Author Archives: kostrzu

Latrell Sprewell

Latrell Sprewell

Fun Fact: Choć był przyzwyczajony do wyprowadzania ludzi z równowagi i roli „tego złego”, raczej nigdy nie spodziewał się takiej reakcji, nie w takiej sytuacji, nie ze strony osoby na takim stanowisku. To wtedy mogło dla niego nie mieć sensu, ale niespodziewanie, w pewnym stopniu, zyskało go siedem lat później.

Na początku października 1990 roku, Arn Tellem siedział w biurze Allana Bristowa, ówczesnego generalnego menadżera Charlotte Hornets, i negocjował z nim warunki debiutanckiej umowy Kendalla Gilla. Utalentowany zawodnik, wybrany latem z piątym numerem draftu, wciąż nie podpisał kontraktu, choć Szerszenie zaczynały już przygotowania do swojego trzeciego sezonu w historii.

Nic dziwnego, że Bristow był poddenerwowany.

Tellem, prawnik, który za parę lat miał stać się drugim najważniejszym agentem w NBA, zdążył już zasłynąć z bycia nieustępliwym i agresywnym.

Nic dziwnego, że Bristow zdenerwował się jeszcze bardziej.

Niespodziewane było jednak to, że w pewnym momencie, mierzący 200 cm Bristow zdenerwował się tak bardzo, iż chwycił mierzącego 165 cm Tellema za gardło i przycisnął go do ściany. Choć agent skończył w kołnierzu ortopedycznym i złożył skargę w biurze ligi, NBA ostatecznie w żaden sposób nie ukarała GM’a Charlotte, zadowalając się oficjalnymi przeprosinami i obietnicą pokrycia kosztów leczenia poszkodowanego.

4 grudnia 1997 roku, David Stern ogłosił, że zawiesza Latrella Sprewella na rok, dzień wcześniej dając błogosławieństwo jego klubowi na przedwczesne rozwiązanie jego kontraktu. Komisarz powiedział wtedy:

„Liga sportowa nie musi akceptować i dawać przyzwolenia na zachowania, które nie byłyby tolerowane w żadnym innym segmencie społecznym”.

„Pocałuj mnie w dupę” – albo coś w tym stylu, zapewne pomyślał sobie Arn Tellem, ówczesny agent Latrella Sprewella.

Dzień później związek zawodowy graczy NBA odwołał się od decyzji komisarza, choć pierwotnie jego prezydent, Billy Hunter, planował poprzeć każdą karę. Nie spodziewał się jednak aż takiego jej wymiaru i niebezpiecznego precedensu jakim było bezkarne zerwanie kontraktu.

Komentując zażalenie NBAPA, Tellem nie omieszkał wbić szpili „szeryfowi” Sternowi, który siedem jesieni wcześniej „zaakceptował” i „dał przyzwolenie” na zachowanie Bristowa, które na pewno nie byłoby „tolerowane w żadnym innym segmencie społecznym”. Choć nie usprawiedliwiał Latrella i powiedział, że musi ponieść odpowiedzialność za swoje zachowanie, to zdecydowanie sprzeciwiał się decyzji komisarza:

„Chcę tylko sprawiedliwości. Każda kara powinna być adekwatna do winy, a ta jest niedorzeczna. […] Próba pozbawienia człowieka prawa do pracy przez rok jest skandaliczna.”

A teraz wspomniana szpila:

„Ja wybaczyłem Allanowi. Działał w przypływie emocji. Popełnił błąd, ale miał możliwość dalszego wykonywania swojej pracy i zarabiania na życie. Sprewell też popełnił błąd. Dlaczego więc on nie może dalej zarabiać?”

Szkoda, że na końcu nie dodał „Latrell ma rodzinę do wykarmienia”, byłoby jeszcze śmieszniej.

Ostatecznie zdanie Tellema podzielił sędzia rozjemczy John Feerick, który 4 marca zarządził, że Warriors nie mieli prawa zerwać gwarantowanego kontraktu i muszą uhonorować wciąż zapisane w nim dwa lata, a NBA ma skrócić swoje zawieszenie z roku na pięć miesięcy (czyli do końca bieżącego sezonu).

David Stern skomentował tę decyzję nie bawiąc się w subtelności:

„Podstawową kwestią jest to, czy możesz dusić swojego szefa i zachować posadę. Teraz już znamy odpowiedź. Nie możesz dusić swojego szefa i nie stracić pracy, chyba że grasz w NBA i podlegasz jurysdykcji sędziego rozjemczego.”

Hej, David, zapomniałeś dodać, że poznałeś tę odpowiedź już w listopadzie 1993, ba – sam jej udzieliłeś, gdy nie zarządziłeś żadnej kary dla Alvina Robertsona, który dusił dyrektora do spraw personalnych Detroit Pistons, Billy’ego McKinneya. Król przechwytów został zawieszony przez klub do odwołania (i tak wtedy nie grał z powodu kontuzji pleców, zresztą o to właśnie poszło – McKinney obsztorcował go za opuszczanie sesji rehabilitacyjnych), ale już dwa tygodnie później został wytransferowany do Denver Nuggets. I tyle. Żadnego bana od ligi. Nawet żadnych oficjalnych przeprosin.

Z pewnością nazwiska Bristowa i Robertsona pojawiły się w trakcie ponad miesięcznych przesłuchań, prowadzących do decyzji Johna Feericka na korzyść Sprewella. Mogę się też założyć, że przebąknięto coś o Vernonie Maxwellu wbiegającym w trybuny żeby uderzyć kibica, ukaranym tylko zawieszeniem na 10 spotkań oraz o Dennisie Rodmanie kopiącym kamerzystę (11 meczów kary) i uderzającym „z dyńki” sędziego (6 meczów kary).

Żeby nie było: nikt nigdy nie bronił Latrella. No, może poza Rodem Stricklandem i burmistrzem San Francisco, który publicznie gdybał, czy może Carlesimo nie zasłużył sobie na duszenie. Nietrudno jednak zgodzić się z tymi, którzy twierdzili, że liga chciała zrobić ze Sprewella przykład. Ta kara nie miała na celu wymierzenia sprawiedliwości za akt przemocy podczas treningu (wcześniej liga reagowała głównie na wydarzenia w trakcie meczów), ale była wiadomością wysłaną wszystkim niepokornym gwiazdkom, których wpływu na wizerunek ligi, tak bardzo obawiał się David Stern. Ligi będącej o pół roku od ponownej utraty Michaela Jordana, dodajmy.

Rozumiem jednak także, dlaczego ta sprawa była inna.

