Z filmikiem z Orlando Woolridge’em u schyłku kariery, ale dokładnie w tym jej momencie, w którym go poznałem.
Z filmikiem z Orlando Woolridge’em, który może w obronie nigdy nie błyszczał, ale w ataku wciąż jeszcze potrafił wykorzystać swoje walory. Na początku drugiej połowy tego meczu dostał zadanie wyciągania spod kosza młodego Shaquille’a O’Neala i w ciągu pierwszych pięciu minut trzeciej kwarty rzucił 12 punktów, powiększając prowadzenie Pistons z 53:51 do 69:56 (w całym meczu miał ich 17).
Nie mogłem się tylko zdecydować jak sformułować zdanie zachęcające do obejrzenia filmu. Ograniczyłem się do trzech wersji, wybierzcie sobie tę, która przemawia do Was najbardziej i dajcie się namówić na odpalenie tego randomowego highlightu:
wersja „clickbait na koszykarskim YouTubie”: Orlando Woolridge BYŁ PROBLEMEM! Młody Shaq nie wiedział, co się dzieje!
wersja „clickbait na Sport.pl”: Był środek nocy, gdy zrobił TO. Cała Ameryka widziała, co się stało
wersja „clickbait na portalu rozrywkowym”: Przed śmiercią ośmieszył gwiazdę, która ośmieszyła Krzysztofa Stanowskiego [WIDEO]
Załapało się nawet firmowe przełożenie piłki za plecami. Lowe.
I lowe Was, że wytrzymaliście z moim nostalgicznym popierdywaniem już ̶1̶3̶ 14 lat.
Fun Fact: Wybrany w drafcie 1988 z pickiem 17 był nadzieją Jazz na wzmocnienie ławki, która w playoffach sezonu 1987/88, po kontuzji Darrella Griffitha, była równie mało ekscytująca, co ramówka Polsatu. Składała się w zasadzie tylko z Thurla Baileya, bo inni gracze, którzy dostawali z ławki minuty w tamtej postsezonowej kampanii to Bart Kofoed, Rickey Green, Mel Turpin, Eddie Hughes, Scott Roth i skłócony z trenerem Kelly Tripucka, który zagrał 9 minut i rzucił 2 punkty.
Mimo niedoboru wartościowych zmienników, Jazzmani odpadli dopiero po siedmiu meczach z Los Angeles Lakers, którzy bronili tytułu – jak się miało później okazać, skutecznie.
W decydującym spotkaniu, Utah grała tylko sześcioma zawodnikami (nie liczę dwóch minut Kofoeda) – Karl Malone i John Stockton nie zeszli z parkietu nawet na chwilę, Bob Hansen grał 46 minut, Mark Eaton 44, a rezerwowy Bailey – 42 (kosztem pierwszopiątkowicza, Marca Iavaroniego, który dostał wtedy tylko 10 minut, więc równie dobrze można powiedzieć, że grali w piątkę).
Nic dziwnego, że Jazz obiecywali sobie sporo po drafcie. W końcu, gdyby szukać szukać drużyny z dwoma najbardziej trafionymi wyborami w latach 80., to Stockton z 16-ką w 1984 i Malone z 13-ką w 1985 to absolutna czołówka…
Po dwóch „szóstkach” w draftowym totku, dalsze decyzje Jazzmanów na tym polu nie były już tak udane.
W 1986 roku, z piętnastką, wybrali niby dobrze, ale nie poznali się na talencie Della Curry’ego, którego oddali do Cleveland po roku. W 1987 roku – znów mając pick nr 15 – postawili na Jose Ortiza, który wolał podpisać kontrakt z drużyną ligi hiszpańskiej. Leckner był następny w tej kolejce i niestety nie przerwał złej passy (chociaż Utah tak naprawdę chciała wybrać Dana Majerlego, zgarniętego trzy picki wcześniej przez Phoenix, więc mieli lepszego nosa niż plan awaryjny).
Eric był młodym, dużym, białym chłopakiem, więc szybko zdobył sympatię fanów w stanie Utah. Czuł się całkiem dobrze w podkoszowych przepychankach, gdzie nieźle wykorzystywał swoje 211 centymetrów i 120 kilogramów. Efektem był rekord skuteczności z gry wśród debiutantów w koszulce Jazz (54.5%). Trener Jerry Sloan chwalił jego warunki fizyczne i ciąg na kosz, ale krytykował brak formy, który odbijał się zwłaszcza na obronie, gdzie łapał szybkie faule. Stockton i Malone (ten, który zrobił kiedyś dziecko 13-latce) także publicznie propsowali jego potencjał (Mailman powiedział nawet, że Leckner mógłby być gwiazdą, lecz nie wierzy we własne umiejętności), ale gdy po dwóch sezonach nadarzyła się okazja wsparcia dynamicznego duetu klasowym obwodowcem – Jeffem Malone’em – Eric w ramach trójstronnej wymiany z Waszyngtonem i Sacramento trafił do stolicy rodzinnego stanu Kalifornia.
To oznaczało dla Lecknera szansę na wyjście z cienia Malone’a (tego, który wiecie co) oraz Eatona, ale też spore oczekiwania – on i Bobby Hansen (nie licząc naręcza mało cennych picków) byli tym, co Kings pozyskali w zamian za pierwszy pick draftu sprzed roku, Pervisa Ellisona. Ok, Pervis nie zawojował świata jako rookie, ale jeśli wymieniasz jedynkę rok po naborze, to lepiej żebyś zyskał na tym coś namacalnego.
Leckner zupełnie jednak nie odnajdował się w nowym teamie. Trener Dick Motta kazał mu zmienić styl gry i z klasycznego podkoszowca przeobrazić się w środkowego operującego na półdystansie. Mimo że i w Utah, i w Sacramento próbka duża nie była, od razu rzuca się w oczy efekt tej zmiany – spadek skuteczności rzutów z gry z 56% w rozgrywkach 1989/90 do 40% w 32 spotkaniach jakie rozegrał w koszulce Królów – zanim został miłościwie spławiony do Charlotte Hornets.
