Nabyłem kartę podpisaną przez Jerome’a Kerseya. Jego symboliczne sanktuarium, którym ze względu na tytułowy patronat jest poniekąd blog Mercy Mercy Jerome Kersey, wzbogaciło się więc o cenną relikwię.
Co do karpi na polopirynie to po prostu nie miałem pomysłu na chwytliwą drugą część tytułu, która akcentowałaby fakt, że nie jest to zwyczajna karta Jerome’a Kerseya.
1. Wspomniany na odwrocie karty tytuł mistrzowski NCAA uniwerku North Carolina State wszyscy określają mianem cudu, czyli można założyć, że szkoła, której liderem był Bailey stała się w tamtym czasie koszykarskim Dawidem. Tym piękniejszy jest fakt, że w 2005 roku, pięć lat po zakończeniu kariery w NBA (i Europie) zagrał w biblijnym musicalu rolę Goliata:
James Worthy ma mocnego konkurenta do tytułu najdziwniejszej roli filmowej koszykarza NBA noszącego gogle.
2. Jeśli myśleliście, że Goliat to szczyt dziwnych ról filmowych Thurla Baileya, to jesteście w błędzie. Rok później zagrał w filmie „Church Ball” postać, która miała na imię Mojżesz, a w 2007 można było go obejrzeć w niskobudżetowej komedii romantycznej „Heber Holiday” gdzie nazywał się „Mutumbo”. Awesome.
3. Oprócz pięciu ról filmowych, Bailey ma też na koncie występy w telewizji jako komentator oraz liczne występy publiczne jako mówca motywacyjny, a także trzy płyty z muzyką soul i R&B. Pamiętajmy, że wydanie trzech albumów z własną muzyką to duże osiągnięcie i nie pozwólmy aby jego znaczenie umniejszył fakt, że najłatwiej dostępna w sieci próbka muzycznej twórczości Baileya to rap napisany na potrzeby promocyjne policji z miasta Ogden w stanie Utah:
4. Pierwszym zespołem (muzycznym) Baileya byli The Jazz Brothers, w skład których wchodzili koledzy z pierwszego zespołu (koszykarskiego) Baileya, z Karlem Malonem na czele, którego wokal zupełnie mi nie pasuje do tego co pamiętam w jego wykonaniu z parkietów. Oto próbka (Karl wchodzi zaraz po Thurlu, na wysokości czterdziestej sekundy):
5. Thurl Bailey jeszcze lepszy niż w zdobywaniu punktów z ławki dla Utah Jazz i walki pod koszami, okazuje się w pojawianiu się w dziwnych filmikach na YouTube. Jako Goliata i ciemnoskórego rapera wspierającego lokalną policję już go widzieliście, ale nie mniej brawurowe moim zdaniem jest w wykonaniu Thurla Baileya wciąganie flagi…
…nagrywanie kiepskiej jakości klipów do wesołych piosenek z dziwnymi znajomymi…
…występowanie w parodii Indiany Jonesa z byłym generalnym menadżerem Jazz Frankiem Laydenem i jego synem Scottem (GM Knicks w latach 1999-2003, odpowiedzialny za transfer Patricka Ewinga, 100-milionowy kontrakt Allana Houstona i czarną śmierć)…
…i wpieprzanie hummusu.
Jak dla mnie YouTube mógłby się zmienić w YouThurl i nikt by nie zauważył.
Fun Fact: W poprzednim dzisiejszym tekście odgrażałem się, że ruszam na poszukiwania karty Tony’ego Massenburga, postanowiłem więc szybko podzielić się ich owocem. Należy pamiętać, że poszukiwania zawodnika, który w swojej karierze zmieniał barwy klubowe rekordowe 12 razy (w tym czterokrotnie w jednym sezonie), do łatwych nie należą.Tyle podróżował po NBA, że aż dziwne iż Tony nie zmienił nazwiska na Halik.
