającą w finałach Konferencji Wschodniej i w obydwu przypadkach eliminowaną przez Boston Celtics. Najbliżej pokonania znienawidzonych Celtów, Milwaukee byli w 1987 roku, gdy ich drugorundowy pojedynek rozstrzygnął się dopiero po siedmiu meczach. Bohater tego tekstu wspomina ten moment z mieszanymi uczuciami – stracili wówczas prowadzenie w ostatnich minutach po kolejnych heroizmach Larry’ego Birda, ale po meczu Red Auerbach zaczepił go pod Boston Garden, poprosił o rozmowę na osobności, w której wyznał, że jest fanem gry Mokeskiego i po dziś dzień żałuje, że nie udało mu się go pozyskać w drafcie. True story, przynajmniej według Mokeskiego.

Paul Mokeski oficjalnie przeszedł na emeryturę w 1993 roku, ale z boisk zniknął w 1991 roku, po dwóch jednorocznych przygodach z Cavaliers i Warriors. Potem parał się trenerką, dzięki czemu wrócił nawet na krótko do NBA jako asystent trenera Charlotte Bobcats w sztabie Sama Vincenta.

Tyle od kronikarzy kariery Mokeskiego, czas przejść do rzeczy bardziej ulotnych…

Oczywiście w przypadku Mokeskiego trudno oderwać artystę od dzieła. Wielu było solidnych rezerwowych centrów, ale niewielu opakowano w tak brawurowe połączenie rachitycznego wąsika, afro białego człowieka i niestandardowej urody.

To zapewne ten kontrast tak fascynował Billa Simmonsa, choć trzeba przyznać, że jego miłość do Mokeskiego jest dość skomplikowana. W swojej książce jeszcze dwukrotnie wspomina Paula, samemu sobie zaprzeczając. Najpierw pisze, że gdyby klonowano koszykarzy, pierwsi w kolejce powinni być (niekoniecznie w tej kolejności) Michael Jordan, LeBron James i David Robinson, a ostatni – Paul Mokeski. Jakieś 200 stron później, rozważając wyjątkowość kariery Hakeema Olajuwona, stwierdza jednak, że gdyby w USA zaczęto klonować ludzi (jako część tezy, że nawet drugi Hakeem nie miałby tak samo wyjątkowej kariery jak oryginalny), to ma nadzieję iż zaczną od Mokeskiego.

Zdecyduj się Simmons!

(Choć i tak wiadomo, że Bill Simmons najchętniej sklonowałby Larry’ego Birda. Albo Jamesa Younga.)

Fun Fact 2: Paul Mokeski był uczestnikiem pierwszej bójki Charlesa Oakleya w NBA. Skończył ją ze złamanym nosem.

Otagowane ,

Henry James

Henry James

Fun Fact: Nie raz słyszeliśmy historię o gościu trafiającym do NBA, mimo iż późno zaczął grać w koszykówkę. Są to jednak zazwyczaj wysocy koszykarze z Afryki, a nie skrzydłowi urodzeni w stanie Alabama.

Henry James pierwszy raz zagrał w koszykówkę na ostatnim roku szkoły średniej. W pierwszym meczu nie zdobył ani jednego punktu. W drugim – dwa. Na koniec sezonu miał średnią 12 punktów. Cztery lata później zdobywał już po 23.5 punktu (przy odsetkach skuteczności z pola/dystansu/osobistych, odpowiednio, 55.1/55.7/86.1%) dla St. Mary’s University. Trochę ponad sześć lat po zdobyciu pierwszych punktów w oficjalnym meczu koszykówki, w swoim trzecim meczu NBA w koszulce Cleveland Cavaliers, rzucił 25 punktów przyszłym mistrzom, Chicago Bulls, a grający naprzeciw niego Michael Jordan pytał go „Kim ty jesteś?”

Ja dziś jednak chciałem skupić się na wydarzeniu, które od straty koszykarskiego dziewictwa przez Jamesa dzieliło 13 lat. W rozegranym 15 kwietnia 1997 roku meczu Hawks przeciw Nets, Henry James wyrównał ówczesny rekord ligi (należący zresztą do jego kolegi ze składu Atlanty, Steve’a Smitha) pod względem celnych trójek w jednej kwarcie i w połowie meczu, trafiając z dystansu 7 razy. I o ile przez lata przywykliśmy już do tego typu wyczynów, to ten jamesowy pozostaje niesamowity z jednego powodu: te 7 trójek i 24 punkty znalazły się na koncie Henry’ego mimo iż te 10 minut w rekordowej czwartej kwarcie było jego jedynymi minutami w tym spotkaniu!

