Tag Archives: bardzo biali ludzie

Glenn Robinson & Jim Rowinski

Fun Fact: Glenn Robinson jest jednym z trzech zawodników uniwerku Purdue, który zdobył Srebrną Piłkę Chicago Tribune. To nagroda przyznawana, głosami trenerów i pracowników ligowych, najbardziej wartościowym graczom jednej z czołowych konferencji NCAA – Big Ten. Wręczano ją od lat 40. aż do 2007 roku i choć w sezonie 1984/85 pojawił się konkurencyjny, oficjalny plebiscyt, to chicagowskie wyróżnienie wciąż miało swoją wagę. Zresztą wyniki jednego i drugiego konkursu były zazwyczaj identyczne – Robinson, na przykład, wygrał i tu, i tu. Pierwszym tryumfatorem z Purdue był – dwukrotnie, w 1969 i 1970 roku – Rick Mount, a drugim, nagrodzonym w 1984, dziesięć lat przed Big Dogiem – Jim Rowinski.

Będzie jeszcze wiele okazji, żeby powspominać Glenna Robinsona, ale ta jest być może jedyna, żeby dowiedzieć się czegoś o Rowinskim.

Sam byłem nieświadomy jego istnienia, dopóki jeden z czytelników, Bartosz, nie wysłał mi na Messengerze tego zdjęcia:

Uwe Blab & Jim Rowinski

Ten twarzą do nas to nikt inny jak Uwe „Gram W NBA, Choć Wyglądam Bardziej Jakbym Prowadził Program o NBA na DSFBlab, a plecy należą właśnie do byłego MVP sezonu w Big Ten.

Ku mojej uciesze, 14 z 23 meczów jakie Jim rozegrał w NBA przypadły na sezon 1989/90 (podpisał wówczas kontrakt z Miami Heat i nawet miał kilka niezerowych zdobyczy statystycznych), który na tym blogu uznajemy za lata dziewięćdziesiąte, jest więc jego pełnoprawnym bohaterem, niestety bez karty koszykarskiej, stąd gościnny występ dzięki uprzejmości Glenna Robinsona.

No dobra, miał kartę upamiętniającą grę w CBA, gdzie spędził trochę czasu pomiędzy wyborem w szóstej rundzie Draftu 1984 przez Utah Jazz a pierwszym występem w NBA, do której trafił jako uzupełnienie składu zmierzających po mistrzostwo Detroit Pistons, po kontuzji Johna Salleya (sezon skończył w 76ers).

Jim Rowinski

Zanim jednak został jednym z najlepszych graczy niższej ligi, wykręcającym 20/10 liderem Topeka Sizzlers (dla których grał razem z Haywoode’em Workmanem i Duane’em Ferrellem, którzy byli potem solidnymi zawodnikami w NBA), po zwolnieniu przez Jazzmanów zrobił sobie czteroletnią przerwę w koszykarskim życiorysie. W tym czasie próbował przebranżowić się na futbol amerykański, biorąc udział w testach m.in. dla Green Bay Packers.

Nic dziwnego.

Jim Rowinski miał klatkę piersiową rozmiarów lotniskowca i bicepsy z własnym polem grawitacyjnym. Dodajmy do tego przystojną twarz i równie dobrze mógłby się w połowie lat 80. starać nie o angaż do NFL a o rolę bohatera kina akcji. Gdy stał się – w swoim ostatnim roku na uczelni – gwiazdą Purdue Boilermakers, Sports Illustrated nazwało go „Księciem Klatą” (Prince of Pecs). Artykuł o nim pojawił się po świetnym występie przeciwko Illinois, w którym poprowadził swoją drużynę do zwycięstwa, gromadząc 24 punkty i 13 zbiórek (z czego 20/9 wykręcił w drugiej połowie). Jego drugi najsłynniejszy występ uniwersytecki także miał miejsce przeciwko Fighting Illini. To było rok wcześniej, Jim był wtedy jeszcze rezerwowym i po zdjęciu starterów przez zdegustowanego niekorzystnym wynikiem trenera, nasz bohater, razem z resztą ławki, poprowadził pogoń za rywalem zwieńczoną jego game-winnerem:

Wszystko, co w ostatnim roku wyczyniał Jim wywoływało szczególne emocje, bo parę lat wcześniej jego szanse na grę w NCAA były znikome.

Do Purdue trafił jako zwykły student, mierzący – w jego przypadku „jedyne” – 190 centymetrów. Dostał możliwość starania się o miejsce w składzie, ale nie reprezentacji szkoły, ale drużyny sparingpartnerów, którzy mieli imitować styl gry kolejnych przeciwników na treningach.

Udało mu się, a trenerzy w końcu dali mu szansę na debiut w koszulce Boilermakers. Nie przeszkadzało też to, że przez parę lat urósł do 203 centymetrów i mógł próbować swoich sił jako center. Tyle, że jako 21-latek wciąż był dość cherlawy. Kiedy jednak kontuzja zakończyła przedwcześnie jego drugi sezon, Rowinski chwycił za sztangę i przeszedł przemianę niczym książę Adam podnoszący miecz i krzyczący „Na potęgę Posępnego Czerepu, mocy przybywaj!”. Jego transformacja w He-Mana dopełniła się rok później, gdy podstawowy center Purdue, Russell Cross, odszedł do NBA a Jim poprowadził swój zespół do bilansu 22-7 i zgarnął wspomnianą nagrodę dla najlepszego gracza konferencji Big Ten.

Przy tym wszystkim był podobno sympatycznym chłopakiem, gnębionym na początku przez starszych kolegów z drużyny, ale nigdy nie tracącym pozytywnego nastawienia. Niczym Nikola Jokić, jarał się wyścigami konnymi, na sportowej emeryturze zaczął pracę w branży medycznej a wolny czas poświęcał na pomoc porzuconym i źle traktowanym zwierzętom. Jego wielkie serce przestało bić dwa lata temu, w wieku 63 lat.

Mimo, że nie przełożyła się na sukces w NBA (ani NFL), jego historia to klasyczne i ukochane przez kibiców „od zera do bohatera”. Zainspirowała też pewnego kultowego koszykarza.

Tym koszykarzem jest Steve Scheffler.

On też grał dla Perdue. Też był przypakowanym bardzo białym człowiekiem. Też robił postępy z sezonu na sezon, szczytując na ostatnim roku. Też został najlepszym graczem konferencji Big Ten (w 1990 roku, ale w tym drugim, nie rozpisanym przez Chicago Tribune plebiscycie, bo Srebrną Piłkę dostał wtedy Steve Smith).

„[Rowinski] był jednym z głównych powodów, dla których wybrałem Purdue. Dostał się do drużyny jako walk-on, stopniowo wyrabiał swoją pozycję aż został graczem roku Big Ten jako senior. Pomyślałem, że skoro jemu się udało, ja też mogę tego dokonać. Można powiedzieć, że jest dla mnie kimś w rodzaju mentora. No i miał wszystkie szkolne rekordy w podnoszeniu ciężarów, które przez całą karierę starałem się pobić.”

– mówił Scheffler, który te rekordy w końcu Rowinskiemu zabrał.

Gdy Steve został wybrany w drugiej rundzie draftu przez Charlotte Hornets, Jim starał się o kolejny kontrakt od Heat. Panowie spotkali się w czasie ligi letniej, co dla Schefflera było wielką sprawą. Podczas meczu, Rowinski podobno rzucił nim raz o ziemię, Steve odwdzięczył się tym samym a potem obydwie legendy Purdue serdecznie uścisnęły sobie dłoń, co musiało wyglądać tak:

Predator Handshake

Steve – w odróżnieniu od Jima – zakotwiczył w NBA i trzymał się końca ławki aż przez siedem lat.

Jim Rowinski chodził, żeby Steve Scheffler mógł latać.

Postaw kawę
Otagowane , , ,

Bryant Reeves

Bryant Reeves

Fun Fact: Gdyby cała kariera Bryanta Reevesa była tak dynamiczna i udana, jak zdjęcie na tej karcie, to może Grizzlies wciąż graliby w Vancouver.

A może nie.

Dziś kanadyjskie początki Miśków wspominane są jako mała sportowa katastrofa, która zraziła lokalnych kibiców i ułatwiła przenosiny do Memphis. Owszem, Grizzlies przez sześć lat w największym mieście Kolumbii Brytyjskiej przegrali 78 procent rozegranych meczów, co jest najgorszym wynikiem w historii w takim przedziale czasowym (inne historycznie fatalne sześcioletnie wyniki to 74.4% Minnesoty Timberwolves między 1989 a 1995 oraz 74.1% pojordanowskich Chicago Bulls z lat 1998-2004).

Ale jakich innych efektów spodziewać się podczas budowy zespołu od zera? Zresztą lada moment mieli w jednym drafcie wybrać Pau Gasola (pick pozyskany za Shareefa Abdura-Rahima) oraz Shane’a Battiera i wreszcie ruszyć pewniej w stronę relewantności.

Mam wrażenie, że rozgoryczenie fanów w Vancouver mogło być większe przez ciągłe porównywania z Toronto Raptors, którzy zawsze radzili sobie znacznie lepiej i już w piątym sezonie awansowali do playoffów, a przede wszystkim posiadali magnes na fanów – najpierw w osobie Mocarnej Myszy, Damona Stoudamire’a, a chwilę później Półczłowieka-Półniesamowitości, Vince’a Cartera.