Co ciekawe, Motta miał zupełnie inną diagnozę niepowodzeń Lecknera niż poprzedni coach. Sloan twierdził, że Eric stara się za mało, a trener Kings – że stara się za bardzo. „Ma w sobie tak dużo lęku. Nigdy nie umiał się zrelaksować i po prostu grać” – mówił.
Tyle, że ta teoria nie uwzględnia faktu, iż może faktycznie młody center miał powody do niepokoju: w Kings był jednym z aż czterech środkowych walczących o minuty i czuł, że pomysł szkoleniowca na odsunięcie go od obręczy sabotuje jego szanse. Gdy Motta został zwolniony w wigilię Bożego Narodzenia 1991 roku, Leckner – będący już w Charlotte – powiedział, że to najlepszy prezent świąteczny, jaki kiedykolwiek dostał, co w rankingu najbardziej oziębłych świątecznych tekstów jest niżej chyba tylko od „Teraz mam karabin maszynowy ho-ho-ho”.
Trafionym podarunkiem okazał się też transfer do Północnej Karoliny, bo Eric wreszcie doczekał się nieco stabilniejszej roli. Nie żeby nagle zrobił jakiś wielki postęp, ale prawie 6 punktów i 5 zbiórek w każdym meczu drugiej połowy sezonu 1990/91 było jego osobistymi rekordami. Już w czwartym spotkaniu w nowej drużynie zaliczył double-double – pierwsze w swojej dotychczasowej karierze.
Szerszenie były na tyle zadowolone, że zaoferowały przyzwoity jak na czasy i poziom talentu zawodnika, dwuletni kontrakt warty 1.6 miliona dolarów. Zanim jednak Leckner zdążył się na niego zgodzić, drużyna zredukowała propozycję do jednorocznej umowy wartej 600 tysięcy.
To był początek października 1991, Larry Johnson wciąż nie miał kontraktu i groził grą w Europie, dlatego zdesperowani Hornets postanowili dodatkowe pieniądze dla pierwszego numeru draftu zabrać z kieszeni rezerwowego centra. „Nie za bardzo wiem, co się stało” – skomentował sytuację agent Erica, Randy Vataha. Ja też nie za bardzo wiem, czemu pan Vataha nie kazał swojemu klientowi brać tego jeden-sześć od razu, jak pojawiła się oferta, ani nie wiem, jak długo panowie mieli ją „na stole”, ale chyba nie było alternatyw, bo dzień czy dwa po ujawnieniu informacji o redukcji pensji, panowie przystali na jej okrojoną wersję.
W kolejnych rozgrywkach, po zmianie trenera na Allana Bristowa, czas spędzany przez Lecknera na parkiecie skurczył się. Pojawił się nawet w plotce transferowej, według której miałby się razem z Dellem Currym przenieść do New York Knicks za Grega Anthony’ego. Gdy latem 1992 roku w Charlotte pojawił się Alonzo Mourning, klub miał większe zapotrzebowanie na zeszłoroczny śnieg niż kiepskiego dodatkowego centra i nie zaproponował Ericowi przedłużenia umowy.
Wobec braku zainteresowania we własnym kraju, dołączył do grającej w drugiej lidze włoskiej drużyny z Florencji. Zdobywał dla niej prawie 19 punktów i 12 zbiórek w każdym meczu, a zsyłka podziałała motywująco na Lecknera. Latem 1993 roku wrócił do Stanów wdzięczny za każdą minutę na parkiecie najlepszej ligi świata. Za tę minutę był zapewne wdzięczny odrobinę bardziej:
Angaż do słabiutkich 76ers okazał się niezłą sytuacją, zwłaszcza gdy kontuzję złapał debiutant, Shawn Bradley, a jego miejsce w pierwszej piątce na 36 spotkań zajął właśnie Eric. Tyle, że gdy po jednym roku trenera Freda Cartera zastąpił John Lucas, jego pierwszą kadrową decyzją był transfer Lecknera – do Detroit Pistons.
Naszego bohatera to nawet ucieszyło, bo Tłoki nie miały wówczas w składzie żadnego centra, ale radość trwała tydzień. Wtedy do składu dołączył doświadczony Mark West, a miesiąc później – najedzony Oliver Miller. Leckner znów był trzecim podkoszowcem w hierarchii, grającym średnio tyle, co jako debiutant w Utah. Ale w okresie od 30 grudnia 1994 do 21 stycznia 1995 udało mu się zaliczyć prawdopodobnie najbardziej produktywny prawie-miesiąc koszykówki w życiu – przez 11 spotkań, z których 10 rozpoczął w pierwszej piątce, Eric miał średnie bliskie 10 punktów i 7 zbiórek.
W zasadzie resztę jego kariery mógłby streścić Prosiak Porky słowami „Th-th-that’s all folks”.
W kolejnym sezonie zagrał tylko 18 meczów dla Detroit. Zakładam, że rolę odegrały tutaj jakieś kontuzje, ale niestety schyłkowy Leckner nie był jakoś szeroko opisywany i nie dokopałem się do żadnych informacji na ten temat. Na pewno leczył uraz w offseason, gdy podpisał umowę z Knicks, bo m.in. z jego powodu nigdy dla nich nie zagrał i został zwolniony w styczniu 1997 roku.
Niedługo potem podpisał 10-dniowy kontrakt z Charlotte a potem z Vancouver Grizzlies, gdzie został do końca rozgrywek, który okazał się też końcem jego przygody z NBA (nie licząc zaproszenia na obóz treningowy Wizards). Wikipedia odnotowuje jeszcze jeden rok gry, w lidze argentyńskiej, i t-t-to by było na tyle, ludziska.