Samo duszenie (choć koszykarz twierdził, że nie odciął trenerowi dopływu powietrza, czego dowodem miały być ślady paznokci na szyi PJ’a… „Jeśli kogoś dusisz, nie zostawiasz zadrapań, tylko robisz na szyi pręgi” – powiedział… ok, Spree), można by było dość łatwo zrzucić na karb chwilowej niepoczytalności (oraz tego, że Carlesimo zwykł zachowywać się jak buc). Ale fakt, że Sprewell dwadzieścia minut później znów rzucił się na trenera (któremu należy się kiwnięcie głową z uznaniem za to, że po pierwszym ataku nie przerwał treningu), był już działaniem z premedytacją (choć, znów, Latrell utrzymywał, że wcale go nie uderzył, że po prostu machał rękami, żeby opędzić się od próbujących go zatrzymać kolegów i przypadkiem otarł się pięścią o głowę szkoleniowca Warriors… ok, Spree). Tak czy siak, 68 meczów zawieszenia i 6,4 miliona straconych przez nie dolarów, wydaje się karą wystarczającą, a nie – jak pomstował Gary Peterson z „Contra Costa Times”„żałosnym, pozbawionym wdzięku upadkiem NBA” i „moralną zapaścią profesjonalnej koszykówki”.

Koniec końców przypadek Sprewella był nauczką i dla wszystkich koszykarskich łobuzów, i dla trenerów, którzy uważają, że wyzywanie i prowokowanie to akceptowalne metody treningowe (choć biorąc pod uwagę, że Carlesimo niemal natychmiast głównym celem swoich ataków uczynił bardzo grzecznego debiutanta, Adonala Foyle’a, to najwyraźniej nauczył się tylko tyle, że trzeba wybierać sobie przeciwników, którzy nie dadzą ci w mordę). A Sprewellowi opłacało się dać drugą koszykarską szansę. W Nowym Jorku wpasował się idealnie w zespół i poświęcił indywidualne statystyki w systemie Jeffa Van Gundy’ego. Symbolicznym momentem w jego drodze do odkupienia był wybór do All Star Game 2001 głosami trenerów.

Przełom 1997 i 1998 roku musiał kosztować sporo nerwów Arna Tellema, ale pewnie jedna rzecz go ucieszyła. W pierwszych dniach postępowania arbitrażowego, które miało zdecydować o losie Sprewella, Denver Nuggets zwolnili swojego prezydenta… Allana Bristowa.

A Tellem wbił jeden z gwoździ do jego trumny, twardo negocjując nowy kontrakt dla Antonio McDyessa. Bristow nie chciał mu dać satysfakcji i 100-milionowego kontraktu, dlatego oddał swojego jedynego wartościowego zawodnika do Phoenix Suns. Bez niego Nuggets byli tak słabi, że zaczęli sezon od bilansu 4-42, który pogrążył prezydenta.

Co prawda McDyess się wkurzył, że animozje między agentem i Bristowem wpłynęły na jego karierę i zwolnił Tellema latem 1998, ale Arn pewnie uważał, że było warto.

Postaw kawę
Otagowane

Rick Fox

Rick Fox

Fun Fact: Gdybyście mogli mieć urodę gwiazdy filmowej ALBO talent cenionego koszykarskiego zadaniowca w NBA, to co byście wybrali? Ulrich Alexander Fox wybierać nie musiał (może to i dobrze, bo nie popisał się wybierając które ze swoich dwóch imion powinien skrócić poprzez ucięcie pierwszego członu, i używać jako pseudonim boiskowo-sceniczny – przecież XANDER FOX to jak owoc upojnej nocy między bondowskim złoczyńcą i x-menem spędzonej w aucie z „Szybkich i wściekłych”).

Jego kariera aktorska jest zaskakująco bogata – IMDb wylicza aż 75 ról – i w zasadzie nadal trwa, choć nie dorównuje skrzętnie dokumentowanej przez plotkarskie media karierze zdobywcy serc niewieścich, która nawet bardziej niż występy na ekranie awansowała go do wyższych sfer showbiznesowych.

W wyższych sferach obracał się także na boisku. Zaczynał poważne granie w prestiżowym North Carolina University, został wybrany w drafcie przez Reda Auerbacha (choć pewnie Red nie ściągnąłby go do Celtics, gdyby nazywał się XANDER FOX), spędził pół kariery w Bostonie, a drugie pół w Los Angeles Lakers, gdzie jako prototyp gracza „trzy-i-dy” był ważnym elementem mistrzowskiej dynastii.

Trzeba jednak przyznać, że scenariusz jego koszykarskiego życia był czasem jak z jego filmu „Windykatorzy”…

(Kilka moich ulubionych wyimków z recenzji „Windykatorów” na IMDb: „Myślałem, że widziałem już najgorszy film na świecie, dopóki nie zobaczyłem tego”, „Kiedy zabójcy grożą facetowi, który jest winien mnóstwo pieniędzy, słyszymy optymistyczną muzykę cyrkową. Dużo saksofonu. Nie sądzę, żeby mieli duży budżet muzyczny.”, „Ten film sprawia wrażenie filmu porno, tylko bez porno”, „To bez wątpienia najlepszy film kryminalny wszech czasów. […] Jeśli masz wystarczająco dużo pieniędzy, sugerowałbym wytatuowanie słów ‚Windykatorzy’ na swoim czole i na czołach swojego potomstwa. Następnie wskocz do samolotu do jakiegoś kraju trzeciego świata, szerząc jego przesłanie wśród chorych i głodujących.”)

Do Bostonu trafił akurat wtedy, gdy rozpadała się tamtejsza wielka trójka. Larry Bird odszedł po jego debiutanckiej kampanii, po drugim roku zmarł Reggie Lewis, a Kevin McHale zakończył karierę, po trzecim klub zmienił Robert Parish. Najlepszy indywidualnie sezon rozegrał w najgorszym sezonie Celtów w historii (15 zwycięstw w rozgrywkach 1996/97, zwanych także „erą Bretta Szabo„). Choć przejście do Lakersów otworzyło mu drogę do tytułów, to tamtego lata tak naprawdę chciał zostać w Bostonie, ale Rick Pitino najpierw dogadał się z nim w sprawie nowego kontraktu, a potem, ni z tego, ni z owego, zrzekł się jego praw Birda w imię ściągnięcia do składu Travisa Knighta (choć Pitino nadal obiecywał Foxowi kontrakt, to w takiej sytuacji jego podpisanie byłoby legalne dopiero 90 dni później, co było zbyt ekstremalnym testem zaufania dla naszego bohatera). Ba, nawet w Mieście Aniołów, gdzie doczekał się wymarzonego mistrzostwa, musiał nie raz wywracać oczami, jako trzeci kapitan i rozjemca między nieustannie skonfliktowanymi Shaquille’em O’Nealem i Kobe’em Bryantem.

Reasumując: nie wszystko szło po jego myśli. A do tego był raczej wolny, ze ślamazarnym rzutem, przy którym prawie nie odrywał nóg od parkietu, zdarzało mu się co prawda zrobić tak….

…ale ogólnie raczej rzadko przyciągał uwagę. Nie był w niczym bardzo dobry, ale znalazł dla siebie niszę nie najgorszego strzelca z dystansu, który dzięki sile i nieustępliwości, stał się niewygodnym dla rywala defensorem. Oczywiście taką rolę wymuszało wychodzenie w pierwszej piątce z Shaqiem i Kobe’im, ale brawo za odnalezienie się w niej bez gwiazdorzenia i położenie podwalin pod archetyp zawodnika, który przez, mniej więcej, ostatnie 15 lat jest jednym z najbardziej pożądanych. Dodatkowo, choć często lekceważony jako przystojniaczek, był dyskretnie twardzielem, który nie tylko wyginał kosze…

…ale nie bał się narazić żonie Douga Christie.

