
Fun Fact: Wybrany w drafcie 1988 z pickiem 17 był nadzieją Jazz na wzmocnienie ławki, która w playoffach sezonu 1987/88, po kontuzji Darrella Griffitha, była równie mało ekscytująca, co ramówka Polsatu. Składała się w zasadzie tylko z Thurla Baileya, bo inni gracze, którzy dostawali z ławki minuty w tamtej postsezonowej kampanii to Bart Kofoed, Rickey Green, Mel Turpin, Eddie Hughes, Scott Roth i skłócony z trenerem Kelly Tripucka, który zagrał 9 minut i rzucił 2 punkty.
Mimo niedoboru wartościowych zmienników, Jazzmani odpadli dopiero po siedmiu meczach z Los Angeles Lakers, którzy bronili tytułu – jak się miało później okazać, skutecznie.
W decydującym spotkaniu, Utah grała tylko sześcioma zawodnikami (nie liczę dwóch minut Kofoeda) – Karl Malone i John Stockton nie zeszli z parkietu nawet na chwilę, Bob Hansen grał 46 minut, Mark Eaton 44, a rezerwowy Bailey – 42 (kosztem pierwszopiątkowicza, Marca Iavaroniego, który dostał wtedy tylko 10 minut, więc równie dobrze można powiedzieć, że grali w piątkę).
Nic dziwnego, że Jazz obiecywali sobie sporo po drafcie. W końcu, gdyby szukać szukać drużyny z dwoma najbardziej trafionymi wyborami w latach 80., to Stockton z 16-ką w 1984 i Malone z 13-ką w 1985 to absolutna czołówka…
…A skoro już wspominamy o Karlu i 13-tce, to przypomnijmy, że zapłodnił kiedyś trzynastolatkę, ale wciąż zbyt mało osób mu to wypomina.
Ale wracając do głównego wątku.
Po dwóch „szóstkach” w draftowym totku, dalsze decyzje Jazzmanów na tym polu nie były już tak udane.
W 1986 roku, z piętnastką, wybrali niby dobrze, ale nie poznali się na talencie Della Curry’ego, którego oddali do Cleveland po roku. W 1987 roku – znów mając pick nr 15 – postawili na Jose Ortiza, który wolał podpisać kontrakt z drużyną ligi hiszpańskiej. Leckner był następny w tej kolejce i niestety nie przerwał złej passy (chociaż Utah tak naprawdę chciała wybrać Dana Majerlego, zgarniętego trzy picki wcześniej przez Phoenix, więc mieli lepszego nosa niż plan awaryjny).
Eric był młodym, dużym, białym chłopakiem, więc szybko zdobył sympatię fanów w stanie Utah. Czuł się całkiem dobrze w podkoszowych przepychankach, gdzie nieźle wykorzystywał swoje 211 centymetrów i 120 kilogramów. Efektem był rekord skuteczności z gry wśród debiutantów w koszulce Jazz (54.5%). Trener Jerry Sloan chwalił jego warunki fizyczne i ciąg na kosz, ale krytykował brak formy, który odbijał się zwłaszcza na obronie, gdzie łapał szybkie faule. Stockton i Malone (ten, który zrobił kiedyś dziecko 13-latce) także publicznie propsowali jego potencjał (Mailman powiedział nawet, że Leckner mógłby być gwiazdą, lecz nie wierzy we własne umiejętności), ale gdy po dwóch sezonach nadarzyła się okazja wsparcia dynamicznego duetu klasowym obwodowcem – Jeffem Malone’em – Eric w ramach trójstronnej wymiany z Waszyngtonem i Sacramento trafił do stolicy rodzinnego stanu Kalifornia.
To oznaczało dla Lecknera szansę na wyjście z cienia Malone’a (tego, który wiecie co) oraz Eatona, ale też spore oczekiwania – on i Bobby Hansen (nie licząc naręcza mało cennych picków) byli tym, co Kings pozyskali w zamian za pierwszy pick draftu sprzed roku, Pervisa Ellisona. Ok, Pervis nie zawojował świata jako rookie, ale jeśli wymieniasz jedynkę rok po naborze, to lepiej żebyś zyskał na tym coś namacalnego.
Leckner zupełnie jednak nie odnajdował się w nowym teamie. Trener Dick Motta kazał mu zmienić styl gry i z klasycznego podkoszowca przeobrazić się w środkowego operującego na półdystansie. Mimo że i w Utah, i w Sacramento próbka duża nie była, od razu rzuca się w oczy efekt tej zmiany – spadek skuteczności rzutów z gry z 56% w rozgrywkach 1989/90 do 40% w 32 spotkaniach jakie rozegrał w koszulce Królów – zanim został miłościwie spławiony do Charlotte Hornets.
Co ciekawe, Motta miał zupełnie inną diagnozę niepowodzeń Lecknera niż poprzedni coach. Sloan twierdził, że Eric stara się za mało, a trener Kings – że stara się za bardzo. „Ma w sobie tak dużo lęku. Nigdy nie umiał się zrelaksować i po prostu grać” – mówił.
Tyle, że ta teoria nie uwzględnia faktu, iż może faktycznie młody center miał powody do niepokoju: w Kings był jednym z aż czterech środkowych walczących o minuty i czuł, że pomysł szkoleniowca na odsunięcie go od obręczy sabotuje jego szanse. Gdy Motta został zwolniony w wigilię Bożego Narodzenia 1991 roku, Leckner – będący już w Charlotte – powiedział, że to najlepszy prezent świąteczny, jaki kiedykolwiek dostał, co w rankingu najbardziej oziębłych świątecznych tekstów jest niżej chyba tylko od „Teraz mam karabin maszynowy ho-ho-ho”.
Trafionym podarunkiem okazał się też transfer do Północnej Karoliny, bo Eric wreszcie doczekał się nieco stabilniejszej roli. Nie żeby nagle zrobił jakiś wielki postęp, ale prawie 6 punktów i 5 zbiórek w każdym meczu drugiej połowy sezonu 1990/91 było jego osobistymi rekordami. Już w czwartym spotkaniu w nowej drużynie zaliczył double-double – pierwsze w swojej dotychczasowej karierze.
Szerszenie były na tyle zadowolone, że zaoferowały przyzwoity jak na czasy i poziom talentu zawodnika, dwuletni kontrakt warty 1.6 miliona dolarów. Zanim jednak Leckner zdążył się na niego zgodzić, drużyna zredukowała propozycję do jednorocznej umowy wartej 600 tysięcy.
To był początek października 1991, Larry Johnson wciąż nie miał kontraktu i groził grą w Europie, dlatego zdesperowani Hornets postanowili dodatkowe pieniądze dla pierwszego numeru draftu zabrać z kieszeni rezerwowego centra. „Nie za bardzo wiem, co się stało” – skomentował sytuację agent Erica, Randy Vataha. Ja też nie za bardzo wiem, czemu pan Vataha nie kazał swojemu klientowi brać tego jeden-sześć od razu, jak pojawiła się oferta, ani nie wiem, jak długo panowie mieli ją „na stole”, ale chyba nie było alternatyw, bo dzień czy dwa po ujawnieniu informacji o redukcji pensji, panowie przystali na jej okrojoną wersję.
W kolejnych rozgrywkach, po zmianie trenera na Allana Bristowa, czas spędzany przez Lecknera na parkiecie skurczył się. Pojawił się nawet w plotce transferowej, według której miałby się razem z Dellem Currym przenieść do New York Knicks za Grega Anthony’ego. Gdy latem 1992 roku w Charlotte pojawił się Alonzo Mourning, klub miał większe zapotrzebowanie na zeszłoroczny śnieg niż kiepskiego dodatkowego centra i nie zaproponował Ericowi przedłużenia umowy.
Samozwańcze największe dłonie w NBA musiały chwycić się brzytwy.
Wobec braku zainteresowania we własnym kraju, dołączył do grającej w drugiej lidze włoskiej drużyny z Florencji. Zdobywał dla niej prawie 19 punktów i 12 zbiórek w każdym meczu, a zsyłka podziałała motywująco na Lecknera. Latem 1993 roku wrócił do Stanów wdzięczny za każdą minutę na parkiecie najlepszej ligi świata. Za tę minutę był zapewne wdzięczny odrobinę bardziej:
Angaż do słabiutkich 76ers okazał się niezłą sytuacją, zwłaszcza gdy kontuzję złapał debiutant, Shawn Bradley, a jego miejsce w pierwszej piątce na 36 spotkań zajął właśnie Eric. Tyle, że gdy po jednym roku trenera Freda Cartera zastąpił John Lucas, jego pierwszą kadrową decyzją był transfer Lecknera – do Detroit Pistons.
Naszego bohatera to nawet ucieszyło, bo Tłoki nie miały wówczas w składzie żadnego centra, ale radość trwała tydzień. Wtedy do składu dołączył doświadczony Mark West, a miesiąc później – najedzony Oliver Miller. Leckner znów był trzecim podkoszowcem w hierarchii, grającym średnio tyle, co jako debiutant w Utah. Ale w okresie od 30 grudnia 1994 do 21 stycznia 1995 udało mu się zaliczyć prawdopodobnie najbardziej produktywny prawie-miesiąc koszykówki w życiu – przez 11 spotkań, z których 10 rozpoczął w pierwszej piątce, Eric miał średnie bliskie 10 punktów i 7 zbiórek.
W zasadzie resztę jego kariery mógłby streścić Prosiak Porky słowami „Th-th-that’s all folks”.
W kolejnym sezonie zagrał tylko 18 meczów dla Detroit. Zakładam, że rolę odegrały tutaj jakieś kontuzje, ale niestety schyłkowy Leckner nie był jakoś szeroko opisywany i nie dokopałem się do żadnych informacji na ten temat. Na pewno leczył uraz w offseason, gdy podpisał umowę z Knicks, bo m.in. z jego powodu nigdy dla nich nie zagrał i został zwolniony w styczniu 1997 roku.
Niedługo potem podpisał 10-dniowy kontrakt z Charlotte a potem z Vancouver Grizzlies, gdzie został do końca rozgrywek, który okazał się też końcem jego przygody z NBA (nie licząc zaproszenia na obóz treningowy Wizards). Wikipedia odnotowuje jeszcze jeden rok gry, w lidze argentyńskiej, i t-t-to by było na tyle, ludziska.
Nie wiem jakim cudem napisałem aż tyle słów na temat Erica Lecknera.
Podobne zdziwienie wyraża artykuł z serwisu Deadspin sprzed trzynastu lat, opublikowany w ramach cyklu o wiele mówiącej nazwie „NBA Shit List”: jak ktoś z tak niewielkim talentem mógł być graczem rotacji drużyny NBA tak długo?
Udziela też bardzo barwnej i dobitnej odpowiedzi:
Mówi się, że w koszykówce chodzi o stworzenie własnej przestrzeni, czy to w powietrzu, czy na boisku, i to właśnie sprawia, że gra ta jest taka piękna. Przypadek tego drewniaka jest tak irytujący, bo jego rola jest całkowicie przeciwna. Jest na parkiecie tylko po to, aby odbierać innym przestrzeń, stanowić przeszkodę, nie robić nic poza zajmowaniem znacznej części boiska swoim bladym, spoconym, potykającym się monstrualnym cielskiem. Jest antytezą koszykówki.
To nie wina Erica, że przez tyle lat bardzo biali i bardzo duzi ludzie wydawali się mieć szczególne względy u trenerów i generalnych menadżerów. Natomiast faktycznie dziwi, że 8 sezonów w tej wymagającej lidze utrzymał się center, który nie był w niczym dobry, a na dodatek był leniwy, chimeryczny i ścierał się z trenerami.
Nie nie, Dwayne, tym razem to nie o Tobie. Nadal o nim:














