Fun Fact: Mało kto był kiedykolwiek tak on fire, jak Craig Hodges w czasie konkursu rzutów za trzy w 1991 roku:
Równie ogniste, jak jego ręka tamtego wieczoru, były jego przekonania i chęci ich publicznego omawiania. Gdy Bulls odwiedzili Biały Dom po swoim pierwszym mistrzostwie, Craig wręczył George’owi Bushowi list ganiący go za zaniedbania wobec biednych i mniejszości rasowych. Ciągle krytykował też Michaela Jordana za brak zaangażowania w ważne sprawy społeczne (MJ niesławnie nie pojawił się na tamtym spotkaniu z prezydentem bo, jak się miało okazać później, brał udział w partii golfa, podczas której przegrał podobno całkiem dużo pieniędzy). Przed finałami 1991 namawiał go – oraz Magica Johnsona – żeby zainicjowali bojkot pierwszego meczu, w odpowiedzi na pobicie czarnoskórego Rodneya Kinga przez policję z Los Angeles.
Hodges twierdził, że głośne wyrażanie swoich poglądów załatwiło mu wilczy bilet i w efekcie, po zwolnieniu przez Bulls w 1992 roku, nie dostał ani jednej propozycji pracy. Oczywiście był bardzo jednowymiarowym zawodnikiem, ale trudno sobie wyobrazić, żeby żadna drużyna NBA nie widziała zastosowania dla superstrzelca z dystansu, który w ostatnich dwóch latach zdobywał mistrzostwo NBA.
A skoro już przy Hodgesie i ogniu jesteśmy, to choć zawodowo sparzył się na swoim aktywizmie, to nie była to najgroźniejsza igraszka z tym żywiołem jakiej był częścią.
W grudniu 1992 roku jego żona Carlita, z którą był wtedy w separacji, oblała go benzyną na parkingu przed szkołą podstawową i dwa razy rzuciła w jego stronę zapaloną zapałkę. W obydwu przypadkach płomień zgasł na wietrze, choć ktoś złośliwy mógłby powiedzieć, że wydłużyło to karierę Hodgesa w NBA zaledwie o parę miesięcy.
Fun Fact: Hakeem Olajuwon jest pierwszym „nie-Amerykaninem”, jak to ujmuje chociażby Wikipedia, który wystąpił w Meczu Gwiazd NBA, ale nie był pierwszym koszykarzem spoza USA biorącym udział w tej imprezie.
Ten szlak przetarł już w 1963 roku Tomisław Mikołajewicz Meszczerjaków, znany jako Tom Meschery.
Tomisław urodził się w 1938 w rodzinie rosyjskich uchodźców w chińskim mieście Harbin leżącym w Mandżurii (założycielem miasta i pierwszym prezydentem był polski inżynier, Adam Szydłowski). W czasie drugiej wojny światowej, razem z rodzicami był internowany pod Tokio i dopiero po jej zakończeniu wyjechał do Stanów Zjednoczonych.
Tam zmienił nazwisko i stał się gwiazdą koszykówki uniwersyteckiej, którą Philadelphia Warriors wybrali z siódmym numerem Draftu 1961. Jego sezon debiutancki zgrał się z sezonem, w którym Wilt Chamberlain zdobywał średnio 50.4 punktu i 25.7 zbiórki w każdym meczu. Z tego co zostawało do podziału, Meschery zgarniał 12.1 punktu i 9.1 zbiórki. W spotkaniu, w którym Szczudło rzucił 100 punktów, nasz bohater i partner rekordzisty w wyjściowym frontcourcie, miał ich 16 (warto jednak zauważyć, że gdy w playoffach Wilt zszedł na ziemię do średniej 35 punktów w 12 spotkaniach, Meschery stał się strzelcem 20-punktowym).
Gdy w 1967 roku Warriors – którzy pięć lat wcześniej przenieśli się do San Francisco – pozostawili Toma niechronionego w expansion drafcie, był on ważną i lubianą postacią. Podobno jego największym fanem był ówczesny właściciel klubu (co jest dość dziwne w kontekście rzucenia go na pastwę ekspansji) i m.in. dlatego zespół nie tylko zastrzegł jego numer, nie czekając na zakończenie kariery przez Meschery’ego, ale też rok później umieścił jego czternastkę w nowym logo drużyny, tuż nad zarysem mostu Golden Gate. Gdy w 1971 roku drużyna została przemianowana na Golden State Warriors i w jej emblemacie pojawiła się doskonale znana wśród polskich fanów NBA z lat 90. „skarpeta”, numer 14 wciąż był w logo. Zniknął dopiero w rozgrywkach 1974/75.
Urok Toma Meschery’ego – który w expansion drafcie został wybrany przez Seattle Supersonics i tam zakończył karierę w 1971 – wynikał w dużej mierze z nietypowego połączenia temperamentu i wrażliwości.
Na boisku był twardzielem, zawsze gotowym do bójek (ale też, podobno, niezłym z półdychy i z drygiem do podań), a poza nim – poetą, co mógł mieć już we krwi, bo panieńskie nazwisko jego matki to Tołstoj (z tych Tołstojów).