A wracając do kariery aktorskiej, to zdecydowanie jego najgorszą produkcją był występ w reklamie producenta sprzętu komputerowego w 1994 roku:

Nie zacytuję tutaj żadnej recenzji, ale sam za siebie mówi fakt, że od 1994 roku datuje się początek upadku AST Computer.

Postaw kawę
Otagowane

Rod Strickland

Rod Strickland

Fun Fact: Tak naprawdę, to Rod Strickland wcale nie był graczem niedocenianym, przeoczonym w erze obfitej w klasowych point guardów, czy skrzywdzonym.

Wszyscy wiedzieli, że jest świetnym zawodnikiem – w końcu wybrano go kiedyś do All-NBA 2nd Team.

Po prostu nikt go nie lubił.

Na pierwszy trening w NBA spóźnił się już jako debiutant i to jeszcze w preseason. Z czasem ich opuszczanie stało się jego numerem popisowym. Z niektórymi trenerami wchodził w otwarte konflikty, pozostałych frustrował swoją chimerycznością. Przez dwa lata grał dla PJ’a Carlesimo i można się łatwo domyślić jaką katastrofą były ich relacje.

Aż dziwne, że Rod nie uprzedził Latrella Sprewella, który podczas treningu próbował udusić Carlesimo.

Pewnie tylko dlatego, że Rod na treningi nie chodził.

(Oczywiście, po incydencie z Latrellem był pierwszym, który stanął w jego obronie. Tryumfalnie obwieścił wtedy, w nawiązaniu do własnych spięć z Carlesimo, że „wszyscy myśleli, że to była tylko moja wina, ale widać, że chyba nie”).

Rod poza boiskiem pił, bił (w tym kobiety, a czasem łamiąc przy tym rękę) a raz nawet – rzekomo – obnażył się w hotelowym korytarzu (tę sprawę ostatecznie oddalono).

Reasumując: kto miał niby zagłosować na jego udział w Meczu Gwiazd (w którym nigdy nie zagrał i co do dziś służy za dowód na rzekomy brak szacunku wobec jego dorobku)? Kibice drużyn, które notorycznie zawodził? PJ Carlesimo i inni trenerzy?

No nie.

Choć powinni.

Mimo że można długo wyliczać błędy popełnione przez Stricklanda w swojej karierze, to wśród boiskowych, zdecydowanie największym pozostaje zagranie z ostatnich sekund siódmego meczu drugiej rundy playoffs w 1990 roku.

To był sezon, w którym pod wodzą Larry’ego Browna, napędzani historycznym sezonem debiutanckim Davida Robinsona, Spurs poprawili się o 35 zwycięstw względem poprzednich rozgrywek i byli rozstawieni z dwójką na Zachodzie. Starcie z Blazers w półfinale konferencji było bardzo zacięte. Przy stanie 2-2, Ostrogi przegrały mecz numer 5 po dwóch dogrywkach, a na 33 sekundy przed końcem doliczonego czasu gry w decydującym starciu, remisowały na wyjeździe 103:103.

I wtedy Rod Strickland zdecydował się podać bez patrzenia, nad głową, w miejsce, w którym nie było Seana Elliotta.

Następnie złapał szóste przewinienie, faulując biegnącego samotnie na kosz Clyde’a Drexlera od tyłu, co kwalifikowało się wówczas do miana przewinienia niesportowego, karanego rzutami i piłką z boku. Choć Spurs mieli jeszcze w tym meczu szansę na wyrównanie (na 5 sekund przed końcem przegrywali trzema punktami i mieli piłkę, ale stracili ją podczas próby rozpoczęcia gry z autu), błąd Stricklanda w dużej mierze przekreślił szanse na awans do finału konferencji i zmierzenie się z Phoenix Suns, którzy z pewnością nie byliby przeszkodą nie do pokonania w drodze do finałów.

Jak się miało okazać, ówczesny drugoroczniak nie dostanie już drugiej szansy na podobne sukcesy. Pozostałe 9 kampanii playoffowych, w których brały udział jego drużyny, zakończył na pierwszej rundzie. To akurat trudno zwalać na samego Stricklanda, ba, 11 występów w postseason w karierze oznacza, że drużyny z nim w składzie często były solidne. Można się jednak zastanawiać, czy jego podejście nie hamowało rozwoju jego zespołów, a bycie „gorącym kartoflem” nie pozbawiało go możliwości dłuższego zagrzania gdzieś miejsca i doczekania lepszych czasów. Gdyby został w Knicks albo, później, w Spurs, byłby najlepszym point guardem jaki w latach dziewięćdziesiątych grał w tych drużynach i być może brakującym elementem obydwu układanek.

Otagowane

James Robinson

Fun Fact: Pisałem ostatnio o trzypunktowych rekordach-ostańcach z lat 90. i mam dla Was kolejny: jednym z liderów wszech czasów Minnesoty Timberwolves pod względem największej liczby trafień z dystansu w jednej kwarcie meczu, jest James Robinson. Ta liczba to 6 i oprócz „Hollywooda”, taki wynik przypadł też w udziale D’Angelo Russellowi i, dwukrotnie, Malikowi Beasleyowi. Oni jednak dokonali tego w erze, w której zawodnicy z piłką za linią rzutu trzypunktowego oraz obręcz kosza są jak, odpowiednio, komandosi z „Predatora” i dżungla z „Predatora”…

…a dodatkowo Russell i Beasley byli w tamtych starciach podstawowymi graczami, a Robinson pojawił się na boisku dopiero, gdy jego drużyna zaczynała czwartą kwartę z 30 punktami pod kreską. Ostatecznie spędził na boisku raptem dziewięć i pół minuty, trafiając 6 z 7 trójek, 1 z 2 rzutów wewnątrz łuku i 3 z 3 osobistych. Dzień później były Sylwestry 1996, podczas których strzelano mniej. Poprowadził niespodziewaną szarżę, która w pewnym momencie zmniejszyła przewagę rywali z Cleveland do sześciu punktów (ostatecznie Kawalerzyści wygrali 108:96).

Ale ja nie o tym.

Ja o innym wystrzale Jamesa, który miał miejsce niemal równo 11 miesięcy wcześniej… i dwa miesiące później niż jeszcze inny jego wystrzał – buzzer-beater/game-winner w meczu z Lakers:

Ja o sytuacji, w której Robinson, wówczas rezerwowy Portland Trail Blazers, zaczął się kłócić na treningu z innym Robinsonem – Cliffordem. Spór przybrał na sile w szatni i nie skończył się nawet, gdy panowie rozebrali się i ruszyli pod prysznice. Wtedy do wyzwisk dołączyły rękoczyny. W szamotaninie, Wujek Cliffy uszkodził sobie lekko łokieć, a nasz dzisiejszy bohater skaleczył się w czoło. Tak bardzo się rozzłościł, że złapał za to, co było pod ręką i cisnął w kolegę z drużyny.

