Author Archives: kostrzu

MMJK NBA 90s Trading Cards – Seria Trzecia

Oto pełna trzecia seria moich wyimaginowanych kart koszykarskich. Zapraszam do przejrzenia galerii.

ZOBACZ GALERIĘ
Otagowane

Komu paczkę? Czas na trzecią serię kart MMJK NBA 90s

Stało się. Mam dla Was trzecią już serię moich wirtualnych kart koszykarskich. Po raz kolejny w ruch poszły moje mierne umiejętności obsługi programów graficznych oraz skrzywiona latami 90. estetyka. Po raz kolejny, zanim wrzucę galerię całej nowej serii, chcę dać Wam namiastkę zabawy, jaką jest otwieranie paczek z kartami.

Chcesz dostać trzy losowo skompletowane paczki trzeciej serii kart?

Napisz maila na adres kostrzu@gmail.com lub odezwij się w wiadomości prywatnej na Facebooku, albo Twitterze/X.

Zakładam, że wszyscy zainteresowani już wiedzą o co chodzi, ale dla tych, co jednak nie bardzo, podkreślam: mówimy tu po prostu o plikach graficznych. Nie ma żadnych kart papierowych, nie ma żadnych NFT. Zgłaszacie się, a ja podsyłam Wam indywidualnego linka do ściągnięcia trzech folderów z plikami. Jeśli jednak za dzieciaka jaraliście się kupowaniem paczek kart w kiosku, to może poczujecie najgorszą możliwą, ale jednak namiastkę tamtego uczucia.

Tym razem, tak jak poprzednio, każda paczka zawiera 7 kart bazowych, 7 insertów i jeden kolorowy wariant karty bazowej. Wszystko pakowane losowo, więc mogą zdarzyć się powtórki.

Na zgłoszenia czekam tydzień, potem pokażę Wam wszystkie moje karciane wypociny w tradycyjnej galerii.

A oto sety, które pojawią się w trzeciej serii moich wirtualnych kart:

Base Set30 kart, 30 złotych wariantów, 30 różowych wariantów

Kontynuacja setu bazowego z poprzednich serii. Kto zbierał, ten wie. Znów jest tak, że złote i różowe warianty kolorystyczne można tylko zobaczyć w paczkach – w galerii zbiorczej ich już nie będzie.

Artefakty 6 kart

W prawdziwym życiu istnieją karty z kawałkami koszulek, butów czy parkietu. Tutaj mamy ten sam motyw różnych relikwii, które odegrały kluczową rolę w historii NBA lat 90.

Dressed 2 Skill10 kart

Hołd dla najbardziej odważnych modowych decyzji podejmowanych przez zespoły NBA w drugiej połowie lat 90., czyli wszystkich tych komiksowo krzykliwych koszulek. Cyraneczka pany!

Elektronika10 kart

W każdej serii staram się nawiązywać do kultowych motywów z ostatniej dekady XX wieku. Tutaj głównym bohaterem jest ręczna konsola do gier znana także jako „ruska gierka” albo „jajka”.

Eurobusiness 10 kart

I znów nawiązanie do ninetiesowych gierek, tym razem planszowych. Polacy jeszcze w latach 80. udowodnili, że producent „Monopolu” nie ma na niego… monopolu i stworzyli „Eurobusiness”, który trzymał się mocno także w kolejnej dekadzie. To najbardziej leniwy set w tym towarzystwie – po prostu wziąłem wygląd pudełka i wstawiłem nad nim zdjęcie zawodnika. Niezbyt mi się podoba efekt końcowy, ale też trochę winię projektantów pudełka „Eurobusinessu”. Nazwa gry nie pozostawiała wyboru w kwestii bohaterów setu: są nim Europejczycy z NBA lat 90. Tyle, że tacy zapomniani, których dokonania w lidze są mniej więcej tak imponujące, jak design tego setu.

Game Face 10 kart

Set trochę z dupy. Miałem już gotowe 10 kart z zupełnie innym motywem przewodnim, i to w zasadzie prawie rok temu, ale uznałem pewnego dnia, że wyglądają okropnie (tak, gorzej niż „Eurobusiness”). Wywaliłem je niedawno do kosza, zostawiając sobie tylko wyszparowane sylwetki zawodników i na poczekaniu podłożyłem pod nie inne tło. Nie ma tu żadnej myśli przewodniej, a i dobór bohaterów jest przypadkowy. Ot, kilka znajomych gęb.