Fun fact: Podejrzewam, że niewiele osób zastanawiało się kiedykolwiek nad tym jak mogła się potoczyć kariera Sharone’a Wrighta, niegdysiejszego numeru 6 draftu 1994, gdyby nie groźny wypadek samochodowy, w którym doznał licznych obrażeń, w tym wielokrotnych złamań obydwu ramion. Nikt się nad tym nie zastanawia, bo nikt nie pamięta już o byłym centrze 76ers i Raptors, a poza tym takie gdybanie nie pozostawia zbyt dużego pola dla wyobraźni – w pięciu rozegranych przed wypadkiem sezonach Wright pokazał bowiem, że ponad rolę przeciętnego centra raczej się nie wybije, choć po debiutanckim sezonie zakończonym średnimi 11 punktów i 6 zbiórek oraz wyborem do drugiego składu All-Rookie Team te oczekiwania były nawet jeszcze większe.
Tak czy siak jednak szkoda tamtej kraksy – należy się cieszyć, że przeżył i wrócił do koszykówki (po 2,5 roku rehabilitacji kontynuował karierę zagranicą, m.in. w Anwilu Włocławek), ale jednak stracił szansę na zapewne długą i solidną karierę w NBA. Skoro Kwame Brown właśnie znalazł kolejnego chętnego na swoje usługi po 11 sezonach w lidze, nie ma powodu żeby wątpić w przydatność zdrowego Sharone’a Wrighta.
Wiecie nad czym jeszcze zapewne niewiele osób się zastanawiało? Nad tym kto by wygrał w spotkaniu pomiędzy Philadelphią 76ers z czasów drugiego, najlepszego sezonu Wrighta a mistrzami NBA 2012, Miami Heat. Wiem, wiem – po co się zastanawiać nad takimi niedorzecznymi scenariuszami? Ja mam jednak ostatnio za dużo wolnego czasu, którego zresztą nie potrzeba wcale zbyt dużo, żeby szybko zasymulować taką potyczkę na stronie What If Sports. Wynik okazał się na tyle zaskakujący, że postanowiłem się nim tu podzielić:
Zgadza się – Sixers z sezonu 95/96, w którym wygrali tylko 18 meczów, pokonaliby we własnej hali Wielką Trójkę z Miami. Oczywiście to tylko symulacja, która w 99 kolejnych podejściach mogłaby zakończyć się wygraną Heat, ale i tak myśl, że mistrzowie NBA zdobyliby 81 punktów w meczu z jedną z najgorszych drużyn jakie pamiętam z czasów swojego kibicowania bawi. Warto zwrócić uwagę na 19 zbiórek Shawna Bradleya, który razem z Wrightem miał tworzyć frontcourt przyszłości Sixers, na tytuł gracza meczu dla dopiero co goszczącego na MMJK Jerry’ego Stackhouse’a (8 asyst? mam wątpliwości czy w całym sezonie 95/96 Stack podał piłkę osiem razy, nie mówiąc o asystowaniu) i fakt że Miami nie wygrało nawet mimo tego, iż podstarzały Vernon Maxwell pudłował za trzy z uporem maniaka, którym zresztą był.
Tyle na temat dwóch spośród najmniej interesujących fikcyjnych koszykarskich scenariuszy (nie)znanych ludzkości. Idę zobaczyć, czy mam gdzieś kartę Tony’ego Massenburga.