A Grizzlies?

Twarz tej drużyny była pulchna, czasem z lekko głupkowatym wyrazem i miała niemodną fryzurę.

Ale trudno też powiedzieć, że Bryant Reeves był złym wyborem. Nie był najlepszym, bo zaraz po nim Raptors zgarnęli przyszłego Debiutanta Roku, wspomnianego Stoudamire’a, ale żaden inny zawodnik z tamtego rocznika bardziej by Miśkom nie pomógł.

Tamten proces decyzyjny streszcza ówczesny szef skautingu Grizzllies, blisko pracujący z generalnym menadżerem, Stu Jacksonem i mający sporo do powiedzenia podczas draftu, Larry Riley:

„Jeśli chodzi o nasz pierwszy nabór, to można by argumentować, że Big Country nie był tym, kim powinien być… Ale spójrzcie na tamten draft. Pierwszych pięciu graczy było naprawdę świetnych, a potem na szóstym miejscu, na którym my byliśmy, następował spadek poziomu. Uważaliśmy (…), że wybór środkowego, który może być naszym centrem przez następne 10 lat, to będzie właściwa decyzja.”

Niestety Reeves nie dbał o siebie, łapał kontuzje i bardziej jarał się rolnictwem niż koszykówką, ale gdy wchodził na wysokie obroty, zdecydowanie miał papiery na bycie podstawowym centrem drużyny NBA przez 10 lat, co w połowie lat 90. było syrenim śpiewem dla działaczy.

Jackson i Riley uważali, że znacznie łatwiej będzie im znaleźć point guarda przyszłości w kolejnych naborach… i trochę mieli rację, a trochę jej nie mieli.

W następnym drafcie jeszcze go nie szukali, bo postawili na łowcę punktów, Abdur-Rahima, ale z kolei gdy już zaczęli, to przedobrzyli.

W trzech kolejnych latach wybrali trzech rozgrywających („potrzymajcie nam piwo” – powiedzieli Brooklyn Nets z 2025 wybierając trzech point guardów w JEDNYM DRAFCIE), ale żaden z nich nie został w ich zespole dłużej niż trzy sezony.

Najpierw był, wybrany z czwórką, Antonio Daniels, który się nie sprawdził i rok później przeszedł do San Antonio za Carla Herrerę i Felipe Lopeza – marny „haul”, biorąc pod uwagę, że podobno Suns byli gotowi oddać im Steve’a Nasha, pochodzącego zresztą z Kolumbii Brytyjskiej, za czwarty pick, który Grizzlies ostatecznie woleli wykorzystać sami.

Potem był Mike Bibby – celny strzał, choć Bibby miał nigdy nie wspiąć się na poziom All-Star – ale był wystarczająco kompetentny by być podstawowym point guardem bardzo dobrej drużyny, czego dowiódł już w Sacramento Kings (tam jednak wysłał go już kolejny reżim menadżerski, zainstalowany przez nowego właściciela, Michaela Heisleya).

Jednak najgorszym ruchem kanadyjskich Grizzlies było postawienie na Steve’a Francisa, mimo iż twardo powtarzał, że nie zamierza przeprowadzać się do Kanady. To był zupełnie stracony pick w naprawdę niezłym drafcie (po Francisie poszli: Baron Davis, Lamar Odom, Jonathan Bender, Wally Szczerbiak, Richard Hamilton, Andre Miller, Shawn Marion oraz Jason Terry i na dobrą sprawę to nawet niewypał Bender miałby więcej sensu niż otrzymany za Steve’a dziaderski pakiet Antoine Carr + Michael Dickerson + Othella Harrington + Brent Price).

Zdecydowanie najlepszą decyzję jako pracownik Grizzlies, Larry Riley podjął 9 stycznia 1997 roku, na lotnisku Cincinnati/Northern Kentucky.

Oczekiwał wtedy na lot do Detroit, który opóźniał się z powodu opadów śniegu. Riley czekał i czekał, ale coś mu mówiło, że powinien odpuścić tę skautingową delegację i po prostu wrócić do Vancouver. Parę razy rozmawiał z pracownikami linii dopytując o prognozy dotyczące lotu do Detroit, aż w końcu spontanicznie poprosił o zmianę biletu na lot do domu z przesiadką w Seattle.

Samolot, w którym miał lecieć na mecz rozbił się parę godzin później podczas podejścia do lądowania w Detroit.

Nikt nie przeżył.

(Jedną z ofiar była Maureen DeMarco, lecąca na pogrzeb brata, Briana Scully’ego, który zginął… w katastrofie lotniczej dwa tygodnie wcześniej).

Jak wiemy z „Oszukać przeznaczenie”, Śmierć zaczęła wtedy polować na Larry’ego, ostatecznie zadowalając się śmiercią koszykówki w Vancouver. A początkiem dramatycznej sekwencji splatających się okoliczności był tamten wybór Steve’a Francisa.

To był naprawdę, naprawdę zły ruch.

I nie chodzi nawet o wymiar sportowy, ale o to, że postawił klub i miasto w roli koszykarskiej Syberii.

Mogło się wręcz wtedy wydawać, że młode aspirujące gwiazdy wolałyby wziąć udział w zawodach, w których uzbrojeni bogaci ludzie polują na nich dla zabawy, niż grać w koszykówkę w koszulce Grizzlies.

Przez ten impas na linii Miśki-Steve, uprzedzenia Francisa zostały upublicznione i utrwalone w zbiorowej świadomości, upokarzając już i tak niezbyt dumną ze swojego teamu fanbazę. Nic dziwnego, że Heisley ukradł drużynę bez większych problemów.

Inaczej być nie mogło. Wiosną 2000 roku, czyli rok po francisowym fiasku, Stu Jackson i Larry Riley nie byli już pracownikami Vancouver Grizzlies.

Ale parę lat później, Larry w końcu znalazł swojego point guarda…

W 2009 roku, zaczynając pierwszy sezon pracy w roli generalnego menadżera drużyny NBA, Riley miał za zadanie jak najlepiej wykorzystać siódmy pick w drafcie. Wybrał wtedy chyba nawet jeszcze lepiej niż tamtego śnieżnego dnia na lotnisku Cincinnati:

Larry Riley i Steph Curry
Postaw kawę
Otagowane ,

Eric Leckner

Eric Leckner

Fun Fact: Wybrany w drafcie 1988 z pickiem 17 był nadzieją Jazz na wzmocnienie ławki, która w playoffach sezonu 1987/88, po kontuzji Darrella Griffitha, była równie mało ekscytująca, co ramówka Polsatu. Składała się w zasadzie tylko z Thurla Baileya, bo inni gracze, którzy dostawali z ławki minuty w tamtej postsezonowej kampanii to Bart Kofoed, Rickey Green, Mel Turpin, Eddie Hughes, Scott Roth i skłócony z trenerem Kelly Tripucka, który zagrał 9 minut i rzucił 2 punkty.

Mimo niedoboru wartościowych zmienników, Jazzmani odpadli dopiero po siedmiu meczach z Los Angeles Lakers, którzy bronili tytułu – jak się miało później okazać, skutecznie.

W decydującym spotkaniu, Utah grała tylko sześcioma zawodnikami (nie liczę dwóch minut Kofoeda) – Karl Malone i John Stockton nie zeszli z parkietu nawet na chwilę, Bob Hansen grał 46 minut, Mark Eaton 44, a rezerwowy Bailey – 42 (kosztem pierwszopiątkowicza, Marca Iavaroniego, który dostał wtedy tylko 10 minut, więc równie dobrze można powiedzieć, że grali w piątkę).

Nic dziwnego, że Jazz obiecywali sobie sporo po drafcie. W końcu, gdyby szukać szukać drużyny z dwoma najbardziej trafionymi wyborami w latach 80., to Stockton z 16-ką w 1984 i Malone z 13-ką w 1985 to absolutna czołówka…

…A skoro już wspominamy o Karlu i 13-tce, to przypomnijmy, że zapłodnił kiedyś trzynastolatkę, ale wciąż zbyt mało osób mu to wypomina.

Ale wracając do głównego wątku.

Po dwóch „szóstkach” w draftowym totku, dalsze decyzje Jazzmanów na tym polu nie były już tak udane.

W 1986 roku, z piętnastką, wybrali niby dobrze, ale nie poznali się na talencie Della Curry’ego, którego oddali do Cleveland po roku. W 1987 roku – znów mając pick nr 15 – postawili na Jose Ortiza, który wolał podpisać kontrakt z drużyną ligi hiszpańskiej. Leckner był następny w tej kolejce i niestety nie przerwał złej passy (chociaż Utah tak naprawdę chciała wybrać Dana Majerlego, zgarniętego trzy picki wcześniej przez Phoenix, więc mieli lepszego nosa niż plan awaryjny).