N-Force10 kart

Kolejna niepisana tradycja w moich karcianych seriach, to sety poświęcone konkretnym boiskowym rolom. Po point forwardach i stretch-czwórkach przyszła kolej na ulubieńców wszystkich zgorzkniałych fanów NBA, którzy uważają, że „kiedyś to było”: enforcerów. Design logotypu wzorowałem na logotypie komiksów o X-Men, a zapis nazwy, na komiksie o X-Force. Dlaczego? Bo jeśli jest coś bardziej ninetiesowego niż NBA lat 90., to są to komiksy o mutantach.

Oldschool Shots15 kart

Cofamy się w czasie przed lata 90. i oddajemy hołd legendom, uwiecznionym na często mało znanych zdjęciach.

UPtown10 kart

Gracze NBA + ich miasta = pomysł, który ukradłem takim setom jak „Downtown” od Panini (ja wybrałem nazwę „UPtown” dla podkreślenia podniebnego charakteru gry w koszykówkę). Nie będę się nawet wstydził przed czytającymi mnie grafikami, że wykorzystałem tutaj generator obrazów AI. Wiem, że to kontrowersyjne, ale jak się powiedziało „a, ukradnę sobie zdjęcie koszykarza z internetu”, to trzeba też powiedzieć „skoro już ukradłem to zdjęcie, to chyba trochę za późno na rozważania nad kwestiami praw autorskich, w pracach stworzonych przez sztuczną inteligencję”. Mam nadzieję, że po prostu będziecie zadowoleni z efektu. Ja jestem i to nawet bardzo.

Z Archiwum XXI 15 kart

Zhackowałem kolejny design klasycznych kart koszykarskich z lat 90. Tym razem padło na Upper Deck Collector’s Choice 1995-96, czyli drugiej serii, którą można było kupić w polskich kioskach. Główne role w tym secie znów obsadziłem zawodników z XXI wieku. Numeracja kontynuuje poprzednie edycje tego setu.

Tyle.

Nie mogę się doczekać, aż Wam pokażę wszystkie karty, a na razie życzę dobrej zabawy przy otwieraniu paczek.

Jeśli spodoba Ci się ich zawartość, będę wdzięczny za motywujący komentarz tu, w mailu lub w socialach.

Istnieje też możliwość wsparcia inicjatywy symbolicznym „piątakiem”, za pośrednictwem serwisu BuyCoffee. Chyba nie muszę mówić, jak wielkim przeżyciem jest każde takie wsparcie, więc z góry dzięki!

Możecie też sobie przypomnieć poprzednie serie: Edycja inauguracyjna | Seria druga

No to komu paczuszkę?

Postaw kawę
Otagowane

Shawn Bradley

Shawn Bradley

Fun Fact: Jak masz 7 stóp i 6 cali wzrostu, jesteś mobilny i szybki, nie tylko, jak na swój wzrost, blokujesz rzuty, a nawet masz pewien potencjał rzutowy, to będzie tobą jaranko przed draftem, niezależnie czy mamy 1993, czy 2023 rok.

Bo choć 30 lat temu nikt jeszcze nie wymyślił takiego koszykarza jak Victor Wembanyama, czy Chet Holmgren (czy też Bol Bol, ale taki, który się przykłada), to wszyscy jak mantrę powtarzali „you can’t teach height!”. Wielu ekspertów serio uważało, że to Bradley, a nie Chris Webber, powinien być jedynką w swoim naborze, a Rick Majerus, trenujący reprezentację Uniwersytetu Utah, powiedział nawet, że pominięcie go, będzie jak pominięcie Michaela Jordana dziewięć lat wcześniej. Nikogo nie odstraszał nawet fakt, że Shawn Bradley rozegrał tylko jeden sezon w NCAA, a potem przez dwa lata siedział w Australii w roli mormońskiego misjonarza i nawracał Aborygenów, Najchętniej siedziałby tam jeszcze dłużej, ale plotki o tym, że NBA ma wprowadzić limit płac dla pierwszoroczniaków sprawiły, że decyzja o powrocie i rozbiciu banku stała się zbyt rozsądna. Shawn płakał, że musi wracać, płakał też po powrocie, opowiadając w swoim kościele o tym, jak odnalazł w Australii sens życia i jak pewnego razu uzdrowił Aborygenkę dotykając jej głowy.

