Category Archives: Karty

Derrick Chievous

Derrick Chievous

Fun Fact: Choć w koszulce Kawalerzystów wystąpił w meczu NBA tylko 32 razy, Derrick Chievous był na tyle wyrazisty, że został sklasyfikowany przez Cleveland.com na piątym miejscu w rankingu najbardziej oryginalnych postaci w historii klubu.

Przed nim był tylko niesławny Ted Stepien, który handlował pickami w drafcie niemal z takim oddaniem, z jakim Shaquille O’Neal reklamuje swoje buty (można wręcz powiedzieć, że na początku lat 80. picki Cavs były dostępne, okazywały się jakościowe i zabawy z nimi było co niemiara), niejaki Gary Suiter, podkoszowiec, który podobno większość sezonu 1970/71 spędził na drzemkach, World B. Free, o którym można powiedzieć wiele, ale w sumie wystarczy powiedzieć, że nazywa się World B. Free oraz legendarny trener Bill Fitch. Ex aequo z Chievousem sklasyfikowano z kolei Mela Turpina, którego walka z nadwagą była tak beznadziejna, że można by go porównać do Syzyfa, gdyby nie to, że posturą znacznie bardziej przypominał toczony przez niego głaz.

Czym zapisał się w pamięci autora rankingu Derrick?

Wymienia on parę powodów, z których najzabawniejsze jest zakładanie koszulki kolegi z drużyny i leżenie pod jego szafką w szatni, bez żadnego powodu, oraz poproszenie bardzo białego człowieka, Paula Mokeskiego o jego buty z autografem, a potem założenie ich na mecz, mimo że były za duże.

(Jeśli chodzi o tę drugą opowieść, to inne źródła – a konkretnie The Akron Beacon Journal z lipca 1990 – potwierdzają, że grał kiedyś w butach podpisanych przez Mokeskiego, ale nie mówią, że były to wielkie buty centra Cavs. Wspominają za to, że kiedyś grał z czterema wkładkami w obuwiu, bo uznał, że zrobiło się zbyt „miękkie”.)

Popisowym numerem małego skrzydłowego były jednak plasterki, które naklejał sobie przed każdym spotkaniem – nawyk, który zaczął się w szkole średniej, po tym, jak dorobił się rozcięcia nad brwią. Praktycznie nie znajdziecie tekstu o Derricku bez wzmianki o jego znaku rozpoznawczym. Długo zanim dzieciaki jarały się plasterkiem Penny’ego Hardawaya, kibice na meczach Uniwersytetu Missouri oklejali się na cześć Chievousa.

Choć dziennikarze ze stanu Ohio z pewnością doceniali obecność w drużynie tak barwnej postaci, to jednak Kawalerzyści – do których trafił w lutym 1990 roku z Houston Rockets za trzy drugorundowe picki – dali sobie z nim spokój w połowie rozgrywek 1990/91, a Derrick miał już nigdy więcej nie wystąpić w meczu NBA.

To był dość nagły koniec kariery, jak na gościa, który był gwiazdą NCAA, a przez pierwszy miesiąc w NBA wyglądał, jak jeden z najbardziej obiecujących młodych zawodników.

Wybrany z szesnastką draftu 1988, Chievous był przez pewien czas drugim strzelcem Rakiet, za Hakeemem Olajuwonem. W pierwszych ośmiu meczach zdobywał z ławki średnio po 17.4 punktu (w tym 27, 22 i 21 punktów w trzech kolejnych, wygranych starciach). Z czasem jednak było co raz trudniej i o minuty, i o punkty. Był to efekt tego, że trenerzy przeciwników zobaczyli, że nie robi nic więcej poza wjazdami pod kosz, a trenerzy Rockets – że, faktycznie, nie robi nic więcej poza wjazdami pod kosz, a do tego zbyt dobrze nie broni.

Do tego dochodziła jego specyficzna osobowość oraz wyprzedzająca go reputacja dziwaka – artykuł o nim w Sports Illustrated zaczyna się od spotkania z autorem w knajpce i wsypania przez koszykarza do herbaty 25 saszetek cukru. Inny artykuł na jego temat – opublikowany w Chicago Tribune w grudniu 1987 roku – skupia się z kolei na jego zamiłowaniu do naśladowania głosu i ruchów znanych osób oraz kolegów. Jego głupawe poczucie humoru i ocierająca się o arogancję pewność siebie, powodowały, że znacznie trudniej było mu zdobyć zaufanie szkoleniowców.

I choć coach Teksańczyków, Don Chaney, twierdził, że ma „złoty charakter” i jest „dobrą osobą”, to jednocześnie dodawał: „nie próbuję zrozumieć Derricka, bo jestem bliski szaleństwa, gdy muszę go słuchać dłużej niż minutę lub dwie”.

To wszystko były jednak wypowiedzi z okresu miesiąca miodowego. Później Chaney mówił już raczej, że „Derrick nie ma pojęcia na czym polega bycie dobrym graczem NBA” i, że „musi dorosnąć” oraz „jak najszybciej pozbierać kawałki swojego strzaskanego ego”, co rzuca trochę więcej światła na okoliczności szybkiego zakończenia jego ligowej kariery.

Do tego warto wspomnieć, że Chievous chyba aż tak się koszykówką nie jarał.

Jego młodzieńczym marzeniem było zostanie komentatorem sportowym. Uczelnię wybierał kierując się nie poziomem sportowym i rolą w drużynie, a poziomem kierunku dziennikarskiego. Niestety ten w Missouri okazał się odrobinę zbyt wysoki, bo Derrick ostatecznie nie dostał się na upragniony wydział i musiał zadowolić się socjologią oraz zdobywaniem doświadczenia podczas nagrywania własnych segmentów do programu telewizyjnego, prowadzonego przez jego trenera uniwersyteckiego, Norma Stewarta (z którym zresztą, podobnie jak później z Donem Chaneyem, też się niezbyt dogadywał).