Ha! Wreszcie udało mi się wymyślić swój pierwszy nagłówek-kalambur apropos Linsanity. Szkoda, że dopiero w dniu kiedy jej pierwotne wcielenie dobiegło końca. Długo próbowałem nazwać uczucie, które towarzyszy mi od momentu gdy pojawiły się plotki, że Knicks zamierzają wyprzeć się odchowanej na kanapie Landry’ego Fieldsa globalnej ikony i jedynego od ponad 10 lat lubianego i nie wyśmiewanego poza Nowym Jorkiem swojego zawodnika. W końcu stwierdziłem, że tytułowa samotność jest chyba najbliżej prawdy. To nie złość ani pogodzenie z losem. Próbowałem się bowiem wkurzać a także wmawiać sobie, że to dobrze, ale argumenty za żadną z tez do mnie nie przemawiają. Bo wcale nie jestem przekonany, że Lin będzie gwiazdą, a z drugiej strony wątpię, żeby miał gorszą karierę niż Raymond Felton…
Perspektywa oglądania jak Lin jako gracz Rockets występuje w pierwszej piątce Meczu Gwiazd boli, ale równie bolesne byłoby oglądanie jak wali on głową w mur jakim stoją za Carmelo Anthonym trenerzy i działacze Knicks. Nie jest co prawda powiedziane, że Lin nie rozwinąłby skrzydeł w zorientowanym na wygranie teraz-zaraz systemie Knicks, tak jak nie jest powiedziane, że w Teksasie nie okaże się nierówny i kontuzjogenny. Pewne jest tylko to, że wystąpi w pierwszej piątce Meczu Gwiazd. Zadbają o to ci kolesie, razem z resztą 1,3 miliarda fanów Rockets w Chinach:
Trochę się brzydzę myślą, że będę zmuszony źle życzyć karierze Jeremy’ego (niestety nie jestem w stanie cieszyć cudzym szczęściem), z drugiej strony wiem, że w Houston będzie mu najlepiej na świecie jeśli chodzi o wsparcie fanów, co powoduje, że nie będę miał wyrzutów sumienia trzymając kciuki za to by Rockets 82 razy w sezonie grali z Miami Heat.
Hmm… To wideo to chyba najlepszy towarzysz w mojej „linsamotności”. No właśnie. Bo do tego cały czas zmierzam. Do samotności i dlaczego to jest teraz dla mnie dominujące doznanie. Bo mam wrażenie, że nie wyrównanie oferty Houston to kolejny z licznych w ostatnich 10 latach dowodów na to, że moja ulubiona drużyna ma mnie w dupie. Jedyny constans w ruchach transferowych Knicks od 2000 roku to bezlitosne pozbywanie się graczy, do których się przywiązałem, graczy, którzy, choć nie zawsze byli najlepsi w kosza, to dla mnie byli sercem drużyny – postaciami, które stawały się elementem krajobrazu, a nie panoszyły się po nim z maczetami jak nabytki w stylu Melo czy Marbury’ego. Równie mocno odczuwam samotność z powodu braku Lina, co przez oddanie do Portland Jareda Jeffriesa jak i wcześniejsze „znikniena swoje” Renaldo Balkmana, Wilsona Chandlera, Danilo Gallinariego, Davida Lee, Nate’a Robinsona, Trevora Arizy, że już o Latrellu Sprewellu i Patricku Ewingu nie wspomnę.
Siedzę więc sobie nad tym zbliżającym się do końca tekstem, sam jak ten palec, który mam nadzieję, że szybko złamie Jeremy Lin co przeszkodzi w rychłym udowodnieniu, iż Knicks nie mogli wybrać gorszego momentu by nagle stać się finansowo odpowiedzialni. To „lone-lin-ess” nie potrwa jednak zbyt długo bo przypomnę sobie wreszcie, że przecież jest jeszcze do kogo w niebiesko-pomarańczowych barwach czuć sympatię – w końcu wrócił Marcus Camby, wrócił Kurt Thomas a w zimę wróci na boisko także Iman Shumpert. Jakoś to będzie, zwłaszcza jeśli Knicks faktycznie okażą się równie silni co podczas pierwszych wspólnych lat Camby’ego i Thomasa w Nowym Jorku. Towarzystwo, dajmy na to, finalistów Konferencji Wschodniej wiosną 2013, będzie, dla Knicks i dla mnie, najlepszym towarzystwem do wypełnienia luki po Linsanity. Zanim ktoś mnie wyśmieje za taką prognozę wyników NYK to chciałem przypomnieć, że czuję się teraz samotny więc mogę udawać, że nikt nie widzi jak ją snuję. W takich warunkach mogę nawet bez wstydu oglądać zdjęcia nagiego Ricka Barry’ego w wannie.