COOOOO?

Serio.

Shawn Bradley twierdził, że jego dotyk uzdrowił człowieka, a my o tym nie rozmawiamy non stop od 1993 roku? Wychodzi na to, że te wszystkie razy, gdy ligowi skoczkowie pakowali piłkę do kosza nad jego głową, powinny być nazywane nie „plakatami”, a „świętymi obrazkami”.

Sad Fact: Żarty żartami, ale jak zapewne wiecie, niedługo upłyną dwa lata, odkąd Shawn został potrącony przez samochód podczas przejażdżki rowerowej. Od tego czasu jest sparaliżowany od klatki piersiowej w dół. Wzrost, który dał mu wspaniałą karierę i zdefiniował jego relacje ze światem, teraz jest mu przeszkodą, która nie tylko utrudnia rehabilitację (medycyna nie zna takiego precedensu, jak „229-centymetrowy tetraplegik”) ale też zwiększa wszystkie ryzyka dla organizmu związane z paraliżem. Jeśli ktoś chce sprawdzić, co u Shawna, oto materiał z sierpnia tego roku.

Dużo siły, wielkoludzie. Miłość i wsparcie już masz.

No i kto wie? Może znów się zdarzy jakiś mały cud?

Otagowane ,

Chris Webber

Chris Webber

Fun Fact: Wiecie co jest naprawdę „fun”? Ten moment, gdy Chris Webber i Penny Hardaway dołączyli do NBA, a Orlando Magic i Golden State Warriors wyglądali jak przyszłość ligi (czyli moment nie trwał zbyt długo). Uświadomiłem to sobie, oglądając randomowo napotkany skrót meczu z 22 marca 1994 roku. Wyniku nie zdradzam, żeby wspomniany „fun” był jeszcze większy:

Kilka luźnych refleksji (popartych szybkim researchem):

🏀 Przez prawie 30 lat od tamtego meczu widziałem na boiskach NBA wiele rzeczy, łącznie z Victorem Wackywavinginflatabletubmanyamą, ale nie przypominam sobie, żebym widział kogoś, kto rusza się tak nieprawdopodobnie płynnie jak młodzi Chris Webber i Penny Hardaway, zwłaszcza przy swoich typach ciał (niedźwiedź i patyczak). Serio. Wciąż czekam, aż ktoś mi zapewni taki sam dreszcz podniecenia jak powłóczyste ruchy C-Webba, który na boisku był jak kula wyburzeniowa zrobiona z marshmallowów.

🏀 Z powodu Billy’ego Owensa Warriors oddali Mitcha Richmonda do Sacramento rozbijając Run TMC. Potem oddali Owensa do Miami za Rony’ego Seikaly’ego, żeby na centrze nie musiał więcej grać Webber, który jednak i tak już wymusił z tego powodu transfer, a pozbycie się Owensa (i Webbera) tak wkurzyło Latrella Sprewella, że pokłócił się z Nelsonem i Timem Hardawayem. To doprowadziło (razem z kontuzjami Mullina i Sarunasa Marciulionisa) do ostatecznego zmarnowania potencjału tamtego, wciąż jeszcze obiecującego, składu (Hardaway, Spree, Chris Mullin, Tom Gugliotta i Seikaly, to na papierze niezły zestaw). Miami przed przyjściem Owensa grali w playoffs, ale po jego pozyskaniu wypadli z czołowej ósemki wschodu. Byli też na dobrej drodze w tym samym kierunku w drugim jego sezonie, ale od czasu, gdy Pat Riley wysłał go do Kings, Miami wygrało 18 z ostatnich 29 meczów sezonu i wślizgnęło się do postseason. W Sacramento (gdzie czekał na niego Mitch Richmond) debiutował, gdy wiecznie przegrywający klub po raz pierwszy od dawna miał dobre wyniki – wygrane 22 z 37 meczów. Z Owensem mieli bilans 17-28 i ledwo-ledwo wślizgnęli się do playoffów, chyba tylko dlatego, że ich głównym rywalem w walce o ósme miejsce byli rozsypujący się po „erze Owensa” Golden State Warriors. Królowie już więcej za kadencji Owensa nie weszli do fazy pucharowej. Po lokaucie, Billy podpisał kontrakt z Seattle Supersonics (czyli minął się w stolicy stanu Kalifornia z kumplem Webberem). Ponaddźwiękowcy chwilę wcześniej wygrali 61 spotkań, ale z Owensem w składzie, w skróconym przez lokaut sezonie, mieli bilans 25-25 i nie weszli do playoffs (ok, Billy zagrał tylko w 21 meczach, ale gdy faktycznie pojawiał się na boisku, Sonics mieli ujemny bilans). Owens był w latach 90. dla swoich drużyn jak kaseta z „Ringu”.