Swój pierwszy tomik wydał jeszcze jako zawodnik Sonics, a potem – po nieudanym epizodzie trenerskim – poświęcił się swojej literackiej pasji w pełni. Po zdobyciu tytułu magistra sztuki na Uniwersytecie Iowa, przez 25 lat uczył języka angielskiego i kreatywnego pisania w szkołach średnich w Nevadzie, w międzyczasie rozwijając swój własny warsztat. Do koszykarskiego hallu sławy się nie dostał, ale na początku XXI wieku włączono go do Nevada Writers Hall Of Fame.
Dziś ma już 86 lat i za sobą m.in. walkę z nowotworem, ale nadal pisze. W marcu 2025 do sprzedaży trafiła jego kolejna książka, autobiografia pod tytułem „Szalony Mandżur”. W tamtym czasie był też jeszcze ciągle aktywny na swoim blogu, gdzie pisał głównie o koszykówce oraz – co najlepsze – każdy wpis kończył wierszem właśnie o ukochanym sporcie.
Wiem, wiem.
To jest blog o latach 90., a Tom Meschery grał na przełomie 60. i 70.
Ale wbrew pozorom to wszystko ładnie nam zaraz wróci do ninetiesowej nostalgii i Hakeema.
Wiecie, kto jest jednym z dzieci Meschery’ego?
Koleś, który śpiewał „Heaven Is A Halfpipe”.
Co? To nie są technicznie lata dziewięćdziesiąte (singiel zadebiutował 27 czerwca 2000)? To prawda, ale pokażcie mi coś bardziej ninetiesowego niż jaranie się jazdą na desce i bardziej emblematyczny mainstreamowy kawałek o tej modzie („Sk8er Boi” Avril Lavigne się nie liczy).
Dlatego uważam przebój OPM bardziej za schyłkowe dokonanie dekady, tak jak czasem datuję sobie koniec złotej ery ninetiesowej koszykówki na moment, w którym Hakeem Olajuwon założył koszulkę Toronto Raptors, choć było to już w 2001 roku (i choć w niektóre dni myślę w ten sposób o Patricku Ewingu w trykocie Sonics).
A ponieważ Hakeem dał mi pretekst, żeby napisać kilka słów o Tomie Mescherym, to słowami Toma Meschery’ego podziękuję Nigeryjczykowi za podzielenie się miejscem w tym wpisie.
Oto jeden z wielu wierszy, jaki nasz poeta basketu napisał. Wiersz właśnie o Hakeemie. Oryginał przeczytacie tutaj, a poniżej mój własny przekład, który może, ale nie musi oddawać wszystko, co chciał przekazać Tom:
Hakeem Olajuwon Aka, Hakeem Marzenie
W Afryce każdy poranek zaczyna rozgrzewka. Najmłodszy w drużynie, może szesnastolatek, jest zawsze pierwszy, czeka na mnie w wąskim cieniu tablicy, czytając najnowszy artykuł o Hakeemie. Rozciągamy ścięgna, powolnym truchtem okrążamy boisko. Dotrzymuje kroku, cały czas mówiąc o Marzeniu. „Dis doc” (Posłuchaj) „Z The Dreamem pokonalibyśmy Senegal i zostali mistrzami Afryki Zachodniej. Que pensez vous, entraineur?” (Co pan myśli, trenerze?) A ja nie mogę myśleć o niczym innym jak o czerwonym przydymionym słońcu wschodzącym nad przeciwległym koszem, upale przesiąkającym przez moją koszulkę i o tym, że w połowie treningu nagle zaczyna padać. Zbieram piłki po jego rzutach, tych, które przysięga, że są jak Hakeema. Mówi, że też zagra na Uniwersytecie Houston, a potem w NBA. „Vous m’assistez?” (Pomożesz mi?) Ale jego rzuty są brzydkie, płaskie; brak im trajektorii i lekkości Marzenia. Kiwam głową, zrobię co mogę – rzucam. Jestem w Burkina Faso. Ojczyźnie prawych ludzi, co patrzą w górę.
kilka okazji by zagrać dobrze w decydujących momentach ważnych meczów;
możliwość powiedzenia, że nigdy nie dopuścił się krzywoprzysięstwa (kliknijcie w link i sprawdźcie tytuł, autor notki wstał tamtego dnia z łóżka i wybrał dosadność);
Fun Fact: Clarence Weatherspoon to moja ninetiesowa koszykarska strefa komfortu. To nigdy nie był jakiś mój ulubiony zawodnik, ale myślenie o nim mnie uspokaja i zaspokaja nostalgiczne deficyty na wiele sposobów.
Myśląc o Weatherspoonie myślę o tych podkoszowych osiłkach z lat 90., których wszyscy kochali.
Myślę o graczach grubawych i nieco za niskich jak na swoją pozycję, którzy zawsze mnie rozczulali.