Nie wiem jakim cudem napisałem aż tyle słów na temat Erica Lecknera.
Podobne zdziwienie wyraża artykuł z serwisu Deadspin sprzed trzynastu lat, opublikowany w ramach cyklu o wiele mówiącej nazwie „NBA Shit List”: jak ktoś z tak niewielkim talentem mógł być graczem rotacji drużyny NBA tak długo?
Udziela też bardzo barwnej i dobitnej odpowiedzi:
Mówi się, że w koszykówce chodzi o stworzenie własnej przestrzeni, czy to w powietrzu, czy na boisku, i to właśnie sprawia, że gra ta jest taka piękna. Przypadek tego drewniaka jest tak irytujący, bo jego rola jest całkowicie przeciwna. Jest na parkiecie tylko po to, aby odbierać innym przestrzeń, stanowić przeszkodę, nie robić nic poza zajmowaniem znacznej części boiska swoim bladym, spoconym, potykającym się monstrualnym cielskiem. Jest antytezą koszykówki.
To nie wina Erica, że przez tyle lat bardzo biali i bardzo duzi ludzie wydawali się mieć szczególne względy u trenerów i generalnych menadżerów. Natomiast faktycznie dziwi, że 8 sezonów w tej wymagającej lidze utrzymał się center, który nie był w niczym dobry, a na dodatek był leniwy, chimeryczny i ścierał się z trenerami.
Nie nie, Dwayne, tym razem to nie o Tobie. Nadal o nim:
Ni z tego, ni z owego, udało mi się skończyć zestaw kolejnych – to już bowiem czwarta ich seria – wirtualnych kart koszykarskich.
Jak zwykle, zanim opublikuję je wszystkie w formie galerii – co będzie miało miejsce jakoś w przyszłym tygodniu, między wtorkiem a weekendem – chcę znów dać Wam szansę zabawy w „otwieranie paczek”.
Każdy, kto w najbliższym czasie odezwie się do mnie mailowo na adres kostrzu@gmail.com lub w wiadomości prywatnej na Facebooku, albo Twitterze/X dostanie trzy „paczki” kart z nowej serii, czyli – w praktyce – link do ściągnięcia trzech folderów z plikami.
Każda paczka to 10 kart – pięć bazowych i pięć specjalnych, które w tym roku pochodzić będą z 9 różnych serii tak zwanych – w nomenklaturze kolekcjonerów prawdziwej kolekcjonerskiej tektury – insertów.
Jak zawsze, na kartach znajdziecie zawodników z lat 90. ale – także jak zawsze – jeden z setów uwiecznia koszykarzy bardziej współczesnych, odtwarzając za to retro-design kioskowych Upper Decków Collector’s Choice (w tej serii padło na rocznik 1996-97). Oto przykład właśnie tych upperdeckowych kart, który trochę łączy nam ery – współczesny gracz, którego ojciec grał w latach 80. i 90.
5 rzeczy, o których musicie pamiętać:
1) Moje wirtualne karty to zwykłe pliki graficzne, żadne NFT a już na pewno nie produkt fizyczny.
2) Nie jestem grafikiem, nie aspiruję do tego miana i przez lata, które minęły od pierwszej edycji kart, ani trochę nie poprawiłem warsztatu, więc miarkujcie oczekiwania.
3) Jeśli jednak coś Wam się spodoba, będzie mi bardzo miło, gdy dacie znać w komentarzu, mailu, wiadomości prywatnej lub w socialach.
4) Tę karcianą zabawę można wesprzeć też symbolicznym piątakiem lub dowolną inną kwotą poprzez serwis BuyCoffee.
5) Choć jestem pierwszy, który powie, że efekt mojej pracy nie jest niczym szczególnym, to nie chciałbym, żebyście pomyśleli, że nie włożyłem w to wszystko serca, pracy i czasu. Bawiłem się świetnie, ale też robię to z myślą o Was i pozytywnym odbiorze poprzednich edycji tej zabawy. Mam nadzieję, że uśmiechniecie się rozpakowując swoje paczuszki (dosłownie „rozpakowując” bo wysyłam spakowane zipem, he he).
Przy okazji odsyłam Was do przypomnienia sobie poprzednich serii – jeśli są tu jacyś nowi czytelnicy, to tak najlepiej sprawdzą czego się spodziewać po tym projekcie:
Fun Fact: Priest urodził się w Chicago i nazwany został, przez mamę Vickie, na cześć dilera kokainy z filmu „Odlot”, co upamiętnił lata później tatuując sobie na ramieniu oryginalny tytuł („Super Fly”). Nie grał w kosza w szkole średniej i rozegrał tylko 13 meczów w Ohio Central State (wykręcając w tej ograniczonej próbce średnie na poziomie 20 punktów i 10 zbiórek) zanim stracił prawo do gry z powodu jakiejś biurokratycznej nieścisłości w jego statusie sportowca.
Braki w doświadczeniu i koszykarskiej ogładzie nadrabiał jednak pewnością siebie. Zamiast szukać nowej uczelni i kontynuować grę w strukturach NCAA, zatrudnił agenta, rozpoczął współpracę z najsłynniejszym wówczas trenerem, który dbał o formę Michaela Jordana, Timem Groverem i znalazł sobie pracę, w roli centra Peristeri Ateny. W sezonie 1995/96 zdobywał dla nich średnio 16 punktów i 11 zbiórek, wpadając w oko skautom z NBA, którzy w tamtym czasie co raz uważniej śledzili poczynania graczy lig europejskich.