Gdy jeszcze trwał ten jego niezwykle udany pierwszy miesiąc w NBA, Chievous powiedział Jeffowi Gordonowi z St. Louis Post, że dziesięcioletnia kariera w lidze jest nie dla niego i planuje ją zakończyć po sześciu i potem być jak Marv Albert.

Cóż, sześcioletni plan zrealizował tylko w połowie, a i tych dziesięciu lat nie udało się uniknąć, bo właśnie przez tyle czasu, łącznie z występami w ligach zagranicznych, był zawodowym koszykarzem. Marzenia o dziennikarstwie też zostały zweryfikowane przez rzeczywistość.

Na sportowej emeryturze, Derrick osiadł ostatecznie w stanie Missouri i znalazł wspaniały sposób na pożytkowanie swojej energii. W mieście Columbia przez kilkanaście lat pracował dla Woodhaven, organizacji non-profit, pomagającej dorosłym z niepełnosprawnościami intelektualnymi i rozwojowymi.

Jeszcze w latach 90., gdy szukał szansy na powrót do NBA, przebąkiwał, że chyba nie zrobił wszystkiego, co mógł, by się w niej utrzymać. Cóż – każdy popełnia błędy, ale nie każdy ma na nie tak mały margines, jak sportowiec. Oto np. cała drużyna Missouri Wildcats, w tym Derrick i jej trener, popełniająca największy błąd swoich żyć, którym było nagranie utworu hiphopowego:

Potrzebuję plasterków na uszy.

Postaw kawę
Otagowane

Patrick Ewing

Patrick Ewing

Fun Fact: Pewnie już wiecie, że wydawnictwo SQN wydało polską wersję „Blood In The Garden”, Chrisa Herringa. Książkę skończyłem właśnie czytać w oryginale i uważam, że to bardzo kompetentne opracowanie, poruszające wszystkie najważniejsze wątki związane z jedną z najważniejszych drużyn jednego z najważniejszych okresów w historii ligi NBA.

Jako fan New York Knicks, cieszę się, że dzięki tej książki postaci z tamtych lat staną się, także dla młodszych kibiców, bardziej trójwymiarowe (nawet jeśli w tymże trójwymiarze musiałem przeżyć jeszcze raz te wszystkie bolesne porażki i wyobrażać sobie wzwód Xaviera McDaniela).

Jako fan New York Knicks, czuję się też, niestety, urażony.

Bo, czy naprawdę na okładce książki o New York Knicks trzeba było umieścić zdjęcie Michaela Jordana?

To nawet nie jest zdjęcie Jordana ORAZ Patricka Ewinga. To przede wszystkim zdjęcie Jordana, bo to jego twarz jest lepiej widoczna, to jego oczy i emocje widzimy.

Serio?

Nie było zdjęć samego Ewinga? Albo, nie wiem, kilku zawodników w koszulce Knicks, skoro to książka o drużynie?

Dla porównania wrzucam zdjęcie wydania amerykańskiego:

Blood in the Garden

Jeśli wydawnictwo uważa, że to taka mało rozpoznawalna postać, ten Patrick Ewing, a Knicks mają w Polsce mało fanów, to może po prostu trzeba było wydać kolejną książkę o Bulls? Tylko jeśli teraz faktycznie wydadzą coś o Bykach, to – w ramach zadośćuczynienia – oczekuję takiej okładki:

John Starks

A jak wyjdzie kiedyś biografia Reggie’ego Millera, to liczę, że SQN umieści gdzieś w widocznym miejscu ten cytat z Johna Starksa, który znajdziecie w książce Herringa, a który padł niegdyś w rozmowie z dziennikarzem po meczu sezonu zasadniczego z Pacers w 1995 (tłumaczenie moje na bazie oryginalnego wydania, nie wiem jak to leci w polskiej wersji):

„Odetnę Millerowi fiuta i zmuszę, żeby go zjadł”

Jeśli lektura „Blood in the garden” dopiero przed Wami, to pamiętajcie, aby puścić sobie w jej trakcie ten utwór:

Postaw kawę
Otagowane , , ,

Keith Van Horn (i karty rookie wyglądające jak z thrillera)

Keith Van Horn

Fun Fact: Keith Van Horn ma sporo dziwnych kart debiutanckich, w tym kilka, które kojarzą mi się ze strasznymi filmami i serialami. Powyżej macie „Milczenie owiec”, a poniżej „Podpalaczkę”…

Keith Van Horn

…”Z archiwum X”…

Keith Van Horn

…i, na upartego, „Ukryty wymiar”:

Choć warto odnotować, że Keith Van Horn zaliczył też epizod na karcie rookie wyglądającej jak z ninetiesowej komedii familijnej (zdjęcie, niestety, nie moje tylko z reddita)…

…i w kampanii reklamowej, która właściwie też była komedią familijną.

Postaw kawę
Otagowane

Shane Heal

Shane Heal

Fun Fact: W poprzednim poście pisałem o frustrującym początku przedolimpijskich sparingów reprezentacji USA w 1996 roku, czyli trudnym meczu z Select Team, w którego połowie kadrowicze przegrywali siedemnastoma punktami, ostatecznie wygrywając go ledwie 96:90. Wspomniałem także o ciągu dalszym – dwóch bardzo przekonujących zwycięstwach z kolejnymi rywalami, Brazylią i Chinami, które trochę uciszyły krytyków trzeciego Dream Teamu.

Czwartym przeciwnikiem Amerykanów była jednak Australia, która znowu zepsuła wszystkim humory.

Wynik meczu nie miał tu większego znaczenia. Gracze NBA po kilku minutach wyrównanej gry odskoczyli na kilkanaście punktów i pilnowali bezpiecznej przewagi przez całą drogę do zwycięstwa 118:77, ale kosztowało ich to sporo sił i jeszcze więcej nerwów.