Myślę o swoim ulubionym przerywniku…
Myślę o tych bardzo niedocenianych koszulkach Sixers ze smugą wypełnioną gwiazdkami (staram się za to nie myśleć o strojach, które je zastąpiły, a które uważam za drugi największy trykotowy downgrade lat 90. po zmianie tęczowych koszulek Nuggets na te toporne brązowo-granatowe, bo nawet „pidżamy” Rockets lepiej się broniły, mając tę przewagę, że były, jak to mawiają, „JAKIEŚ”).
Myślę o koszykarzach z fajnymi imionami i nazwiskami (w sezonie 1993/94 zmiennikiem Clarence’a Weatherspoona był Orlando Woolridge i nikt inny nigdy nie miał takiej imienno-nazwiskowej głębi na skrzydle).
Myślę też o tych wszystkich młodych graczach z lat 90., których obwieszczano przedwcześnie następcami wielkich gwiazd, dodając im przydomki „Baby [WSTAW NAZWISKO GWIAZDY]„…
…i to kieruje mnie do skleconej naprędce pierwszej piątki „Babych”:
Śmiechłem i od razu mówię, że nie mam pojęcia skąd ta ksywa wzięła się przy nazwisku bardzo białego człowieka Curleya na Basketball Reference , ale możliwe, że wymyślił ją stary Billa Simmonsa…
…albo ten koleś, który dwa lata temu wrzucił na YouTube’a filmik dokumentujący wyjęcie z koperty trzech kart podpisanych przez Billa Curleya.
Nie powiem, wspaniała pamiątka, ale chyba łyżka z podobizną Spoona lepsza:
Fun Fact: W ostatnich latach w NBA, erze „player empowerment”, byliśmy świadkami wielu brzydkich rozwodów, ale sposób w jaki James Donaldson pożegnał się w 1992 roku z kolegami z Dallas Mavericks – z którymi grał od siedmiu lat, święcąc sukcesy drużynowe (jedno zwycięstwo od finału NBA w 1988 roku) i indywidualne (wybór do Meczu Gwiazd, też w 1988 roku) – nadal robi wrażenie powierzchnią spalonej ziemi pozostawionej przez naszego bohatera w Teksasie.
Donaldson – człowiek masyw górski o najwyższym szczycie siedmiu stóp i dwóch cali nad poziomem parkietu – był przez długi czas cenionym, choć może nieco zbyt grubo ciosanym koszykarzem (do tamtego All Star Game dostał się z nie robiącymi wrażenia nawet na Tyronie Hillu i Jamaalu Magloire średnimi 7 punktów i 9 zbiórek na mecz). Dodatkowo, poza boiskiem roztaczał wokół siebie aurę człowieka frapującego.
Lubił gotować, interesował się zdrowym odżywianiem i suplementacją, grał na saksofonie, trenował taekwondo oraz walczył o prawa zwierząt (działania na tym polu zaczął od sprzedaży swoich udziałów w firmie robiącej futra, a jeden koleś w przynajmniej dwóchmiejscach w internecie twierdzi, że w związku z tym próbowano stworzyć podkoszową rywalizację między nim a Kevinem Willisem, którego firma robiła ciuchy z prawdziwej skóry). Dodatkowo miał dryg do różnych biznesów. W 1990 roku otworzył własne centrum fizjoterapeutyczne w stanie Washington, które działało jeszcze długie lata po zakończeniu jego kariery (Donaldson zamknął je dopiero w 2018), przez pewien czas wydawał magazyn randkowy „Eligible” oraz był właścicielem drużyny Sydney Wave grającej w lidze australijskiej.
Podobno jednak trochę za bardzo lubił wyżywać się fizycznie na kolegach podczas treningów, przez co dorobił się przydomka „Dukes”, czyli „Pięści” (dwa inne przydomki, jakie do niego przylgnęły to „Nożycoręki”, bo miewał problemy z łapaniem piłki oraz „American Tourist”, którego znaczenie jego autor, Darryl Dawkins tłumaczył następująco: „bo ma głowę wielką jak walizka”). Możliwe, że dwa frustrujące sezony – 1990/91 i 1991/92, w których Teksańczycy wygrali, odpowiednio, 28 i 22 mecze – sprawiły, że sprawy zaczęły wymykać się spod kontroli. Kulminacją była bójka Donaldsona z najlepszym strzelcem Mavs, Rolando Blackmanem, którą próbował przerwać drugi z liderów zespołu, Derek Harper, co skończyło się dla niego kilkoma zadrapaniami pod okiem.
James Donaldson w trakcie bójki wygląda mniej więcej tak:
Gdy incydent ze stycznia 1992 stał się publiczny, a klub zawiesił na jeden mecz Donaldsona, ten tłumaczył się, że napięcie w drużynie wynika z przegrywania. Harper to facet z klasą, ale nawet on miał dość:
„To nie ma nic wspólnego z tym, co dzieje się na boisku. James to po prostu 210-centymetrowy chuligan. Nic nie usprawiedliwia atakowania ludzi z własnej drużyny. Może straciłem rozum, ale nie boję się go. Możecie mi wierzyć, że położę temu kres. Ciągle ktoś z nas łapie uraz przez Jamesa Donaldsona.”
