Tag Archives: bardzo biali ludzie

Joe Kleine

Joe Kleine

Fun Fact: Jakie są najboleśniejsze przykłady straconych sezonów w latach 90? Większość przypada na dwuletnią przerwę w dominacji Bulls, bo wtedy najwięcej ekip „poczuło krew”. Knicks w 1994 i 1995. Magic w 1995. Suns i Sonics w 1994. Poza tamtym okienkiem: Celtics w 1990 (wyeliminowani przez coraz bardziej zawodne ciała Wielkiej Trójki), Knicks w 1993 (wyeliminowani przez Charlesa Smitha), Heat w 1998 i 1999 (wyeliminowani przez Knicks w pierwszej rundzie, jako – kolejno – druga i pierwsza drużyna konferencji).

Jestem jednak skłonny przyznać miano najboleśniejszego rozczarowania Phoenix Suns w 1995 roku.

Zaczęło się od wyjątkowego offseason – klub, który miał na widelcu późniejszych mistrzów NBA (2-0 przeciw Rockets w drugiej rundzie PO 1994, ale porażka po siedmiu meczach) i skład oparty o wciąż jeszcze dającego radę Charlesa Barkleya, Kevina Johnsona, Dana Majerle, A.C. Greena i Danny’ego Ainge’a, ściągnął do siebie – praktycznie za darmo – Danny’ego Manninga i Waymana Tisdale’a – oraz w drafcie wybrał, jak się miało okazać bardzo przydatnego, Wesleya Persona.

Danny Manning miał 28 lat i opinię jednego z największych talentów. Potrafił na boisku praktycznie wszystko i nie miał problemu z żadną rolą – potrafił być liderem, ale chętnie też stawał się zadaniowcem. Po latach straconych w beznadziejnych Clippers (i połowie sezonu w Hawks), był gotowy pokazać całej lidze swoją wszechstronność.

Zamiast wielkiego kontraktu wybrał jednak jednoroczną umowę od Suns, by mieć szansę powalczyć o tytuł jeszcze w swoim prime.

To może nie było wzmocnienie rzędu „KD-do-Warriors”, ale już „Boogie-do-Warriors” jak najbardziej. Dodajmy do tego pożytecznego Tisdale’a (także dostał bardzo niską, jednoroczną umowę), który przez sześć poprzednich lat dawał Kings średnio 18 punktów i 7 zbiórek w każdym meczu i mamy zespół gotowy na wszystko. Przed sezonem Magic i Suns byli bardzo gorącymi typami na finał.

Oczywiście zdrowie zaczęło odbierać Barkleyowi radość z gry, ale Manning miał go odciążać. Suns zaczęli sezon od bilansu 10-3, mimo iż w jedenastu meczach musieli sobie radzić bez Chuckstera. Danny nie miał problemu z rolą rezerwowego, która przypadła mu po powrocie Sir Charlesa do zdrowia. Po 46 meczach sezonu, ekipa z Arizony miała 36 zwycięstw i 10 porażek i wtedy – na jednym z treningów – nastąpił początek końca ich sezonu: Manning zerwał ACL. Fani Suns zobaczyli go ponownie w grze dopiero równy rok później.

Tak Phoenix prezentowało się w przedostatnim meczu Danny’ego w tamtym sezonie (nowy nabytek Słońc miał w nim 30 punktów, 14 zbiórek i 4 bloki):

Suns wygrali ostatecznie 59 spotkań, choć Kevin Johnson zagrał tylko o jeden mecz więcej niż Manning. KJ wrócił na playoffy i grał w nich fantastycznie – jego średnie z sezonu zasadniczego to 15 punktów i 8 asyst, a w playoffs – 25 punktów i 9 asyst (plus TAMTEN wsad na Olajuwonem), ale pozbawieni wsparcia boiskowego szwajcarskiego scyzoryka znów ulegli Rakietom w siedmiu meczach. Ja wiem, że serce mistrza i w ogóle, ale Houston byli wówczas do ogrania. Nie wierzę, że Suns trwonią przewagę 3-1 ze zdrowym Manningiem w składzie…

A jaka była w tym wszystkim rola Joe’ego Kleine’a?

W sezonie zasadniczym 42 razy wystąpił w pierwszej piątce, choć średnio na parkiecie spędzał niecałe 13 minut (jego 12.9 MPG to trzecia najniższa średnia minut gracza, który przynajmniej 41 razy zaczynał mecz od pierwszej minuty). W tym czasie rzucał nieco ponad 3 punkty i zbierał nieco ponad 3 piłki.

No i to na jego stopę nadepnął Danny Manning, gdy zerwał więzadło krzyżowe przednie…

Otagowane , ,

Mike Iuzzolino

Mike Iuzzolino

Fun Fact: Basketball Reference na swoim profilu facebookowym wrzuciło niedawno ciekawe zestawienie – listę drużyn, które w czasie jednego sezonu najczęściej przegrywały 20 punktami lub więcej…

Mavericks z sezonu 92/93 wygrali tylko 11 meczów i byli tak słabi, że Mike Iuzzolino spędził na boisku czwartą największą ilość liczbę minut w całym zespole… Ba, byli tak słabi, że Iuzzolino znalazł się w pierwszej, automatowej wersji gry NBA Jam, bo twórcy uznali, że jest drugim najbardziej ekscytującym zawodnikiem (pierwszy był Derek Harper).

Nieprzypadkowo tamte feralne dla Dallas rozgrywki były najlepszym sezonem w karierze wybranego z 35 numerem Draftu 1991 niziutkiego rozgrywającego – zaliczał średnio 8.7 PPG (co właściwie było wynikiem gorszym od 9.3 PPG z sezonu debiutanckiego) i 4.7 APG. To był też jego ostatni sezon. Choć w Mavs był pierwszym point guardem z ławki, nikt nie był zainteresowany podpisaniem z nim umowy latem 1993 i Mike’a już więcej w NBA nie widziano. Swoją koszykarską ojczyznę znalazł we Włoszech, gdzie grał jeszcze przez 10 kolejnych lat.

Wiele nie zdziałał w NBA, ale… ALE! Wiecie ilu koszykarzy w historii ligi zakończyło swój sezon debiutancki ze średnimi przynajmniej 9 punktów i 3.5 asysty na mecz, przy jednoczesnym trafianiu 45% rzutów z pola i 43% rzutów trzypunktowych (i rozegrali więcej niż 2 mecze, bo wtedy łapałby się też nauczyciel matematyki z Los Angeles Lakers, Andre Ingram)? Tylko dwóch. TYCH dwóch:

Query Results Table
Crit Crit Crit Crit Crit Tota Tota Per Per Per Per Per Shoo
Player Age Tm PTS AST FG% 3P% Season G GS MP FG FGA 3P 3PA TS%
Stephen Curry 21 GSW 17.5 5.9 .462 .437 2009-10 80 77 36.2 6.6 14.3 2.1 4.8 .568
Mike Iuzzolino 24 DAL 9.3 3.7 .451 .434 1991-92 52 21 24.6 3.1 6.8 1.1 2.6 .591
Provided by Basketball-Reference.com: View Original Table
Generated 9/8/2018.

A wracając do tamtych beznadziejnych Mavericks, to ich trzon, oprócz wspomnianego Harpera, tworzyli Jim Jackson (który w swoim debiutanckim sezonie rozegrał tylko 28 meczów z powodu kontraktowego impasu) i Bond, Walter Bond (pick szóstej rundy draftu… CBA), Doug Smith (szósty najlepszy Doug w historii ligi wyprzedzany tylko przez Collinsa, Moe, Christie, Westa i Overtona), Terry Davis (który jakimś cudem ma aż dwa wpisy poświęcone swojej osobie na tym blogu) i Sean Rooks (R.I.P.), a na ich – przeważnie no-name’owym – zapleczu można było znaleźć takie michałki jak Serb Radisav Curcic, który został upamiętniony na najmniej koszykarskiej z koszykarskich kart w historii (niestety nie mam jej w swojej kolekcji, więc skan – wyjątkowo – z internetu):

Otagowane , ,

Cherokee Parks

Cherokee Parks

Fun Fact: Do drabiny, która jest motywem przewodnim drugiej serii 1995-96 Upper Deck Collector’s Choice jeszcze kiedyś wrócimy, a na razie skupmy się na gościu, który na powyższym obrazku próbuje się po niej wspiąć (SPOILER ALERT: nie uda mu się).

Znacie go jako typowego, niewiele wnoszącego białasa z NBA. Coś tam słyszeliście o jego zamiłowaniu do tatuaży (miał swego czasu na plecach wytatuowaną paszczę, która otwierała się, gdy Parks się schylał), być może też o jego siostrze – basistce punkowej, ale ogólnie miał tak nieciekawy dorobek boiskowy, że zapobiegł zapadnięciu na dłużej w pamięć nawet tak nietuzinkowej postaci.

Do ligi trafił z uniwerku Duke, gdzie najpierw znęcał się nad nim buc Christian Laettner (którego niby miał być drugim wcieleniem), potem cień rzucał nań Grant Hill, a gdy wreszcie Parks został niekwestionowaną opcją numer jeden, „poprowadził” swoją szkołę do jednego z najgorszych sezonów w historii (po dziś dzień jedyny ujemny bilans i brak awansu do NCAA Torunament po 1983 roku).

Pokazał jednak wystarczająco dużo, żeby Mavericks wykorzystali na niego swój 12 pick w Drafcie 1995. Tam z kolei pokazał wystarczająco mało, by po roku Teksańczycy opchnęli do Minneapolis w zamian za zmianę zabezpieczeń na picku pozyskanym w 1994 roku w ramach transferu Sean Rooksa…

W drugim sezonie w koszulce Wolves dostał szansę gry w pierwszej piątce, którą… cóż… wykorzystał, o ile wykorzystaniem szansy można określić średnie na poziomie 7.1 PPG i 5.5 RPG. Minnesota jakoś specjalnie się nimi nie jarała i rozwiązała kontrakt z Parksem.

I wtedy przyszedł lokaut, który zaważył na dalszej karierze Cherokee’ego.

Niejeden zawodowiec wracał wówczas do gry na lokautowej tarczy (patrz: Kemp, Shawn), a dla Parksa był to moment, w którym uznał, że sportowy tryb życia czyni go nieszczęśliwym. Pojechał wówczas do rodzinnego miasta w Kalifornii i rozpoczął imprezowy ciąg, który w zasadzie trwał przez kilka następnych lat, przerywany bardzo rzadko, w tym m.in. po to, żeby podpisać nowy kontrakt z Vancouver Grizzlies.

W Kanadzie zasłynął tym, że spędzał więcej czasu w klubach ze striptizem niż na treningach. Po latach przyznał, że w offseason praktycznie nie dotykał piłki, a jak nie hulał, to leżał przed telewizorem. Jego ostatnią kampanią był sezon 2003/04, który zakończył przedwcześnie w grudniu, po zwolnieniu przez Golden State Warriors. Były drużyny zainteresowane jego usługami, ale on grzecznie odmówił. Z ulgą zostawił za sobą karierę sportową i otworzył punk rockową spelunę.

Tam właśnie zastało go oświecenie, że źle zdiagnozował swój życiowy problem i zatęsknił za koszykówką.

Próbował comebacku w 2011 roku, podpisując kontrakt z francuskim ligowcem. Wkrótce okazało się jednak, że jest chory i przeszedł operację na otwartym sercu, kończącą jego marzenia o powrocie na parkiet, ale nie o powrocie do NBA.

Dziś Parks pracuje w biurze ligi w Nowym Jorku, do którego dostał się dzięki programowi stażów dla byłych graczy. Podobno jest niezwykle podekscytowany, w tym takimi rzeczami jak nauka obsługi Excela, bo odnalazł w nich to, czego zawsze w jego życiu brakowało – porządek, system i jasny plan działania.

Rzucił pracę w rockowej knajpie i wyjechał pracować w korporacji?

A co, spodziewaliście się, że gość imieniem Cherokee zrobi coś zgodnie z utartymi schematami?

Otagowane ,

Michael Smith

Michael Smith

Fun Fact: Najwięcej złego dla kariery Michaela Smitha (nie, nie tego Michaela Smitha) zrobił Red Auerbach, który w 1989 roku uparł się (na przekór m.in. właścicielowi klubu), żeby trzynasty pick w drafcie – nagrodę za sezon stracony przez kontuzję Larry’ego Birda (zagrał tylko w 6 meczach, Celtics mieli bilans 42-40) – wykorzystać właśnie na niego, zamiast Tima Hardawaya (to właśnie jego chciał Alan Cohen, właściciel) lub Shawna Kempa. Na tym jednak nie poprzestał, beztrosko rzucając po wyborze, że Smith „ma wiele wspólnego z Larrym Birdem – mamy nadzieję”.

I tak przylgnęła do niego łatka „Birda dla ubogich” (choć można było zrozumieć o co chodziło Redowi – Michael był wysokim skrzydłowym, który na uczelni zdobywał dużo punktów – w tym z dystansu – zbierał, podawał… wypisz, wymaluj, kolejna nadzieja białych).

Resztę złego dla kariery Michaela Smith zrobił już on sam. Na obóz przygotowawczy dotarł bez formy, przez co szybko złapał kontuzję, tracąc szansę na zaznajomienie się z nową sytuacją i udowodnienie swojej wartości. Gdy jesteś debiutantem w legendarnej drużynie celującej w mistrza, w której na Twojej pozycji grają Bird, Kevin McHale a nawet, czasami, Reggie Lewis, to trudno w trakcie sezonu zdobyć zaufanie trenera. Dodatkowo – słusznie lub niesłusznie, nie wiem, nie znam człowieka – przylgnęła do Smitha łatka gracza mało ambitnego, który w oczach trenerów nie starał się wystarczająco mocno. Jeśli dodać do tego boiskową opinię – nie umiejącego bronić samoluba – nic dziwnego, że po dwóch sezonach w Bostonie (w żadnym nie grywał średnio nawet po 10 minut w meczu), został zwolniony i do NBA już nie wrócił, nie licząc 29 meczów dla Clippers w rozgrywkach 94/95.

Ale na jeden z fajniejszych celtyckich highlightów lat 90. się załapał, nawet jeśli tylko w roli drugoplanowej…

 

Otagowane ,

Blair Rasmussen

Blair Rasmussen

Fun Fact: Tak w gruncie rzeczy, to nie da się na Blaira Rasmussena powiedzieć niczego jednoznacznie złego.

W college’u (Oregon) był gwiazdą, a w NBA solidnym zmiennikiem na centrze, który gdy dostał szansę regularnych występów w pierwszej piątce, był liderem swojej drużyny w zbiórkach i blokach. To był sezon 90/91, szósta zawodowa kampania naszego bohatera, a średnie wynosiły 9.7 RPG i 1.9 BPG (Blair dorzucał też w każdym meczu 12.5 PPG, ale to nie był jego rekord kariery, bo parę lat wcześniej przekroczył ten wynik o 0.2).

Co prawda tą drużyną byli Denver Nuggets, którzy akurat w tamtym sezonie przegrali 62 mecze tracąc w każdym meczu ponad 130 punktów (więc nie żeby Rasmussen miał jakąś wielką konkurencję w realizacji defensywnych obowiązków – w końcu przez poprzednie cztery lata najlepiej zbierającym graczem Bryłek był 190-centymetrowy obrońca), ale ogólnie piętnasty pick w Drafcie 1985 jakoś specjalnie swoich talentów nie sprzeniewierzył.

Był wielki (siedem stóp wzrostu), rzucał z dystansu (choć nie za trzy, ale pamiętajmy, że w tamtych latach to była fanaberia) i potrafił blokować rzuty – dziś zmusiłby niejednego skauta do zmiany bielizny, a wówczas zmajstrował sobie przyzwoitą, ośmioletnią karierę, która byłaby dłuższa, gdyby poważny problem z plecami nie wyłączył Rasmussena z akcji na dobre.

Mimo to, przedłużenie kontraktu, które dostał w Denver w 1989 było przegięciem.