Pech chciał, że #1: tym czymś była wiadro z… fugą.

Pech chciał, że #2: nie trafił w Cliffa, tylko w dziennikarza.

O CO CHODZI Z BÓJKAMI KOSZYKARZY NBA I MATERIAŁAMI BUDOWLANYMI???

James Robinson atakujący Cliffa Robinsona wiadrem z zaprawą dołącza do Latrella Sprewella ganiającego Jerome’a Kerseya ze sztachetą oraz Johna Battle’a, który również chwycił za kawał deski, by porachować kości George’a McClouda.

Postaw kawę
Otagowane

Mookie Blaylock

Fun Fact: Jakoś w końcówce obecnego sezonu NBA, patrzyłem sobie jednym okiem na mecz Los Angeles Lakers z Philadelphia 76ers i byłem świadkiem, jak D’Angelo Russell pobił klubowy rekord celnych trafień za trzy w jednym sezonie Nicka Van Exela. Uderzyło mnie to, bo gdybym miał zgadywać, powiedziałbym, że rewolucja trzypunktowa już dawno przemieliła listy klubowych rekordów sprzed ćwierćwiecza. Tymczasem w te rozgrywki wchodziliśmy aż z czterema zawodnikami z lat 90. na czele drużynowego rankingu najlepszych indywidualnych sezonów pod względem trafionych trójek.

Co prawda po zakończeniu kampanii 2023/24 ta lista skróciła się do jednego nazwiska, ale gdy weźmiemy pod uwagę ninetiesowych siepaczy z dystansu w klubowym TOP 2, to wykaz nam się zauważalnie wydłuża. I wygląda tak:

Lakers: Nick Van Exel – 183 trafienia (drugie miejsce za tegorocznym wynikiem D’Angelo, czyli 226 trójkami)

Spurs: Chuck Person – 190 (drugie miejsce, tylko o jedno trafienie mniej niż lider, Danny Green A.D. 2015, a najwyższy wynik z ostatnich pięciu sezonów to 166 trójek Devina Vassella z obecnych rozgrywek, które dają mu szóste miejsce na liście klubowej)

Pistons: Allan Houston – 191 (drugie miejsce, od 2022 roku najlepszym wynikiem jest 211 trafień Saddiqa Beya)

Nuggets: Dale Ellis – 192 (drugie miejsce za tegorocznymi 220 trafieniami Michaela Portera Juniora)

Pacers: Reggie Miller – 229 (drugie miejsce, od ubiegłego sezonu, Buddy Hield ma o 59 trafień więcej)

Mavericks: George McCloud – 257 (drugie miejsce, wyprzedzony w tym roku przez Lukę Doncicia o 27 trójek)

Magic: Dennis Scott – 267 (pierwsze miejsce, najlepszy wynik Magika z ostatnich pięciu sezonów, to 173 trafienia Evana Fourniera, odnotowane na ósmym miejscu w drużynowym rankingu)

Oczywiście wszystkie te wyniki pochodzą z tych trzech sezonów, w których linia rzutów za trzy była w promocji „-53 cm!”. Co prawda rzucano wtedy średnio mniej więcej połowę tego, co dzisiaj, ale 16.8 rzutu za trzy punkty oddawanego w meczach sezonu 1996/97 pozostało rekordem jeszcze przez dziesięć lat. Skok między rozgrywkami 1993/94 a 1994/95 wynosił 5.4 prób rzutu na mecz, a w sezonie 1997/98 zanotowano spadek względem poprzedniego o 4.1 (to największe zmiany jakie kiedykolwiek zanotowano, obecna trzypunktowa rewolucja jest wynikiem bardziej linearnego wzrostu). Rozgrywki 1996/97 do dziś pozostają rekordowe jeśli chodzi o skuteczność całej ligi w rzutach z dystansu. Choć parę razy było blisko, to 36.69% pozostaje najlepszym wynikiem (za nim 36.68% z sezonu 2008/09 oraz 36.66 z 2020/21).

I choć w tamtych latach najlepszy indywidualny wynik jednosezonowy wykręcił Dennis Scott, to tak naprawdę najwięcej trójek z krótszej linii trafił Mookie Blaylock. Miał ich łącznie przez te trzy lata 651.

Pierwszą piątkę z tamtego okresu uzupełniają Reggie Miller (592), Mitch Richmond (585), Dennis Scott (564) i Glen Rice (563). Tyle, że cały ten top (jak i zresztą kolejni gracze – John Starks, Tim Hardaway, Nick Van Exel, Allan Houston, Nick Anderson, Dale Ellis czy Dell Curry) to zarówno przedtem, jak i potem, byli markowi snajperzy, podczas gdy Mookie przed skróceniem dystansu raczej z tego elementu gry nie słynął.

Nie był on jednak takim produktem ery skróconej linii jak Cliff Robinson, bo swoje trójkowe przebudzenie miał już dwa lata wcześniej – po przejściu do Atlanty, jego średnia oddawanych rzutów wzrosła z 0.8 do 3.9. Co ciekawe, po tym jak linia wróciła na stare miejsce, zaliczył spadek aż o 10 punktów procentowych jeśli chodzi o skuteczność – z 37% w 1997 do 27 w 1998. Oczywiście liczba oddawanych rzutów także spadła – z 7.7 do 4.8 prób – ale to jest jak najbardziej zrozumiały i nie odosobniony przypadek.

Choć Blaylocka nie ma w TOP2 najlepszych trójkowo sezonów Atlanty – te pozycje okupuje Bogdan Bogdanović z 240 i Trae Young z 233 trafieniami – to dzięki odważnemu korzystaniu z zalet przybliżonej linii, jest autorem trzeciego (231), czwartego (221) oraz ósmego (199) wyniku na klubowej liście wszech czasów.

Nieźle, jak na gościa, który na początku lat 90. ustanowił – obowiązujący do dziś – rekord najgorszej skuteczności rzutów z dystansu przy minimum 75 próbach w sezonie. Jako drugoroczniak, w rozgrywkach 1990/91, skierował do kosza tylko 15.4% swoich trójek.

To były jednak czasy, w których wielu graczy i trenerów nadal myślało, że od rzucania za trzy rosną włosy między palcami i pogarsza się wzrok, więc można wybaczyć Mookie’emu, że nie od razu był w tym lotny. Ale jaką wymówkę ma Rod Strickland, autor drugiego najgorszego sezonu pod względem skuteczności z dystansu w kategorii „75 prób lub więcej”, który swoje liche 16.9% trafił w rozgrywkach 1996/97, czyli jeszcze zza przybliżonej o pół metra linii?

Zydrunas Ilgauskas

Zydrunas Ilgauskas

Fun Fact: Od razu przyznaję, że już raz ten żart publikowałem w internecie, ale nie został po nim żaden ślad, więc bez wyrzutów sumienia raz jeszcze go wrzucam: oto Zydrunas „News Of The World” Ilgauskas, kapitan w pierwszej piątce koszykarzy NBA przypominających okładki płyt zespołu Queen:

Kto uzupełnia tę formację?