Rzadko słyszy się publiczną krytykę kolegi z drużyny, nie mówiąc o groźbach rozprawienia się z nim. Sam James Donaldson czytając ten cytat musiał poczuć się jak użytkownicy twittera czytający odpowiedzi na swoje pytania zadawane Grokowi na początku lipca 2025 roku:
„Jestem w szoku, że to powiedział. Myślałem, że to mój przyjaciel. Nie wiem, jak on zamierza spojrzeć mi teraz w oczy”.
Tyle, że Harper naprawdę miał go dość. Parę tygodni wcześniej Donaldson bezpardonowo uderzył łokciem innego kolegę, Terry’ego Davisa, a do zamknięcia rany znad lewego oka potrzebne były cztery szwy. Ostatnich sprzymierzeńców w szatni potężny center stracił, gdy się okazało, że w tajemnicy nagrywał spotkanie zwołane przez zawodników po wspomnianej scysji z Blackmanem i Harperem. Gdy ten fakt wyszedł na jaw, James nie chciał przeprosić. Tłumaczył, że rejestrował wszystko, żeby pamiętać co dokładnie zostało powiedziane. Trzy tygodnie później był już zawodnikiem New York Knicks.
Przypomnę jednak raz jeszcze, że James Donaldson był zdecydowanie bardziej pożytecznym zawodnikiem, niż bucem, choć od czasu do czasu zdarzały się głosy, że nie jest jakoś szczególnie zaangażowany w swój sportowy rozwój. Spędził jednak aż 14 sezonów w NBA, co nigdy nie jest dziełem przypadku.
Wybrany z numerem 73 w drafcie 1979 przez Seattle Supersonics, karierę zawodową zaczął w lidze włoskiej i dopiero po roku znalazło się dla niego miejsce w składzie ekipy ze Szmaragdowego Miasta. Po trzech sezonach był częścią wymiany, która sprowadziła do Seattle Toma Chambersa, a jego skazała na 2,5 roku w koszykarskim siódmym kręgu piekieł, czyli w koszulce Clippers. Tam przepoczwarzył się z centra rezerwowego w podstawowego i już z myślą o tej roli ściągnęli go do siebie Dallas Mavericks jesienią 1986. Dwie ciekawostki na temat tego trade’u:
zawodnik oddany za Donaldsona, Kurt Nimphius (który miał wszystko, czego można było oczekiwać od bardzo białych ludzi, czyli wąsy i plerezę), twierdził, że wymiana go nie zaskoczyła, bo już przed sezonem przepowiedziała ją jego wróżka;
Mavs nie ogarniali za bardzo salary cap, bo byli przekonani, że muszą się pozbyć Dale’a Ellisa, żeby zrobić miejsce na liście płac dla nowego centra i prawie domknęli jego transfer do New York Knicks, zanim biuro ligi poinformowało ich, że wymiana Donaldsona za Nimphiusa byłaby legalna.
Po odejściu z Dallas, James już za wiele nie pograł – 14 meczów w Nowym Jorku i 49 w Salt Lake City, ale rozbite na dwa sezony i przedzielone rocznym pobytem Grecji. Po NBA wrócił jednak na kilka lat do Europy, kończąc karierę w 1999 roku, zdobywając na pożegnanie swoje pierwsze koszykarskie mistrzostwo w życiu, jako zawodnik hiszpańskiego Breogan.
Warto pamiętać o Donaldsonie jako członku tamtych świetnych Mavericks z połowy lat 80., którzy niestety rozsypali się po siedmiomeczowych półfinałach z Lakers w 1988, bo Mark Aguirre zaczął psuć atmosferę jeszcze bardziej niż pięści Jamesa i został w końcu oddany do Pistons, a Roy Tarpley pogrążył się jeszcze bardziej w swoim alkoholizmie i zaczął serię zawieszeń, której kulminacją był permanentny zakaz gry. Do tego sam Donaldson złapał poważną kontuzję kolana w 1989 roku, która była na tyle poważna, że powątpiewano czy kiedykolwiek wróci do gry (to wtedy postanowił założyć swoje własne centrum rehabilitacyjne, o który wspominałem wcześniej).
A te prostsze, lepsze czasy w karierze naszego bohatera wyglądały mniej więcej tak:
Fun Fact: Pamiętacie jeszcze ninetiesowy boom na audiotele? Numery 0-700 były wszędzie, także w „Magic Basketball”, pod postacią reklam pełnych zadowolonych z życia stockowych ludzi z telefonem…
Na zdjęciu tego dobrze nie widać, ale jedno z haseł dla „Wesołej linii” brzmi „Balanga! Balanga! Ludzie! Gdzie wy jesteśta?!?” and I think it’s beautiful.
Pomijając telewizyjnych konkursy czy głosowania, to chyba najsłynniejszym przykładem wykorzystania audiotele były telefony do gwiazd. Swoją własną linię miała Katarzyna Figura, która opowiadała różne krótkie historyjki o erotycznym zabarwieniu, ale ludzie mogli też w latach 90. dzwonić do Darka Kordka, Andrzeja Krzywego, Kasi Kowalskiej czy Zulu Guli. Gwiazdy nagrywały kilka wiadomości, które były puszczane przez miesiąc, a potem podmieniane na kolejne a zyskami dzieliły się z dostawcami usługi. Taką linię mógł sobie założyć każdy, ale oczywiście nie bycie aktorką-seksbombą utrudniało zarobienie na tym konkretnych pieniędzy.