Eric był młodym, dużym, białym chłopakiem, więc szybko zdobył sympatię fanów w stanie Utah. Czuł się całkiem dobrze w podkoszowych przepychankach, gdzie nieźle wykorzystywał swoje 211 centymetrów i 120 kilogramów. Efektem był rekord skuteczności z gry wśród debiutantów w koszulce Jazz (54.5%). Trener Jerry Sloan chwalił jego warunki fizyczne i ciąg na kosz, ale krytykował brak formy, który odbijał się zwłaszcza na obronie, gdzie łapał szybkie faule. Stockton i Malone (ten, który zrobił kiedyś dziecko 13-latce) także publicznie propsowali jego potencjał (Mailman powiedział nawet, że Leckner mógłby być gwiazdą, lecz nie wierzy we własne umiejętności), ale gdy po dwóch sezonach nadarzyła się okazja wsparcia dynamicznego duetu klasowym obwodowcem – Jeffem Malone’em – Eric w ramach trójstronnej wymiany z Waszyngtonem i Sacramento trafił do stolicy rodzinnego stanu Kalifornia.

To oznaczało dla Lecknera szansę na wyjście z cienia Malone’a (tego, który wiecie co) oraz Eatona, ale też spore oczekiwania – on i Bobby Hansen (nie licząc naręcza mało cennych picków) byli tym, co Kings pozyskali w zamian za pierwszy pick draftu sprzed roku, Pervisa Ellisona. Ok, Pervis nie zawojował świata jako rookie, ale jeśli wymieniasz jedynkę rok po naborze, to lepiej żebyś zyskał na tym coś namacalnego.

Leckner zupełnie jednak nie odnajdował się w nowym teamie. Trener Dick Motta kazał mu zmienić styl gry i z klasycznego podkoszowca przeobrazić się w środkowego operującego na półdystansie. Mimo że i w Utah, i w Sacramento próbka duża nie była, od razu rzuca się w oczy efekt tej zmiany – spadek skuteczności rzutów z gry z 56% w rozgrywkach 1989/90 do 40% w 32 spotkaniach jakie rozegrał w koszulce Królów – zanim został miłościwie spławiony do Charlotte Hornets.

Co ciekawe, Motta miał zupełnie inną diagnozę niepowodzeń Lecknera niż poprzedni coach. Sloan twierdził, że Eric stara się za mało, a trener Kings – że stara się za bardzo. „Ma w sobie tak dużo lęku. Nigdy nie umiał się zrelaksować i po prostu grać”mówił.

Tyle, że ta teoria nie uwzględnia faktu, iż może faktycznie młody center miał powody do niepokoju: w Kings był jednym z aż czterech środkowych walczących o minuty i czuł, że pomysł szkoleniowca na odsunięcie go od obręczy sabotuje jego szanse. Gdy Motta został zwolniony w wigilię Bożego Narodzenia 1991 roku, Leckner – będący już w Charlotte – powiedział, że to najlepszy prezent świąteczny, jaki kiedykolwiek dostał, co w rankingu najbardziej oziębłych świątecznych tekstów jest niżej chyba tylko od „Teraz mam karabin maszynowy ho-ho-ho”.

Trafionym podarunkiem okazał się też transfer do Północnej Karoliny, bo Eric wreszcie doczekał się nieco stabilniejszej roli. Nie żeby nagle zrobił jakiś wielki postęp, ale prawie 6 punktów i 5 zbiórek w każdym meczu drugiej połowy sezonu 1990/91 było jego osobistymi rekordami. Już w czwartym spotkaniu w nowej drużynie zaliczył double-double – pierwsze w swojej dotychczasowej karierze.

Szerszenie były na tyle zadowolone, że zaoferowały przyzwoity jak na czasy i poziom talentu zawodnika, dwuletni kontrakt warty 1.6 miliona dolarów. Zanim jednak Leckner zdążył się na niego zgodzić, drużyna zredukowała propozycję do jednorocznej umowy wartej 600 tysięcy.

To był początek października 1991, Larry Johnson wciąż nie miał kontraktu i groził grą w Europie, dlatego zdesperowani Hornets postanowili dodatkowe pieniądze dla pierwszego numeru draftu zabrać z kieszeni rezerwowego centra. „Nie za bardzo wiem, co się stało” – skomentował sytuację agent Erica, Randy Vataha. Ja też nie za bardzo wiem, czemu pan Vataha nie kazał swojemu klientowi brać tego jeden-sześć od razu, jak pojawiła się oferta, ani nie wiem, jak długo panowie mieli ją „na stole”, ale chyba nie było alternatyw, bo dzień czy dwa po ujawnieniu informacji o redukcji pensji, panowie przystali na jej okrojoną wersję.

W kolejnych rozgrywkach, po zmianie trenera na Allana Bristowa, czas spędzany przez Lecknera na parkiecie skurczył się. Pojawił się nawet w plotce transferowej, według której miałby się razem z Dellem Currym przenieść do New York Knicks za Grega Anthony’ego. Gdy latem 1992 roku w Charlotte pojawił się Alonzo Mourning, klub miał większe zapotrzebowanie na zeszłoroczny śnieg niż kiepskiego dodatkowego centra i nie zaproponował Ericowi przedłużenia umowy.

Samozwańcze największe dłonie w NBA musiały chwycić się brzytwy.

Wobec braku zainteresowania we własnym kraju, dołączył do grającej w drugiej lidze włoskiej drużyny z Florencji. Zdobywał dla niej prawie 19 punktów i 12 zbiórek w każdym meczu, a zsyłka podziałała motywująco na Lecknera. Latem 1993 roku wrócił do Stanów wdzięczny za każdą minutę na parkiecie najlepszej ligi świata. Za tę minutę był zapewne wdzięczny odrobinę bardziej:

Angaż do słabiutkich 76ers okazał się niezłą sytuacją, zwłaszcza gdy kontuzję złapał debiutant, Shawn Bradley, a jego miejsce w pierwszej piątce na 36 spotkań zajął właśnie Eric. Tyle, że gdy po jednym roku trenera Freda Cartera zastąpił John Lucas, jego pierwszą kadrową decyzją był transfer Lecknera – do Detroit Pistons.

Naszego bohatera to nawet ucieszyło, bo Tłoki nie miały wówczas w składzie żadnego centra, ale radość trwała tydzień. Wtedy do składu dołączył doświadczony Mark West, a miesiąc później – najedzony Oliver Miller. Leckner znów był trzecim podkoszowcem w hierarchii, grającym średnio tyle, co jako debiutant w Utah. Ale w okresie od 30 grudnia 1994 do 21 stycznia 1995 udało mu się zaliczyć prawdopodobnie najbardziej produktywny prawie-miesiąc koszykówki w życiu – przez 11 spotkań, z których 10 rozpoczął w pierwszej piątce, Eric miał średnie bliskie 10 punktów i 7 zbiórek.

W zasadzie resztę jego kariery mógłby streścić Prosiak Porky słowami „Th-th-that’s all folks”.

W kolejnym sezonie zagrał tylko 18 meczów dla Detroit. Zakładam, że rolę odegrały tutaj jakieś kontuzje, ale niestety schyłkowy Leckner nie był jakoś szeroko opisywany i nie dokopałem się do żadnych informacji na ten temat. Na pewno leczył uraz w offseason, gdy podpisał umowę z Knicks, bo m.in. z jego powodu nigdy dla nich nie zagrał i został zwolniony w styczniu 1997 roku.

Niedługo potem podpisał 10-dniowy kontrakt z Charlotte a potem z Vancouver Grizzlies, gdzie został do końca rozgrywek, który okazał się też końcem jego przygody z NBA (nie licząc zaproszenia na obóz treningowy Wizards). Wikipedia odnotowuje jeszcze jeden rok gry, w lidze argentyńskiej, i t-t-to by było na tyle, ludziska.

Nie wiem jakim cudem napisałem aż tyle słów na temat Erica Lecknera.

Podobne zdziwienie wyraża artykuł z serwisu Deadspin sprzed trzynastu lat, opublikowany w ramach cyklu o wiele mówiącej nazwie „NBA Shit List”: jak ktoś z tak niewielkim talentem mógł być graczem rotacji drużyny NBA tak długo?

Udziela też bardzo barwnej i dobitnej odpowiedzi:

Mówi się, że w koszykówce chodzi o stworzenie własnej przestrzeni, czy to w powietrzu, czy na boisku, i to właśnie sprawia, że gra ta jest taka piękna. Przypadek tego drewniaka jest tak irytujący, bo jego rola jest całkowicie przeciwna. Jest na parkiecie tylko po to, aby odbierać innym przestrzeń, stanowić przeszkodę, nie robić nic poza zajmowaniem znacznej części boiska swoim bladym, spoconym, potykającym się monstrualnym cielskiem. Jest antytezą koszykówki.

To nie wina Erica, że przez tyle lat bardzo biali i bardzo duzi ludzie wydawali się mieć szczególne względy u trenerów i generalnych menadżerów. Natomiast faktycznie dziwi, że 8 sezonów w tej wymagającej lidze utrzymał się center, który nie był w niczym dobry, a na dodatek był leniwy, chimeryczny i ścierał się z trenerami.

Nie nie, Dwayne, tym razem to nie o Tobie. Nadal o nim:

Postaw kawę
Otagowane ,

Will Perdue

Will Perdue

Fun Fact: Pamiętacie jeszcze ninetiesowy boom na audiotele? Numery 0-700 były wszędzie, także w „Magic Basketball”, pod postacią reklam pełnych zadowolonych z życia stockowych ludzi z telefonem…

Na zdjęciu tego dobrze nie widać, ale jedno z haseł dla „Wesołej linii” brzmi „Balanga! Balanga! Ludzie! Gdzie wy jesteśta?!?” and I think it’s beautiful.

Pomijając telewizyjnych konkursy czy głosowania, to chyba najsłynniejszym przykładem wykorzystania audiotele były telefony do gwiazd. Swoją własną linię miała Katarzyna Figura, która opowiadała różne krótkie historyjki o erotycznym zabarwieniu, ale ludzie mogli też w latach 90. dzwonić do Darka Kordka, Andrzeja Krzywego, Kasi Kowalskiej czy Zulu Guli. Gwiazdy nagrywały kilka wiadomości, które były puszczane przez miesiąc, a potem podmieniane na kolejne a zyskami dzieliły się z dostawcami usługi. Taką linię mógł sobie założyć każdy, ale oczywiście nie bycie aktorką-seksbombą utrudniało zarobienie na tym konkretnych pieniędzy.

Był jednak jeden człowiek, który co prawda nie miał wielkich piersi, ale za to bardzo wielkie stopy i znał się z Michaelem Jordanem. I postanowił to wykorzystać, zwłaszcza, że trochę się nudził, bo jego kariera koszykarska nie rozwijała się tak, jak sobie wymarzył. Will Perdue.

Rezerwowy center Chicago Bulls, który słynął z rekordowego rozmiaru buta i zupełnie zwyczajnego talentu koszykarskiego (niech Was nie zwiedzie powyższe wideo), w sezonie 1991/92 uruchomił własne audiotele.

Dzwoniąc pod numer 1-900-420-WILL i płacąc 2 dolary za pierwszą minutę oraz po jednym za każdą kolejną, można było posłuchać rezerwowego centra Byków opowiadającego historie o swojej drużynie lub przeciwnikach.

Autor tego artykułu przytacza nawet jeden z fragmentów wiadomości, którą można było odsłuchać (za, przypomnijmy, minimum 2 dolary):

„Jest wtorek, a Rony Seikaly ciągle powtarza, że Żar Miami jest co raz lepszy. Tylko nie wiadomo w czym? W powodowaniu udarów?”

Autor serwuje też od razu idealną recenzję żartu:

„To dowodzi, że Perdue jest słaby nie tylko w kosza.”

I choć wszyscy – w tym koledzy z drużyny – nabijali się z Willa, on podchodził do tego dość poważnie. Każdego dnia po treningu lub meczu poświęcał dwie godziny na pisanie kolejnych 3-4 minutowych wiadomości, które potem nagrywał dla swoich słuchaczy, tworząc w zasadzie coś na kształt tele-bloga lub swoistego protoplastę social mediów i serwisów udostępniających treści płatnie.

Perdue widział w tym sposób na szlifowanie warsztatu i ćwiczenie kreatywności z myślą o ewentualnej karierze w reklamie, radiu lub telewizji.

I wiecie co? Te dwie godziny dziennie nie poszły na marne, bo na sportowej emeryturze został komentatorem i analitykiem telewizyjnym oraz radiowym, więc z tego żartu o Ronym Seikalym to on, a nie tamten dziennikarz, śmiał się ostatni.

A i na kontaktach ze światem reklamy Will nie wyszedł najgorzej:

Postaw kawę
Otagowane ,

Alex Stivrins

Alex Stivrins

Fun Fact: Siadając do posta o Aleksie Stivrinsie liczyłem się z tym, że w pewnym momencie zacznę pisać streszczenie Terminatora dwójki.

Tymczasem dostałem scenariusz jak ze Spider-mana.

W komiksach i filmach, Peter Parker zyskuje nadzwyczajną siłę, zwinność, umiejętność przywierania do ściań oraz szósty zmysł, po ugryzieniu radioaktywnego (lub w inny sposób podrasowanego) pająka.

Alex Stivrins na trzecim roku studiów także został ugryziony przez pająka, a konkretnie przez pustelnika brunatnego, który jest bardziej jadowity niż czarna wdowa. Zyskał dzięki niemu nieprzyjemne zapalenie i obrzęk w okolicach ugryzionej kostki, który zmusił lekarza uniwersyteckiego do wycięcia martwych tkanek z nogi i przepisania antybiotyku.

Innymi słowy: nasz bohater nie zyskał supermocy.

Choć podobno, gdy wrócił do gry (po zabiegu opuścił jeden mecz) miał dobrą skuteczność z pola – trafił 29 z 36 rzutów w czterech kolejnych spotkaniach.

Oczywiście dostał ksywę „Spider-Man”.

Rok wcześniej marzył zapewne, żeby ugryzł go radioaktywny ortopeda, bo zmagał się z bolesnym podrzepkowym zapaleniem ścięgna w obydwu kolanach. „Jakby ktoś dźgał mnie nożem w rzepkę” – opisywał sytuację Alex reporterowi „Lincoln Journal Star”. Leczenie i stabilizatory umożliwiły mu rozegranie pełnych czterech sezonów w NCAA (po 2 lata w Creighton i w Colorado). Kilka lat później, na początku lat 90., znów miał pechowy uraz nóg – po zderzeniu z motocyklem w Mediolanie (żeby nie było, że przez kosza miał tylko pecha, to np. grając chwilę wcześniej w drużynie z Teneryfy, poznał swoją przyszłą żonę, Claire).

Wypadek nie zastopował jego kariery, bo kolejnym jej przystankiem, po lidze włoskiej, było NBA. Wracał tam z trzymeczowym doświadczeniem w Seattle Supersonics (wybrali go z 75. numerem draftu 1985, był wówczas pierwszym w historii graczem NBA z korzeniami łotewskimi) oraz po treningach z Atlanta Hawks oraz Phoenix Suns w sezonie 1987/88. W 1992 roku, jako 30-latek, ponownie pojawił się na testach w Arizonie i zrobił tak dobre wrażenie, że otrzymał kontrakt od drużyny szykującej się do walki o mistrzostwo. Nasz bohaterski Spider-Man szybko się jednak przekonał, że najbardziej przydatną supermocą w NBA bywa umiejętność szybkiego pakowania się.

Kolegą z parkietu Charlesa Barkleya był tylko 8 razy, zanim Słońca zwolniły go, tuż po świętach Bożego Narodzenia. Już w Nowy Rok złożył podpis na umowie podsuniętej mu przez Jastrzębie, zagrał 5 razy, załapał się na YouTube…

…i ponownie, niecały miesiąc później, musiał się pakować.

Następnym przystankiem było Miasto Aniołów, choć pewnie gdyby miał pajęczy zmysł, to ten ostrzegłby go przed podpisywaniem kontraktu z Clippers. Zresztą i tak w ich koszulce spędził na parkiecie tylko jedną minutę, oddając jeden niecelny rzut. Potem trzy razy wybiegł na boisko jako Kozioł z Milwaukee, a na koniec wrócił do Phoenix na dwa dziesięciodniowe kontrakty i dwa krótkie występy na boisku. Sezon 1992/93 kończył w CBA, gdzie pomógł wywalczyć mistrzostwo Omaha Racers (i trzymał kciuki za Suns, którzy obiecali mu pierścień jeśli wygrają finały). Później był jeszcze powrót do Hiszpanii i wyjazd do Japonii, aż w 1997 roku Spider-Man zrzekł się ostatecznie wielkiej mocy i wielkiej odpowiedzialności związanej z zawodowym uprawianiem koszykówki.

Alex w 2001 roku zaczął pracę jako doradca finansowy i jest nim do dziś. Ma czwórkę dzieci. Najstarszy syn Luke grał w kosza na uniwerku Nevada, ale nie przeszedł na zawodowstwo, a młodszy o dwa lata Nathan wstąpił do marynarki wojennej. Najdalej śladami ojca (i matki – pani Stivrins przez pewien czas trenowała pływanie) zaszły córki-siatkarki. Amber zbliża się właśnie do końca amatorskiej kariery na University of San Diego, a Lauren, była gwiazda Nebraski, niedawno rozpoczęła profesjonalne granie w Serie A1, w drużynie z Florencji (uwaga na motocykle!).

Mogłoby się wydawać, że epizod Alexa Stivrinsa w NBA nic nie znaczył, ale to nieprawda.

Na początku lat dziesiątych, około trzynastoletnia wtedy Lauren Stivrins poszła ze szkolną drużyną siatkówki na obiad do restauracji. Tak się złożyło, że przy jednym ze stolików siedział Charles Barkley. Lauren niewiele myśląc podeszła do niego, przedstawiła się i powiedziała: „Znasz mojego tatę”. „Krągły pagórek” wyściskał dziewczynę, przysiadł się do stolika z jej znajomymi, pogadał przez godzinę i jeszcze zapłacił za jedzenie.

„Lauren była wtedy bohaterką dla swoich koleżanek” – wspominał potem Alex.

Ten moment miał znaczenie i totalnie był warty tych noży wbijanych w kolana, trujących pająków i wpadania pod motocykle, skoro ostatecznie umożliwiły Stivrinsowi rozegrać dziesięć meczów w Phoenix Suns i poznać Barkleya, który dwadzieścia lat później sprawi, że córka Spider-Mana poczuje się, jakby miała supermoce.

Otagowane ,

Bob Martin

Bob Martin

Fun Fact: Nie będę udawał, że mam coś do powiedzenia na temat Boba Martina. To prawdopodobnie najpopularniejszy w Polsce koszykarski no-name, bo wiele dzieciaków w latach 90. wyciągnęło jego kartę z paczki kupionych w kioskach upper decków. W NBA zagrał 54 mecze, wszystkie w koszulce Los Angeles Clippers (53 w sezonie 1993/94 i 1 w 1994/95), a chwilę wcześniej spędził trochę czasu w CBA, jako center Rapid City Thrillers. Wszystko to wydarzyło się pewnie dlatego, że były student i zawodnik University of Minnesota urósł do magicznych 7 stóp wzrostu, a jak dobrze wiemy, siedem stóp w drzwiach znacznie ułatwia wejście do ligi. Na tym koszykarski ślad po Bobie Martinie w zasadzie się urywa.

Ale, żeby nie było, że w tym poście nie ma niczego ciekawego, oto streszczenie Terminatora.

Jest rok 1984, w świetle błyskawic, gdzieś na obrzeżach Los Angeles pojawia się przerażający przybysz – przybywający z przyszłości cyborg, elektroniczny morderca wyglądający jak człowiek, o ile człowiek może wyglądać jak Arnold Schwarzenegger.

Chwilę wcześniej widzimy fragment przyszłości, z której pochodzi maszyna. Miasto Aniołów A.D. 2029 to skąpana w mroku post-apokaliptyczna ruina, plątanina prętów, bloków betonu, teatralnie wyeksponowanych ludzkich czaszek oraz laserów robiących „piu piu”, w której sztuczna inteligencja poluje na ludzi (wszystkich ludzi, a nie tylko grafików i copywriterów, jak dzisiaj).

Terminator rozpoczyna swoją zaprogramowaną misję od niezobowiązującego spaceru z gołym tyłkiem w kierunku trzech cyberpunków, którzy sami wyglądają, jakby byli androidami, tyle że z Blade Runnera. Postanawia ukraść ich neo-noirowy look eliminując ich wszystkich, w tym rzezimieszka, granego przez Billa Paxtona, pomagając mu trafić do bardzo elitarnego panteonu aktorów zabitych przez Terminatora, Obcego i Predatora. Inny punk ma z kolei łupaną kamieniem twarz Briana Thompsona, który wiele lat później, w „Z Archwium X”, wcieli się w mieszankę Terminatora, choć bardziej dwójki, z Obcym (był zmiennokształtnym zabójcą z kosmosu z mogącą zabijać krwią).

Tymczasem w innej części Los Angeles, w jednej z bocznych alejek, pojawia się drugi podróżnik w czasie – to członek ludzkiego ruchu oporu. Najpierw podejmuje zdecydowanie gorszą decyzję modową, niż w tym samym czasie Terminator, kradnąc spodnie bezdomnemu, a następnie ucieka przed patrolem policji do centrum handlowego. Tam bardzo wiernie odtwarza to, jak ja zachowuję się na zakupach w sklepie odzieżowym i nerwowo kompletuje resztę stylówki. Obaj rozpoczynają realizację swojego planu, który z grubsza jest taki sam – odnaleźć Sarę Connor. Różnią się szczegółami, bo cyborg chce ją zabić, a człowiek, nazywający się Kyle Reese, uratować, bo urodzi ona syna, Johna, charyzmatycznego przywódcę, który w przyszłości poprowadzi niedobitki ludzkości na wojnę ze Skynetem.

W międzyczasie poznajemy młodziutką Sarę, która mimo kiepskiej pracy i kiepskiego chłopaka (w tej roli, jako głos na automatycznej sekretarce, reżyser James Cameron, który ponad 20 lat później faktycznie zostanie chłopakiem Lindy Hamilton), wiedzie beztroskie życie. Mimo wszystko od razu czujemy, że kroczy (w zasadzie to zasuwa skuterkiem) szlakiem tragedii i śmierci – może zdradzają to jej smutne oczy, a może fryzura wyglądająca jak martwe zwierzę futerkowe (ok, dwaj uzbrojeni mężczyźni kartkujący książki telefoniczne w poszukiwaniu jej adresu, także nie ułatwiają pozbycia się ponurych przeczuć).

Czasem życie wysyła ci dyskretne sygnały, które sprawiają że z niepokojem zaczynasz oglądać się przez ramię. Sarah Connor otrzymuje od niego śpiewający telegram. Z telewizji dowiaduje się, że ktoś morduje kobiety nazywające się identycznie jak ona. Jest wtedy na mieście i zauważa stalkującego ją Kyle’a Reese’a, więc ukrywa się w dyskotece. Stamtąd dzwoni na policję, ale też do swojej współlokatorki, już zamordowanej przez Terminatora, który odsłuchuje wiadomość z automatycznej sekretarki i poznaje miejsce pobytu swojego celu. Dyskoteka zamienia się w saloon, gdy cyborg i Reese rozpoczynają strzelaninę. Sarah i Kyle uciekają, rozpoczyna się dość długi pościg samochodowy, w trakcie którego panna Connor poznaje przeznaczenie swoje i swojego nienarodzonego syna, a także charakterystykę technologii, która jest na jej tropie.

Terminator wjeżdża w mur i z jakiegoś powodu ucieka, zamiast skonfrontować się z kilkoma policjantami, którzy aresztują Reese’a. Oczywiście jego historyjka o podróżach w czasie i post-apokaliptycznej wojnie ludzi z maszynami kiepsko wypada w sali przesłuchań. W tym czasie Terminator liże rany, m.in. wydłubując sobie oko, na co ochotę ma także widz, gdy na ekranie pojawia się kiepska gumowa maska zastępująca uszkodzoną w walce twarz Arnolda. Po przegrupowaniu, maszyna masakruje cały posterunek policji, przy okazji wysyłając do panteonu aktorów zabitych przez Terminatora, Obcego i Predatora jego drugiego i ostatniego członka, Lance’a Henriksena.

Sarah i Kyle uciekają i po nocy spędzonej gdzieś pod mostem, ukrywają się w motelu. Czas zabijają robieniem bomb i uprawianiem seksu. Czyli, wiecie, klasyczna historia typu „chłopiec dostaje zdjęcie dziewczyny od jej syna – chłopiec zakochuje się w dziewczynie – chłopiec zostaje wysłany w przeszłość przez syna dziewczyny – chłopiec poznaje dziewczynę, w której zdjęciu się zakochał – chłopiec ratuje dziewczynie życie – dziewczyna czuje sympatię do chłopca – chłopiec płodzi z dziewczyną jej syna, który w przyszłości wyśle go w przeszłość, żeby go spłodził”.

Wcześniej, już po raz drugi, Sarah zdradza Terminatorowi swoją lokalizację przez telefon, tym razem dzwoniąc do mamy, pod którą podszywa się właśnie cyborg. Swoją drogą, jakby Terminator zabił mamę Sary Connor dwadzieścia lat wcześniej, to byłoby już po sprawie (choć pewnie skończyłoby się na tym, że Kyle Reese byłby też dziadkiem Johna Connora). Maszyna odnajduje ich w motelu i wywiązuje się kolejny pościg. Kyle zostaje ciężko ranny, ale Sarah taranuje jadącego na motocyklu Terminatora, powodując wypadek. Gdy poturbowani kochankowie szukają schronienia, cyborg próbuje ich rozjechać świeżo ukradzioną cysterną. Reese’owi udaje się wysadzić ją w powietrze, co jednak tylko pozbawia maszynę ludzkiej powłoki, nie spowalniając jej zbytnio.

Ostateczna potyczka ma miejsce w fabryce należącej do Cyberdyne Systems, tej samej firmy, która w przyszłości stworzy Skynet. Po tym jak Reese poświęca życie, detonując bombę wewnątrz egzoszkieletu, Sarah dobija terminatozi kadłubek w prasie hydraulicznej.

Ciężarna Connor wyjeżdża do Meksyku, żeby ukryć się przed niewygodnymi pytaniami i innymi zagrożeniami, urodzić syna, wychować go na przyszłego zbawcę ludzkości i przygotować się na nadchodzącą przyszłość (ciekawe, czy korciło ją, żeby pokazać przeznaczeniu środkowy palec i nie nazywać syna „John”). Na stacji benzynowej, jakiś chłopiec robi jej pamiątkowe zdjęcie, okazujące się być fotografią, która później trafi w ręce Kyle’a Reese’a i pchnie jego plemniki na ścieżkę prowadzącą do komórki jajowej Sary. Tymczasem nie tylko on spłodził wtedy swojego szefa – resztki robota z przyszłości odnalezione w fabryce, posłużyły Cyberdyne do rozpoczęcia prac nad sztuczną inteligencją, które zakończą się stworzeniem Skynetu i uzyskaniem przez niego świadomości.

Nadciąga burza.

A nieświadomy tego wszystkiego Bob Martin zaczyna właśnie naukę w liceum Apple Valley w stanie Minnesota.

Bob Martin
Otagowane ,

Shawn Bradley

Shawn Bradley

Fun Fact: Jak masz 7 stóp i 6 cali wzrostu, jesteś mobilny i szybki, nie tylko, jak na swój wzrost, blokujesz rzuty, a nawet masz pewien potencjał rzutowy, to będzie tobą jaranko przed draftem, niezależnie czy mamy 1993, czy 2023 rok.

Bo choć 30 lat temu nikt jeszcze nie wymyślił takiego koszykarza jak Victor Wembanyama, czy Chet Holmgren (czy też Bol Bol, ale taki, który się przykłada), to wszyscy jak mantrę powtarzali „you can’t teach height!”. Wielu ekspertów serio uważało, że to Bradley, a nie Chris Webber, powinien być jedynką w swoim naborze, a Rick Majerus, trenujący reprezentację Uniwersytetu Utah, powiedział nawet, że pominięcie go, będzie jak pominięcie Michaela Jordana dziewięć lat wcześniej. Nikogo nie odstraszał nawet fakt, że Shawn Bradley rozegrał tylko jeden sezon w NCAA, a potem przez dwa lata siedział w Australii w roli mormońskiego misjonarza i nawracał Aborygenów, Najchętniej siedziałby tam jeszcze dłużej, ale plotki o tym, że NBA ma wprowadzić limit płac dla pierwszoroczniaków sprawiły, że decyzja o powrocie i rozbiciu banku stała się zbyt rozsądna. Shawn płakał, że musi wracać, płakał też po powrocie, opowiadając w swoim kościele o tym, jak odnalazł w Australii sens życia i jak pewnego razu uzdrowił Aborygenkę dotykając jej głowy.

COOOOO?

Serio.

Shawn Bradley twierdził, że jego dotyk uzdrowił człowieka, a my o tym nie rozmawiamy non stop od 1993 roku? Wychodzi na to, że te wszystkie razy, gdy ligowi skoczkowie pakowali piłkę do kosza nad jego głową, powinny być nazywane nie „plakatami”, a „świętymi obrazkami”.

Sad Fact: Żarty żartami, ale jak zapewne wiecie, niedługo upłyną dwa lata, odkąd Shawn został potrącony przez samochód podczas przejażdżki rowerowej. Od tego czasu jest sparaliżowany od klatki piersiowej w dół. Wzrost, który dał mu wspaniałą karierę i zdefiniował jego relacje ze światem, teraz jest mu przeszkodą, która nie tylko utrudnia rehabilitację (medycyna nie zna takiego precedensu, jak „229-centymetrowy tetraplegik”) ale też zwiększa wszystkie ryzyka dla organizmu związane z paraliżem. Jeśli ktoś chce sprawdzić, co u Shawna, oto materiał z sierpnia tego roku.

Dużo siły, wielkoludzie. Miłość i wsparcie już masz.

No i kto wie? Może znów się zdarzy jakiś mały cud?

Otagowane ,

Jud Buechler

Jud Buechler

Fun Fact: To bardzo dziwne, że przez tyle lat funkcjonowania bloga nie nawiązałem do mojego ulubionego osiągnięcia statystycznego, czyli „tryliona”, tudzież „biliona” (angielska nazwa to „trillion” czyli niby po polsku „trylion”, ale tak naprawdę w USA „trillion” to jedynka i dwanaście zer, co my nazywamy bilionem).

Czym jest trylion?

Koszykarz osiąga go, gdy wychodzi na boisko, ale nie pozostawia po sobie żadnego śladu w protokole meczowym. Czyli na przykład gra 1 minutę, ma 0 punktów, 0 zbiórek, 0 asyst, 0 przechwytów, 0 bloków, 0 strat, 0 fauli, 0 oddanych rzutów wolnych, 0 oddanych rzutów za trzy, 0 oddanych rzutów z gry. Jedynka, dwanaście zer, trylion. Tudzież bilion.

Postanowiłem sprawdzić, kto jest rekordzistą wszech czasów pod względem zaliczonych trylionów. Skorzystałem, jak zawsze, z bazy Basketball Reference i uwzględniłem nie tylko sezon zasadniczy, ale także playoffy.

Tak jest, jak się już domyślacie, najbogatsza w tryliony była kariera Juda Buechlera.

Oto pierwsza piątka trylionerów wraz z liczbą meczów zakończonych z zerowym kontem:

Jud Buechler – 66
Steve Novak – 65
Mario West – 60
James Jones – 56
Darvin Ham – 53

(Na miejscu szóstym jest Garrett Temple, najwyżej notowany wśród wciąż aktywnych koszykarzy – do zrównania się z Hamem, brakuje mu siedmiu meczów z trylionem.)

Gdyby zsumować minuty z tych wszystkich meczów, które Buechler kończył jako statystyczny prawiczek (żeby się nie rozdrabniać zaokrąglamy w górę od 30 sekund), to można powiedzieć, że „zarobił” w nich 109 trylionów tudzież bilionów.

Mam nawet pełne highlighty Buechlera z tych prawie dwóch godzin. Wystarczy sobie obejrzeć dwa razy poniższe wideo:

Scott Hastings Fact: Zgadnijcie kto wymyślił tryliona

To był tylko jeden z jego z wielu żartów na swój temat, ale być może najbardziej trafiony, bo idealnie podsumowywał boiskową rolę bohatera Tygodnia Scotta Hastingsa. Zaiste bardzo często zostawało mu granie nic nie znaczących minut, gdy intensywność pojedynku spadała tak bardzo, że nawet nie było okazji kogoś sfaulować.

„Byłem królem dwóch i trzech trylionów” – wspominał już na koszykarskiej emeryturze Scott, wywołany do odpowiedzi przez Sports Illustrated.

Ten akapit z końca linkowanego tekstu uświadomił mi także, że niektórzy luźno podchodzili do definicji tego, co jest koszykarskim zerem, pomijając np. faule lub straty.

Wspomniane w tekście 11 trylionów Tima Perry’ego czy 14 trylionów Tree Rollinsa tak naprawdę nie miały miejsca. W tym konkretnym meczu Sixers, o którym czytamy w SI, autor najsmutniejszego wsadu w historii Slam Dunk Contest miał tak naprawdę jedną stratę, a więc uniknął dwunastu zer. Co do Rollinsa, to nawet nie wiem o jakim meczu mowa i choć Tree zaliczył w karierze co najmniej tryliona aż 34 razy, to żaden z nich nie był czternastokrotny. Tylko raz zagrał dokładnie 14 minut bez punktów i zbiórek, ale w tamtym spotkaniu – w którym zresztą w roli jego kolegi z drużyny wystąpił nie kto inny, jak Scott Hastings (wykręcając 6/3 w 9 minut) – Rollins miał 5 fauli, 1 blok i 1 przechwyt.

Ale spokojnie, Tree i tak ma jedno z lepszych miejsc w klubie trylionerów (treelionerów, hehe), bo jest w gronie 26 zawodników, którzy mieli zerowe konto mimo rozegrania dwucyfrowej liczby minut.

Rekord to 12 trylionów w jednym meczu, który dzieli trzech zawodników: Kenny Walker, Damon Jones i Rashad Vaughn.

Trudno wskazać, kto jest rekordzistą absolutnym, bo nie znamy co do sekundy czasu gry Walkera (w box score’ach z tamtych czasów dostawaliśmy zaokrąglone wartości, czyli jego 12 minut przeciwko Hawks oznacza zapewne przedział 11:30-12:29). Jest jednak spora szansa, że jest nim Vaughn, który był ledwie 6 sekund od 13 trylionów. MVP jest jednak zdecydowanie Damon Jones, który swoje niewidzialne 12 minut (a konkretnie 11:56) rozegrał w meczu finałów NBA.

Wracając do Scotta Hastingsa, przez którego uniwersum podróżujemy dziś po raz ostatni (przynajmniej na razie), to choć obwołanie się królem tryliona brzmi jak jedna z tych rzeczy, które wymyślił sobie nudząc się na ławce, to obstawiam, że naprawdę wiedział jak często zdarzało mu się zdziałać na parkiecie „tyle co Elvisowi lub jakiemuś innemu truposzowi” (jego słowa).

Choć dzisiaj Scott zajmuje jedenaste miejsce w trylionowej tabeli wszech czasów, to właśnie on był jej liderem na początku lat 90. Wysunął się na prowadzenie w trakcie rozgrywek 1990/91 (wyprzedził innego tytana, Grega Kite’a) i był rekordzistą prawie do końca kariery w 1993 roku.

I tak właśnie natrafiamy na największą rywalizację w historii NBA, o której nikt nie wie – zapewne dlatego, że nigdy nie było boiskowej rywalizacji o mniejszym znaczeniu.

Otóż Hastings w swoim ostatnim sezonie, 1992/93, toczył zażartą walkę o palmę pierwszeństwa w wymyślonej przez siebie kategorii z nikim innym, jak kolegą po bardzo białym fachu, Edem Nealym, dla którego rozgrywki 1992/93 także były ostatnimi w NBA.

Ed w tamtym sezonie był trylionerem sześć razy, a Scott jedynie trzykrotnie. Końcowy wynik: 40 meczów z zerowym dorobkiem w karierze dla Hastingsa i 42 dla Nealy’ego.

I to by było na tyle. Kończę Tydzień Scotta Hastingsa bogatszy o nowego ulubionego zawodnika. Mam nadzieję, że Wy też.

Postaw kawę
Otagowane , ,

Ed Nealy

Ed Nealy

Fun Fact: Gdybym miał wymyślić od zera koszykarza, który nazywa się Ed Nealy, wyglądałby dokładnie jak Ed Nealy, czyli byłby bardzo biały, bardzo niekontrowersyjnie uczesany i posiadający budowę ciała, którą porównywano albo do kartonu płatków śniadaniowych (Bob Ford z „The Philadelphia Inquirer”) albo (to już Sam Smith w „Jordan Rules”) do beczki (jedyną rozbieżnością byłoby to, że wyobrażałbym sobie go bardziej jako mierzącego 210 centymetrów środkowego, niż nieco ponad dwumetrowego silnego skrzydłowego).

I miałby dokładnie taki sam przebieg kariery.

Po solidnych czterech latach na uniwersytecie zostaje wybrany z odległym numerem draftu (to jedyna część, którą bym zmienił, bo w jego czasach tacy Edowie Nealy byli gwiazdami NCAA i potem szli w pierwszej dziesiątce draftu, ale może właśnie przez brak tych 10 centymetrów Nealy nie był numerem 6 tylko numerem 166).

Szybko rozgaszcza się w roli rezerwowego, który przez większość kariery będzie trzecią opcją na swojej pozycji, oferując solidną, ale absolutnie wyruganą z jakichkolwiek objawów spektakularności podkoszową obecność.

Skacze po drużynach przeplatając swoją karierę postojami w CBA. W którymś momencie zostaje graczem końca ławki w drużynie walczącej o najwyższe laury i ulubieńcem kibiców, a dziennikarze piszą o nim z czułością, że „każda drużyna powinna mieć kogoś takiego, naprawdę. Bo Ed Nealy jest naprawdę w porządku, poza tym, że jest trochę za niski, wolny, nie umie rzucać i nie jest zbyt utalentowany” (to akurat napisał w lutym 1990 felietonista Gene Seymour, choć ten komentarz o braku rzutu już dwa lata później się zdezaktualizował, gdy Nealy trafił 20 razy za trzy w jednym sezonie).

Na emeryturę przechodzi po 11 latach, ze średnimi z NBA wynoszącymi 2.7 punktu i 3.3 zbiórki oraz tytułem mistrzowskim przy swoim nazwisku, mimo, że nie zagrał ani jednego meczu w playoffowej kampanii swojej drużyny.

I choć w szerokiej perspektywie jego dokonania przemykają niezauważone, to Ed Nealy miał momenty.

Jak wspomniałem – trudno mówić o nim, jako o mistrzu NBA – w sezonie 1992/93 pojawił się na parkiecie w koszulce Bulls tylko 10 razy (trafił do Chicago przed trade deadline). Bulls oddali wtedy za niego drugorundowy pick, bo Phil Jackson był jego wielkim fanem.

Co prawda nie załapał się do playoffowej dwunastki, ale na bycie członkiem tamtej mistrzowskiej drużyny zapracował sobie wcześniej – w sezonie 1989/90.

Co ciekawe (no dobra, może i niezbyt ciekawe, w końcu to tekst o Edzie Nealym, ale warte wspomnienia…), wtedy też był już znany w Chicago, bo był graczem Bulls między 27 października i 14 grudnia 1988 roku. Wówczas został oddany do Phoenix za Craiga Hodgesa, ale już niecały rok później Jerry Krause ściągnął go z powrotem, także w cenie drugorundowego picku.

I to była naprawdę dobra decyzja, bo playoffy 1990 rozgrywane w barwach Bulls, były najjaśniejszym punktem kariery Nealy’ego.

W wyniku problemów ze zdrowiem Billa Cartwrighta i śmierci ojca Scottie’ego Pippena, w trakcie ostatniego niemistrzowskiego postseason ery Jordana (nie liczę 1995 roku), Jax musiał szukać wsparcia w dalszych rejonach ławki i Ed był jednym z tych gości, którym mógł zaufać.

W czwartym meczu drugiej rundy z Sixers, zdobył 9 punktów i zebrał 9 piłek dodatkowo twardo kryjąc i frustrując Charlesa Barkleya. Wypadł tak dobrze, że został poproszony o udzielenie pomeczowego wywiadu u boku Michaela Jordana (który rzucił wtedy 45 punktów) i został okrzyknięty graczem meczu przez stację CBS. Jego praca pod koszami przyczyniła się do zwycięstwa wyjazdowego i objęcia prowadzenia 3-1.

W półfinałach przeciwko Detroit Pistons, w trzecim starciu, które zakończyło się „kontaktowym” zwycięstwem Byków, zagrał 22 minuty i zdobył 8 punktów, a Phil Jackson nazwał go po meczu swoim „ulubionym zawodnikiem, najmądrzejszym graczem w całej drużynie”.

Mecz wcześniej zapracował też na sympatię Horace’a Granta i Stacey Kinga, bo choć we trójkę faulowali Jamesa Edwardsa, to z liścia dostał tylko Nealy.

W całej kampanii 1990, która zakończyła się dla Byków porażką z Tłokami, rozegrał 15 spotkań i spędzał na parkiecie średnio 15 minut. Zasłużył nawet na szacunek Jordana, który uważał, że Ed jest jedynym kolegą z zespołu potrafiącym stawiać dobre zasłony.

Ale gdy przyszło do negocjacji nowego kontraktu, Nealy nie był specjalnie sentymentalny – Bulls oferowali mu 400 tysięcy dolarów rocznie i dwuletnią umowę, ale Ed powiedział, że chce zarabiać 700 tysięcy dolarów rocznie i mieć kontrakt na trzy lata. Byki go wyśmiały, ale on nie blefował – wymarzoną umowę otrzymał od Phoenix Suns, czyli swojego poprzedniego klubu, prowadzonego przez Cottona Fitzsimmonsa, który był jego pierwszym trenerem w NBA, gdy w 1982 roku trafił do Kansas City Kings i jako rookie rozegrał najlepszy sezon w karierze (61 meczów w pierwszej piątce, 4.4 PPG, 5.9 RPG).

Zauważyliście trend, że każdy kto się pozbywa Eda, chce go potem z powrotem? Istotę jego uroku najlepiej wyartykułował Sam Smith w „Jordan Rules”:

[Nealy] jest koszykarskim odpowiednikiem podwinięcia rękawów, naplucia na dłonie i wzięcia się do roboty.

Scott Hastings Fact: Co Ed Nealy ma wspólnego ze Scottem Hastingsem?

To proste: obydwaj byli bardzo białymi ludźmi o ograniczonym repertuarze koszykarskim, sprowadzającym się do harowania na treningach i bycia boiskowym twardzielem, o ile oczywiście akurat byli na boisku, a nie – jak zazwyczaj – na ławce.

Dlatego, gdy w 1990 roku Bulls, z Nealym w składzie, bili się o finał z Pistons, z Hastingsem w składzie, bohaterowi Tygodnia Scotta Hastingsa nie umknęło to podobieństwo. Tuż przed początkiem pojedynku ogłosił, że razem z Edem zamierzają zorganizować własny camp koszykarski, gdzie podzielą się z ogółem swoimi unikatowymi umiejętnościami:

„Zamiast szybkiego ataku, będziemy uczyć wolnego ataku – pięciu gości będzie próbowało jak najwolniej przebiec długość boiska. Inne rzeczy, które będziemy trenować to rzut z wyskoku bez odrywania stóp z parkietu, nauka zagrania ‚screen-and-screen-and-screen-some-more’, rzucanie się na parkiet, obijanie sobie bioder, wsady z krzesełka, noszenie toreb i przeprowadzka całej rodziny w 24 godziny.”

Nikt tak poetycko nie ujmował istoty bycia drewnianym wyrobnikiem w NBA, jak Scott.

Otagowane , ,

Scott Hastings

Scott Hastings

Fun Fact: Witajcie w drugiej odsłonie Tygodnia Scotta Hastingsa!

Co?

Kogo?

Jeśli zadajecie te pytania, znaczy, że przegapiliście pierwszą odsłonę cyklu: zapraszam TUTAJ.

Nie chcę z tego robić konkursu, ale zaryzykuję stwierdzenie, że Scott Hastings dorównywał poczuciem humoru Charlesowi Bakleyowi. Co prawda dziennikarze nie spisywali jego dowcipów tak gorliwie, jak robili to z cytatami Chuckstera, ale Scott był dwunastym zawodnikiem, a Charles gwiazdą pierwszej wielkości. Hastingsowi brakowało oczywiście bezczelności i braku politycznej poprawności Krągłego Pagórka Zbiórek, ale nadrabiał to ogromnym dystansem do siebie.

W trakcie inauguracyjnego sezonu Miami Heat – gdzie Hastings trafił po tym, jak Atlanta Hawks pozostawili go niechronionego w expansion drafcie – podczas jednego z „fanowskich wieczorów”, można było wygrać meczowe koszulki graczy beniaminka. Scott wyraził wówczas swoją szczerą obawę:

„Ktokolwiek wygra moją koszulkę, prawdopodobnie nie będzie chciał w niej wychodzić na ulicę, żeby nie zostać obrzuconym kamieniami.”

Z przejściem do Miami wiąże się też najbardziej nieudany żart Hastingsa. Ponieważ plotkowano, że Heat wybiorą w ramach ekspansji Randy’ego Wittmana, Scott – gdy jego kolega pojechał z rodziną na wakacje – wbił na trawniku przed domem obrońcy Hawks znak „NA SPRZEDAŻ” i przyczepił do drzwi mapę z zaznaczoną drogą z Atlanty na Florydę. Niespodziewanie Heat zmienili jednak zdanie i wybrali Hastingsa. Wittman oddał mu jego znak na oczach dziennikarzy przeprowadzających wywiad po ogłoszeniu wyników expansion draftu.

Scott nie chował urazy i pojawił się później na charytatywnej imprezie organizowanej przez fundację coacha Atlanty, Mike’a Fratello. W ramach aukcji, z których dochód przeznaczony był na szczytny cel, licytowano m.in. miejsce na ławce Hawks. Wygrał prawnik David Cofrin, który zapłacił za nie 8 tysięcy dolarów. Kto jeszcze licytował razem z nim? Nikt inny, jak Hastings, który był już wtedy zawodnikiem Miami, ale najwyraźniej tęsknił za ławką na której spędził większość poprzednich ośmiu lat.

Jak już pisałem, to nie konkurs, ALE gdyby faktycznie był konkurs o nazwie „Kto jest większym żartownisiem, Charles Barkley czy Scott Hastings?” i w jego regulaminie byłby zapis, że w przypadku trudności z wyłonieniem zwycięzcy na podstawie oceny poczucia humoru decyduje pojedynek na pięści, to trzeba byłoby uznać wyższość Hastingsa.

To była swego czasu najdroższa bójka w historii ligi. Scott za możliwość bezkarnego przywalenia Sir Charlesowi musiał zapłacić 10 tysięcy dolarów, kwotę o połowę mniejszą niż kara nałożona na każdego z głównych aktorów – Billa Laimbeera i Barkleya (Chuck schodząc z boiska jeszcze napluł w twarz kibicowi, który wychylił się z trybun i zamachnął się na niego). Finansowe represje dotknęły też jedenastu innych graczy, w tym Isiah Thomasa, który w momencie bójki już był poza boiskiem za uderzenie Ricka Mahorna. Dodatkowo każda z drużyn została ukarana za brak dyscypliny wśród personelu po 50 tysięcy. Tak właśnie uzbierało się rekordowe 162 500 dolarów kary.

Bo, widzicie, Scott Hastings, słynął nie tylko z poczucia humoru, ale też z bycia boiskowym twardzielem.

Jeszcze w latach osiemdziesiątych poprztykał się z Jeffem Rulandem…

…a w trakcie gry dla Złych Chłopców z Detroit, oprócz niesławnego pobicia leżącego Barkleya, miał zatargi m.in. ze Stacey Kingiem (dostał 1500 dolarów kary za bycie prowodyrem) oraz Williem Burtonem z Heat, z którym zdążył się pobić mimo, iż w tamtym spotkaniu wyszedł na parkiet na dwie minuty, a do końca meczu zostało mniej niż 3 sekundy. Można też znaleźć krótką scenkę pokazującą jak w pojedynku przedsezonowym z powodu Hastingsa nerwy puszczają Shawnowi Kempowi:

Byłem bardzo zawiedziony, że nie znalazłem wzmianki o naszym bohaterze w książce „FreeDarko Presents: The Undisputed Guide To Pro Basketball”, w której pojawił się rozbudowany diagram, ilustrujący kto się z kim bił na parkietach NBA między 1980 a 2009 rokiem. To największa dziura tego zestawienia, zaraz obok braku kultowej bójki JoJo Englisha i Dereka Harpera na oczach (i prawie, że na kolanach) Davida Sterna.

Ale Hastings nie był bucem. Choć lubił brudną robotę, to tylko on, John Salley, James Edwards i trener Chuck Daly pogratulowali zawodnikom Bulls po przegranym finale konferencji w 1991 – cała reszta zawodników Pistons niesławnie odmówiła symbolicznego uścisku dłoni rywalom.

Wiedział po prostu, że ma zazwyczaj tylko kilka minut na to, by dać swojej drużynie kopa i często najlepszym sposobem była odrobina staroświeckiego zastraszenia przeciwnika – łokieć tu, odepchnięcie tam, twarda zasłona siam. Gong w krągłe pagórki twarzy leżącego Charlesa Barkleya to była wisienka na torcie (tudzież posolenie z łokcia pieczołowicie masowanej sztuki mięsa).

Zresztą, gdy jego Miami Heat przegrywali mecz za meczem i ktoś go zapytał co zrobić, żeby beniaminek odmienił swój los, jednym z punktów jego trzyetapowego szczwanego planu było wszczynanie bójek ze wszystkimi przeciwnikami, którzy mają średnią powyżej 20 punktów i tym samym prowokowanie sędziów do wyrzucenia ich z boiska. Pozostałe dwie rady Hastingsa? Ściągnąć Magica Johnsona, Michaela Jordana i Karla Malone’a oraz ciężko pracować.

Oczywiście Scott był ulubieńcem kibiców, kolegów i trenerów w trakcie trudnego inauguracyjnego sezonu Heat. Jeszcze zanim wzniósł na wyższy poziom sztukę grzania ławy w Detroit Pistons, dbał z powodzeniem o morale zespołu, który wygrał jedynie 15 spotkań w rozgrywkach 1988/89. Z jego inicjatywy w szatni Heat był zawsze pełno dmuchanych lalek i śmiesznych gadżetów, do tego lubił tańczyć i śpiewać na klubowych imprezach promocyjnych i w każdej sytuacji potrafił znaleźć sposób na rozładowanie napięcia.

Gdy Heat zaczęli sezon od 16 kolejnych porażek, ustanawiając rekord NBA, podekscytowany Hastings biegał po szatni i prosił wszystkich o podpisanie dla niego protokołu meczowego, który zamierzał oprawić i powiesić na ścianie swojego sportowego baru w Atlancie (potem Miami przegrało jeszcze po raz siedemnasty, a ich rekord równo 10 lat później wyrównali Clippers, a pobili – dopiero 21 lat później – New Jersey Nets, których 0-18 w 2015 roku stało się też udziałem Philadelphia 76ers).

(Scott Hastings ma na swoim koncie jeszcze jeden rekord NBA, który dla odmiany wciąż jest niepobity: między 16 grudnia 1989 i 11 lutego 1992 roku rozegrał 65 kolejnych spotkań bez ani jednego przechwytu, co pokazuje przy okazji w jak wielu spotkaniach nie wystąpił nawet przez sekundę).

Czas w Miami to też jednak chyba jedyna rzecz, której Hastings żałuje ze sportowego punktu widzenia.

To była jego szansa, żeby wreszcie wychodzić w pierwszej piątce i być, po raz pierwszy w karierze, zawodnikiem, który ma realny wpływ na wynik meczu. Niestety, jak sam potem przyznał, stawił się na Florydzie bez formy, tracąc zaufanie trenera Rona Rothsteina i znów zostając przygwożdżonym do ławki.

Dopiero pod koniec sezonu dostał szansę i wykorzystał ją: wychodząc od pierwszej minuty w pięciu ostatnich spotkaniach sezonu, notował po 14 punktów, trafiając 55% rzutów z pola, w tym 4 z 8 oddanych trójek. Choć wydawało się, że w kolejnych rozgrywkach ma otwartą drogę do roli podstawowego silnego skrzydłowego, to skusiła go szansa gry dla mistrzów NBA, Detroit Pistons – ruch, który dał mu tytuł, ale też zredukował czas gry do wielkości błędu statystycznego.

Hastings kończył karierę w Denver Nuggets, gdzie przez dwa sezony znów siedział na ławce, choć jego rola była jednak trochę większa niż w Tłokach. Po ostatnim sezonie został nawet wybrany przez dziennikarzy piszących o NBA do All-Interview 2nd Team. Oczywiście najwięcej głosów zebrał Charles Barkley, ale sam fakt, że panel głosujących wyróżnił przedostatniego zawodnika ligowego średniaka świadczy o jego popularności.

Przejście na sportową emeryturę ogłosił dwa dni przed Michaelem Jordanem, czego oczywiście także nie pozostawił bez komentarza:

„Większość osób nie zauważyła, ze podczas pożegnalnej konferencji prasowej mikrofon Michaela na parę minut przestał działać. Akurat w tym czasie mówił, że nie widzi sensu w kontynuowaniu kariery, skoro nie może już rywalizować ze Scottem Hastingsem. Dalsza gra nie była już dla niego wyzwaniem.”

Aha, i winien Wam jeszcze ciąg dalszy beki „Inside the NBA” z partyzanckiego ciosu Hastingsa, który wyłapał leżący na parkiecie Charles Barkley:

PS: Tym razem, po przekopaniu bazy Newspapers.com, wykorzystałem artykuły publikowane w The Atlanta Constitution, Detroit Free Press, South Florida Sun Sentinel.

Postaw kawę
Otagowane , ,