Nie obiecywałem nikomu hermetycznego, ninetiesowego składu, więc bez wyrzutów sumienia wrzucam na jedynkę Trae’a „Queen II” Younga, bo to podobieństwo jest ponadczasowe.

Jego partnerem będzie ten, na myśl o którym wielu kibicom odpala się w głowie „We Are The Champions”, czyli Michael „Live From Heaven” Jordan.

Formację podkoszową uzupełnia gość lubiący nosić suknie i nie mający zapewne nic przeciwko temu, by mieć ksywę „Królowa”. Choć nazwa albumu, do którego okładki jest podobny, pasuje do niego nawet lepiej. Tupiemy i klaszczemy jak przy „We Will Rock You” dla Dennisa „Innuendo” Rodmana.

A wyjściowy skład domykamy dowolnym skrzydłowym w stroju Golden State Warriors z lat 1997-2002 z piorunem na boku, choć ze względu na charyzmę stawiałbym na Latrella „ścieżka dźwiękowa do Flasha Gordona” Sprewella.

Gdybym nie ograniczał się na tym blogu tylko do lat 90., to też chętnie odgrzałbym innego swojego kotleta, który zniknął już z internetu – galerię pod tytułem „Rysie, które wyglądają jak gracze Charlotte Bobcats”.

Otagowane , , ,

Eric Snow

Fun Fact: Zapomniałem o Ericu Snowie.

Serio.

Ja wiem, że czasem się tylko tak mówi, żeby podkreślić brak doniosłości czyjejś kariery lub przesadną zwyczajność postaci, ale ja naprawdę, najzwyczajniej w świecie zapomniałem o jego istnieniu.

Jest wielu koszykarzy z lat 90., o których nie myślę na co dzień, ale gdy do głowy wpada mi taki, na przykład, Darnell Mee, to wpada jako, owszem, dawno nie widziany, ale stary znajomy. Eric Snow jednak pojawił się w mojej głowie nagle, znikąd, ba, nawet sam go sobie nie przypomniałem, tylko jego nazwisko mignęło mi gdzieś w jakimś tekście. I przez krótką chwilę jego koncept wydał mi się zupełnie obcy.

Eric Snow?

A nooo taaaak.

Eric Snow.

Kolejną chwilę, zajęło mi jeszcze oswojenie się z faktem, że Eric Snow istniał także w latach 90. Kojarzę go jako uprawiacza roli we wczesnolebronowych Cavs i, wcześniej, w iversonowskich Sixers, ale w komplecie z nazwiskiem wyleciało mi z głowy, że po parkietach NBA biegał już w połowie ninetiesów, jako zawodnik Seattle Supersonics.

Do ligi trafił dokładnie w drafcie 1995 roku, w którym, mam wrażenie, najwyżej wybierające zespoły były pijane. Warriors potrzebowali gracza robiącego różnicę, a wybrali Joe Smitha. Clippers potrzebowali Jerry’ego Stackhouse’a, ale zamiast wybrać Jerry’ego Stackhouse’a, wzięli Antonio McDyessa, który też by im się przydał, ale wymienili go na Brenta Barry’ego. Sixers potrzebowali Stackhouse’a i go wzięli, ale już rok później go nie potrzebowali, bo był niekompatybilny z Allenem Iversonem. Bullets potrzebowali w zasadzie wszystkiego (ale szczególnie ciekawie myśli się w ich kontekście o połączeniu Damona Stoudamire’a z Chrisem Webberem i Juwanem Howardem) a wybrali coś, co akurat mają, czyli kolejnego zdolnego power forwarda, który nie chciał grać ani na centrze, ani na skrzydle – Rasheeda Wallace’a. Timberwolves wybrali doskonale, ale założę się, że też byli pijani, skoro postawili na chłopaka z liceum… Natomiast nikt, niezależnie od stanu upojenia nie obstawiłby raczej, że wybrany z ósemką (tuż za Stoudamire’em i dwa miejsca po Bryancie Reevesie, który był jednocześnie i niewypałem, i solidnym wyborem – takim poborowym Schroedingera) Shawn Respert będzie miał gorszą karierę niż jego kolega z backcourtu Michigan State, Eric Snow.

Snow z numerem 43 został zaklepany przez Milwaukee Bucks i wyekspediowany do Seattle za superrandomową paczkę składającą się z wybranego 11 miejsc później Eurelijusa Zukauskasa i pick, który miał się rok później stać przyszłym reprezentantem Polski, Jeffem Nordgaardem. Zukauskas, litewski wielkolud, został w ogóle w chwili przyjęcia do NBA pomylony z innym litewskim wielkoludem. Gdy przyszła pora na wyczytanie 53-go nazwiska, Russ Granik (nie jestem w sumie pewny, że Granik, ale strzelam, że w 1995 roku był już zwyczaj prowadzenia drugiej rundy przez zastępcę komisarza) wypalił, że „Supersonics wybierają Zydrunasa Ilgauskasa”, który miał trafić do NBA dopiero rok później (nie do końca wiadomo, czy przejęzyczył się prowadzący, czy zgłaszający pick Ponaddźwiękowcy).

Erica Snowa z kolei można było pomylić z nowym kolegą, Nate’em McMillanem. Obaj byli dużymi rozgrywającymi skupiającymi się na podawaniu piłki i nieustępliwej defensywie. Jako rookie awansował ze swoim zespołem do finałów i choć wystąpił w serii z Bulls w każdym meczu, to łącznie spędził na parkiecie tylko 9 minut – raz miał 2 zbiórki, 2 faule i 1 niecelny rzut, raz tylko niecelny rzut, raz pojedynczą asystę, raz pojedynczą stratę a dwukrotnie „zarobił” po jednym trylionie, tudzież bilionie.

Choć wydawał się idealnym następcą dla „Pana Sonica”, który z powodu problemów ze zdrowiem zaczął opuszczać mecze, czas spędzony na boisku przez Erica zbytnio się nie wydłużał. Jako debiutant grał po 9 minut w meczu, a w drugim roku, w którym Nate pauzował 45 razy, raptem po 11. Trzeci sezon miał być przełomem, bo McMillan planował już zakończenie kariery, ale George Karl (któremu w debiutanckim sezonie zdarzyło się nazwać Erica najlepszym defensorem w zespole) ściągnął Grega Anthony’ego i potraktował Snowa, jak – nomen omen – zeszłoroczny śnieg. 24-latek albo nie grał w ogóle, albo grał po 4 minuty i w końcu, w styczniu 1998, litościwie został oddany do Filadelfii za pick drugorundowy.

Larry Brown miał nosa.

Eric pasował do Iversona idealnie. Pomógł odblokować finalną formę Allena, który dzięki niemu nie musiał udawać point guarda oraz nie musiał kryć shooting guardów. Dla Snowa to też był wymarzony układ, bo dokładnie taka dynamika towarzyszyła mu na studiach, gdy był partnerem wspomnianego już Resperta – niewysokiego łowcy punktów.

(Eric i Shawn podobno umówili się, że będą nosić w NBA ten sam numer – pierwotnie miała być to trzynastka, ale ponieważ Glenn Robinson zaklepał sobie taką koszulkę w Milwaukee, postawili na trójkę, by rok później wrócić do pierwszego pomysłu – Snow zmienił numer na 13, a Respert obszedł problem z Big Dogiem zmieniając kolejność cyfr i grając z 31… No dobra, z tą trzynastką i trzydziestką jedynką to tylko zgaduję, ale nie wydaje mi się, żeby jednoczesna zmiana koszulek na takie właśnie numery była przypadkiem… No i w ogóle, Snow i Respert musieli być wkurzeni w dniu draftu, że Bucks, którzy zwerbowali Shawna – via Detroit i Portland – wybrali też Erica, ale oddali go od razu do Sonics… Choć gdyby trafili do jednego zespołu, to gra z tym samym numerem byłaby jeszcze bardziej utrudniona.)

Ale wracając do Snowa i Iversona, to przeczytałem gdzieś porównanie ich dynamiki do tego, co łączyło Joe Dumarsa i Isiah Thomasa. Oczywiście Joe był graczem znacznie większego kalibru niż Eric, ale też był siłą spokoju u boku kreatywnego geniusza. Poza tym, tak jak Michael Jordan powiedział kiedyś, że defensorem sprawiającym mu najwięcej kłopotów był Dumars, tak Kobe Bryant w 2002 roku jako najtrudniejszego rywala wskazał właśnie Snowa.

A jakby podobieństw było mało, to Eric Snow dostał kiedyś nawet nagrodę imienia Joe Dumarsa.

Ta idealna synergia między Snowem i AI wykiełkowała w lokautowych rozgrywkach 1998/99. Jej owocem był pierwszy od 1991 roku awans Sixers do playoffs (i od razu wygrana 3-1 seria z Magic), tytuł króla strzelców dla Iversona i drugie miejsce w głosowaniu na Most Improved Player dla Erica, który zaliczał średnio 8.6 PPG, 6.3 APG i 2.1 SPG (dziewiąty wynik w lidze).

Eric Snow nigdy nie był cool, bo trudno być cool wyglądając wiecznie jak 12-latek, ale o jego wkładzie w ewolucję Allena Iversona i odmianę losu Sixers, którzy byli jedną z najsłabszych drużyn lat 90., nie powinno się zapominać.

Mi głupio, że zapomniałem, ale z drugiej strony, jak się pamięta Darnella Mee, to nic dziwnego, iż kosztem czegoś innego.

Otagowane

Derek Harper

Derek Harper

Fun Fact: I znów zaczynam kolejny wpis w momencie kulminacyjnym wpisu poprzedniego, a właściwie to chwilę wcześniej… W akcji poprzedzającej trójkę Sama Cassella, która przesądziła losy trzeciego meczu finałów z 1994 roku, to Derek Harper wyprowadził Knicks na prowadzenie rzutem z półdystansu, na 88:86, 52 sekundy przed końcowym gwizdkiem. W ostatnich pięciu i pół minutach, Harper rzucił 7 z 16 punktów gospodarzy, będąc siłą spokoju i kończąc rozczarowujący występ Nowojorczyków z 21 punktami, 9-15 z gry, 3 trójkami, 7 zbiórkami, 3 asystami i 4 przechwytami.

Choć w pierwszym i szóstym starciu w ofensywie się nie spisał (odpowiednio 3-10 oraz 2-10 z pola), to przekrojowo wypadł bardzo dobrze, ze średnimi 16.4 PPG (to niemal dwa razy więcej niż zaliczał w koszulce Knicks w sezonie zasadniczym), 3.0 RPG, 6.0 APG i 2.4 SPG oraz skutecznością 46.7% z gry i 43.6% za trzy przy 5.6 próbach z dystansu na mecz.

17 trafień za trzy w całej serii było wyrównaniem rekordu finałów, ustanowionego rok wcześniej przez Dana Majerlego. I choć może się to wydawać archaicznym wyczynem, to trzeba Wam wiedzieć, że ten rekord przetrwał aż do 2008 roku, gdy 22 trójki ustrzelił dla Celtics Ray Allen. Warto dodać, że John Starks w 1994 roku miał tylko jedno trafienie z dystansu mniej niż Harper. SZKODA, ŻE NIE TRAFIŁ ŻADNEJ Z JEDENASTU TRÓJEK W SIÓDMYM MECZU, CO NIE?

Sprowadzony w połowie sezonu z Dallas rozgrywający, był w finałach trzykrotnie najlepszym strzelcem Knicks – w meczach numer 3, 4 i 7. A te 17 trójek nie było przypadkiem – Harper był jednym z najchętniej korzystających z dobrodziejstw łuku graczy swoich czasów. Gdy odchodził z Nowego Jorku po sezonie 1995/96, był na siódmym miejscu w rankingu najlepiej trafiających za trzy graczy w historii NBA z 908 trafieniami (wyprzedzali go tylko Dale Ellis, Reggie Miller, Chuck Person, Danny Ainge, Michael Adams i Vernon Maxwell).

Knicks nie przedłużyli kontraktu z Harperem, bo to było lato błyskawicznej przebudowy i odmładzania składu, ale Derek ucieszył się szczerze z możliwości powrotu do Dallas, gdzie spędził pierwsze 10,5 roku profesjonalnej kariery.

Kariery tak udanej, że zakończonej zastrzeżeniem numeru przez zespół z Teksasu.

Ba – tak udanej, że fani Mavs wybaczyli mu sknoconą końcówkę czwartego meczu drugiej rundy playoffs 1984. Dallas mogli wówczas wyrównać stan serii na 2:2. Na tablicy wyników widniał remis oraz zegar odliczający ostatnie 13 sekund regulaminowego czasu gry. Niestety Derek, który był wówczas debiutantem, owej tablicy się dobrze nie przyjrzał i gdy dostał piłkę, przytrzymał ją aż do końca, myśląc, że jego zespół wygrywa.

Mavericks przegrali dogrywkę, następny mecz i całą serię. Trzy lata później, gdy był już młodą gwiazdą (16.0 PPG, 7.9 APG, 2.2 SPG, powołanie do All-Defensive 2nd Team), znowu zawalił końcówkę, tym razem drugiego meczu pierwszej rundy z Supersonics. Wprowadzając piłkę do gry na cztery sekundy przed końcem i przy wyniku 110:110, Harper popełnił błąd kroków. Piłka trafiła do rywali, Dale Ellis wymusił faul, ustalił wynik na 112:110 i Seattle wyrównało stan serii, wygrywając też kolejne dwa starcia w formule best-of-five.

W 1996 roku żaden kibic w Mavs nie miał jednak wątpliwości, że wita z powrotem legendę klubu. Choć Derek marzył o zakończeniu kariery w Dallas, klub wysłał go po roku do Orlando, skąd z kolei trafił do Lakers, którzy zaś po sezonie 1998/99 opchnęli go do Pistons, od gry dla których wolał jednak zasłużoną emeryturę.

Po 16 latach w NBA (w czasie których dziesięciokrotnie występował w playoffs), Derek Harper był jedynym jej zawodnikiem, który uzbierał ponad 16000 punktów, 6500 asyst i 1900 przechwytów. Z czasem udawało się to kolejnym koszykarzom, ale to nadal pozostaje bardzo ekskluzywny klub, którego członkami są dziś tylko John Stockton, Gary Payton, Jason Kidd, Chris Paul i LeBron James.

Przypominam, że Derek Harper nigdy nie zagrał w Meczu Gwiazd i wydaje się to równie dużym niedopatrzeniem, co przedryblowanie końcówki meczu playoffowego, bo się myślało, że twoja drużyna prowadzi.

Otagowane

Sam Cassell

Fun Fact: Sam Cassell to jeden z trzech najbardziej prominentnych graczy NBA lat 90., którzy do dziś nie mieli żadnego pełnoprawnego wpisu na tym blogu (nie liczę pobocznych wrzutek z cyklu „Fuckin’ Look At This Photograph”), a mówimy o archiwach obejmujących 12 lat radosnej twórczości (drugi to Drażen Petrović, a trzeci Terry Porter, choć możliwe, że o kimś jeszcze zapomniałem).

Czas więc nadrobić tę zaległość.

Tylko od czego by tu zacząć?

Może od momentu, który był kulminacyjnym punktem poprzedniego wpisu. Przypomnijmy – jest około minuty do końca trzeciej kwarty, trzeciego meczu finałów 1994. Anthony Bonner właśnie przerzucił swoją górę mięśni nad Robertem Horrym, kończąc kontratak wsadem. Knicks gonią wygrywających cały mecz Rockets, a dosłownie chwilę wcześniej na parkiecie pojawia się debiutant, wybrany niecały rok wcześniej z numerem 24 w drafcie, Sam Cassell.

Pochodzący z Baltimore i występujący w słynnym liceum Dunbar (to ta drużyna, w której jednocześnie grali Muggsy Bogues, Reggie Lewis, Reggie Williams i David Wingate) zdążył przez cały sezon zapracować na zaufanie Rudy’ego Tomjanovicha. Był pierwszym debiutantem, który wyszedł w pierwszej piątce Rakiet jako point guard od rozgrywek 1979/80, rzucał prawie po 7 punktów i rozdawał niecałe 3 asysty w każdym meczu oraz pobił rekord klubu pod względem trójek trafionych przez debiutanta (co prawda było ich tylko 26, ale to były takie czasy… a rekord pobił trzy lata później Matt Maloney ze 154 celnymi rzutami i dopiero Jalen Green w 2022 roku poprawił ten wynik o 3, choć trzeba pamiętać, że w czasach Maloneya, linia była bliżej kosza). W siódmym, decydującym meczu drugiej rundy z Phoenix Suns w 1994, Cassell miał 22 punkty i 7 asyst, trafiając 8 z 12 rzutów (podstawowy backcourt, Kenny Smith i Vernon Maxwell, zmarnował wówczas 15 z 22 prób rzutu). W drugiej połowie sezonu trener zwykł sadzać Smitha na ławkę w czwartych kwartach i dawać szansę nieustraszonemu debiutantowi z wyraźną smykałką do wielkich momentów.

Nie inaczej było w Game 3, gdzie Sam spędził na boisku ostatni kwadrans. Gdy wszedł, Houston było w trakcie obsranka. Przez dziesięć i pół minuty nie trafili żadnego z 12 rzutów z gry i dopiero akrobatyczny wjazd pod kosz Cassella przerwał tę złą passę, akurat wtedy, gdy Knicks zbliżyli się na dwa punkty. Gospodarze mozolnie odrabiali straty, aż wreszcie, na mniej niż 3 minuty przed końcem, po rzucie z półdystansu Patricka Ewinga, wyszli na pierwsze prowadzenie, 82:81.

Pat miał fatalną skuteczność w tym meczu (9-29) i w skali całej serii (36.3%), ale zdobył te i później jeszcze dwa ważne punkty, co i tak było większym wkładem w crunch time niż w pierwszych trzech meczach finałów dał rywalom Hakeem Olajuwon – jego skuteczność z gry w czwartych kwartach to 0-4 w Game 1 oraz 1-4 w Game 2 i 3.

Może właśnie dlatego – w kluczowym momencie spotkania, przy dwupunktowym prowadzeniu Knicks i zegarze zbliżającym się do pół minuty – Hakeem nie forsował rzutu i po nieudanej próbie zrzucenia z siebie Ewinga, oddał piłkę na obwód, do niepilnowanego Sama Cassella, którego na chwilę stracił z oczu Derek Harper. BANG! i prowadzenie gości na 32 sekundy przed końcem.

Dziś mówi się, że to był game winner, choć to nie były ostatnie punkty meczu i trzeba było jeszcze czterech trafień z rzutów wolnych, żeby utrzymać zwycięstwo. Wszystkie one były autorstwa Sama Cassella. Po stracie Knicks (ruchoma zasłona Ewinga) i taktycznym faulu, rookie z zimną krwią zwiększył prowadzenie Rockets do 91:88. Na trzy sekundy przed końcem, Olajuwon sfaulował rzucającego za trzy Johna Starksa, ale wtedy należały się za to jedynie dwa osobiste. John pierwszy trafił, a drugi umyślnie spudłował, ale najwyżej podskoczył Otis Thorpe, biorąc od razu czas. Po wznowieniu piłka znowu trafiła do Cassella, ten znowu został wysłany na linię rzutów wolnych i znowu, żeby Houston było bezpieczne, musiał trafić dwukrotnie. Tak ustalił wynik na 93:89.

(Choć Olajuwon na sam koniec meczu zachował się baaardzo ryzykownie, dwa razy próbując blokować rozpaczliwy rzut za trzy Ewinga, który tylko zmniejszyłby rozmiary porażki, ale w przypadku kontaktu między zawodnikami i fartownego trafienia, dawał Knicks szansę na dogrywkę)

Cassell miał jeszcze większy wkład w drugie mistrzostwo (31 punktów w drugim starciu z Magic), a w swoim trzecim sezonie był już uważany za jednego z najlepszych zmienników w całej lidze. I wtedy Rakiety połasiły się na Charlesa Barkleya, a Sam Cassell rozpoczął odyseję. Najpierw trafił do Suns, gdzie zagrał 22 mecze. Potem powędrował do Dallas na 16 spotkań. Ostatecznie wylądował w New Jersey, gdzie wreszcie dostał prominentną rolę i już w pierwszym pełnym sezonie wprowadził podnoszących się z kolan Nets do playoffów 1997 (zakończonych szybkimi bęckami od Bulls, ale jednak).

Kolega klubowy, Kendall Gill, tak wtedy opisał to, co młody weteran miał do zaoferowania:

„Sam jest jak Star Trek. Dotarł tam, gdzie nie dotarł jeszcze żaden z nas. Ma dwa pierścienie mistrzowskie. Też chcemy tam się znaleźć.”

Sam Cassell jak Star Trek:

Także Sam Cassell jak Star Trek:

Otagowane

Anthony Bonner

Anthony Bonner

Fun Fact: Taką laurkę od Pata Rileya, nasz bohater dostał w końcówce sezonu 1993/94, w której swoją solidną grą pomógł Knicksom wygrać 15 kolejnych spotkań:

„Jest kwintesencją gracza do zadań specjalnych. […] Jeśli istnieje gracz, który uosabia nasz styl gry, jest nim Anthony Bonner.”

Seria zwycięstw zaczęła się od meczu, w którym Brylantynowy Pat przemodelował pierwszą piątkę, zastępując w niej Johna Starksa i Charlesa Smitha Hubertem Davisem i właśnie Bonnerem. Podpisany przed sezonem jako wolny agent, po trzech latach w Sacramento, Anthony dokończył sezon jako gracz podstawowego składu, opuszczając w międzyczasie tylko jeden mecz po wypadku samochodowym (w końcu przywalenie samochodem w drzewo nie mogło być dużo gorsze od przywalenia na treningu w Charlesa Oakleya).

W roli startera wystąpił też w pierwszych siedmiu starciach playoffowych. Niestety bójka Dereka Harpera i JoJo Englisha, po której rozgrywający nowojorczyków został zawieszony na dwa mecze (łagodna kara, jeśli weźmiemy pod uwagę, że szarpali się praktycznie siedząc na kolanach Davida Sterna), wymusiła na Pacie Rileyu zmianę pierwszej piątki w czwartym starciu półfinałów konferencji z Bulls. Greg Anthony zastąpił Harpera, a Starks i Smith wrócili do wyjściowego składu po raz pierwszy od dwóch i pół miesiąca.

I tak już zostało na resztę wiciemistrzowskiego runu, a Bonner z podstawowej piątki trafił niemal poza rotację.

Jasne, że Bonner był graczem ograniczonym ofensywnie, zwłaszcza grając na pozycji small forward (w rozgrywkach 1993/94, w meczach rozpoczętych od pierwszej minuty, miał średnie osiągi na poziomie 5.0 PPG w sezonie zasadniczym i 3.3 PPG w playoffs), a jego brak na boisku nie zachwiał jakoś szczególnie ich twardą defensywą, ale i tak dziwi mnie, że w ostatnich osiemnastu pojedynkach playoffów 1994, Riley skorzystał z „kwintesencji zadaniowca” i „uosobienia stylu Knicks”, tylko sześciokrotnie.

W finałach zagrał łącznie 11 minut w dwóch meczach, choć Riley zapowiadał jego powrót do rotacji. Pojawił się po raz pierwszy dopiero w końcówce trzeciej kwarty trzeciego meczu. Knicks byli w tamtym momencie mozolnie próbowali zmniejszać dwucyfrową stratę punktową. Gdy Bonner wszedł na parkiet, kibice MSG zgotowali mu bardzo głośne przyjęcie. Niecałą minutę później odwdzięczył im się jedną z najmocarniejszych akcji Knicks w tamtej serii:

(A potem przypomniał, że był najgorszym wykonawcą wolnych w drużynie, który trafiał je ze skutecznością 47%: podchodził aż trzy razy do bonusowego osobistego za faul przy wsadzie, bo gracze Rockets dwukrotnie zbyt wcześnie wchodzili w „trumnę”, i trzy razy spudłował).

Anthony został na kolejny sezon w Knicks i choć wrócił do okazjonalnych występów w pierwszej piątce i ogólnie spędzał na parkiecie średnio tyle samo minut, co rok wcześniej, to jego skuteczność spadła z 56.3% do 45.6%, a średnia punktowa z bardzo skromnych pięciu do przepraszających, że żyją trzech z ośmioma dziesiątymi. Choć czasami dwa z tych trzech punktów wyglądały tak:

W playoffach, które zakończyły się dla Knicks po jedenastu meczach, porażką 3-4 z Pacers, Bonner powrócił jednak na obrzeża składu. Pojawił się w sześciu pojedynkach, a jego średnia minut względem sezonu zasadniczego zmniejszyła się ponad trzykrotnie.

Skoro stawiający defensywę ponad wszystko Riley nie zawsze widział miejsce na parkiecie dla Bonnera, tym bardziej nowy trener Knicks, Don Nelson, nie próbował szukać dla niego roli. Jego kontraktu nie przedłużono, ale w grudniu 1995 roku, nasz bohater dostał ofertę pracy z Włoch. Virtus Bologna szukał skrzydłowego, po tym jak rękę złamał Orlando Woolridge. W 12 meczach, Bonner rzucał prawie 17 punktów, zbierał prawie 10 piłek i przechwytywał piłkę prawie 3 razy. Przepisy zabraniały mu występów w Eurolidze, dlatego tylko z ławki oglądał, jak skrzydłowy Realu Madryt, Amerykanin litewskiego pochodzenia, Joe Arlauckas, ustanawia współczesny rekord rozgrywek, rzucając 63 punkty (choć to Radivoj Korać jest bezsprzecznym rekordzistą wszech czasów różnych euroligowych iteracji – w sezonie 1964/65, w dwóch meczach jego OKK Belgrad ze szwedzkim Alviksem, rzucił 71 i 99 punktów). Po meczu Bonner poszedł na drinka z Arlauckasem i powiedział mu, że gdyby grał, to Joe „byłby na kolanach przed przerwą”, co jest anegdotą tak nieważną, jak idealnie pasującą do bonnerowego vibe’u. Anthony wrócił do Stanów przed fazą pucharową Serie A, bo pojawiło się miejsce w składzie Orlando Magic. Zagrał 4 razy w sezonie zasadniczym (10.8 MPG, 3.3 PPG, 4.8 RPG), 4 razy w playoffs (4.0 MPG, 0.8 PPG, 0.5 RPG) i tyle.

Jego kariera w NBA trwała tylko 5 pełnych sezonów. Mało, jak na speca od zbiórek i obrony, który odgrywał sporą rolę w jednej z najlepszych drużyn lat 90. W sam raz, jak na klasyczny przypadek skrzydłowego rozdartego między pozycjami z nieistniejącym repertuarem ofensywnym. Nie każdy jednak jest Dennisem Rodmanem.

Ja miałem słabość do Anthony’ego Bonnera jeszcze zanim dołączył do moich Knicks, bo jego karta Skyboxa była jedną z pierwszych kart koszykarskich jakie w życiu posiadałem. Co prawda upper deck w koszulce Knicksów był lepszą ilustracją dla tego wpisu, to nie odmówiłem sobie także zeskanowania karty, którą w wieku 10 lat obejrzałem z obu stron pewnie setki razy.

Anthony Bonner

Aha – z tyłu tej karty było napisane, że postacią, którą Anthony najbardziej chciałby poznać, jest Nelson Mandela.

Jestem pewny, że powiedziałby wtedy Mandeli coś w stylu „pamiętaj, że Twoje prawa człowieka kończą się wtedy, gdy zaczynam Cię kryć na boisku”.

Otagowane