Był jednak jeden człowiek, który co prawda nie miał wielkich piersi, ale za to bardzo wielkie stopy i znał się z Michaelem Jordanem. I postanowił to wykorzystać, zwłaszcza, że trochę się nudził, bo jego kariera koszykarska nie rozwijała się tak, jak sobie wymarzył. Will Perdue.
Rezerwowy center Chicago Bulls, który słynął z rekordowego rozmiaru buta i zupełnie zwyczajnego talentu koszykarskiego (niech Was nie zwiedzie powyższe wideo), w sezonie 1991/92 uruchomił własne audiotele.
Dzwoniąc pod numer 1-900-420-WILL i płacąc 2 dolary za pierwszą minutę oraz po jednym za każdą kolejną, można było posłuchać rezerwowego centra Byków opowiadającego historie o swojej drużynie lub przeciwnikach.
Autor tego artykułu przytacza nawet jeden z fragmentów wiadomości, którą można było odsłuchać (za, przypomnijmy, minimum 2 dolary):
„Jest wtorek, a Rony Seikaly ciągle powtarza, że Żar Miami jest co raz lepszy. Tylko nie wiadomo w czym? W powodowaniu udarów?”
Autor serwuje też od razu idealną recenzję żartu:
„To dowodzi, że Perdue jest słaby nie tylko w kosza.”
I choć wszyscy – w tym koledzy z drużyny – nabijali się z Willa, on podchodził do tego dość poważnie. Każdego dnia po treningu lub meczu poświęcał dwie godziny na pisanie kolejnych 3-4 minutowych wiadomości, które potem nagrywał dla swoich słuchaczy, tworząc w zasadzie coś na kształt tele-bloga lub swoistego protoplastę social mediów i serwisów udostępniających treści płatnie.
Perdue widział w tym sposób na szlifowanie warsztatu i ćwiczenie kreatywności z myślą o ewentualnej karierze w reklamie, radiu lub telewizji.
I wiecie co? Te dwie godziny dziennie nie poszły na marne, bo na sportowej emeryturze został komentatorem i analitykiem telewizyjnym oraz radiowym, więc z tego żartu o Ronym Seikalym to on, a nie tamten dziennikarz, śmiał się ostatni.
A i na kontaktach ze światem reklamy Will nie wyszedł najgorzej:
Fun Fact: Cleveland Cavaliers z sezonu 1997-98 są jedną z najdziwniejszych drużyn dekady. Prowadzeni przez Mike’a Fratello byli elitarnym defensywnie składem, który wygrał 47 spotkań (w tym dwa razy z Chicago Bulls), mimo że czterech z sześciu podstawowych zawodników było debiutantami. Temu niedoświadczonemu składowi liderowali świeżo pozyskani Shawn Kemp i Wesley Person, a wspomniany kwartet rookies tworzyli Zydrunas Ilgauskas (który był wybrany z 20 pickiem rok wcześniej, ale stracił całe rozgrywki z powodu kontuzji stopy), Derek Anderson (pick 13), Brevin Knight (pick 16) i Cedric Henderson (pick 45).
Pierwsza trójka rozpoczynała wtedy długie kariery, jako, odpowiednio, najlepszy center w historii klubu po tej stronie Brada Daugherty’ego, ceniony obwodowiec do wynajęcia i maszynka do asyst i przechwytów. Na tym tle, kariera czwartego – Cedrica Hendersona – nie była zbyt udana (5 sezonów w NBA, z roku na rok co raz mniejsza rola, przejście do Warriors w 2001 i zniknięcie z ligi już rok później), ale w rozgrywkach 1997-98 był on rzeczywiście jednym z podstawowych graczy, jako solidny obrońca na pozycji small forward z dwucyfrowym dorobkiem punktowym, bez ego i rzutu z dystansu.
Wpisał się w swoją rolę doskonale, co było ewidentne od pierwszego meczu, w którym Mike Fratello wystawił go w pierwszej piątce.
Cavs mieli wówczas bilans 4-6, a na trójce próbowani byli Danny Ferry, Bob Sura i Derek Anderson. Cedric wyszedł w podstawowym składzie na mecz z Timberwolves z zadaniem krycia Kevina Garnetta, przy okazji rzucając o jeden punkt więcej (19) niż młoda gwiazda z Minneapolis. Cleveland wygrało tamten pojedynek, a także dziewięć kolejnych. Pojawienie się w wyjściowej piątce Hendersona pozwoliło m.in. odciążyć w obronie Wesleya Persona, który w pierwszych dziesięciu meczach sezonu rzucał 14.5 punktu (44.5% FG, 29.3% 3P), a podczas zwycięskiej serii, 23.9 (57% FG, 49.3% 3P). W tym czasie zdobył nawet tytuł Gracza Tygodnia NBA.