🏀 Mało jest przykładów takich spektakularnych tąpnięć, jakie było udziałem Warriors po pierwszym sezonie Webbera. Lata 1994-1997 to był taki ciąg niesnasek, złych decyzji, kontuzji i duszeń trenerów, że nawet Clippersi musieli być zazdrośni.

🏀 Chris Gatling, który w tym meczu miał 2 punkty i 4 zbiórki, za 3 lata, o tej samej porze, będzie już All-Starem.

🏀 Z powodu finałów 1999, w których kibicowałem Knicks, do dziś nie mogę patrzeć na Avery’ego Johnsona rzucającego z rogu z półdychy.

🏀 Webber próbujący zastraszyć Jeffa Turnera groźnymi minami i ocieraniem się o niego, mówi wszystko o jego dojrzałości w pierwszym etapie kariery. Albo po prostu chciał się wyżyć, bo Turner był najbardziej przypominającą Dona Nelsona postacią na boisku (a przynajmniej po tej stronie Larry’ego Krystkowiaka, który tamtego dnia pobiegał po parkiecie w koszulce Magic przez 14 minut).

🏀 Turner zaprezentował się całkiem nieźle, wykręcając double-double z 12 punktami i 11 zbiórkami. To ponad dwa razy więcej zbiórek niż miał tamtego dnia Webber.

🏀 Webber jako rookie podpisał z Warriors piętnastoletni kontrakt. Już po roku niesławnie skorzystał z opcji jego zerwania, ale gdyby został na tej umowie, to trwałaby ona dokładnie tyle, co ostatecznie jego kariera.

🏀 Penny miał w całym meczu 15 asyst. Lepszy lub równy wynik, osiągnął w całej karierze tylko 3 razy.

🏀 Podobnie jak Anfernee, Chris Mullin też rzadko kiedy zaliczał tyle asyst (11), co tamtego dnia – dokładnie pięć razy. Spośród 17 meczów w karierze, które kończył z dwucyfrową liczbą kończących podań, prawie 30% miało miejsce właśnie w końcówce sezonu 1993-94, co każe podejrzewać, że jedną z odpowiedzi Dona Nelsona na brak Tima Hardawaya i na Avery’ego Johnsona będącego Averym Johnsonem, było częstsze kierowanie ataku przez Mully’ego. W meczu z Magic, pierwsza piątka Warriors nie miała żadnego nominalnego point guarda, za to całe mnóstwo wszechstronnych skrzydłowych: Mullin miał wspomniane jedenaście asyst, Sprewell siedem, Owens też siedem. Webber miał akurat jedynie dwie, ale w całym sezonie tylko dwóch nominalnych centrów miało większą średnią niż on: David Robinson i Vlade Divac (identyczną – 3.6 APG – miał Hakeem Olajuwon). Reasumując: tak, Nellie skompletował swój wymarzony skład, z czterema potencjalnymi point forwardami, i to spieprzył.

🏀 Minutę na parkiecie spędził Tree Rollins, grający asystent trenera Briana Hilla. Co ciekawe, w sztabie Dona Nelsona był Paul Pressey, który w poprzednim sezonie także był grającym trenerem. Ten fakt uwiecznia nawet ta karta, chyba jedyna mi znana karta koszykarza, na której uwieczniony jest on w roli trenera:

Paul Pressey
Paul Pressey

No i w sztabie tym był też Gregg Popovich. Reasumując: tak, Chris Webber trafił w pierwszym sezonie na idealnego coacha, który praktycznie stworzył pozycję point forward, w osobie Nelsona, na asystenta trenera i oryginalnego point forwarda w osobie Presseya oraz na przyszłą legendę tego zawodu w osobie Popovicha, ale i tak to spieprzył.

🏀 Tak naprawdę, to pewnie najbardziej spieprzył to właściciel Warriors, Chris Cohan. Zgadzam się z Harlanem Schreiberem z Hoops Analyst, że Cohan powinien był pogodzić zwaśnione strony, albo chociaż postawić na właściwego konia (nie Nelsona). Jego rola jest tu kluczowa, zwłaszcza, jeśli prawdą jest, że Webber chciał przedłużyć kontrakt z Warriors, z opcją rozwiązania go po dwóch sezonach, ale klub odmówił. Pozbawiony szansy na wyplątanie się z umowy, gdyby stosunki z Nelsonem się nie poprawiły, C-Webb dopiero wtedy miał zagrać kartą „ja albo on” (a Nellie, jak trafnie zauważa Schreiber, zamiast ganiać Chrisa z gałązką oliwną, nie próbował załagodzić sporu i grał męczennika publicznie ogłaszając, że jest gotów ustąpić, co stawiało młodą gwiazdę w niekorzystnym świetle i odbierało zespołowi szansę na spokojne przegonienie much z nosa Webbera).

🏀 Przypomniało mi się, że Shaquille O’Neal miał przyrodniego brata, Jamala, który też grał w kosza. W tamtym czasie musiał mieć około 13 lat i według ojczyma Shaqa, był większy i lepszy niż gwiazda Magic w jego wieku. Cóż, gdy miał 19 lat, już nie był ani tak duży (choć przy wzroście 200 cm, ważył prawie 120 kilo), ani tak dobry. W tamtym momencie na jego karierę akademicką składał się rok na ławce podrzędnego L.A. City College, oraz rok poza boiskiem ze względu na zmianę szkoły na Louisiana State University, gdzie dostał się tylko dla tego, że to alma mater Shaqa i sam Shaq opłacił mu naukę. Nie wiem nawet, czy w ogóle załapał się do koszykarskiej reprezentacji LSU, bo właśnie odechciało mi się dalszego researchu. Ważne, że Jamal Harrison i jego starszy brat nadal są blisko. I Jamal nadal dostaje od O’Neala pieniądze.

🏀 Chris Webber też miał młodszego brata, również w dniu meczu 13-letniego, i również grającego w kosza. Nie wiem czy był wtedy tak dobry, jak C-Webb w jego wieku, czy nawet tak dobry, jak Jamal Harrison, ale na pewno wyrósł na legitnego gracza. Choć David Webber czuł tak wielką presję bycia młodszym bratem Webbera, że modlił się o śmierć we śnie, to na parkiecie dzielnie stawiał czoła oczekiwaniom. W szkole średniej powtórzył wynik Chrisa, zdobywając trzykrotnie mistrzostwo stanu Michigan. W 1998 roku zaczął studia na Central Michigan i już w drugim sezonie stał się liderem drużyny, w jednym ze spotkań rzucając 51 punktów (przez te pierwsze dwa lata grał razem z trzecim z braci Webberów, Jasonem). Na trzecim roku, mierzący 188 centymerów combo guard był najlepszym strzelcem konferencji MAC i jej najbardziej wartościowym graczem, który dostał także wzmiankę honorową Associated Press podczas wyborów drużyn All-American w 2001 roku. W drafcie wybrany nie został, ale latem 2002 przewinął się przez campy Pistons, Pacers i Kings. Niestety nie dane mu było zagrać w jednej drużynie z bratem. Choć pierwszą turę cięć w składzie Królów przetrwał, to do pierwszej czternastki się nie załapał. Grał potem krótko w USBL i CBA, został też wybrany w drafcie do D-League, ale w 2004 roku dał sobie spokój z zawodową koszykówką. Dziś jest psychoterapeutą i na swojej stronie wspomina też o paraniu się śpiewaniem i produkcją muzyczną.