Boomers bowiem nie dali się zdominować fizycznie rywalom i na ich twardą obronę odpowiedzieli nieustępliwością. Kibice w Salt Lake City, liczący na jednostronny Mecz Gwiazd, pełen kontrataków kończonych efektownymi zagraniami, dostali przepychankę, w której USA musiało wyszarpywać każdy punkt. Już mniej więcej w połowie pierwszej części gry, Karl Malone, po zderzeniu ze stawiającym zasłonę Andrew Vlahovem, uderzył go przedramieniem w szczękę i panowie przez krótką chwilę wzięli się na klaty. Nikt jednak tego dnia nie był bardziej sfrustrowany niż Charles Barkley, który parę minut później trafił ramieniem Andrew Gaze’a i ściągnął go bezpardonowo do parteru podczas walki o zbiórkę. Potem niebezpiecznie podciął rzucającego za trzy Shane’a Heala, który doskoczył do Chuckstera, rzucając mu w twarz stek wyzwisk i sprzedając bodiczka. Niewiele później, podczas przerwy w grze, Heal i Barkley złapali się za koszulki, ale sytuację szybko załagodzono.

Nie wiem, czy Krągły Pagórek Zbiórek wiedział, że Australijczyk trenował boks, ale rozsądnie powstrzymał się od eskalacji.

Zanim jeszcze wybrzmiał gwizdek kończący połowę, można było zobaczyć lekką scysję między Shane’em i nakręconym Garym Paytonem. Wkurzony Sir Charles, schodząc na przerwę ułożył swoją dłoń w kształt pistoletu, wycelował i oddał strzał w Australijczyków (choć chyba wiadomo, w którego z nich konkretnie). Zrobił to centralnie przed kamerą TNT:

Charles Barkley

Amerykanie byli wkurzeni, że przeciwnik stawia opór, a Shane Heal dodatkowo ukradł im show.

Trafiał trójkę za trójką, oddając swoje rzuty nie tylko z dala od międzynarodowej linii rzutu z dystansu, ale i dobry krok od linii NBA-owej, nie bojąc się odpalać nawet z bocznych logo. Był jak Marty McFly przedstawiający rock’n’rolla licealistom w 1955 roku, bo ludzie mieli przywyknąć do takich popisów dopiero 20 lat później.

W całym meczu Heal zdobył 28 punktów i umieścił w koszu 8 z 12 rzutów za trzy.

Na rewanż nie trzeba było długo czekać. Australia i USA spotkali się w półfinale turnieju olimpijskiego i znów stoczyli twardy bój, wobec którego wynik – 101:73 – ponownie nie był sprawiedliwy.

Choć Boomers przegrali mecz o brązowy medal z Litwą, byli i tak autorami największego sukcesu w historii basketu na Antypodach. Shane miał przeciw Stanom 19 punktów i 4 trójki (na 8 prób). Z Barkleyem tym razem się nie poprztykał, za to po latach wspominał, że uwziął się na niego Payton, trajkocząc mu do ucha różne głupoty i groźby od pierwszej wspólnej minuty na parkiecie. Heal też miał dla niego parę słów:

„Koleś, jak już dostaniesz te swoje 89 milionów dolarów [ze świeżo podpisanego przedłużenia kontraktu z Sonics – przyp. red], to w pierwszej kolejności kup sobie rzut z wyskoku.”

Gdy 26-letni Shane – który parę miesięcy wcześniej nie pojawiał się w notatniku żadnego ze skautów z NBA, a teraz miał oferty pracy od sześciu klubów – trafił w końcu do najlepszej ligi świata, Gary czekał. Jeśli tylko pokrył im się czas gry – co nie było aż tak częste, bo Timberwolves wystawiali Australijczyka średnio tylko na 5.5 minuty w 43 spotkaniach – Payton szybko wracał do przerwanego w Atlancie trash-talku.

Ale i tym razem Shane Heal miał ciętą ripostę:

(Tak, na blogasku była już mowa o tym meczu, ale to było w czasach, gdy nie posiadałem żadnej karty Shane’a Heala i musiałem dokonać wrogiego przejęcia posta o Terrym Deherze)

Podczas wyjazdu na mecz do Houston, gdy czekał na windę hotelową, usłyszał nagle, że ktoś krzyczy do niego „Aussie!” – okazało się, że to Charles Barkley, z którym uciął sobie następnie miłą pogawędkę. Jeśli Heal śledził wywiady z Sir Charlesem po ich olimpijskim pojedynku, to wiedział jednak, że jego irytacja ze sparingu szybko przerodziła się w szacunek. Zapytany o Shane’a, Chuckster powiedział wówczas, oczywiście z wrodzoną niezdolnością do nie wbicia komuś szpili:

„Ten mały dzieciak jest twardy. Mam nadzieję, że zagra w NBA. Nie ma za grosz zdrowego rozsądku, więc będzie doskonale pasował do tych wszystkich JR Riderów.”

Niestety zdrowego rozsądku zabrakło Healowi po pierwszym sezonie w USA, gdy sfrustrowany grzaniem ławy oraz kontuzją łydki, złapanej po udanych występach w lidze letniej, poprosił Wolves o unieważnienie trzyletniego kontraktu.

Choć klub namawiał go na spokojną rehabilitację (miała potrwać cztery miesiące) i obiecywał szansę na wejście w rolę drugiego point guarda, zniesmaczony Australijczyk o zerowej cierpliwości chciał natychmiast wrócić do ojczyzny, także ze względu na żonę i dwójkę malutkich dzieci, które niezbyt dobrze czuły się w Minneapolis.

Ten jeden raz Shane nie podjął rzuconej rękawicy i w wywiadach przyznaje, że to był błąd. Nie cofał się w końcu ani przed Barkleyem, ani przed Paytonem, ani przed Kevinem Garnettem, który kiedyś na treningu rzucił go w plecy spaldingiem, a Heal złapał piłkę, pobiegł za KG i z całej siły cisnął nią w jego twarz. Nie cofnął się też w 2000 roku przed Vince’em Carterem, bo, widzicie, sparingi USA-Australia nie mogły tak po prostu nie flirtować z przemianą w barową bijatykę.

Kto odciągnął Cartera od Heala?