Ostatecznie Cedric Henderson wystąpił 71 razy w pierwszej piątce, grał ponad 30 minut w każdym spotkaniu i zdobywał średnio 10 punktów, 4 zbiórki, 2 asysty i 1 przechwyt.
Od tamtego czasu, debiutantów niewybranych w pierwszej rundzie, którzy tyle razy wystąpili w podstawowym składzie i mieli dwucyfrową średnią punktów było raptem czterech – Marc Gasol, Mario Chalmers, Dillon Brooks i Jaylen Wells (obecny sezon potrwa jeszcze tydzień, ale załóżmy, że Wells utrzyma swoje osiągi punktowe). Spośród nich jednak tylko Hiszpan spędził na parkiecie więcej minut niż Cedric.
Swój rekord kariery – 30 punktów – ustanowił 25 lutego 1998 przeciwko Vancouver i było to zwieńczenie serii meczów, która miała więcej wzlotów i upadków niż serial „Katastrofa w przestworzach”. W jej trakcie rzucał kolejno 5, 0, 23, 0, 27, 4, 2 i wspomniane 30 punktów. Wchodzące w skład tej sekwencji 23 punkty wyglądały tak:
Głównie jednak trzymał się swojej średniej, tak jak w wygranym meczu z mistrzami NBA w kwietniu:
Highlightem debiutanckiego sezonu były jednak dwa punkty zdobyte wsadem nad Dikembe Mutombo:
Nic dziwnego, że Henderson dostał się nie tylko do Rookie Challenge w czasie Weekendu Gwiazd, ale i do All-Rookie 2nd Team. W ten sam sposób wyróżniono zresztą całą czwórkę debiutantów z Cleveland, z Ilgauskasem i Knightem trafiający do pierwszego składu All-Rookie i Andersonem towarzyszącym Cedricowi w drugim. Nie sprawdzałem, ale coś mi mówi, że to rekord, który nie został do tej pory pobity (EDIT: jednak sprawdziłem, dobrze mi coś mówiło).
Jeśli chodzi o dalszą karierę to wspomnę tylko o specjalnej zdolności, jaką wykształcił pod koniec drugiego sezonu: wsadzanie palców w oko rywali. 26 kwietnia 1999 zafundował lekkie pęknięcie oczodołuAlonzo Mourningowi, a 2 maja uszkodził rogówkę Alana Hendersona. O ile Zo opuścił tylko trzy mecze, tak skrzydłowy Hawks skończył przedwcześnie sezon (próbował wrócić w playoffach ale zagrał tylko cztery minuty zanim stwierdził, że nie da rady, podobno widział podwójnie jeszcze we wrześniu).
Tamten obiecujący trzon Kawalerzystów ostatecznie niczego nie osiągnął. Sezon 1997/98 zakończyli porażką w pierwszej rundzie z Pacers, a kij w szprychy ostatecznie włożył lokautowy zjazd Kempa oraz kontuzje Ilgauskasa, który zagrał 5 meczów w rozgrywkach 1998/99 i opuścił całą kolejną kampanię.
Jesienią 2000 nie było już w stanie Ohio ani Mike’a Fratello, ani Kempa, ani Andersona, Knight stracił miejsce w pierwszej piątce na rzecz Andre Millera i miał rozegrać jeszcze tylko 6 meczów przed transferem do Hawks a Cedrica Hendersona czekał sezon ze średnią 4 punktów oraz – latem – transfer.
Ale jak już miało się wszystko zesrać, to lepszego momentu niż tuż przed przyjściem LeBrona Jamesa nie dało się wybrać.
Fun Fact: Najgrzeczniejszy z chłopców z Detroit rozegrał cały sezon 1992/93 i część poprzednich rozgrywek z przepukliną rozworu przełykowego, polegającą na „przemieszczeniu się części żołądka z jamy brzusznej do klatki piersiowej poprzez rozwór przełykowy przepony”. Podczas gastroskopii znaleziono także trzy wrzody. Dumars poszedł się jednak przebadać dopiero wiosną 1993, jakiś rok od wystąpienia pierwszych objawów. W międzyczasie z bólami żołądka i zgagą rozegrał jeden ze swoich najlepszych sezonów.
Choć to był już koniec wielkich Pistons – na pokładzie nie było już Chucka Daly’ego, podstawowi gracze – Isiah Thomas, Mark Aguirre i Bill Laimbeer – byli o rok lub dwa od zakończenia karier a Dennis Rodman miał już tak wszystko gdzieś, że siedząc na ławce zdejmował buty i czytał gazetę.
Głównie dzięki Joe, ta ekipa do ostatniego dnia walczyła o playoffy. Mniej więcej w dniu diagnozy zaczęła się seria pięciu kolejnych wygranych, która pozwoliła podgonić w tabeli Indianę a Dumars z żołądkiem w klatce piersiowej rzucał w nich średnio 33 punkty na skuteczności 55.2%.