James wszedł na boisko po raz pierwszy właśnie na 10 minut do końca spotkania, które Hawks przegrywali na początku czwartej części gry 61:80. Atlanta walczyła na koniec sezonu o trzecie miejsce z New York Knicks i takie porażki mogły przekreślić ich szanse. Wejście Jamesa i jego pierwsza bomba z dystansu dały jednak Jastrzębiom sygnał do niebywałego comebacku. Atlanta ograła New Jersey w czwartej kwarcie 48:21, a Henry zdobył połowę punktów swojej drużyny, trafiając 7 z 9 rzutów z dystansu (i dorzucając 3 celne wolne po faulu przy rzucie za trzy).

„Nigdy nie widziałem, żeby ktoś tak rzucał. To musiał być fart. Nie wierzę. To najgorsza rzecz jaka przytrafiła nam się przez cały rok. Trafiał wszystko!” – biadolił po meczu wściekły lider Nets, Kendall Gill, a że jego klub wygrał wtedy 26 spotkań, nazywanie czegoś „najgorszą rzeczą jaka nam się przytrafiła” ma wyjątkowy ciężar gatunkowy.

Henry James i James Robinson to jedyni koszykarze w bazie Basketball Reference, którzy przekroczyli barierę 20 punktów grając w całym meczu tylko 10 minut, ale Robinson miał jeden punkt mniej niż Henry. Nikt tak szybko nie zdobył 24 lub więcej punktów (choć ledwie 9 dni przed wyczynem Henry’ego Jamesa, Lamond Murray z Clippers rzucił 24 punkty w 16 minut), i jest to niewątpliwie ogromny wyczyn – zaaplikować taką ilość punktów bez możliwości porządnego rozkręcenia się i wejścia w rytm meczu.

Wyraźnie pamiętam ogolonego „na zero” Henry’ego Jamesa w koszulce Atlanta Hawks, choć nie mam żadnej jego karty w takim wcieleniu. Pewnie widziałem go w NBA Action, albo na stronach Pro Basketu lub Magic Basketball. Możliwe też, że załapał się do TVP jako przeciwnik Chicago Bulls (bo w innym przypadku raczej mała szansa, żeby ktoś chciał pokazywać mecze Jastrzębi). Niestety nie znalazłem zapisu wideo z wyczynów Jamesa w NBA, ale oto jak rozgrzany do czerwoności Henry prezentował się w lidze filipińskiej jako zawodnik Ginebra San Miguel w 1996 roku:

Ktoś wyliczył, że w trakcie profesjonalnej kariery Henry James wystąpił w 22 klubach. Trudno to zliczyć, ale Wikipedia odnotowuje – poza NBA, gdzie wiemy, że grał, kolejno, dla Cavs, Kings, Jazz, Clippers, Rockets, Hawks i znów Cavs – takie zespoły jak Wichita Falls Texans, Sioux Falls Skyforce i Scavolini Pesaro (pomijając wspomniane występy w lidze filipińskiej).

Karierę kończył gdzieś w okolicach przełomu wieków i niestety – mówiąc delikatnie – nie najlepiej ułożył sobie życie na emeryturze: w 2007 roku został aresztowany i skazany na 5 lat więzienia za dilowanie crackiem, choć należało mu dołożyć ze dwa lata za głupotę – z dwóch powodów. Po pierwsze: wpadł bo sprzedał narkotyki… policjantowi. Po drugie: w czasie transakcji były obecne mające wówczas mniej niż 11 lat dzieci Jamesa (według różnych źródeł tych dzieci było od dwóch, do sześciu). To zdecydowanie nie było najlepsze 10 minut w życiu Henry’ego…

Otagowane

Eric Murdock

Fun Fact: Isaiah Rider ma na swoim koncie „Rzut Dekady”, za to Eric Murdock jest autorem „Rzutu Pięciolecia”.

Otagowane

Vernon Maxwell

Vernon Maxwell

Fun Fact: Co prawda ta sytuacja nie zasługuje na wzmiankę na mojej liście najgłupszych kontuzji w historii NBA, ale na wzmiankę zasługuje na pewno. W marcu 1995 roku, gdy Houston Rockets z niemałym trudem przygotowywali się do playoffów, w których mieli bronić tytułu mistrzowskiego, Hakeem Olajuwon stwierdził, że ledwo zipie. Poskarżył się trenerowi, a Rudy Tomjanovich nie zrzucił tego na karb trudów sezonu, tylko zgłosił sztabowi lekarskiemu. Badania krwi wykazały anemię z powodu niedoboru żelaza. Wtedy Vernon Maxwell uznał, że w sumie to on też nie czuje się najlepiej i także poprosił o przebadanie. Okazało się, że ma dokładnie tę samą przypadłość, co The Dream. Anemia nie jest zaraźliwa, więc był to wyjątkowy zbieg okoliczności, który klubowy internista próbował wytłumaczyć działaniem ubocznym leku przeciwzapalnego przyjmowanego przez obydwu koszykarzy.

Zarówno Maxwell, jak i Olajuwon opuścili po 8 meczów, a lekarze teoretyzowali, że po powrocie będą turbodoładowani – że przyzwyczajenie organizmu do gry z anemią, a potem uzupełnienie niedoborów, zadziała jak doping wydolnościowy.

Sprawdźmy tę teorię na podstawie konwencjonalnych statystyk:

Hakeem Olajuwon w pięciu ostatnich meczach z anemią: 25.8 PPG, 9.8 RPG, 4.2 APG, 1.4 SPG, 3.0 BPG, 50.0 FG%

Hakeem Olajuwon w pięciu meczach po wyleczeniu anemii: 27.2 PPG, 10.0 RPG, 2.6 APG, 1.6 SPG, 3.2 BPG, 57.4 FG%

Vernon Maxwell w sześciu ostatnich meczach z anemią: 12.8 PPG, 1.7 RPG, 3.8 APG, 1.0 SPG, 35.3 FG%

Vernon Maxwell w sześciu meczach po wyleczeniu anemii: 11.8 PPG, 2.3 RPG, 2.7 APG, 0.7 SPG, 35.8 FG%

Jak widać ani jednemu, ani drugiemu zawodnikowi prawidłowy poziom żelaza specjalnie nie dopalił statystyk (choć The Dream był znacznie bardziej skuteczny). Ba, na miejscu Mad Maxa po tych kolejnych sześciu meczach znów bym się przebadał.

Inna sprawa, że zdrowy Hakeem zagrał potem koncertowe playoffy zwieńczone drugim mistrzostwem, w których zdobywał po 33 punkty w każdym meczu.

Maxwell zagrał jeden mecz playoffs, obraził się na cały świat i odmówił dalszej gry. Cóż, są różne niedobory.

Bonusowy Fun Fact: Objawy anemii z niedoboru żelaza (oprócz, I shit you not, chęci zjedzenia kredy, gliny albo krochmalu) to ból i pieczenie języka, suchość w ustach i pękanie ich kącików. Brzmi to jak coś, co Vernon mógł poczuć w przerwie meczu Rockets z Sonics, po tym jak Hakeem spoliczkował go w ramach kary za plucie na parkiet.

Otagowane ,

Anthony Bowie

Anthony Bowie

Fun Fact: W latach 90. wydarzyło się na parkietach NBA wiele dziwnych rzeczy. Dennis Rodman. Rzut Isaiah Ridera. Zawodowy koszykarz niewiele wyższy od Krystyny Feldman. Pidżamy Houston Rockets. Twarz Popeye’a Jonesa. Człowiek łamiący konstrukcje tablicy. Człowiek łamiący konstrukcję tablicy po raz drugi. Manute Bol rzucający trójki. Drużyna z Michaelem Jordanem przegrywająca serię playoffs. 833 rzuty wolne w wykonaniu Billa Cartwrighta.

Wymieniać można długo.

Ale być może najdziwniejszą sytuacją było triple-double Anthony’ego Bowie’ego.

Każdy koneser koszykarskich durnot potrafi streścić tę sytuację nawet obudzony w środku nocy w trakcie koszmaru (być może koszmar jest o triple-double Anthony’ego Bowie’ego), ale przypomnijmy w skrócie co zaszło…

Bowie zalicza 20 punktów, 10 zbiórek i 9 asyst w meczu Magic z Pistons.

Bowie bardzo chce zaliczyć dziesiątą asystę, bo w ułamku sekundy ocenia niezwykle trafnie swoją karierę i wie, że tak blisko triple-double już nigdy nie będzie.

Bowie bierze czas na 2.7 sekundy przed końcem meczu, przy dwudziestopunktowym prowadzeniu Magików.

Bowie prosi trenera Briana Hilla, żeby rozrysował ostatnią akcję tak, by mógł zaliczyć asystę.

Bowie jest w szoku, gdy zniesmaczony trener oddaje mu swoją podkładkę.

Bowie sam rozrysowuje ostatnią akcję.

Bowie wraca na parkiet i jest zaskoczony, że drużyna przeciwnika, na rozkaz trenera Douga Collinsa, ustawia się wzdłuż linii bocznej.

Bowie wzrusza ramionami.

Bowie zalicza dziesiątą asystę.

Bowie się dziwi, że nikt go nie lubi.

Nasz bohater do tej pory uważa, że zrobił dobrze, bo zawsze go uczono, że należy grać do końca. Gdyby podobną filozofię wyznawał Doug Collins, to mógłby wykorzystać ostatnie sekundy na zepsucie meczu życia sobkowi z drużyny rywali, ale w sumie mi się też nie chce grać w kosza z bucami.

Ważne, że Anthony Bowie nie ma sobie nic do zarzucenia i jest szczęśliwym członkiem ekskluzywnego klubu potrójnie podwójnych. Pewnie nawet myślał o tym pod koniec lat 90., gdy komponował tę wesołą piosenkę:

Otagowane

Chris Webber

Chris Webber

Fun Fact: W ostatni weekend wreszcie doczekaliśmy się uhonorowania Chrisa Webbera miejscem w Hall Of Fame. Mój ulubiony zawodnik oficjalnie zostanie wyróżniony jesienią, razem z m.in. Paulem Pierce’em, Chrisem Boshem i Benem Wallace’em.

C-Webb, który owszem – rozmienił trochę na drobne swój talent i nie miał nieposzlakowanej opinii pozaboiskowej – czekał aż osiem lat na wybór, choć był jednym z najbardziej wpływowych zawodników swoich czasów. W swoim prime nie ustępował zbytnio takim członkom Klasy 2020, jak Tim Duncan i Kevin Garnett. A jednak komisja rozdzielająca miejsca w Hall Of Fame rokrocznie czepiała się wszystkich webberowych „ALE…”.

W tym czasie do Springfield zaproszono takich graczy jak Bernard King (jeszcze więcej zmarnowanego czasu przez kontuzje niż u Webbera i jeszcze większe problemy pozaboiskowe w kokainowej erze NBA), Mitch Richmond (najlepsze lata kariery poza playoffami), Yao Ming (także znacznie bardziej zniszczona przez kontuzje kariera niż kariera Chrisa), Tracy McGrady (czy on w końcu poprowadził jakąś drużynę poza pierwszą rundę playoff?), Grant Hill (kolejny koszykarz, który przez kontuzje nie zrealizował potencjału i, podobnie jak T-Mac, w prime nigdy nie wyszedł poza pierwszą rundę playoffs, dokonując tego dopiero jako 37-letni zadaniowiec w Suns). Webber nie załapał się nawet w 2019 roku, gdy w gronie zawodników dopuszczonych do HOF zabrakło gwiazd. Odkurzono wówczas pomijanych od ponad dwóch dekad graczy, ale nie sięgnięto po Webbera. Do Galerii Sław trafili świetni, ale mało seksowni: Bobby Jones, Jack Sikma, Sidney Moncrief i Paul Westphal. Inne pomniejsze gwiazdy sprzed lat wyróżnione kosztem C-Webba to m.in. George McGinnis i Zelmo Beaty.

Innymi słowy: rychło w czas, bliżej niezidentyfikowana komisjo.

Mimo wszystko chyba większym echem niż wybór Webbera do Hall Of Fame odbił się w ostatnich dniach fakt, że z tej okazji Chris po raz pierwszy od wielu lat rozmawiał z Jalenem Rose’em

Historia konfliktu Rose’a i C-Webba jest na tyle zawiła, że zagram kartą lenistwa i odeślę Was do innych źródeł…

…ale w każdym razie jeszcze miesiąc temu Webber niemal ze łzami w oczach mówił o tym przedłużającym się konflikcie. Z grubsza chodzi o to, że Jalen w ostatnich latach wykorzystywał każdą okazję żeby publicznie wypominać Chrisowi timeout, krzywoprzysięstwo w trakcie procesu dotyczącego nielegalnego obiegu pieniędzy wokół Fab Five oraz odmowę współpracy przy dokumencie ESPN o słynnym składzie Michigan. Webber wypowiadał się mniej, ale za to pielęgnował urazę do wyszczekanego przyjaciela.

I choć entuzjazm Jalena był w trakcie hall-of-fame’owej rozmowy dość sztuczny, a Webber bardzo niezdarnie przyjmował jego komplementy, to pierwsze koty za płoty.

No nic.

Gratulacje C-Webb.

Obejrzyjcie sobie poniższe wideo, jeśli potrzebujecie przypomnienia dlaczego Webber w Springfield jest u siebie i dlaczego te osiem lat w Czyśćcu Sław to było zdecydowanie za dużo:

Kto teraz zajmie miejsce Chrisa (i Boba Dandridge’a, który także załapał się do Class Of 2021) jako najlepszego gracza wciąż nie w Hall Of Fame? Mam ich całą pierwszą piątkę!

PG – Tim Hardaway

SG – Chauncey Billups

SF – Mark Aguirre

PF – Shawn Marion

C – Shawn Kemp

Rozważałem honorową wzmiankę dla pewnego zadaniowca z siedmioma mistrzostwami i wieloma wielkimi rzutami, ale chyba nie wypada wymieniać jego nazwiska w trakcie cieszenia się szczęściem Chrisa Webbera.

Otagowane