W sumie to przyszła mi jeszcze do głowy jedna myśl (sporo myślę odkąd zdjęcie nagiego Ricka Barry’ego sprawiło, że straciłem wzrok), której nie przeczytałem w żadnej z 1069 analiz sytuacji pojawiających się w każdej godzinie ostatnich kilku dni. Skoro chcąc nie chcąc Knicksi zafundowali sobie trzyletnie okienko na wygranie tytułu, do którego poprowadzić ma ich Carmelo Anhtony a nie Jeremy Lin, to Lin zostając w Nowym Jorku byłby przede wszystkim (ewentualnym) wspaniałym początkiem wyznaczonej na lato 2015 przebudowy (gdy Knicks znów będą dużo poniżej poziomu salary cap). Jeśli więc Lin faktycznie okaże się w Houston gwiazdą, to zgadnijcie, kiedy kończy mu się kontrakt…
Ta wizja daje jakąś nadzieję, że kolejny błąd popełniony przez New York Knicks nie będzie mnie prześladował całe życie. Oczywiście złudną, jak wszystkie nadzieje dawane przez Nowojorczyków swoim kibicom, ale to zawsze coś.
A skoro już wmówiłem sobie tę samotność, to warto na zakończenie tego tekstu i kariery Jeremy’ego Lina w New York Knicks skorzystać z faktu, że na temat samotności jest wiele piosenek, z których niektóre nawet trochę pasują do sytuacji.
Fun Fact: Bardzo chciałem w tym miejscu przedstawić moją pierwszą piątkę koszykarzy, którzy kupili swojej mamie kościół, ale niestety nie udało mi się skompletować jej w całości. Jedno jest pewne – będzie miała backcourt bogaty w graczy obwieszczanych swego czasu następcami Jordana…
Spokojnie za to mogę skompletować pierwszy skład złożony z wolnych agentów powyżej 37 roku życia, których jeszcze nie mają w swoim składzie New York Knicks:
PG Anthony Carter
SGJerry Stackhouse Mike James
SF Grant Hill
PF Juwan Howard
C Erick Dampier
JESZCZE nie mają (oczywiście możemy być tylko pewni, że w Nowym Jorku nie zagra Grant Hill, który nawet wiele lat po przejściu na emeryturę będzie co lato mówił, że rozważa podpisanie kontraktu z Knicks).
Update:Przegapiłem, że Jerry Stackhouse wczoraj podpisał kontrakt z Brooklyn Nets, więc wypada z powyższej piątki. Stwierdziłem też, że zamiast Ericka Dampiera można dać ewentualnie Grega Odena.
Fun Fact: Jeśli ktoś z Was pamięta Knighta, to prawdopodobnie z wicemistrzowskiej ekipy Suns z sezonu 92/93 lub ewentualnie z najlepszego sezonu w karierze, który rok później kończył w koszulce San Antonio Spurs. Są też zapewne tacy, choć nieliczni i raczej nie w naszym kraju, którzy pamiętają go z chrztu Royce’a Woolridge, nieślubnego syna Orlando Woolridge’a – Knight jest bowiem ojcem chrzestnym Royce’a. A skoro już przy najmłodszym z trójki synów Woolridge’a jesteśmy, to tak jak dwaj pozostali gra on w koszykówkę, ma chyba jednak największą szansę żeby otrzeć się o NBA – dwa lata temu był w czołówce strzelców wśród zawodników szkół średnich (30,2 punktu na mecz) i dostał stypendium od Uniwersytetu Kentucky. Po jednym sezonie opuścił jednak jedną z najlepszych ekip w NCAA, gdzie nie udało mu się wywalczyć miejsca w składzie i przeniósł się na uczelnię Washington State. Tam musiał obowiązkowo pauzować cały sezon 11/12 i od tej jesieni będzie miał 3 lata żeby zrobić karierę na szczeblu akademickim i otworzyć sobie ewentualnie furtkę do NBA. Zobaczymy. Ciężko bowiem cokolwiek wróżyć po highlightach ze szkoły średniej.
W każdym razie to na pewno ciekawszy montaż niż cokolwiek co można by zmontować z kariery Negele Knighta.
Jak donoszą dobrze poinformowane źródła, grający w 1. lidze koszykówki AZS WSGK Polfarmex Kutno ma włączyć się w dyskutowany od wielu dni transfer, którego centralnym punktem jest przejście Dwighta Howarda z Orlando Magic do Brooklyn Nets. Ekipa z Brooklynu szuka coraz to bardziej kreatywnych sposobów, aby skonstruować wymianę satysfakcjonującą chcących rozstać się ze swoim rozpieszczonym gwiazdorem włodarzy Magic, dlatego AZS WSGK Polfarmex Kutno jest już czterdziestą siódmą drużyną łączoną z tym prawdopodobnie największym transferem w historii NBA.
Gdyby wymiana doszła do skutku w obecnym kształcie o jakim donoszą wspomniane źródła (oczywiście na Twitterze), kutnowski drugoligowiec otrzymałby mały palec lewej dłoni MarShona Brooksa (którego prawe przedramię, lewa pięta, jelito ślepe i śledziona są już łączone z, odpowiednio, Clippersami, Cavaliers, Timberwolves i Bobcats – spodziewane są wkrótce kolejne ustalenia w związku z rozdysponowaniem pomiędzy inne drużyny biorące udział w transferze pozostałych narządów Brooksa, jedynej cennej karty przetargowej Nets), zdjęcie Kim Kardashian z prywatnego archiwum Krisa Humphriesa i nową płytę Jaya-Z. AZS WSGK Polfarmex Kutno w rewanżu odda Mariusza Bacika do Bobcats, którzy z kolei oddadzą swój wybór w drafcie do Magic (via Nets) i wezmą z Brooklynu wolnego agenta Krisa Humphriesa. Wcześniej jednak, według warunków dyskutowanej wymiany z AZS WSGK Polfarmex, Kris Humphries ma być przetrzymywany na dworcu kolejowym w Kutnie, do momentu aż zgodzi się odstąpić od wieloletniego kontraktu i podpisze jednoroczną umowę.
Udział kutnowskiej drużyny może być kluczowy aby spełnić w końcu publiczne żądania Howarda, który od wielu miesięcy próbuje wymusić na Magic transfer do Brooklyn Nets. Orlando na chwilę obecną, w zamian z najlepszego centra ligi, otrzymałoby Brooka Lopeza, Damiona Jonesa i Sheldena Williamsa z Nets, Luke’a Waltona z Cavaliers, pamiątkową koszulkę z napisem „Daliśmy maksymalny kontrakt Brookowi Lopezowi i tylko dlatego została nam ta koszulka, bo rzuciliśmy nią do kosza i Lopez nie potrafił jej zebrać”, zdjęcie Otisa Smitha z domalowanymi wąsami i penisem na czole oraz wydrukowaną i oprawioną w ramki korespondencję z Toronto Raptors (z podkreślonymi na czerwono najśmieszniejszymi i najbardziej niedorzecznymi fragmentami), którzy wcześniej próbowali oferować Magic i Nets 20 milionowy kontrakt Landry’ego Fieldsa. Dodatkowo Orlando otrzyma oczywiście całe mnóstwo wyborów w drafcie. W zasadzie to w drafcie 2013 wybierać będą tylko Magic.
Poproszeni o komentarz przedstawiciele drużyny z Kutna powiedzieli: „Mamy już dość tego całego cyrku więc chcieliśmy jakoś pomóc w jego zakończeniu. Uważamy, że nawet gdyby cała liga znów zaczęła ćpać kokę jak w latach 80. i na dodatek zlikwidowano 24-sekundowy zegar, to byłyby to okoliczności mniej zniechęcające do NBA niż kolejne odcinki serialu o tym jak to Dwight Howard (nie) odchodził z Magic”.