Niestety do problemów z przewodem pokarmowym doszła kontuzja kolana, która zmusiła naszego bohatera do opuszczenia trzech z ostatnich dziewięciu meczów sezonu i widocznie utrudniała pracę (40.4% z pola i średnio 19.5 punktu w pojedynkach rozegranych z urazem). Mistrzowie z 1989 i 1990 kuśtykali solidarnie, przegrywając 5 z 6 meczów i choć pokonali Pacers, bezpośrednich rywali o ósme miejsce na Wschodzie, w przedostatnim pojedynku sezonu zasadniczego, to jednak ekipa Reggie’ego Millera z bilansem 41-41 zagrała w post-season. Pistons zakończyli rozgrywki z wynikiem 40-42, a Dumarsa za najlepszy strzelecko sezon w karierze (23.5 PPG) wyróżniono pierwszym powołaniem do All-NBA 2nd Team (wcześniej tylko dwukrotnie znalazł się w trzecim składzie).
Przepuklina rozworu przełykowego nie jest jednak najdziwniejszym schorzeniem jakie przytrafiło mu się w karierze zawodniczej.
Gdy w 1997 roku wygasł kontrakt Championa na produkcję wszystkich ligowych strojów, tort ten został podzielony między dotychczasowego licencjobiorcę (10 drużyn), Startera (9 drużyn) i Nike (10 drużyn). Detroit Pistons byli w tej ostatniej grupie, dlatego przed rozgrywkami otrzymali zupełnie nowy komplet ciuchów. Ta zmiana w dziwny sposób zgrała się z pojawieniem się na ciele Dumarsa swędzącej wysypki. Sprawę podłapały gazety i sam koszykarz – grający od dawna w Adidasach – stwierdził, że to musi być reakcja alergiczna na swoosha. Sztab lekarski wysłał do przebadania detergenty używane w klubowej pralni, ale to od lat były te same środki i te same pralki, więc generalnie „uczulenie na Nike” było w październiku 1997 obowiązującą diagnozą.
Niestety nie znalazłem żadnego follow-upu do tej historii, ale zakładam, że Joe Dumars w końcu poczuł się lepiej – jednak trudno rzucać po 13 punktów w 72 meczach NBA ciągle się drapiąc. Ale jeśli ktoś miałby tego dokonać, to stawiam na Joe’ego.
Twardziel. Profesjonalista. Dżentelmen. Mistrz. MVP finałów. Gracz drużynowy. Zimnokrwisty łowca punktów. Obrońca biorący na siebie najlepszego gracza obwodowego rywali. Wie wszystko o długu publicznym. Przynosi szczęście na maturze. Wygląda świetnie w cylindrze…
Proszę bardzo, rzucam Ci wyzwanie: znajdź jakąś złą rzecz do powiedzenia o Joe Dumarsie.
Fun Fact: Niemal równo 33 lata temu, 27 lutego 1992, Philadelphia 76ers ponieśli najgorszą porażkę w historii klubu, przegrywając 84:136 z Charlotte Hornets (52 punkty straty były rekordowym zebranym łupniem tylko niecały rok, bo już w kolejnym sezonie przegrali 56-cioma z Sacramento Kings i, miesiąc później, z Seattle Supersonics). Było tak źle, że Charles Barkley już w trzeciej kwarcie uznał, że rywale niepotrzebnie śrubują wynik (nie wiem, Charles, może w takim razie twój zespół spróbowałby przeszkodzić im jakoś w zdobywaniu punktów?) i wyżył się na J.R. Reidzie, rzucając w niego piłką.
W trakcie bójki, która wywiązała się na parkiecie, siedzący wówczas na ławce, Jayson Williams, wbiegł na boisko i uderzył w głowę Reida (warto dodać, że wspólne zadymy Jaysona i Sir Charlesa były w tamtych czasach na porządku dziennym).
Młody skrzydłowy Sixers dzień później został zawieszony przez ligę na dwa mecze i ukarany grzywną, dlatego Barkley postanowił w kolejnym spotkaniu złożyć mu hołd i wystąpił w butach z napisem „JASON”.
Więcej niż jedno źródło powołując się na Sporting News, podało, że gdy dziennikarze zwrócili po meczu uwagę na źle przeliterowane imię kolegi, Chuck powiedział: „oj tam, on i tak mało gra”…
…i choć to miała być puenta tego wpisu, to krótki research nieco podważa tę historię.
To znaczy bójka i zawieszenia na pewno miały miejsce, ale część z butami i bazgrołami Sir Charlesa jest już podejrzana.
Linkowałem wcześniej artykuł z LA Timesa, który o niej wspomina, widziałem też wzmiankę w Asbury Park Press…
…ale dlaczego obydwa źródła piszą o tym dopiero miesiąc po zajściu?
Jej autentyczność z jednej strony potwierdzałaby historię o obuwniczym hołdzie, ale z drugiej – zaprzeczałaby literówce, o której donosiło, cytowane przez inne źródła, Sporting News.