Oczywiście Kevin Garnett. On wiedział najlepiej, że z nim nie warto zaczynać.

Kto był blisko całego zajścia (widać to wszystko lepiej w dłuższym fragmencie transmisji z tamtego meczu), ale gdy wmieszał się w nie Heal, nagle zniknął? Gary Payton. Dla niego także, to nie było pierwsze rodeo z gościem o tlenionych włosach i ksywie „The Hammer”.

Postaw kawę
Otagowane ,

Brevin Knight

Brevin Knight

Fun Fact: 28 lat temu koszykówka amerykańska była w tym samym momencie cyklu – jej męska reprezentacja złożona z graczy NBA przygotowywała się do występu na igrzyskach olimpijskich.

Elementem tego procesu było pokazowe tournée, w ramach którego Dream Team numer trzy, miał rozegrać pięć sparingów. Przeciwnikiem w pierwszym z nich był USA Select Team złożony z graczy uniwersyteckich.

Brevin Knight, którego dość mocno ninetiesowa karta (z być może rekordową liczbą piłek do kosza wciśniętych w projekt graficzny) ilustruje ten wpis (dla miłośników liczb palindromicznych dodam, że jest to wpis numer 1001), był podstawowym rozgrywającym tamtego zespołu. Pierwszy skład uzupełniali Tim Duncan, który miał wyrosnąć na być może najlepszego power forwarda wszech czasów, Austin Croshere, który zostanie Keithem Van Hornem klasy średniej, Anthony Parker którego kariera w NBA tak naprawdę zacznie się dopiero, dziesięć lat później oraz Shea Seals, który jest bardziej znany fanom łamaczy językowych niż fanom koszykówki.

Na ławce były jeszcze takie postaci, jak Paul Pierce, Chauncey Billups, Maurice Taylor czy Brian Skinner, ale też tacy ziomkowie, jak Geno Carlisle, Sam Okey czy Peter Lisicky, który przed meczem powiedział, że jego koszmarnym scenariuszem byłoby nie zdobycie żadnego punktu w tym sparingu, a potem nie zdobył żadnego punktu, dziewięć lat później zagrał w Anwilu Włocławek, a w 2019 roku wrzucił na YouTube transmisję z meczu.

Wymienię też pozostałych młodzieżowców, których trener Mike Montgomery posłał tamtego dnia w bój, żeby jednak nazwisko Tima Duncana nie przesłoniło nam faktu, że Select Team wszedł na boisko Palace of Auburn Hills jako mięso armatnie: Toby Bailey, Cory Carr, Tim Young, Louis Bullock.

Wtem, jakieś sześć minut po pierwszym gwizdku, dzieciaki prowadziły 24:12. Choć Dream Team uskutecznił w późniejszej części pierwszej połowy pogoń 20:5, to potem rywale zaaplikowali im do szatni 20 punktów tracąc tylko dwa. Gracze NBA przegrywali do przerwy 17 punktami.

Szalał Shea Seals (spróbujcie sobie szybko przeczytać te trzy słowa), trafiając trójki, w tym jedną, już w drugiej połowie, z boku, przez ręce, o tablicę i kończąc spotkanie z dorobkiem 20 punktów na skuteczności 8-11 z pola i 4-5 za trzy. To była ostatnia ciekawa rzecz, jaką zrobił na boisku koszykarskim.

Choć początek drugiej połowy nie był jeszcze taki zły, to defensywa Dream Teamu w pewnym momencie stała się tak intensywna i fizyczna, że miało się wrażenie, iż co druga akcja kończy się przechwytem graczy NBA. Ostatnim podrygiem Selectów była ta dobitka Mo Taylora nad drzemiącym Olajuwonem:

Grający na uczelni Stanford, Brevin Knight, miał wielki wkład w udany, choć ostatecznie jednak nie zakończony zwycięstwem występ. Popisując się szybkością, penetracjami i dobrymi podaniami, uzbierał 8 punktów i 5 asyst przy tylko 2 stratach (a nie było łatwo ich uniknąć w drugiej połowie).

Nic dziwnego, że rok później był najwyżej wybranym rasowym point guardem w drafcie 1997, choć dopiero z szesnastym pickiem (pomijam tu czwartego w tamtym naborze Antonio Danielsa, który był raczej combo guardem) i miał całkiem solidną karierę jako maszynka do asyst i przechwytów, która jednak została stłamszona przez kontuzje (choć była wystarczająco pamiętna, by niejaki Prez A.C. nagrał hiphopowy utwór pod tytułem „Brevin Knight”).

Jej początek był na tyle obiecujący, że Converse zaoferował Knightowi kontrakt reklamowy, w ramach którego firmował dwa naprawdę ciekawe modele obuwia: Smooth, który ma chyba jeden z najbardziej zapomnianych na wskroś ninetiesowych super-cool-wow designów….

…oraz He:01 – pierwszy but koszykarski wypełniony… helem, z naprawdę zabawną reklamą, w której Knight wystąpił obok Johna Starksa i Jalena Rose’a:

A wracając do meczu z 6 lipca 1996 roku.

Wynik końcowy, 96:90 dla reprezentacji Stanów Zjednoczonych, niewiele zmienił w ocenie jej występu. Wszyscy zwracali uwagę, że była to najniższa wygrana zespołu o ksywie „Dream Team” w historii i może nie „żenada, kompromitacja, hańba, frajerstwo, nie wracajcie do domu”, ale jednak powód do wstydu dla rozpieszczonych międzynarodową dominacją sportowców. USA wyżyło się w dwóch kolejnych meczach, pokonując Brazylię i Chiny łącznie 102 punktami i koniec końców nie zawiodło oczekiwań w Atlancie, zdobywając złoto ze średnią przewagą ponad 31 punktów nad rywalami w 8 meczach (czyli ok. 13 punktów mniej niż Dream Team i 7 punktów mniej niż Dream Team II).

Postaw kawę
Otagowane

Charles Barkley

Charles Barkley
Charles Barkley

Fun Fact: Nie mogłem się zdecydować, która stylówka Krągłego Pagórka Zbiórek jest bardziej zjawiskowa, dlatego ten post ilustrują dwie karty. Łatwiej było mi wybrać temat tego posta, bo chciałem w nim uwiecznić jeden z najzabawniejszych, choć mniej znanych żartów Sir Charlesa.

19 kwietnia 1990, Philadelphia 76ers stawili się w Detroit na mecz z Pistons. Gospodarze mieli już zapewnione pierwsze miejsce w Konferencji Wschodniej, ale goście walczyli wciąż o wygranie Atlantic Division, co ostatnio udało im się siedem lat wcześniej. Obydwa zespoły wiedziały też, że ich losy mogą się za chwilę skrzyżować w playoffs. No i do tego wszystkiego po prostu się nie lubiły.

W ogniu było więc już wystarczająco dużo oliwy, ale Charles Barkley czuł się tego dnia wyjątkowo szczodrze. Dlatego przerwał przedmeczowe przygotowania, napisał krótki list, zawołał chłopca od podawania piłek i kazał mu zanieść go do szatni Tłoków.

Adresatem był Bill Laimbeer, a treść liściku brzmiała podobno:

„Drogi Billu,

pierdol się.

Z wyrazami miłości, Charles.”

Nic dziwnego, że tamten mecz zakończył się największą wówczas bójką w historii NBA, do której eskalacji doprowadził zresztą właśnie Charles Barkley, tym razem wysyłając Laimbeerowi pięściowy telegram prosto w twarz. To ta bójka, w której Billa pomścił Scott Hastings, uderzając po taniości Chuckstera, nie tylko przyszpilonego wtedy do ziemi, ale też odwróconego plecami. Już to robiłem w trakcie Tygodnia Scotta Hastingsa, ale raz jeszcze zalinkuję do opisu zdarzenia ze Sports Illustrated oraz do zapisu wideo zajścia.

A wszystko zaczęło się od krótkiej wiadomości od Barkleya do Laimbeera.

Powiem swoim dzieciom, że to był Twitter.

Postaw kawę
Otagowane ,

Latrell Sprewell

Latrell Sprewell

Fun Fact: Choć był przyzwyczajony do wyprowadzania ludzi z równowagi i roli „tego złego”, raczej nigdy nie spodziewał się takiej reakcji, nie w takiej sytuacji, nie ze strony osoby na takim stanowisku. To wtedy mogło dla niego nie mieć sensu, ale niespodziewanie, w pewnym stopniu, zyskało go siedem lat później.

Na początku października 1990 roku, Arn Tellem siedział w biurze Allana Bristowa, ówczesnego generalnego menadżera Charlotte Hornets, i negocjował z nim warunki debiutanckiej umowy Kendalla Gilla. Utalentowany zawodnik, wybrany latem z piątym numerem draftu, wciąż nie podpisał kontraktu, choć Szerszenie zaczynały już przygotowania do swojego trzeciego sezonu w historii.

Nic dziwnego, że Bristow był poddenerwowany.

Tellem, prawnik, który za parę lat miał stać się drugim najważniejszym agentem w NBA, zdążył już zasłynąć z bycia nieustępliwym i agresywnym.

Nic dziwnego, że Bristow zdenerwował się jeszcze bardziej.

Niespodziewane było jednak to, że w pewnym momencie, mierzący 200 cm Bristow zdenerwował się tak bardzo, iż chwycił mierzącego 165 cm Tellema za gardło i przycisnął go do ściany. Choć agent skończył w kołnierzu ortopedycznym i złożył skargę w biurze ligi, NBA ostatecznie w żaden sposób nie ukarała GM’a Charlotte, zadowalając się oficjalnymi przeprosinami i obietnicą pokrycia kosztów leczenia poszkodowanego.

4 grudnia 1997 roku, David Stern ogłosił, że zawiesza Latrella Sprewella na rok, dzień wcześniej dając błogosławieństwo jego klubowi na przedwczesne rozwiązanie jego kontraktu. Komisarz powiedział wtedy:

„Liga sportowa nie musi akceptować i dawać przyzwolenia na zachowania, które nie byłyby tolerowane w żadnym innym segmencie społecznym”.

„Pocałuj mnie w dupę” – albo coś w tym stylu, zapewne pomyślał sobie Arn Tellem, ówczesny agent Latrella Sprewella.

Dzień później związek zawodowy graczy NBA odwołał się od decyzji komisarza, choć pierwotnie jego prezydent, Billy Hunter, planował poprzeć każdą karę. Nie spodziewał się jednak aż takiego jej wymiaru i niebezpiecznego precedensu jakim było bezkarne zerwanie kontraktu.

Komentując zażalenie NBAPA, Tellem nie omieszkał wbić szpili „szeryfowi” Sternowi, który siedem jesieni wcześniej „zaakceptował” i „dał przyzwolenie” na zachowanie Bristowa, które na pewno nie byłoby „tolerowane w żadnym innym segmencie społecznym”. Choć nie usprawiedliwiał Latrella i powiedział, że musi ponieść odpowiedzialność za swoje zachowanie, to zdecydowanie sprzeciwiał się decyzji komisarza:

„Chcę tylko sprawiedliwości. Każda kara powinna być adekwatna do winy, a ta jest niedorzeczna. […] Próba pozbawienia człowieka prawa do pracy przez rok jest skandaliczna.”

A teraz wspomniana szpila:

„Ja wybaczyłem Allanowi. Działał w przypływie emocji. Popełnił błąd, ale miał możliwość dalszego wykonywania swojej pracy i zarabiania na życie. Sprewell też popełnił błąd. Dlaczego więc on nie może dalej zarabiać?”

Szkoda, że na końcu nie dodał „Latrell ma rodzinę do wykarmienia”, byłoby jeszcze śmieszniej.

Ostatecznie zdanie Tellema podzielił sędzia rozjemczy John Feerick, który 4 marca zarządził, że Warriors nie mieli prawa zerwać gwarantowanego kontraktu i muszą uhonorować wciąż zapisane w nim dwa lata, a NBA ma skrócić swoje zawieszenie z roku na pięć miesięcy (czyli do końca bieżącego sezonu).