Nie chodziło tylko o to, że 17.5 miliona dolarów za 7 lat gry to było za dużo jak na rezerwowego centra, ale Blairowi wręczono ten kontrakt bez akceptu nowych właścicieli Nuggets. Bertram Lee i Peter Bynoe niedawno przejęli większość udziałów w klubie (za 65 milionów dolarów), zostając pierwszymi czarnoskórymi właścicielami w czołowych amerykańskich ligach zawodowych, ale ani generalny menadżer Pete Babcock, ani zatrudniony by go nadzorować, prezydent John Spoelstra (z tych Spolestrów) nie wpadli na to, żeby dać im znać, że planują wydać ich 17 milionów. Wkurzeni Lee i Bynoe próbowali potem namówić agenta Rasumssena, aby zredukował umowę do 10 milionów i 5 lat, ale jego śmiech podobno doprowadził do zejścia lawiny w Górach Skalistych.

W efekcie Blair zarabiał więcej niż np. Larry Bird, Scottie Pippen (i to trzykrotnie), Clyde Drexler, Dominique Wilkins czy John Stockton. Pensja Rasmussena za rozgrywki 90/91 była 18. najwyższą w całej lidze. Zarabiał nawet więcej niż Jon Koncak, do cholery, a przecież on został tak przepłacony, że aż dostał upamiętniającą to ksywkę…

Jak już jednak wspomniałem, złego słowa na Rasmussena nie powiem.

W końcu zdarzało mu się nawet założyć czapę Jordanowi.

Otagowane ,

Kevin Pritchard

Kevin Pritchard

Fun Fact: Powyższa karta to na pewno jedna z najdziwniejszych kart jakie kiedykolwiek wydrukowano, bo uwiecznia z pewnymi fanfarami jeden z najmniej ważnych momentów w historii NBA. Gdy byliśmy u progu ekspansji ligi w 1995 roku, pierwszy zawodnik w dziejach Vancouver Grizzlies mógł się wydawać godny odnotowania, ale czas szybko zweryfikował rolę Kevina Pritcharda w renesansie koszykówki w Kanadzie.

Pod koniec maja podpisał kontrakt, który dla niego był szansą aby wreszcie się wykazać (po sezonie debiutanckim w Golden State, w latach w 1991-95 rozegrał tylko 30 meczów NBA rozbitych na trzy drużyny i przeplecionych dwoma latami spędzonymi w Europie), ale jeszcze przed rozpoczęciem rozgrywek 95/96 został wysłany do Orlando Magic za Anthony’ego Aventa i zwolniony dzień później. Nie rozegrał więc ani jednego spotkania dla Grizzlies. Jego kariera zakończyła się w lutym 1996 roku po dwóch meczach w koszulce Bullets. W ostatnim starciu dostał 16 minut, rzucił 7 punktów i rozdał 4 asysty, co wcześniej zdarzyło mu się tylko cztery razy. Bardziej typowy występ Kevina Pritcharda wyglądał mniej więcej tak:

 

Wracając jednak do karty służącej za ilustrację wpisu. Zawsze mnie hipnotyzowała, ukryta pomiędzy tymi wszystkimi standardowymi kartonikami z dwumetrowymi łowcami punktów w heroicznych pozach. Trudno było na moment nie zawiesić się podczas przeglądania swoich zbiorów, nie poświęcić refleksji tej strzesze kruczoczarnych włosów, tym brwiom, tej szczęce czy TEMU krawatowi Kevina, który zdecydowanie bardziej wyglądał na GM’a (i ostatecznie nim został) niż zawodnika. No i – ponieważ to były lata 90., a ja byłem jeszcze w podstawówce i nie miałem najlepszego gustu – chciałem mieć taką piłkę i czapkę.

Ta karta hipnotyzowała mnie tak bardzo i tak bardzo nadal mnie hipnotyzuje, że spowodowała pierwszy w historii bloga dubel.

Tak jest!

Już tę kartę wrzucałem.

Gdy się zorientowałem, w pierwszym odruchu chciałem wyrzucić ten post do kosza, ale potem uznałem, że mogę żyć z łatką gościa, który ciągle ma ochotę skanować i publikować w Internecie tę dziwną kartę Kevina Pritcharda (no i pierwszy dubel po ponad 6 latach i prawie 800 wpisach nie jest chyba powodem do bycia specjalnie zawstydzonym).

Zresztą, postaram się jak najszybciej zrehabilitować.

No bo spójrzcie na te smoliste kępy kłaków wylewająca się spod czapki aż na oczy! Bliżej przekonania się, jak wyglądałaby karta koszykarska Wooly Willy’ego nigdy nie będziemy…

Co ciekawe, choć Pritchardowi w NBA zdecydowanie nie wyszło, ogólnie ceniono jego koszykarskie IQ i zwracano uwagę na ukryty pod niepozorną powierzchownością atletyzm – podobno Kevin miał taki sam wyskok dosiężny co, na przykład, Gerald Green.

Jeśli zaś lubicie pudelkowe wątki w biografiach, to za jeszcze ciekawszą uznacie plotkę, że niecałe 10 lat temu, gdy  Pritchard był menadżerem w Portland, podobno umawiał się z byłą cheerleaderką Blazers i dziewczyną byłego gracza klubu z Rip City, też Kevina – Kevina Duckwortha – który zmarł ledwie rok wcześniej.

Otagowane ,

Todd Lichti

Todd Lichti

Unlucky Fact: Łatwo rzucić okiem na metryczkę Lichtiego i uznać go za kolejnego, niezbyt wartego zapamiętania, bardzo białego człowieka, na dodatek wybranego z numerem 15 w drafcie, w którym z 17-ką poszedł Shawn Kemp. Możliwe jednak, że Todd Lichti byłby bardziej znaną postacią wśród fanów NBA lat dziewięćdziesiątych, gdyby nie druzgocząca passa nieszczęść, która bezpardonowo wybiła go z obiecującej trajektorii lotu jaką był sam początek kariery.

Jako rookie, Todd grał dla Nuggets po 16+ minut w meczu i rzucał średnio przyzwoite 8 punktów, na równie przyzwoitym odsetku – 48.6%. Ci, którzy widzieli go w akcji – nie tylko w NBA, ale i na Uniwersytecie Stanford, który opuścił jako rekordzista w ilości zdobytych punktów (jego rekord pobito dopiero w 2015 roku, czyli po 26 latach) – podkreślali jego ponadprzeciętny ciąg na kosz. Mierzący 193 centymetry shooting guard nigdy nie bał się wbiegania w pomalowane i to w czasach, w których tamte tereny zamieszkiwali prawdziwi twardziele. Po zakończeniu rozgrywek 89/90, działacze z Denver musieli być zadowoleni że Lichti w dniu draftu spadł na piętnastą pozycję – Bryłki gładko przegrały w pierwszej rundzie playoffs ze Spurs, ale Todd w pierwszym starciu miał z ławki 22 punkty, 13 zbiórek i 8 asyst.

Wiecie jak często rookie dokonuje czegoś takiego w meczu tej fazy rozgrywek (w tym przypadku Basketball Reference oferuje dane od 1964 roku)?

Query Results Table
Player Age Pos Date Tm Opp TRB AST PTS
Todd Lichti 23-108 G-F 1990-04-26 * DEN @ SAS L 13 8 22
Magic Johnson 20-239 G-F 1980-04-09 * LAL PHO W 13 11 25
Kareem Abdul-Jabbar 22-362 C 1970-04-13 * MIL @ NYK L 23 11 38
Provided by Basketball-Reference.com: View Original Table
Generated 3/19/2018.

Niestety nieco ponad dwa tygodnie po zakończeniu tamtej serii, Lichti miał wypadek samochodowy. Jego dziewczyna, Kirstin – którą miał właśnie przedstawić rodzicom – zasnęła za kierownicą, auto przekoziołkowało i dziewczyna zginęła na miejscu. Todd trafił do szpitala bez poważniejszych – biorąc pod uwagę sytuację – urazów. Złamana stopa zrosła się na tyle szybko, że pojawił się w pierwszej piątce Nuggets na inaugurację sezonu. To mógł być jego przełomowy rok – w pierwszych 12 spotkaniach siedmiokrotnie rzucał ponad 20 punktów i notował średnie na poziomie 18.9 PPG, 3.8 RPG, 3.0 APG i 2.2 SPG.