Czy miesiąc po incydencie, ktoś w Sporting News po prostu wymyślił dowcip o Charlesie Barkleyu, który inni podłapali? A może ktoś oszukał dom aukcyjny preparując pamiątkę, ale sam się pomylił, podpisując buty bez błędu? Lub też dowcip był tylko częściowo nieprawdziwy i rozklekotane trampki są autentyczne? W każdym razie ta historia brzmi, jakby napisał ją sam Jayson Williams, którego autobiografia „Loose Balls” jest pełna naciąganych lub zmyślonych anegdot.
Fun Fact: Oczywiście, że na powyższej karcie jest Michael Doleac, a nie Jason Williams.
Jason Williams na karcie wygląda tak:
Nie mogłem się jednak powstrzymać, aby nie odtworzyć jednej z dwóch najsłynniejszych wpadek starego Magic Basketballa, z numeru 1998:
Ta druga najsłynniejsza była dwie strony później:
Ja naprawdę to rozumiem.
Fotoedytor MB zrobił dokładnie to, co ja zawsze robiłem tworząc nowych graczy w starych grach wideo o NBA: nie mając właściwego wizerunku, wybierałem twarz najbardziej zbliżoną z dostępnych.
Doleac był biały i miał szopiastą fryzurę z grzywką opadającą na czoło. Lepszego zdjęcia Jasona Williamsa z draftu nie było, bo Jasona Williamsa na drafcie po prostu nie było.
Z Dirkiem Nowitzkim, również nieobecnym w Vancouver, było trudniej, bo jego ówczesna fryzura bardziej przypominała fryzury młodych piłkarzy, a głupio było dawać zdjęcie Marcina Mięciela. Ale Rasho Nesterović był biały, był nawet z Europy, no i w zasadzie Dirk rok wcześniej miał krótkie włosy.
Naprawdę są gorsze pomyłki (jak chociażby, skoro już jesteśmy przy drafcie 1998, wybranie Michaela Olowakandiego z pierwszym pickiem).
Zawsze się jednak zastanawiałem, dlaczego właściwie J-Will – wybrany w dniu draftu z numerem siedem przez Sacramento Kings – nie stawił się na ceremonii, o udziale w której marzy przecież każdy koszykarz.
Dopiero niedawno zadałem sobie trud, żeby poszukać na ten temat informacji i z jego wypowiedzi w podcaście Flagrant, wynika, że po prostu mu się nie chciało. Spędzenie tego wieczoru w gronie rodziny i przyjaciół, w ulubionej knajpie w Orlando, brzmiało jak lepsza zabawa, niż wyprawa na drugi koniec kontynentu, do Vancouver, i tkwienie w głupim garniturze pod obstrzałem kamer.
W tej rozmowie wspomina co prawda, że nie wiedział, czy będzie wybrany w pierwszej rundzie i nie chciał, być tym ostatnim gościem w „zielonym pokoju”, który rozczarowany czeka na wybór, ale tak naprawdę J-Will mógł być spokojny.
Oczywiście wisiała nad nim zmarnotrawiona kariera uniwersytecka (ledwie dwa niepełne sezony w cztery lata), zwieńczona wyrzuceniem z Florydy za dwa oblane testy narkotykowe, ale nikt, kto go znał nie miał wątpliwości, że koszykówka jest dla niego najważniejsza, a nikt, kto widział go w akcji, nie miał wątpliwości, że to być może najlepszy point guard w swoim roczniku.
Do przeddraftowych testów Jason przygotowywał się trenując z koszykarzami Orlando Magic i pomieszkując w domu Nicka Andersona, z którym dzielił agenta. Nick był obecny na imprezie BBQ w noc draftu, podobnie zresztą jak Danny Schayes. Dzięki tym koneksjom, szansa, że Magicy nie wybiorą Williamsa z jednym ze swoich pierwszorundowych picków (mieli numery 12, 13 i 15), był niemal zerowa.
Ale J-Will nigdy nie dostał gwarancji od Orlando.
Gdyby tak było, odmówiłby testów w innych klubach, bo bardzo chciał zostać na Florydzie (na pocieszenie, rok później do Sacramento trafił jego współlokator, Anderson).
Jego wielkim fanem był Jerry West, który proponował Magic Nicka Van Exela za ich pick numer 12, ale sprawa się rypła, bo wszystko wskazywało na to, że Orlando faktycznie planuje zachować J-Willa dla siebie (West dopiął swego w Memphis, ściągając widowiskowego rozgrywającego w zamian z Mike’a Bibby’ego).
Choć nasz bohater biegający obok Penny’ego Hardawaya, a potem Tracy’ego McGrady’ego lub obsługujący podaniami Shaquille’a O’Neala i Kobe’ego Bryanta byłby na pewno ekscytującym rozwojem wypadków, to przejęcie Białej Czekolady przez Kings było najlepszym możliwym scenariuszem dla fanów koszykówki. Nie wiem, czy jakakolwiek inna drużyna dałabym mu tyle wolności i dodatkowo otoczyła zawodnikami, którzy mieli równie wielki ubaw z gry w kosza, co on.
Innego happy endu dla tego wpisu, niż highlighty J-Willa z czasów gry w stolicy Kalifornii, oczywiście nie będzie. Zróbmy sobie tę przyjemność i przeżyjmy to jeszcze raz: