Category Archives: Karty

Michael Jordan

Michael Jordan

Fun Fact: Rażącym zaniedbaniem byłoby, gdyby blog taki jak ten nie podczepił się pod hype otaczający serial „The Last Dance” i nie przygotował posta, którego bohaterem jest Michael Jordan.

Pierwszy odcinek cofa nas do dnia draftu 1984, który był bohaterem już niejednego fanficu o tym, „co by było gdyby”. Jako że jestem wielkim entuzjastą plotek transferowych, staram się kolekcjonować wszystkie krążące alternatywne wersje kluczowych wydarzeń w historii ligi. Według nich MJ mógł zaczynać karierę w innych klubach niż Bulls, na przykład:

w Sixers – już po premierze „The Last Dance”, Rod Thorn na antenie radia ESPN Chicago wspominał o transferowych propozycjach rozważanych przez niego przed draftem 1984. Jedna z nich pochodziła z Filadelfii, która w tym naborze miała piąty pick, wykorzystany na Charlesa Barkleya. Thorn nie mówił jaka była oferta, ale według artykułu z Chicago Tribune (tamże ciekawy scenariusz, w którym Bulls byliby podobno gotowi rozstać się z trzecim pickiem, gdyby Sonics chcieli oddać im Jacka Sikmę), pojawił się w niej świeżo upieczony dwukrotny All-Star, Andrew Toney, oraz center Clemon Johnson, który jako zmiennik Mosesa Malone’a notował po 5 punktów i zbiórek w każdym spotkaniu. Inna, znacznie bardziej szalona wersja tych negocjacji pojawiła się w książce byłego GM’a Sixers, Pata Williamsa: podobno w Philly byli gotowi wysłać do Chicago samego Doctora J.

w Mavericks – drugi z zespołów, o którym wspomniał Thorn, ponownie nie precyzując, jaką konkretnie ofertę mu przedstawiono. Mavs mieli jednak więcej niż jedną szansę na pozyskanie Jordana, bo jako właściciele picku Cavs (Ted Stepien, głupcze!) do ostatnich dni sezonu mieli szansę na numer trzeci. Ostatecznie ostro tankujące Byki skończyły rozgrywki z bilansem 27-55, a Kawalerzyści w swoim ostatnim spotkaniu pokonali wyżej notowanych Bullets, zaliczając swoje… 28 zwycięstwo. Gdyby Bulls tak brawurowo nie odpuścili reszty sezonu (14 porażek w ostatnich 15 meczach), Mavs dostaliby z Cleveland trzeci pick. Gdyby Cavs nie wygrali ostatniego starcia, o losie wyboru Teksańczyków decydowałby rzut monetą.

w Rockets – a propos rzutów monetą – w taki sam sposób decydowano wówczas o tym, kto wybiera z jedynką. Gdyby Rakiety przegrały i wybierały z numerem drugim, na pewno nie postawiłyby na Sama Bowie’ego. Bardzo możliwe, że wybrałyby Jordana, tak jak i w innym scenariuszu, który poznajemy w książce „Living The Dream” Hakeema Olajuwona. Center Rockets wspomina, że rozmawiano o wymianie na linii Rockets-Blazers, w której do Portland przeszedłby Ralph Sampson, a w przeciwnym kierunku powędrowali Clyde Drexler i drugi pick. Czyli Rakiety w alternatywnej wersji 1984 roku mogły jednego dnia skompletować wielką trójkę Olajuwon-Drexler-Jordan. Ten scenariusz chyba w największym stopniu odbiłby się na spuściźnie MJ’a – czy mając tyle talentu wokół siebie, miałby okazję „wyrosnąć” na G.O.A.T.’a?

w Clippers – przenoszący się właśnie z San Diego do Los Angeles zespół zaoferował Bykom drugorocznego skrzydłowego z tytułem Rookie Of The Year na koncie i średnimi na poziomie 23 punktów i 10 zbiórek (który w trzecim sezonie kariery zostanie wybrany do All-NBA 2nd Team) – Terry’ego Cummingsa. Rod Thorn odmówił. Szkoda. Chętnie obejrzałbym dziesięcioodcinkowy serial, w którym Michael Jordan wspomina jak to było grać dla Donalda Sterlinga.

w Hawks – w gronie drużyn wykręcających kierunkowy do Chicago były też Jastrzębie. Podobno centralnym punktem ich propozycji był center Tree Rollins, który w gruncie rzeczy ani do tego momentu, ani później nie osiągnął niczego ciekawego. No, może poza główną rolą w kultowym koszykarskim nagłówku prasowym: „Tree Bites Man”.

w Pacers – drugi pick Blazers był tak naprawdę pickiem należącym do najgorszej drużyny Konferencji Wschodniej, czyli do Pacers. Gdy w 1981 roku Indiana awansowała do playoffs po raz pierwszy od czasu dołączenia klubu do NBA, w koszykarskim stanie zapanował entuzjazm, który latem jednak opadł po odejściu podstawowego centra, Jamesa Edwardsa. Aby zapełnić lukę i powrócić do postseason, Pacers ściągnęli z Blazers Toma Owensa, oddając w zamian swój pierwszorundowy wybór w drafcie 1984. 32-letni Owens rzucał po 10 punktów w meczu i nie okazał się wzmocnieniem, które pozwoliłoby na powrót do najlepszej szesnastki. W kolejnych sezonach było jeszcze gorzej – przez dwa kolejne lata Indiana miała najgorszy bilans na Wschodzie. Ten drugi raz wypadł w 1984 roku, czyli wtedy, kiedy ich pick przypadał Blazers, a Tom Owens – którego Pacers po jednym sezonie wysłali do Pistons za wybór w drugiej rundzie – był już od roku na emeryturze. Bardzo możliwe, że Indiana z dwójką wzięłaby MJ’a, choć nie można oczywiście wykluczyć kolejnego ataku centrofilii.*

Tyle ploteczek.

Co do samego „The Last Dance”, to po dwóch pierwszych odcinkach jestem bardzo zadowolony, choć nie mam wrażenia obcowania z jakąś nową jakością wśród dokumentów sportowych. Liczyłem na trochę więcej smaczków i przynajmniej jedno wymienienie z imienia i nazwiska Orlando Woolridge’a w kontekście pierwszych sezonów MJ’a. Moim zdaniem serial ma tylko jeden problem – brak Jerry’ego Krause’a wśród żywych i mogących przedstawić swoją wersję wydarzeń. Jest to jednak godna laurka dla jednej z najwspanialszych drużyn w historii, która udowadnia, że Michael Jordan wciąż – 22 lata później – jest największą gwiazdą koszykówki.

________

* Jeśli już mówimy o wyborach w drafcie Pacers, to warto dodać, że choć w 1984 roku Indiana nie miała swojego picku, to rok wcześniej też przecież była najgorszą drużyną Konferencji Wschodniej. Niestety przegrała rzut monetą, który dawał jej prawo wyboru Ralpha Sampsona (nieidealnego wyboru biorąc pod uwagę dalsze losy Sampsona, ale wciąż mówimy o członku Hall Of Fame). Samem Bowiem tamtego draftu był Steve Stipanovich – środkowy o dużym talencie, którego kariera ze względu na problemy z kolanami trwała tylko pięć sezonów (w trakcie których można było w każdym spotkaniu liczyć na 13 punktów i 8 zbiórek autorstwa Stipo). Z trójką wybierali wtedy także Rockets (był to oczywiście pick Cavs – Ted Stepien, głupcze! – który przeszedł jeszcze przez ręce 76ers), ale Jordan na nich nie czekał. Postawili na Rodneya McCraya, który przez pięć sezonów był dla nich niezwykle pożytecznym skrzydłowym z linijkami na poziomie 12/7/4 i dwoma powołaniami do All-Defensive Teams (w tym, w sezonie 1987/88, do pierwszego składu). Może i nie miał lepszej kariery niż Byron Scott (pick #4), Dale Ellis (#9), Derek Harper (#11) czy, last but not least, Clyde Drexler (#14), ale trudno nazwać jego wybór złą decyzją, skoro wydatnie pomógł awansować do finału w 1986 roku i rzucał w nim 15 punktów na mecz, będąc drugim strzelcem Rakiet – przed Sampsonem. McCray nie zdobył wtedy mistrzostwa, ale ostatecznie udało mu się to w 1993 roku, gdy był graczem… Chicago Bulls.

I tak wracamy do Michaela Jordana, który podobno na treningach tak pomiatał McCrayem  – jeszcze dwa lata wcześniej zdobywającym prawie 17 punktów na mecz – że ten nagle stał się zupełnie nieprzydatny. „Jesteś przegrywem! Zawsze byłeś przegrywem” – zwykł wykrzykiwać Michael grając przeciw Rodneyowi.

„[Jordan] jest najpaskudniej ambitnym graczem jakiego widziałem. […] Zepsuł nam Rodneya McCraya.”

– mówił później asystent Phila Jacksona, Johnny Bach.

McCray zagrał cztery minuty w finale 1993 roku, wziął swój pierścień i był tak zmęczony grą z MJ’em, że już nigdy więcej nie wrócił na parkiety NBA (choć swój udział miała w tym przepuklina, z powodu której po mistrzowskim sezonie poddał się operacji).

Otagowane , ,

Antonio McDyess

Antonio McDyess

Fun Fact: Już dawno nie było żadnej anegdoty dissującej Clippersów, więc cofnijmy się równo ćwierć wieku do pewnego czerwcowego wieczoru w Toronto. To był wieczór, kiedy „Postrzygacze owiec” (kocham to chałupnicze tłumaczenie i fakt, że jest zupełnie z dupy nie psuje mi frajdy z używania go) wybrali z numerem drugim draftu Antonio McDyessa, a chwilę potem odstawili klasyczny clipperyzm oddając go do Denver Nuggets za dwóch średniaków z łatką niespełnionego talentu i pick spoza loterii.

Gdy Dice dowiedział się, że nie musi grać dla klubu z Los Angeles, podobno natychmiast zerwał z głowy czapkę Clippersów i rzucił ją do najbliżej stojącej osoby mówiąc: „Fuj, weź to sobie”

Otagowane

Shaquille O’Neal

Shaquille O'Neal

Fun Fact: W 1995 roku Shaquille O’Neal i Hakeem Olajuwon nie tylko dzielili parkiet w być może najciekawszych jednostronnych finałach w historii, ale też dzielili agenta, Leonarda Amato, oraz zobowiązania reklamowe wobec sieci Taco Bell.

Te trzy czynniki – przy czym lokaut z pewnością odegrał rolę katalizatora – doprowadziły miesiąc po finałach do opublikowania na łamach USA Today jednostronnicowego listu Shaqa do The Dreama. Jego treść brzmiała:

Hakeem-

Finały się skończyły, ale między nami to nie koniec. Jasne, jesteś całkiem niezły, gdy masz wsparcie swojej drużyny, ale ja chcę zobaczyć jak sobie poradzisz jeden na jednego.

-Shaq

Tak właśnie wyglądał początek kampanii Taco Bell, które niedługo potem ogłosiło, że 30 września w Atlantic City odbędzie się gala One On One Championship. W ramach tego eventu, transmitowanego na całe Stany w systemie pay-per-view, O’Neal i Olajuwon mieli rozegrać dziesięć dwuminutowych rund, a zwycięzca każdej z nich dostawał 100 tysięcy dolarów (podobno miał obowiązywać zegar 12-sekundowy, a wśród specjalnych reguł był m.in. rzut za 6 punktów).

Niestety, dzień przed imprezą, Hakeem wycofał się z powodu kontuzji pleców, a organizatorzy (wśród których był Donald Trump, właściciel Taj Mahal Casino, które było areną tzw. „War On The Floor”), próbowali na szybko znaleźć zastępstwo, zwracając się do Alonzo Mourninga oraz namawiając na występ w duecie przeciw O’Nealowi… Muggsy’ego Boguesa i Spudda Webba. Ostatecznie galę odwołano i mówi się, że powodem nie był tak naprawdę uraz Olajuwona, a interwencja od początku nieprzychylnej pomysłowi ligi NBA.

Straciliśmy wtedy nie tylko okazję na rozstrzygnięcie który z wielkich centrów był lepszy jeden na jednego, ale też towarzyszące pojedynki, w których na przeciw siebie mieli stanąć Nick Van Exel i Kenny Anderson oraz, świeżo wybrani w drafcie, Joe Smith i Kevin Garnett.

Przykładowe starcie Shaqa i Hakeema z 1995 roku wygląda tak…

…zaś o prognozę wyników pozostałych par możemy np. zapytać serwis Basketball Reference, którego baza danych, po zapytaniu o osiągi wspomnianych zawodników w meczach bezpośrednich, wypluwa takie wyniki:

Regular Season Table
Player G W L MP FG% 3P 3PA 3P% FT% TRB AST STL BLK TOV PTS
Kenny Anderson 21 15 6 35.4 .482 1.0 2.7 .386 .778 3.1 7.3 1.6 0.0 2.5 15.9
Nick Van Exel 21 6 15 36.2 .336 1.2 4.9 .243 .783 3.0 7.4 0.9 0.0 2.6 12.1
Provided by Basketball-Reference.com: View Original Table
Generated 3/17/2020.
Regular Season Table
Player G W L MP FG% 3P 3PA 3P% FT% TRB AST STL BLK TOV PTS
Kevin Garnett 25 19 6 36.6 .534 0.0 0.1 .000 .735 9.8 4.6 1.5 1.8 2.3 19.0
Joe Smith 25 6 19 32.7 .428 0.0 0.2 .167 .808 7.6 1.0 0.8 0.7 1.6 13.5
Provided by Basketball-Reference.com: View Original Table
Generated 3/17/2020.

Ja wiem, że te wszystkie dziwne pojedynki gwiazd sportu, które w latach 90. wymyślali spece od marketingu (pamiętacie 150-metrowy bieg Michaela Johnsona i Donovana Baileya?) to groteska, ale trudno nie fantazjować o pojedynku Shaqa i Hakeema, zwłaszcza tuż po finałach z 1995 roku… Choć ja, z moimi masochistycznymi skłonnościami, fantazjuję równie mocno o pojedynku na rzuty wolne Shaqa i Nicka Andersona.

Otagowane ,

Charles Barkley

Charles Barkley

Fun Fact: Przygoda Charlesa Barkleya w Phoenix zaczęła się wspaniale – od nagrody MVP i występu w finałach – ale skończyła się raczej gorzko. Po trzech rozczarowujących pofinałowych kampaniach (dwie drugie rundy i jedna pierwsza po sezonie z bilansem 41-41), 33-letni Sir Charles ogłosił, że jeśli nie trafi do drużyny walczącej o mistrzostwo, zakończy karierę.

Gwiazdora nie udało się udobruchać, a Suns wykorzystali krótkowzroczność Rockets, zgadzających się w zamian za Barkleya wysłać do Arizony dwóch gości, którzy mogli zostać liderami zespołu ery post-hakeemowej, czyli Sama Cassella i Roberta Horry’ego (uzupełniając transfer Markiem Bryantem i Chuckym Brownem). To wszystko zadziało się w sierpniu 1996 roku, ale Słońca były bliskie jeszcze ciekawszej wymiany z udziałem Rakiet już w lipcu. Barkley powiedział wtedy, że trójstronny deal z udziałem Nuggets został unieważniony przez ligę ze względu na złamanie przepisów dotyczących rekrutacji (czyli niesławnego w dzisiejszych czasach „tampering”). W ramach tego transferu Chuckster trafiłby do Houston, Cassell i Horry do Denver, a do Phoenix miał powędrować Dikembe Mutombo (ostatecznie podpisał kontrakt z Hawks, którzy zresztą także rozmawiali z Suns na temat Sir Charlesa).

Phoenix odpowiedniej wymiany szukało jednak jeszcze przed draftem. Trzy dni przed naborem plotkowano, że Krągły Pagórek Zbiórek próbowano wcisnąć Dallas Mavericks. Ceną był Jim Jackson oraz pick Teksańczyków. Gdyby ten trade doszedł do skutku, Słońca w drafcie 1996 miałyby 9 i 15 wybór. Ten drugi mogli wykorzystać tak, jak to zrobili w rzeczywistości – na Steve’a Nasha – ale z pierwszy z nich, zamiast na Samakiego Walkera, przeznaczyć mogli np. na Kobe’ego Bryanta.

Inna plotka transferowa z tamtego okresu: Charles Barkley do Pacers. Indiana znalazła się na liście życzeń byłego MVP (obok Rockets, Bulls i Knicks) i dysponowała dziesiątym pickiem w drafcie po wcześniejszej wymianie z Nuggets. Zgadywano, że pakiet jaki szykowano dla Suns zawierałby też Derricka McKey i/lub któregoś z „braci” Davis.

Gdyby w latach 90. istniało Trade Machine, to przegrzewałoby się już w styczniu, gdy w prasie można było przeczytać takie pomysły na pozbycie się niezadowolonego skrzydłowego, jak wymiana z Knicks za Anthony’ego Masona lub Charlesa Oakleya, deal z Bulls za Toniego Kukoca i Billa Wenningtona czy trójstronna wymiana z Lakers i Nuggets, w której ekipę z Kolorado wzmacniają Cedric Ceballos i Vlade Divać, a w Arizonie ląduje Mutombo. Pomysłów było tyle, że do plotek załapali się nawet Clippersi, których haczykiem był obiecujący rookie Brent Barry.

Sporo tu historii z cyklu „co by było gdyby”, tyle że niestety czas miał pokazać, że Charles Barkley najlepsze lata miał już za sobą. Rakiety z nim w składzie liczyły się tylko jeden sezon (zakończony przegranym finałem konferencji po rzucie Johna Stocktona), a najsłynniejszym highlightem z Sir Charlesem w koszulce Rockets jest jego wymiana uprzejmości z Shaquille’em O’Nealem.

Otagowane

Tim Kempton

Tim Kempton

Fun Fact: Tim Kempton to taki Brian Scalabrine dla średnio zamożnych. Rudy dryblas, który w grze miał tyle finezji, że aż dziwne, iż w kółko nie mówił „I am Groot”, ale udało mu się przez kilka lat zahaczać w składach drużyn NBA. O ile jednak na początku kariery – w trzech pierwszych sezonach (przeplecionych roczną przygodą z ligą włoską) – miał miejsce w rotacji swoich drużyn (a byli to, kolejno, Clippers, Hornets i Nuggets), tak później zaliczał już tylko role epizodyczne. W sezonie 1992/93 (czyli po kolejnej, tym razem dwuletniej przygodzie z ligą włoską) był czwartym wysokim wicemistrzów NBA, Phoenix Suns i występował po 5 minut w 30 meczach (ale w składzie playoffowym już się nie znalazł), ale ilość spotkań jakie zaliczał w kolejnych sezonach była już znikoma (kolejno: 13 – Hornets i Cavs, 0 – francuska, 3 – Hawks, 10 – Spurs, 8 – Magic i Raptors).

W rezultacie spuścizna Kemptona to michałki pozaboiskowe:

– w tekście Robesa Pattona z 1995 roku o modzie na tatuaże w NBA, Danny Ainge (który grał z naszym bohaterem w Suns) zdradził, że Kempton na pośladku wytatuowanego Diabła Tasmańskiego;

– w czasach gry w Charlotte, Kempton zjadł Whoppera jednym kęsem…

– technicznie poza boiskiem był także wtedy, gdy wziął udział w swojej najsłynniejszej akcji:

W takiej sytuacji nic więc dziwnego, że jego „highlight reel” na YouTube’ie wygląda tak:

Niehumorystyczne montaże nie są jednak dla Tima dużo bardziej łaskawe. Druga dostępna na YT składanka jego zagrań zawiera przybijanie piątek, poprawianie spodenek, dwa rzuty wolne, faul na Timie, kolejny rzut wolny, asystę do Rexa Chapmana, podkoszowe pudło i samobójczą dobitkę przeciwnika, zupełnie zwykły layup przyćmiony efektowną asystą Chapmana i jeszcze jedno dość zwykłe umieszczenia piłki w koszu:

Łaskawe niech mu będzie za to długie życie w zdrowiu czego Timowi, pracującemu od wielu lat jako komentator meczów Suns, życzę dziś z okazji 56. urodzin.

Otagowane ,

Blue Edwards

Blue Edwards

Fun Fact: Gdybym miał wybrać najważniejsze wydarzenie z ostatnich miesięcy, w których ten blog leżał odłogiem (najważniejsze, oczywiście, z perspektywy fiksacji na punkcie lat 90.), byłby to powrót na boiska NBA koszulek Vancouver Grizzlies, które już parokrotnie odkurzyło Memphis (dygresja: ktoś jeszcze ma wrażenie, że Ja Morant to powtórne przyjście Steve’a Francisa, tylko tym razem wszystko pójdzie tak, jak powinno, z brakiem odmowy gry dla Grizzlies na czele?).

Aby to uczcić, wrzucam kartę przedstawiającą owe kultowe stroje, w kolorze cyraneczki, który ja wolę nazywać „kolorem lat dziewięćdziesiątych”.

A skoro już przy kolorach jesteśmy, to wiecie skąd Theodore „Blue” Edwards ma swoją ksywkę? Jako malutkie dziecko zakrztusił się i zanim został uratowany, zdążył zsinieć na twarzy. Działo się to na oczach jego rodzeństwa, które potem zaczęło wołać na niego „blue boy”…

Cóż, nie jest to może „origin story” godne bohatera komiksowego, ale i tak Blue stał się jednym z niewielu koszykarzy, o których życiu nakręcono film… Konkretnie o tym etapie jego życia, który zaczął się wraz z przeprowadzką do Grizzlies. Blue poznał w Kanadzie pewną kobietę, której – jak przystało na koszykarza NBA – zrobił nieślubne dziecko. Edwards chciał żeby prawa do opieki nad chłopcem przyznano jemu i jego żonie. Sprawa zrobiła się głośna, gdy zagrano kartą rasową: ponieważ matka dziecka była biała, obóz państwa Edwards argumentował, że ciemnoskóry chłopczyk będzie miał lepiej u ciemnoskórych rodziców. Ta taktyka okazał się skuteczna, bo sąd, po apelacji koszykarza, przyznał mu prawa do opieki. Matka jednak nie rezygnowała i sprawa trafiła do Sądu Najwyższego Kanady, który ostatecznie wydał wyrok korzystny dla niej… I właśnie o tym opowiada film telewizyjny „Playing For Keeps”, znany też jako „What Color Is Love?”

Blue Edwards w czasie pobytu za północną granicą USA nie tylko miał udział w najsłynniejszym vancouverskim procesie o określenie władzy rodzicielskiej, ale też był autorem dwóch z trzech najsłynniejszych rzutów w historii Vancouver Grizzlies. 5 stycznia 1996 roku zakończył dogrywkę meczu z 76ers zwycięskim buzzer-beaterem…

…a 3 kwietnia 1996 zdobył ostatnie punkty w starciu z Timberwolves, które pozwoliły Miśkom przerwać passę 23 porażek i uniknąć wyrównania ówczesnego rekordu kolejnych przegranych (należącego do Cavaliers i obejmującego koniec sezonu 81/82 i początek rozgrywek 82/83):

(Gdy ktoś się zastanawiał jaki jest ten trzeci najważniejszy rzut w historii zawodowej koszykówki w Vancouver, to odsyłam do wpisu na temat Chrisa Kinga)

Otagowane

Danny Schayes

Danny Schayes

Fun Fact: Napisałem w swoim życiu wiele bzdur. Na tym blogu znajdziecie ich mnóstwo, bo wiele opowiadanych tutaj historii bazuje na plotkach, miejskich legendach i Jaysonie Williamsie.

Jeden mój błąd jest jednak szczególnie gruby. Napisałem kiedyś, że…

„Oprócz bycia jednym z najbardziej białych ludzi jacy grali w NBA w latach 90. i jednego z najgorszych wykonawców rzutów wolnych (48% w karierze), Danny Schayes jest też jednym z trzech najlepszych żydowskich koszykarzy w historii, obok swojego ojca Dolpha i, cóż, Amar’e Stoudemire’a.”

Pierwszej i ostatniej tezy wciąż będę bronił, ale skąd wziąłem tę środkową, nie mam pojęcia (pewnie w końcu wyedytuję ten wpis, ale najpierw chciałbym swój błąd udokumentować). Danny Schayes miał bowiem w swojej karierze skuteczność z osobistych na poziomie 80%, co jest doskonałym wynikiem jak na centra. Nie mam pojęcia o chodzi z tymi 48 procentami, ale widocznie musiałem Danny’ego pomylić z Chrisem Dudleyem. Schayes musiał być przecież świetny z wolnych, bo to była też specjalność jego ojca, który trzykrotnie przewodził w tym elemencie całej NBA.

W ogóle Dolph Schayes to była ciekawa postać. Był pionierem gry przodem do kosza i rzucania z dystansu z pozycji silnego skrzydłowego, mistrzem NBA z 1955 roku, 12-krotnym All-Starem i członkiem drużyn All-NBA, wyróżnionym włączeniem do Hall Of Fame i grona 50 najlepszych zawodników wybranych na 50-lecie ligi. Zmarły cztery lata temu Dolph (który gdy złamał prawy nadgarstek, po prostu nauczył się grać lewą ręką), dbał by pamięć o jego dokonaniach nie zaginęła – podczas każdej rozmowy o koszykówce fundował interlokutorowi szybki quiz wiedzy, w którym prawidłową odpowiedzią było zawsze „Dolph Schayes”. Tak przynajmniej wspomina to Danny.

„Dolph Schayes” to także odpowiedź na pytanie: „Który ojciec zawodnika NBA wszczął bójkę w trakcie meczu jego syna?” 4 maja 1997 roku, Dolph był na trybunach hali Miami Heat, gdy podejmowali Orlando Magic z Dannym w składzie. Gdy w trakcie trzeciej kwarty Burnie, maskotka Heat, opryskał wodą kilku fanów, papa Schayes wstał i przywalił mu pięścią. Dolpha musiała uspokoić ochrona, która eskortowała Burnie’ego na bezpieczną odległość.

„Strzelał w nas wodą. […] Myślą, że to śmieszne? To koszykówka, więc po prostu grajmy w koszykówkę.”

mówił potem Schayes, którego od 69. urodzin dzieliły raptem dwa tygodnie.

Co do Danny’ego, to jest znacznie mniej pytań dotyczących historii ligi, w których jest dobrą odpowiedzią, ale grał aż 18 sezonów, więc przewijał się w tle różnych wydarzeń.

W finałach konferencji zachodniej z 1985 roku przyduszał go Kareem (za co wyleciał z boiska).

To nad jego rękami Mario Elie trafił wygrywający serię rzut nazwany potem „pocałunkiem śmierci”.

W meczu poprzedzającym bójkę jego starego z maskotką uprzykrzał życie Alonzo Mourningowi tak skutecznie, że ten w szatni zaczął wyżywać się na dziennikarzach, nie przebierając przy tym w słowach (to była pierwsza runda playoffs, a Danny i Magic, rozstawieni wówczas z numerem 7, wyrównali właśnie stan serii na 2-2… Richard O’Brien pisał wtedy w Sports Illustrated, że w sondzie/rankingu dostępnym na stronie „Famous Jews–Interactive”, Schayes po tym meczu dostał tyle głosów, że awansował z 73 na 23 pozycję).

Schayes jako wieloletni członek składu Nuggets, załapał się też na legendarny mecz z Pistons zakończony największą łączoną zdobyczą punktową w historii. W starciu, w którym rzucono 370 punktów, Danny oddał tylko jeden – niecelny – rzut z gry, za to trafił 11 z 12 rzutów wolnych… co sprawia, że tym bardziej jest mi głupio za tę pomyłkę ze starego posta…

Otagowane ,

Anfernee Hardaway (i powrót Magic Basketball)

Anfernee Hardaway

Fun Fact: Trochę mi głupio. Po 19 latach przerwy (a 25 lat od debiutu) powraca magazyn „Magic Basketball”, bez którego przecież zapewne nie byłoby tego bloga, a ja piszę o tym dopiero teraz… Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że jako (fanfary) wiceredaktor naczelny trochę przy tym wskrzeszeniu pomagałem, co z miejsca ląduje na szczycie listy moich najlepszych wymówek na okoliczność kolejnej przerwy w dostawie bloga. Jeśli jednak śledzicie MMJK na Facebooku (lub samo Magic Basketball), wiecie o tym wielkim comebacku już od dawna.

Tydzień temu powrót MB stał się faktem, bo światło dzienne ujrzał dostępny tylko w wersji cyfrowej numer zerowy – darmowa próbka tego, co czeka nas w czerwcu, gdy wyjdzie pełnowymiarowa wersja drukowana. Wyszło nam tego w przeliczeniu na papier około 30 stron, więc jest co czytać. Wśród tekstów zerówkowych jest m.in. mój felieton dotyczący żądań transferowych, mam nadzieję że udany.

Żeby przeczytać Magic Basketball 0/2019, trzeba ściągnąć aplikację – o stąd (na komórce link rozpozna Wasz system a na komputerze po prostu przeniesie na stronę internetową MB, gdzie można np. zamówić już pierwszy numer). Życzę miłej lektury…

…i przechodzę do tradycyjnej części posta, w której nawiązuję do karty użytej jako ilustracji. To oczywiście karta z Magic Basketball (uprzedzę ewentualne pytania i powiem, że nie wiem czy będziemy robić własne karty – czas i pieniądz pokaże), ale nie jest to jedyne a propos. To bowiem także karta Anfernee Hardawaya, którego zdjęcie znajdziecie w zerówce przy wstępniaku. To także nawiązanie do jeszcze jednego ujęcia tematu… Oto bowiem miałem wspomnieć, że nowy Magic Basketball to taki Magic Basketball na miarę czasów, bo wersja cyfrowa, World Wide Web i w ogóle, po czym uświadomiłem sobie, że przecież gdy rozstawaliśmy się z magazynem, żyliśmy już w całkiem nowoczesnych czasach – a dorobek reklamowy Penny’ego to dokumentuje:

Otagowane ,

A.C. Green

AC Green

Fun Fact: O ile nie rąbnąłem się w obliczeniach, w historii Meczów Gwiazd na parkiecie pojawiło się 417 różnych zawodników. Spośród nich tylko dziesięciu nie uczciło swojego wyróżnienia zdobyciem punktów. Tę dziesiątkę tworzą: Anthony Mason, Dan Issel, Mark Eaton (on jest jedynym w tym gronie, który nawet nie oddał rzutu), Andrew Bynum, Austin Carr, Bill Gabor, Chuck Noble, Darrall Imhoff, John Johnson (wybija się na tle innych, bo w przeciwieństwie do reszty zagrał nie w jednym, a dwóch Meczach Gwiazd – w 1971 i 1972 roku – choć spędził na boisku najmniej, ex aequo z Carrem, minut, czyli ledwie 5…) oraz A.C. Green.

Green w 1990 roku w Miami grał 12 minut, zebrał 3 piłki miał jedną asystę, 1 blok, 1 stratę i 1 faul, ale jeśli chodzi o zdobycz punktową to (mimo trzech rzutowych okazji) zachował czystość (see what I did there?).

Wiadomo, że A.C. to nie łowca punktów, ale to jego zero było bardzo widoczne, bo Green został wtedy przez fanów wybrany do pierwszej piątki Zachodu, wypierając ze składu… Karla Malone’a. Fanów Showtime było więcej niż fanów Jazzu (skrzydłowym z największą ilością głosów był James Worthy) i zdobywający średnio 13 punktów i 9 zbiórek zadaniowiec dostał nieco ponad tysiąc głosów więcej niż rozgrywający najlepszy indywidualny sezon Mailman – autor, co spotkanie, 31 punktów (to jego rekord kariery) i 11 zbiórek przy skuteczności ponad 56%.

Malone był tak wściekły, że zbojkotował All-Star Game. Tuż po ogłoszeniu piątek powiedział, że być może wybierze się do Miami, ale w chwili obecnej łowienie ryb w Luizjanie brzmi jak lepszy plan. Trochę to wkurzyło ligę, która kazała MVP poprzedniego Meczu Gwiazd schować wędkę i zasuwać na Florydę. Karl posłuchał, ale w spotkaniu i tak nie wystąpił z powodu tajemniczej kontuzji.

Złość Malone’a miała jeszcze bardziej nieprzyjemne sportowe oblicze – po tym jak poznał wyniki głosowania fanów, wyżył się na Bucks, rzucając 61 punktów…

Greenowi było pewnie głupio, ale ani głosowanie, ani dąsy Karolka nie były jego winą, więc mam nadzieję, że mimo wszystko dobrze się w Miami bawił… Nawet jeśli zakończył mecz z taką samą ilością punktów co pierwszy lepszy wędkarz z Luizjany.

Otagowane