Zresztą trudno go było przeoczyć – miał wzrost Victora Wembanyamy, ale w porywach ważył prawie 80 kilogramów więcej niż Francuz przed draftem (Lauderdale pracował nad sobą na tyle mocno, że udało mu się zejść z ponad 170 kilogramów do poniżej 150). Fanem 22-latka był podobno Jerry Krause, fantazjujący, że Priest będzie kolejnym potwierdzeniem jego talentu do wyszukiwania perełek (patrz: Scottie Pippen, Horace Grant, Toni Kukoc; nie patrz: Brad Sellers, Will Perdue, Stacey King). Menadżer Bulls, mających w drafcie 1996 pick numer 29, był podobno wściekły, gdy Lauderdale’a z 28-ką zgarnęli Atlanta Hawks, którzy dzień przed naborem wskoczyli na tę pozycję wysyłając trzy picki drugorundowe do Seattle.
W stolicy stanu Georgia czekał na naszego bohatera idealny mentor, jeden z niewielu, który miał wystarczającą rozpiętość skrzydeł, by wziąć pod nie Priesta – Dikembe Mutombo. Co prawda dawano mu 2-3 lata zanim stanie się pożytecznym członkiem rotacji, ale klub był pozytywnie zaskoczony po pierwszych miesiącach współpracy.
Lauderdale okazał się też całkiem łebski w kwestii finansów. Pierwsze wypłaty przeznaczył na zakup nieruchomości w rodzinnym Chicago, a w 1997 roku mówił, że planuje nabyć kolejne, a dodatkowo chce zostać właścicielem domu pogrzebowego oraz radiostacji. Jak wyjaśnił: „wszyscy potrzebują dachu nad głową, wszyscy umierają, a ja po prostu lubię muzykę”.
Niestety, choć zdawałoby się też, że wszyscy – przynajmniej w NBA lat 90. – potrzebują wielkoluda, popyt na usługi Priesta malał zaskakująco szybko.
Już po roku zrezygnowali z jego Hawks. Zagrał dla nich w 35 meczach, średnio pojawiał się na parkiecie na 5 minut i rzucał nieco ponad 3 punkty, notując także 1.2 zbiórki i 0.3 bloku (nigdy nie zebrał więcej niż 5 piłek i nigdy nie zablokował więcej niż 1 rzutu w meczu).
Nie lepiej było w Denver Nuggets – 39 meczów, 3.7 PPG, 2.6 RPG, 0.4 BPG.
Po dwóch latach, jedyną osobą, która wciąż chciała go u siebie był niepoprawny Jerry Krause, który przed sezonem polokautowym zaprosił go na obóz przygotowawczy. Ale nawet on w końcu dał sobie spokój, zwalniając Lauderdale’a po tygodniu. Pamiętajmy, że to byli Bulls w pierwszym roku przebudowy – jeśli nie łapałeś się do TEGO składu, to chyba faktycznie nie było dla Ciebie miejsca w NBA.
No i rzeczywiście – Priest już więcej w tej lidze nie zagrał, choć według Wikipedii przewinął się potem jeszcze przez 20 drużyn.
Nic dziwnego. Lauderdale miał dynamikę schnącej farby i poruszał się po parkiecie z gracją worka kartofli.
Zawsze były jednak przynajmniej 224 powody, żeby kolejny klub dał mu szansę.
Po drodze zaliczył jednak epizod, w którym jego wzrost wyjątkowo nie okazał się zaletą.
Filipińska drużyna FedEx Express musiała się wycofać z dogadanej umowy, gdy, po oficjalnym mierzeniu, okazało się, że obecność Lauderdale w składzie narusza przepis mówiący, że łączny wzrost zagranicznych zawodników w jednej drużynie PBA nie może przekroczyć 13 stóp i 6 cali wzrostu (Priest i niejaki Jermaine Walker mierzyli razem jeden cal więcej).
(Artykuł z Manila Standard, który linkuję powyżej zawiera też absolutnie niedorzeczny Fun Fact o Arcie Longu, który w latach 2000-2003 zagrał 63 mecze w Seattle Supersonics oraz epizody w Sacramento Kings, Philadelphia 76ers i Toronto Raptors. Podobno w czasach studenckich ten power forward… znokautowł konia jednym uderzeniem… Poszperałem i – faktycznie – Long pobił konia policyjnego imieniem Toby, będąc wtedy zresztą w towarzystwie pijanego Danny’ego Fortsona… Na szczęście koń Toby nie odniósł żadnych obrażeń. Art też. A szkoda.)
Lauderdale już na samym początku kariery mówił, że nie planuje grać dłużej niż 10 lat i tu też coś poszło nie tak, bo był aktywnym zawodnikiem dwa razy dłużej.
W międzyczasie przyjął bułgarskie obywatelstwo a parę lat temu zaczął trenować młodzież w Niemczech.
Przez te dwie dekady w branży na pewno nauczył się wystarczająco dużo, żeby mieć się czym dzielić z dzieciakami.
Fun Fact: Lubię randomowe montaże akcji z lat 1990-1992, bo zazwyczaj znajduję tam sporo zagrań, których nigdy nie widziałem, pochodzących sprzed ery zalewu przerywników i zajeżdżania kaset wideo z nagranym NBA Action.
Ten wklejony powyżej nie tylko ma trochę tych mniej znanych akcji, ale na dodatek – z jakiegoś powodu – sporo królika Bugsa oraz przebitki na gości ze „Świata Wayne’a”.
A poza tym jest też:
0:31 – Shawn Kemp robiący „Lister Blister Part 2” (oryginalny „Lister Blister” też jest, ok. 1:50).
0:44 – John Starks z layupem, po którym mogłem tylko myśleć „TO trafiłeś, a choć jednej trójki na jedenaście prób w siódmym meczu finałów to już nie?”.
1:11 – Mark Macon – z którego śmiałem się kiedyś, że nie trafił dwóch czystych rzutów spod samego kosza – tym razem zablokowany przez obręcz przy próbie wsadu… Chyba jednak mniejszym obciachem jest wystąpienie w filmiku z „bloopers” w tytule, gdzie każdy ma coś za uszami, niż uwiecznienie twojej wpadki w wideo nazywającym się „Plays Of The Year”.
1:56 – Charles Barkley trafiający z logo i to z nie byle jakiego logo, tylko logo hali Spectrum, któremu miłość wyznawałem np. tutaj.
2:07 – Zupełnie zaskakujące podanie bez patrzenia i kozłem Derricka McKey’a do Shawna Kempa, którego nie powstydziłby się i Nikola Jokić.
2:26 – Chris Gatling psuje alley-oopa ale ma mnóóóstwo szczęścia.
2:45 – MVP tego zestawienia, czyli Rumeal Robinson próbujący zablokować rzut kelnerski Dennisa Rodmana butem rzuconym z linii rzutów za trzy.
A skoro już wywołaliśmy do tablicy prawdopodobnie najsłynniejszą akcję z udziałem Shawna Kempa i – na pewno – najsłynniejszą akcję z udziałem Altona Listera (co uznałem za wystarczający powód, by to on sygnował swoją kartą ten wpis), to wspomnijmy o jej genezie, bo nie było jakoś do tej pory okazji udokumentować jej na tym blogu.
W gruncie rzeczy jest to historia stara jak… około 100 lat, które minęło do tamtego momentu od wynalazku Jamesa Naismitha.
Chłopak zakochuje się w koszykówce.
Koszykówka zmienia jego życie i prowadzi do najlepszej ligi świata.
Chłopak długie lata gra na granicy pierwszej piątki i ławki dzięki ponadprzeciętnej umiejętności zbierania i blokowania rzutów.
Koszykówka ma kaprys – chłopak zrywa ścięgno Achillesa w 1989 roku, w trzecim meczu w nowej drużynie, co, jak sam mówi potem, jest początkiem końca jego kariery.
Chłopak nie poddaje się, wraca do gry i do pierwszej piątki.
Koszykówka odwdzięcza się na poziomie drużynowym – chłopak awansuje do playoffów w 1991 i 1992 roku, w którym mierzy się z młodą i nieobliczalną ekipą z Seattle, gdzie sam spędził trzy sezony.
Chłopak nigdy nie grał tak mało, ale wciąż jest gotowy do walki, wciąż kocha koszykówkę, więc gdy widzi przeciwnika wbiegającego pod kosz i kolegów, którzy powinni go pilnować, usuwających mu się z drogi, robi to co zawsze – staje w polu trzech sekund by zrobić to, co robił już w NBA prawie półtora tysiąca razy, czyli zablokować rywala.
„Za wolno dziadygo” – mówi koszykówka chłopakowi.
Ważne jest też opowiedzenie tej historii z punktu widzenia Shawna Kempa, który nie zadowolił się morderstwem Altona i postanowił zatańczyć na jego grobie.
Jego słynny przykuc i prześmiewcze wskazanie palcami pokonanego rywala wzięło się z frustracji Reignmana po poprzednim meczu serii – przegranym przez Sonics – w którym wdał się z Listerem w przepychankę… choć dopiero później się zorientował, że to Tim Hardaway niesportowo przytrzymał go przy wejściu na kosz, i że to na niego powinien być wściekły a nie na centra Warriors, który po prostu był najbliżej niego.
Wyglądało to tak (w bonusie kolejny raz możecie już trzeci raz w ramach tego wpisu obejrzeć „Lister Blister”, bo czemu nie):
Oczywiście, gdyby nie zaszło to nieporozumienie, nic by to nie zmieniło w sprawie wsadu: Shawn Kemp zapakowałby tę piłkę nad każdym – papieżem, własną matką czy Keanu Reevesem trzymającym szczeniaczka. Tyle, że ta akcja nie byłaby tak ikoniczna, gdyby nie spersonalizowana reakcja Kempa, przez którą Lister do dziś jest obiektem żartów.
Ta seria w ogóle obfitowała w kultowe momenty. Dała nam też bowiem jeden z najsłynniejszych alley-oopów Kempa i Gary’ego Paytona…
…oraz inny świetny wsad Mojego Starego zwieńczony równie zabawną sytuacją, jak „rozstrzelanie” Listera – „pokrzywdzonym” w tej akcji Chrisem Gatlingiem przybijającym piątkę Kempowi.
Żeby nie było, że po raz kolejny mówimy o Altonie tylko przy okazji wyczynów Shawna Kempa, oto właściwy dla niego Fun Fact: Lister zdobył głos w wyborach MVP sezonu 1982/83, mimo że zaliczał dość tuzinkowe 8.4 punktu i 7.1 zbiórki.
Alton był wtedy drugorocznym rezerwowym a jego Milwaukee Bucks – którzy wybrali go w 1981 roku z numerem 21 draftu – byli niezłą drużyną (51 zwycięstw), ale nie był to zbyt zasłużony głos (choć na korzyść Listera działają ponad dwa bloki, które rozdawał w każdym spotkaniu).
Sprawdziłem, że był wówczas dopiero trzecim gościem, który pojawił się w wynikach głosowania na MVP nie zaliczając dwucyfrowej średniej w żadnej kategorii statystycznej.
Poprzednikami byli Clifford Ray w 1976 roku (6.2 PPG i 9.6 RPG, ale on był podstawowym zawodnikiem i filarem defensywy Warriors, którzy dopiero co zdobyli mistrzostwo i wykręcili najlepszy bilans sezonu zasadniczego) oraz Dick McGuire w 1959 (9.2 PPG i 6.2 APG, które czyniły go drugim najlepszym podającym w NBA, lecz – mimo powołania w tamtym roku do All-Star Game – wygląda to bardziej jak wyraz uznania do będącego u schyłku kariery przyszłego Hall Of Famera niż trzeźwą ocenę jego wpływu na ligę w tamtym sezonie).
Z kolei następcę Lister miał tylko jednego i chyba nawet jeszcze bardziej przypadkowego.
O ile w głosie oddanym na Altona Listera widać jeszcze pewną konsekwencję wynikającą z wyraźnego uznania dla wyczynów Bucks w tamtym sezonie (czwartym w kolejce do MVP był lider Kozłów, Sidney Moncrief, a zapunktował także drugi strzelec, Marques Johnson), tak wyróżnienie dla „Action Jacksona” wzięło się trochę znikąd. Bo czy był bardziej wartościowy dla Pacers, niż Reggie Miller, który nie dostał ani jednego punktu w wyborach? Cóż – widać dziennikarze koszykarscy też byli po lokaucie bez formy.
A Altonowi Listerowi oddajmy, co jego – grał 16 lat i naprawdę zapracował na opinię dobrego obrońcy. Jest dziś na 41 miejscu w historii NBA jeśli chodzi o liczbę bloków, a jeszcze wyżej – na 23 miejscu – plasuje się, gdy przeliczymy średnią „czap” na 36 minut gry. Swego czasu był też liderem ligi, jeśli chodzi o Defensive Rating, czyli estymację określającą wpływ gracza na zdobywanie punktów w ramach 100 posiadań. Przewodził tej kategorii w 1983 i 1984 roku oraz plasował się na drugim miejscu w dwóch kolejnych sezonach.
Czyli gdyby nie ta kontuzja Achillesa z 1989, to Alton Lister naprawdę miałby nie najgorsze szanse w starciu z rozpędzonym Kempem. Może zdążyłby się ustawić albo nawet zablokować dzieciaka z Seattle? Kto wie. Ale pieniędzy bym na to nie postawił.
Fun Fact: Bardzo możliwe, że Gary Payton ma najgłupsze nakrycia głowy w historii kart koszykarskich (choć pamiętam kioskową kartę Upper Decka, która z tyłu miała zdjęcie Dennisa Rodmana w czapce w kształcie kawałka sera).
Czapki „Rękawicy” nie są jednak nawet w połowie tak głupie, jak pomysły włodarzy Seattle Supersonics i Dallas Mavericks przed rozgrywkami 1992/93.
Ponaddźwiękowcy w poprzednim sezonie wygrali 47 meczów i odpadli w drugiej rundzie playoffs, co było bardzo obiecującym wynikiem i dało kredyt zaufania nowemu trenerowi, George’owi Karlowi, który przejął zespół Seattle po 40 spotkaniach.
Klub ze stanu Waszyngton szukał wzmocnień i skontaktował się z Dallas Mavericks, którzy z kolei, po bardzo udanych latach 80., zaczynali wchodzić w okres przebudowy. Wygrali tylko 28 meczów w sezonie 1990/91 i 22 rok później. Wciąż mieli jednak w składzie powszechnie szanowanych weteranów – łowcę punktów, Rolando Blackmana, oraz point guarda prawie bez słabości, Dereka Harpera.
I to właśnie w sprawie tego drugiego dzwonili Sonics.
Ich zainteresowanie było zrozumiałe – mieli młodą drużynę, którą doświadczony rozgrywający mógł wywindować. Derek nie tylko miał na koncie dwa powołania do All-Defensive 2nd Team i zgarniał punkty w głosowaniu na najlepszego obrońcę roku (w 1990 roku zajął w nim trzecie miejsce) ale rzucał też prawie 20 punktów na mecz.
Kontrowersyjne – a z perspektywy czasu, po prostu niemądre – było jednak to, że za Harpera chcieli oddać drugoroczniaka wybranego w Drafcie 1990 z pickiem nr 2, czyli właśnie Gary’ego Paytona.
Jeszcze bardziej konfundująca była odpowiedź Mavericks: spoko, Harper jest wasz, weźmiemy też Douga Christie, którego oferujecie, ba, nawet możemy Wam dorzucić gorszy z naszych dwóch picków pierwszorundowych (choć będziemy mocno forsować zamiast tego, Randy’ego White’a), ale… nie chcemy Paytona. Dajcie nam zamiast niego Derricka McKey’a i mamy deal.
Trener Mavs, Richie Adubato – zapytany o pogłoski na temat wymiany – potwierdził to stanowisko, mówiąc, że nie jest fanem Paytona, ale kocha McKey’a, który – owszem – na przełomie dekad ekscytował warunkami fizycznymi, potencjałem i świetną grą w defensywie, lecz brakowało mu ambicji. Podobno przy innej okazji Adubato powiedział też, że od Gary’ego woli Mike’a Iuzzolino.
Oczywiście, w październiku 1992 roku, to wszystko nie brzmiało aż tak durnie (poza tą częścią z Iuzzolino). Payton pierwsze dwa lata w lidze miał dość nierówne. Już wkurzał wszystkich ciągłym gadaniem, ale trudniej było to znieść, bo rzucał ledwie po 8 punktów w meczu (mimo że od pierwszego dnia w lidze był podstawowym point guardem). Dodatkowo, jego ostatni występ był bardzo nieudany: w przegranym 1-4 drugorundowym pojedynku z Utah Jazz miał średnie 4.5 PPG oraz 3.0 APG i nie wystąpił w ostatnim meczu serii (wydaje mi się, że chodziło o naciągnięte mięśnie brzucha, ale też nic dziwnego, że George Karl nie miał problemu z wystawieniem w pierwszej piątce Nate’a McMillana).
GP nie wyglądał więc wtedy na pewniaka, ale i Seattle nie było pod ścianą. Mogłoby się wydawać, że skoro z wciąż uczącym się fachu rozgrywającym wygrali 47 meczów, warto dać mu chociaż jeszcze jedną szansę i pełny sezon z nowym trenerem. Na szczęście jeszcze gorsi w ocenie jego potencjału byli Teksańczycy.
I trzeba powiedzieć, że żeby nie te negocjacje i publiczne szpilki wbijane przez Adubato, kariera Gary’ego Paytona mogła nie być aż tak udana. Kiedy jednak dowiedział się, że gardzi nim trener zespołu, który w najbliższych rozgrywkach miał wygrać 11 meczów, w jego głowie został wciśnięty odpowiedni przycisk.
W pierwszym, od czasu transferowych pogłosek, meczu przeciwko Mavericks, Payton rzucił rekordowe dla siebie 31 punktów, co było zwieńczeniem czteromeczowej passy, w trakcie której wykręcał średnie na poziomie 21.3 PPG, 6.5 APG oraz 4.3 SPG. Adubato – który po meczu przyznał, że nie poznał się na talencie Gary’ego – stracił pracę nieco ponad miesiąc później, po przegraniu 27 z 29 meczów (ale przynajmniej nikt nie mógł mu zarzucić gołosłowności, bo faktycznie stawiał na Mike’a Iuzzolino, którego statystyki w latach 1991-1993 nie były tak odległe od statystyk Paytona w tym okresie).
Ogólnie Gary Payton w sezonie 1992/93 zrobił kluczowy krok w rozwoju a Sonics wygrali 55 meczów i zabrakło im jednego zwycięstwa, żeby zagrać w finale NBA. A potem zaczęła się seria dziesięciu lat z corocznymi powołaniami do All-Star Game (o ile mecz był, oczywiście, rozgrywany), dziewięciokrotnym pojawieniu się w All-NBA Team i tyloma wyborami do All-Defensive Team a także z nagrodą Defensive Player Of The Year.
Czasem najlepsze wymiany to te, których się nie robi. Czasem też są one najgorsze (choć Dallas pewnie i tak nie poradziliby sobie z budowaniem drużyny wokół Paytona lepiej, niż im to wyszło z Jasonem Kiddem). Niezależnie jednak, od której strony patrzymy na negocjacje między Sonics i Mavs w sprawie wymiany Dereka Harpera, nie był to szczytowy moment koszykarskiej myśli menadżerskiej.
Fun Fact: Mało kto był kiedykolwiek tak on fire, jak Craig Hodges w czasie konkursu rzutów za trzy w 1991 roku:
Równie ogniste, jak jego ręka tamtego wieczoru, były jego przekonania i chęci ich publicznego omawiania. Gdy Bulls odwiedzili Biały Dom po swoim pierwszym mistrzostwie, Craig wręczył George’owi Bushowi list ganiący go za zaniedbania wobec biednych i mniejszości rasowych. Ciągle krytykował też Michaela Jordana za brak zaangażowania w ważne sprawy społeczne (MJ niesławnie nie pojawił się na tamtym spotkaniu z prezydentem bo, jak się miało okazać później, brał udział w partii golfa, podczas której przegrał podobno całkiem dużo pieniędzy). Przed finałami 1991 namawiał go – oraz Magica Johnsona – żeby zainicjowali bojkot pierwszego meczu, w odpowiedzi na pobicie czarnoskórego Rodneya Kinga przez policję z Los Angeles.
Hodges twierdził, że głośne wyrażanie swoich poglądów załatwiło mu wilczy bilet i w efekcie, po zwolnieniu przez Bulls w 1992 roku, nie dostał ani jednej propozycji pracy. Oczywiście był bardzo jednowymiarowym zawodnikiem, ale trudno sobie wyobrazić, żeby żadna drużyna NBA nie widziała zastosowania dla superstrzelca z dystansu, który w ostatnich dwóch latach zdobywał mistrzostwo NBA.
A skoro już przy Hodgesie i ogniu jesteśmy, to choć zawodowo sparzył się na swoim aktywizmie, to nie była to najgroźniejsza igraszka z tym żywiołem jakiej był częścią.
W grudniu 1992 roku jego żona Carlita, z którą był wtedy w separacji, oblała go benzyną na parkingu przed szkołą podstawową i dwa razy rzuciła w jego stronę zapaloną zapałkę. W obydwu przypadkach płomień zgasł na wietrze, choć ktoś złośliwy mógłby powiedzieć, że wydłużyło to karierę Hodgesa w NBA zaledwie o parę miesięcy.
Fun Fact: Hakeem Olajuwon jest pierwszym „nie-Amerykaninem”, jak to ujmuje chociażby Wikipedia, który wystąpił w Meczu Gwiazd NBA, ale nie był pierwszym koszykarzem spoza USA biorącym udział w tej imprezie.
Ten szlak przetarł już w 1963 roku Tomisław Mikołajewicz Meszczerjaków, znany jako Tom Meschery.
Tomisław urodził się w 1938 w rodzinie rosyjskich uchodźców w chińskim mieście Harbin leżącym w Mandżurii (założycielem miasta i pierwszym prezydentem był polski inżynier, Adam Szydłowski). W czasie drugiej wojny światowej, razem z rodzicami był internowany pod Tokio i dopiero po jej zakończeniu wyjechał do Stanów Zjednoczonych.
Tam zmienił nazwisko i stał się gwiazdą koszykówki uniwersyteckiej, którą Philadelphia Warriors wybrali z siódmym numerem Draftu 1961. Jego sezon debiutancki zgrał się z sezonem, w którym Wilt Chamberlain zdobywał średnio 50.4 punktu i 25.7 zbiórki w każdym meczu. Z tego co zostawało do podziału, Meschery zgarniał 12.1 punktu i 9.1 zbiórki. W spotkaniu, w którym Szczudło rzucił 100 punktów, nasz bohater i partner rekordzisty w wyjściowym frontcourcie, miał ich 16 (warto jednak zauważyć, że gdy w playoffach Wilt zszedł na ziemię do średniej 35 punktów w 12 spotkaniach, Meschery stał się strzelcem 20-punktowym).
Gdy w 1967 roku Warriors – którzy pięć lat wcześniej przenieśli się do San Francisco – pozostawili Toma niechronionego w expansion drafcie, był on ważną i lubianą postacią. Podobno jego największym fanem był ówczesny właściciel klubu (co jest dość dziwne w kontekście rzucenia go na pastwę ekspansji) i m.in. dlatego zespół nie tylko zastrzegł jego numer, nie czekając na zakończenie kariery przez Meschery’ego, ale też rok później umieścił jego czternastkę w nowym logo drużyny, tuż nad zarysem mostu Golden Gate. Gdy w 1971 roku drużyna została przemianowana na Golden State Warriors i w jej emblemacie pojawiła się doskonale znana wśród polskich fanów NBA z lat 90. „skarpeta”, numer 14 wciąż był w logo. Zniknął dopiero w rozgrywkach 1974/75.
Urok Toma Meschery’ego – który w expansion drafcie został wybrany przez Seattle Supersonics i tam zakończył karierę w 1971 – wynikał w dużej mierze z nietypowego połączenia temperamentu i wrażliwości.
Na boisku był twardzielem, zawsze gotowym do bójek (ale też, podobno, niezłym z półdychy i z drygiem do podań), a poza nim – poetą, co mógł mieć już we krwi, bo panieńskie nazwisko jego matki to Tołstoj (z tych Tołstojów).
Swój pierwszy tomik wydał jeszcze jako zawodnik Sonics, a potem – po nieudanym epizodzie trenerskim – poświęcił się swojej literackiej pasji w pełni. Po zdobyciu tytułu magistra sztuki na Uniwersytecie Iowa, przez 25 lat uczył języka angielskiego i kreatywnego pisania w szkołach średnich w Nevadzie, w międzyczasie rozwijając swój własny warsztat. Do koszykarskiego hallu sławy się nie dostał, ale na początku XXI wieku włączono go do Nevada Writers Hall Of Fame.
Dziś ma już 86 lat i za sobą m.in. walkę z nowotworem, ale nadal pisze. W marcu 2025 do sprzedaży trafiła jego kolejna książka, autobiografia pod tytułem „Szalony Mandżur”. W tamtym czasie był też jeszcze ciągle aktywny na swoim blogu, gdzie pisał głównie o koszykówce oraz – co najlepsze – każdy wpis kończył wierszem właśnie o ukochanym sporcie.
Wiem, wiem.
To jest blog o latach 90., a Tom Meschery grał na przełomie 60. i 70.
Ale wbrew pozorom to wszystko ładnie nam zaraz wróci do ninetiesowej nostalgii i Hakeema.
Wiecie, kto jest jednym z dzieci Meschery’ego?
Koleś, który śpiewał „Heaven Is A Halfpipe”.
Co? To nie są technicznie lata dziewięćdziesiąte (singiel zadebiutował 27 czerwca 2000)? To prawda, ale pokażcie mi coś bardziej ninetiesowego niż jaranie się jazdą na desce i bardziej emblematyczny mainstreamowy kawałek o tej modzie („Sk8er Boi” Avril Lavigne się nie liczy).
Dlatego uważam przebój OPM bardziej za schyłkowe dokonanie dekady, tak jak czasem datuję sobie koniec złotej ery ninetiesowej koszykówki na moment, w którym Hakeem Olajuwon założył koszulkę Toronto Raptors, choć było to już w 2001 roku (i choć w niektóre dni myślę w ten sposób o Patricku Ewingu w trykocie Sonics).
A ponieważ Hakeem dał mi pretekst, żeby napisać kilka słów o Tomie Mescherym, to słowami Toma Meschery’ego podziękuję Nigeryjczykowi za podzielenie się miejscem w tym wpisie.
Oto jeden z wielu wierszy, jaki nasz poeta basketu napisał. Wiersz właśnie o Hakeemie. Oryginał przeczytacie tutaj, a poniżej mój własny przekład, który może, ale nie musi oddawać wszystko, co chciał przekazać Tom:
Hakeem Olajuwon Aka, Hakeem Marzenie
W Afryce każdy poranek zaczyna rozgrzewka. Najmłodszy w drużynie, może szesnastolatek, jest zawsze pierwszy, czeka na mnie w wąskim cieniu tablicy, czytając najnowszy artykuł o Hakeemie. Rozciągamy ścięgna, powolnym truchtem okrążamy boisko. Dotrzymuje kroku, cały czas mówiąc o Marzeniu. „Dis doc” (Posłuchaj) „Z The Dreamem pokonalibyśmy Senegal i zostali mistrzami Afryki Zachodniej. Que pensez vous, entraineur?” (Co pan myśli, trenerze?) A ja nie mogę myśleć o niczym innym jak o czerwonym przydymionym słońcu wschodzącym nad przeciwległym koszem, upale przesiąkającym przez moją koszulkę i o tym, że w połowie treningu nagle zaczyna padać. Zbieram piłki po jego rzutach, tych, które przysięga, że są jak Hakeema. Mówi, że też zagra na Uniwersytecie Houston, a potem w NBA. „Vous m’assistez?” (Pomożesz mi?) Ale jego rzuty są brzydkie, płaskie; brak im trajektorii i lekkości Marzenia. Kiwam głową, zrobię co mogę – rzucam. Jestem w Burkina Faso. Ojczyźnie prawych ludzi, co patrzą w górę.
kilka okazji by zagrać dobrze w decydujących momentach ważnych meczów;
możliwość powiedzenia, że nigdy nie dopuścił się krzywoprzysięstwa (kliknijcie w link i sprawdźcie tytuł, autor notki wstał tamtego dnia z łóżka i wybrał dosadność);