David Stern skomentował tę decyzję nie bawiąc się w subtelności:

„Podstawową kwestią jest to, czy możesz dusić swojego szefa i zachować posadę. Teraz już znamy odpowiedź. Nie możesz dusić swojego szefa i nie stracić pracy, chyba że grasz w NBA i podlegasz jurysdykcji sędziego rozjemczego.”

Hej, David, zapomniałeś dodać, że poznałeś tę odpowiedź już w listopadzie 1993, ba – sam jej udzieliłeś, gdy nie zarządziłeś żadnej kary dla Alvina Robertsona, który dusił dyrektora do spraw personalnych Detroit Pistons, Billy’ego McKinneya. Król przechwytów został zawieszony przez klub do odwołania (i tak wtedy nie grał z powodu kontuzji pleców, zresztą o to właśnie poszło – McKinney obsztorcował go za opuszczanie sesji rehabilitacyjnych), ale już dwa tygodnie później został wytransferowany do Denver Nuggets. I tyle. Żadnego bana od ligi. Nawet żadnych oficjalnych przeprosin.

Z pewnością nazwiska Bristowa i Robertsona pojawiły się w trakcie ponad miesięcznych przesłuchań, prowadzących do decyzji Johna Feericka na korzyść Sprewella. Mogę się też założyć, że przebąknięto coś o Vernonie Maxwellu wbiegającym w trybuny żeby uderzyć kibica, ukaranym tylko zawieszeniem na 10 spotkań oraz o Dennisie Rodmanie kopiącym kamerzystę (11 meczów kary) i uderzającym „z dyńki” sędziego (6 meczów kary).

Żeby nie było: nikt nigdy nie bronił Latrella. No, może poza Rodem Stricklandem i burmistrzem San Francisco, który publicznie gdybał, czy może Carlesimo nie zasłużył sobie na duszenie. Nietrudno jednak zgodzić się z tymi, którzy twierdzili, że liga chciała zrobić ze Sprewella przykład. Ta kara nie miała na celu wymierzenia sprawiedliwości za akt przemocy podczas treningu (wcześniej liga reagowała głównie na wydarzenia w trakcie meczów), ale była wiadomością wysłaną wszystkim niepokornym gwiazdkom, których wpływu na wizerunek ligi, tak bardzo obawiał się David Stern. Ligi będącej o pół roku od ponownej utraty Michaela Jordana, dodajmy.

Rozumiem jednak także, dlaczego ta sprawa była inna.

Samo duszenie (choć koszykarz twierdził, że nie odciął trenerowi dopływu powietrza, czego dowodem miały być ślady paznokci na szyi PJ’a… „Jeśli kogoś dusisz, nie zostawiasz zadrapań, tylko robisz na szyi pręgi” – powiedział… ok, Spree), można by było dość łatwo zrzucić na karb chwilowej niepoczytalności (oraz tego, że Carlesimo zwykł zachowywać się jak buc). Ale fakt, że Sprewell dwadzieścia minut później znów rzucił się na trenera (któremu należy się kiwnięcie głową z uznaniem za to, że po pierwszym ataku nie przerwał treningu), był już działaniem z premedytacją (choć, znów, Latrell utrzymywał, że wcale go nie uderzył, że po prostu machał rękami, żeby opędzić się od próbujących go zatrzymać kolegów i przypadkiem otarł się pięścią o głowę szkoleniowca Warriors… ok, Spree). Tak czy siak, 68 meczów zawieszenia i 6,4 miliona straconych przez nie dolarów, wydaje się karą wystarczającą, a nie – jak pomstował Gary Peterson z „Contra Costa Times”„żałosnym, pozbawionym wdzięku upadkiem NBA” i „moralną zapaścią profesjonalnej koszykówki”.

Koniec końców przypadek Sprewella był nauczką i dla wszystkich koszykarskich łobuzów, i dla trenerów, którzy uważają, że wyzywanie i prowokowanie to akceptowalne metody treningowe (choć biorąc pod uwagę, że Carlesimo niemal natychmiast głównym celem swoich ataków uczynił bardzo grzecznego debiutanta, Adonala Foyle’a, to najwyraźniej nauczył się tylko tyle, że trzeba wybierać sobie przeciwników, którzy nie dadzą ci w mordę). A Sprewellowi opłacało się dać drugą koszykarską szansę. W Nowym Jorku wpasował się idealnie w zespół i poświęcił indywidualne statystyki w systemie Jeffa Van Gundy’ego. Symbolicznym momentem w jego drodze do odkupienia był wybór do All Star Game 2001 głosami trenerów.

Przełom 1997 i 1998 roku musiał kosztować sporo nerwów Arna Tellema, ale pewnie jedna rzecz go ucieszyła. W pierwszych dniach postępowania arbitrażowego, które miało zdecydować o losie Sprewella, Denver Nuggets zwolnili swojego prezydenta… Allana Bristowa.

A Tellem wbił jeden z gwoździ do jego trumny, twardo negocjując nowy kontrakt dla Antonio McDyessa. Bristow nie chciał mu dać satysfakcji i 100-milionowego kontraktu, dlatego oddał swojego jedynego wartościowego zawodnika do Phoenix Suns. Bez niego Nuggets byli tak słabi, że zaczęli sezon od bilansu 4-42, który pogrążył prezydenta.

Co prawda McDyess się wkurzył, że animozje między agentem i Bristowem wpłynęły na jego karierę i zwolnił Tellema latem 1998, ale Arn pewnie uważał, że było warto.

Postaw kawę
Otagowane

Rick Fox

Rick Fox

Fun Fact: Gdybyście mogli mieć urodę gwiazdy filmowej ALBO talent cenionego koszykarskiego zadaniowca w NBA, to co byście wybrali? Ulrich Alexander Fox wybierać nie musiał (może to i dobrze, bo nie popisał się wybierając które ze swoich dwóch imion powinien skrócić poprzez ucięcie pierwszego członu, i używać jako pseudonim boiskowo-sceniczny – przecież XANDER FOX to jak owoc upojnej nocy między bondowskim złoczyńcą i x-menem spędzonej w aucie z „Szybkich i wściekłych”).

Jego kariera aktorska jest zaskakująco bogata – IMDb wylicza aż 75 ról – i w zasadzie nadal trwa, choć nie dorównuje skrzętnie dokumentowanej przez plotkarskie media karierze zdobywcy serc niewieścich, która nawet bardziej niż występy na ekranie awansowała go do wyższych sfer showbiznesowych.

W wyższych sferach obracał się także na boisku. Zaczynał poważne granie w prestiżowym North Carolina University, został wybrany w drafcie przez Reda Auerbacha (choć pewnie Red nie ściągnąłby go do Celtics, gdyby nazywał się XANDER FOX), spędził pół kariery w Bostonie, a drugie pół w Los Angeles Lakers, gdzie jako prototyp gracza „trzy-i-dy” był ważnym elementem mistrzowskiej dynastii.

Trzeba jednak przyznać, że scenariusz jego koszykarskiego życia był czasem jak z jego filmu „Windykatorzy”…

(Kilka moich ulubionych wyimków z recenzji „Windykatorów” na IMDb: „Myślałem, że widziałem już najgorszy film na świecie, dopóki nie zobaczyłem tego”, „Kiedy zabójcy grożą facetowi, który jest winien mnóstwo pieniędzy, słyszymy optymistyczną muzykę cyrkową. Dużo saksofonu. Nie sądzę, żeby mieli duży budżet muzyczny.”, „Ten film sprawia wrażenie filmu porno, tylko bez porno”, „To bez wątpienia najlepszy film kryminalny wszech czasów. […] Jeśli masz wystarczająco dużo pieniędzy, sugerowałbym wytatuowanie słów ‚Windykatorzy’ na swoim czole i na czołach swojego potomstwa. Następnie wskocz do samolotu do jakiegoś kraju trzeciego świata, szerząc jego przesłanie wśród chorych i głodujących.”)

Do Bostonu trafił akurat wtedy, gdy rozpadała się tamtejsza wielka trójka. Larry Bird odszedł po jego debiutanckiej kampanii, po drugim roku zmarł Reggie Lewis, a Kevin McHale zakończył karierę, po trzecim klub zmienił Robert Parish. Najlepszy indywidualnie sezon rozegrał w najgorszym sezonie Celtów w historii (15 zwycięstw w rozgrywkach 1996/97, zwanych także „erą Bretta Szabo„). Choć przejście do Lakersów otworzyło mu drogę do tytułów, to tamtego lata tak naprawdę chciał zostać w Bostonie, ale Rick Pitino najpierw dogadał się z nim w sprawie nowego kontraktu, a potem, ni z tego, ni z owego, zrzekł się jego praw Birda w imię ściągnięcia do składu Travisa Knighta (choć Pitino nadal obiecywał Foxowi kontrakt, to w takiej sytuacji jego podpisanie byłoby legalne dopiero 90 dni później, co było zbyt ekstremalnym testem zaufania dla naszego bohatera). Ba, nawet w Mieście Aniołów, gdzie doczekał się wymarzonego mistrzostwa, musiał nie raz wywracać oczami, jako trzeci kapitan i rozjemca między nieustannie skonfliktowanymi Shaquille’em O’Nealem i Kobe’em Bryantem.

Reasumując: nie wszystko szło po jego myśli. A do tego był raczej wolny, ze ślamazarnym rzutem, przy którym prawie nie odrywał nóg od parkietu, zdarzało mu się co prawda zrobić tak….

…ale ogólnie raczej rzadko przyciągał uwagę. Nie był w niczym bardzo dobry, ale znalazł dla siebie niszę nie najgorszego strzelca z dystansu, który dzięki sile i nieustępliwości, stał się niewygodnym dla rywala defensorem. Oczywiście taką rolę wymuszało wychodzenie w pierwszej piątce z Shaqiem i Kobe’im, ale brawo za odnalezienie się w niej bez gwiazdorzenia i położenie podwalin pod archetyp zawodnika, który przez, mniej więcej, ostatnie 15 lat jest jednym z najbardziej pożądanych. Dodatkowo, choć często lekceważony jako przystojniaczek, był dyskretnie twardzielem, który nie tylko wyginał kosze…

…ale nie bał się narazić żonie Douga Christie.

A wracając do kariery aktorskiej, to zdecydowanie jego najgorszą produkcją był występ w reklamie producenta sprzętu komputerowego w 1994 roku:

Nie zacytuję tutaj żadnej recenzji, ale sam za siebie mówi fakt, że od 1994 roku datuje się początek upadku AST Computer.

Postaw kawę
Otagowane

Rod Strickland

Rod Strickland

Fun Fact: Tak naprawdę, to Rod Strickland wcale nie był graczem niedocenianym, przeoczonym w erze obfitej w klasowych point guardów, czy skrzywdzonym.

Wszyscy wiedzieli, że jest świetnym zawodnikiem – w końcu wybrano go kiedyś do All-NBA 2nd Team.

Po prostu nikt go nie lubił.

Na pierwszy trening w NBA spóźnił się już jako debiutant i to jeszcze w preseason. Z czasem ich opuszczanie stało się jego numerem popisowym. Z niektórymi trenerami wchodził w otwarte konflikty, pozostałych frustrował swoją chimerycznością. Przez dwa lata grał dla PJ’a Carlesimo i można się łatwo domyślić jaką katastrofą były ich relacje.

Aż dziwne, że Rod nie uprzedził Latrella Sprewella, który podczas treningu próbował udusić Carlesimo.

Pewnie tylko dlatego, że Rod na treningi nie chodził.

(Oczywiście, po incydencie z Latrellem był pierwszym, który stanął w jego obronie. Tryumfalnie obwieścił wtedy, w nawiązaniu do własnych spięć z Carlesimo, że „wszyscy myśleli, że to była tylko moja wina, ale widać, że chyba nie”).

Rod poza boiskiem pił, bił (w tym kobiety, a czasem łamiąc przy tym rękę) a raz nawet – rzekomo – obnażył się w hotelowym korytarzu (tę sprawę ostatecznie oddalono).

Reasumując: kto miał niby zagłosować na jego udział w Meczu Gwiazd (w którym nigdy nie zagrał i co do dziś służy za dowód na rzekomy brak szacunku wobec jego dorobku)? Kibice drużyn, które notorycznie zawodził? PJ Carlesimo i inni trenerzy?

No nie.

Choć powinni.

Mimo że można długo wyliczać błędy popełnione przez Stricklanda w swojej karierze, to wśród boiskowych, zdecydowanie największym pozostaje zagranie z ostatnich sekund siódmego meczu drugiej rundy playoffs w 1990 roku.

To był sezon, w którym pod wodzą Larry’ego Browna, napędzani historycznym sezonem debiutanckim Davida Robinsona, Spurs poprawili się o 35 zwycięstw względem poprzednich rozgrywek i byli rozstawieni z dwójką na Zachodzie. Starcie z Blazers w półfinale konferencji było bardzo zacięte. Przy stanie 2-2, Ostrogi przegrały mecz numer 5 po dwóch dogrywkach, a na 33 sekundy przed końcem doliczonego czasu gry w decydującym starciu, remisowały na wyjeździe 103:103.

I wtedy Rod Strickland zdecydował się podać bez patrzenia, nad głową, w miejsce, w którym nie było Seana Elliotta.

Następnie złapał szóste przewinienie, faulując biegnącego samotnie na kosz Clyde’a Drexlera od tyłu, co kwalifikowało się wówczas do miana przewinienia niesportowego, karanego rzutami i piłką z boku. Choć Spurs mieli jeszcze w tym meczu szansę na wyrównanie (na 5 sekund przed końcem przegrywali trzema punktami i mieli piłkę, ale stracili ją podczas próby rozpoczęcia gry z autu), błąd Stricklanda w dużej mierze przekreślił szanse na awans do finału konferencji i zmierzenie się z Phoenix Suns, którzy z pewnością nie byliby przeszkodą nie do pokonania w drodze do finałów.

Jak się miało okazać, ówczesny drugoroczniak nie dostanie już drugiej szansy na podobne sukcesy. Pozostałe 9 kampanii playoffowych, w których brały udział jego drużyny, zakończył na pierwszej rundzie. To akurat trudno zwalać na samego Stricklanda, ba, 11 występów w postseason w karierze oznacza, że drużyny z nim w składzie często były solidne. Można się jednak zastanawiać, czy jego podejście nie hamowało rozwoju jego zespołów, a bycie „gorącym kartoflem” nie pozbawiało go możliwości dłuższego zagrzania gdzieś miejsca i doczekania lepszych czasów. Gdyby został w Knicks albo, później, w Spurs, byłby najlepszym point guardem jaki w latach dziewięćdziesiątych grał w tych drużynach i być może brakującym elementem obydwu układanek.

Otagowane

James Robinson

Fun Fact: Pisałem ostatnio o trzypunktowych rekordach-ostańcach z lat 90. i mam dla Was kolejny: jednym z liderów wszech czasów Minnesoty Timberwolves pod względem największej liczby trafień z dystansu w jednej kwarcie meczu, jest James Robinson. Ta liczba to 6 i oprócz „Hollywooda”, taki wynik przypadł też w udziale D’Angelo Russellowi i, dwukrotnie, Malikowi Beasleyowi. Oni jednak dokonali tego w erze, w której zawodnicy z piłką za linią rzutu trzypunktowego oraz obręcz kosza są jak, odpowiednio, komandosi z „Predatora” i dżungla z „Predatora”…

…a dodatkowo Russell i Beasley byli w tamtych starciach podstawowymi graczami, a Robinson pojawił się na boisku dopiero, gdy jego drużyna zaczynała czwartą kwartę z 30 punktami pod kreską. Ostatecznie spędził na boisku raptem dziewięć i pół minuty, trafiając 6 z 7 trójek, 1 z 2 rzutów wewnątrz łuku i 3 z 3 osobistych. Dzień później były Sylwestry 1996, podczas których strzelano mniej. Poprowadził niespodziewaną szarżę, która w pewnym momencie zmniejszyła przewagę rywali z Cleveland do sześciu punktów (ostatecznie Kawalerzyści wygrali 108:96).

Ale ja nie o tym.

Ja o innym wystrzale Jamesa, który miał miejsce niemal równo 11 miesięcy wcześniej… i dwa miesiące później niż jeszcze inny jego wystrzał – buzzer-beater/game-winner w meczu z Lakers:

Ja o sytuacji, w której Robinson, wówczas rezerwowy Portland Trail Blazers, zaczął się kłócić na treningu z innym Robinsonem – Cliffordem. Spór przybrał na sile w szatni i nie skończył się nawet, gdy panowie rozebrali się i ruszyli pod prysznice. Wtedy do wyzwisk dołączyły rękoczyny. W szamotaninie, Wujek Cliffy uszkodził sobie lekko łokieć, a nasz dzisiejszy bohater skaleczył się w czoło. Tak bardzo się rozzłościł, że złapał za to, co było pod ręką i cisnął w kolegę z drużyny.

Pech chciał, że #1: tym czymś była wiadro z… fugą.

Pech chciał, że #2: nie trafił w Cliffa, tylko w dziennikarza.

O CO CHODZI Z BÓJKAMI KOSZYKARZY NBA I MATERIAŁAMI BUDOWLANYMI???

James Robinson atakujący Cliffa Robinsona wiadrem z zaprawą dołącza do Latrella Sprewella ganiającego Jerome’a Kerseya ze sztachetą oraz Johna Battle’a, który również chwycił za kawał deski, by porachować kości George’a McClouda.

Postaw kawę
Otagowane