Nie wiem, czy wypadek należy uznać za początek jego złej passy, czy też raczej za moment, w którym wykorzystał cały osobisty przydział uśmiechów losu, ale nie trzeba było długo czekać na kolejny cios wymierzony w zdrowie Todda. Przełomowy sezon trwał tylko 29 meczów (z czasem trochę wytracił impet, ale i tak 14 PPG za rozgrywki 90/91 to dobry wynik, choć oczywiście trzeba brać poprawkę na niesamowicie ofensywny styl gry tamtych Nuggets). Zanim Lichti zakończył przygodę z NBA w 1994 roku po serii epizodów w barwach Magic, Warriors i Celtics, zerwał więzadła w obydwu kolanach oraz doznał przecięcia ścięgien w nadgarstku.

Nawet gdy grał, nie był już jednak tym samym zawodnikiem. Częściowo ograniczony przez obolałe ciało, a częściowo przez przybitego tragedią i pechem ducha, nie był już tak nieustraszony na boisku. Sam później przyznał, że po wypadku „NBA przestała nagle być tak ważna, jaką wydawała się, gdy próbowałem się do niej dostać”.

Karierę dokończył we Włoszech i Australii. Na południowej półkuli zadomowił się nawet na dłużej, reprezentując Perth Wildcats do końca lat 90. i poznając tam projektantkę mody Sue, którą ostatecznie poślubił i z którą osiadł w Melbourne (w międzyczasie wracając na trochę do Stanów i próbując swoich sił jako komentator meczów Nuggets).

NBA oferuje bardzo wiele historii porażki, bo nie każdemu udaje się przekuć talent na ligową walutę, która pozwala na wieloletni byt w tym elitarnym gronie, tudzież nie rozmienić go na drobne. Czasem jednak po prostu brakuje wakatów na stanowisku kowala własnego losu i warto pamiętać, iż w licznych przypadkach zawalonych karier zamiast wytykać palcami, powinniśmy je krzyżować na szczęście.

Otagowane ,

Tom Tolbert

Tom Tolbert

Fun Fact: W 1993 roku Tom Tolbert podpisał kontrakt z Los Angeles Clippers – po solidnym sezonie w Orlando Magic, gdzie grał rekordowe 25 minut w każdym spotkaniu – i zaczął nagle grzać ławę. Jego średni czas gry spadł o 12 minut i sfrustrowany Tom zaczął się nudzić. Z tychże nudów zaczął wydzwaniać do swojego ulubionego sportowego programu radiowego, prowadzonego przez Jima Rome’a (gdy zadzwonił pierwszy raz, zaczęto zadawać mu różne pytania by potwierdzić jego tożsamość, co skwitował zniecierpliwiony: „Dlaczego, do cholery, ktoś miałby się podszywać pod Toma Tolberta?”) i opowiadać ludziom historie z patologicznego świata Clippersów. Oczywiście GM, Elgin Baylor, nie był zadowolony, ale Tolbert powiedział wówczas: „No i co mi zrobi? Zacznę grać ujemne minuty?”

W szczytowych momentach (dwa pierwsze lata w Golden State i jedyny rok w Orlando) swojej trwającej niecałe 7 sezonów kariery, Tom Tolbert rzucał po 8 punktów i zbierał 5 piłek w każdym meczu. Jego dwa ostatnie sezony (93/94 i 94/95) były na tyle rozczarowujące, że gdy urodziło mu się pierwsze dziecko, 29-latek bez większego żalu zostawił ligę, która nie przewidywała żadnej większej roli dla gościa za słabego na grę na czwórce i za mało finezyjnego na bycie trójką.

Pogawędki z Jimem Rome’em zapewniły mu jednak gładkie wejście w świat sportowego dziennikarstwa. Przez ostatnie 20 lat Tolbert pracował jako komentator, miał własne programy radiowe i zaliczył przygodę z telewizją (za pracę przy meczach NBA na NBC dostał nawet nominację do Emmy).

Otagowane ,

Loren Meyer

Loren Meyer

Fun Fact: Tak na pierwszy rzut oka, Loren Meyer niezbyt nadaje się na bohatera ciekawego wpisu na koszykarskim blogu. Ot, przypadek jakich wiele. Kumaty podkoszowiec z NCAA trafia do NBA, gdzie okazuje się, że tego co robi dobrze (w tym wypadku: podkoszowa harówka i rzut z półdystansu), nie robi na tyle dobrze, żeby nie dało się go łatwo zastąpić. Po czterech sezonach w lidze – jednym w całości straconym przez kontuzję, a ostatnim składającym się z ledwie 14 meczów – 24 pick Draftu 1995 zakończył przygodę z NBA jako 26-latek (potem grał jeszcze krótko w lidze brytyjskiej). Nie zapadł nikomu w pamięć, ale też się nie zbłaźnił. Na 140 meczów w jego karierze, wychodził w pierwszej piątce częściej niż w co trzecim spotkaniu, notując PER36 średnie ok. 11 punktów i 9 zbiórek.

W jego przypadku o wiele ciekawsze są jednak fun facty pozaboiskowe:

#1 – W czasie trzeciego roku studiów miał poważny wypadek – auto, w którym był pasażerem, wjechało… pod pociąg. Stracił większość tamtego sezonu, ale: a) przeżył; b) szybko wrócił do zdrowia i był gotowy na ostatni sezon w NCAA. Kilka miesięcy wcześniej, także w wypadku samochodowym, zginął inny zawodnik Iowa State, Chris Street (to na jego cześć Meyer grał z numerem 40).

#2 – Loren dorastał w liczącej 700 mieszkańców mieścinie o nazwie Ruthven i tam też uczęszczał do szkoły średniej. Nie udało mi się na szybko sprawdzić jakie jest najmniejsza miejscowość, jaka dała nam gracza NBA, ale obstawiam, że Ruthven jest w ścisłej czołówce.

#3 – Według Basketball Reference, w rodzinnym stanie Meyera, Iowa, urodziło się 22 zawodników NBA i trudno o bardziej stereotypowy zestaw reprezentantów regionu, o którym żartuje się, że składa się głównie z rednecków i pól kukurydzy. Aż 16 gości w tym gronie to bardzo biali ludzie, w tym takie okazy jak: Ryan Bowen, Matt Bullard, Nick Collison, Matt Fish, Bobby Hansen, Kirk Hinrich, Jon Koncak czy, the one and only, Brett Szabo.

#4 – Loren Meyer to jeden z zapewne niewielu (niestety(?) nikt nie zbiera takich danych) pierwszorundowych picków, który w momencie wyboru w drafcie do NBA był topless. Oglądanie naboru w telewizji wspomina w rozmowie z KTIV.com następująco:

Wściekłem się [że nikt mnie jeszcze nie wybrał], więc rozebrałem się z koszulki i poszedłem na podjazd, gdzie zawsze grałem w kosza moim tatą i wujkami. Zaczęliśmy grać 3-na-3 i nagle z domu wybiega siostra, rzuca się na mnie i mówi, że zostałem wybrany, ale nie wie gdzie.

Impreza podraftowa – zorganizowana, a jakże, w remizie – to podobno do dziś jedna z najgrubszych bib w historii Ruthven.

Tyle ciekawostek, od których bardziej intrygujący i tak będzie zapewne fakt, że istnieje wykres przedstawiający rozkład rzutów Lorena z całej jego kariery w NBA…

Otagowane ,

Dwayne Schintzius

Dwayne Schintzius

Fun Fact: Dawno nie gościła na tych łamach plereza Dwayne’a Schintziusa, na co reakcja statystycznego konesera otoczki NBA z lat 90 wygląda mniej więcej tak:

Na szczęście znalazłem jeszcze jedną kartę uświetnioną tą klasyczną fryzurą, która była czymś więcej niż po prostu fryzurą. Była żywiołem.

Żywiołem bywał też sam Dwayne, który lubił się kłócić z trenerami i sędziami oraz brzydko faulować rywali a poza parkietem, tych, którzy mu podpadli (na przykład żartując z jego wzrostu) zwykł w dobry dzień opluwać, a w gorszy bić rakietami tenisowymi i tym samym narzędziem demolować im samochody. Dwayne wyciszył się dopiero w NBA, gdzie okazał się niewypałem i stracił status wielkiego talentu, który nakręcał jego ego w czasie gry w NCAA. Był jednak w tym wszystkim bardziej dużym dzieckiem, niż łobuzem. No bo tylko duże dzieci wymyślają ksywki dla swoich fryzur (Schintzius nazywał swoją płetwę „Lobster”, czyli „Homar”).

Otagowane ,