🏀 Szkoda, że nie mam bloga o latach 70. w NBA, wtedy mógłbym, zamiast tego bełkotliwego posta o randomowych rzeczach, zrobić prawilny wpis, składający się tylko z filmiku, jak gościu robi na trybunach salto w tył po koszu Otisa Birdsonga:

Otagowane , , , , , , , , , , ,

Larry Johnson

Larry Johnson

Fun Fact: Zacząłem ostatnio myśleć o Larrym Johnsonie.

Kariera niestety z gatunku tych rozczarowujących, choć biorąc pod uwagę, że w wyniku kontuzji pleców w pewnym momencie stracił ponad połowę siły mięśniowej w prawej nodze, mogła też być znacznie gorsza.

Mimo, że dostaliśmy tylko dwa sezony w pełni zdrowego LJ’a, to wystarczyło, żeby zapadł w pamięć kibiców. No bo, serio, pomijając Michaela Jordana i Charlesa Barkleya, kto był w tamtej dekadzie bardziej nośny niż LJ z pierwszej połowy lat 90? Shaquille O’Neal. Penny Hardaway. Grant Hill. Moim zdaniem to tyle, z honorową wzmianką dla Allena Iversona i młodego Kobe’ego. Jasne, była jeszcze stara gwardia z Dream Teamu – Patrick Ewing, Karl Malone z Johnem Stocktonem, Scottie Pippen, David Robinson – ale żaden z nich nie nadawał się na twarz kampanii marketingowej, bo był albo nudny, albo zakompleksiony.

Co innego Larry.

Sylwetka niczym narysowana na potrzeby superbohaterskiego komiksu.

Wygolony przedziałek jak pionowa kreska wykrzyknika, którego nie dało się nie stawiać na końcu zdań opisujących, co wyprawiał LJ.

Złoty ząb, który jednocześnie sygnalizował, że mamy do czynienia ze złodupcem, co pod niejednym piecem walczył o chleb, oraz wpisywał się w hiphopową modę, która miała zdominować tamtą erę w NBA.

No i ciuszki. Prążkowane cyraneczkowe koszulki Hornets, czapka z szerszeniem, czy w końcu staromodna sukienka w kwiaty, kocie okulary i peruka, które przywdziewał w serii super popularnych reklam, żeby udawać swoją własną babcię.

(Swoją drogą, podobno dostaliśmy Grandmamę tylko dlatego, że Magic Johnson zaraził się wirusem HIV – wcześniejsze plany Converse’a na kampanię z LJ zakładały obsadzenie Larry’ego Birda i Magica w roli szalonych naukowców, którzy tworzą koszykarza idealnego i zaczynają się kłócić, jak go nazwać – „Larry!”, „nie, Johnson!”, „Larry!”, „Johnson!”).

Nawet jeśli ludzie nie pamiętają kim był Larry Johnson, to zapewne doskonale pamiętają jego babcine alter ego, tak samo jak kojarzą Lil’ Penny’ego i to, że Grant Hill pije Sprite (i jest kowbojem).

Ba, kojarzyć go mogą nawet fani sztuki nowoczesnej, bo LJ jest bohaterem stworzonej w 1999 roku instalacji „Fragment of a Crucifixion (After Francis Bacon)” multimedialnego artysty Paula Pfeiffera, obecnie znajdującej się w zbiorach Whitney Museum of American Art. Autor użył wideo Johnsona tryumfalnie wydzierającego się po udanej akcji, wymazał z niego wszystkich innych koszykarzy i… no cóż, dziś powiedzielibyśmy, że zrobił gifa, nadając scenie nową wymowę.

Roberta Smith z New York Timesa jego zabieg podsumowała tak: „Przekształcił moment triumfu […] w udrękę izolacji […]. Eliminując innych graczy, tłumy, a nawet insygnia na stroju, pan Pfeiffer zmienił gesty pana Johnsona i pełną energii radość w wyraz przerażenia. Gracz wydaje się być ściganym zwierzęciem lub męczennikiem i, tak czy inaczej, głęboko niepokojącą metaforą trudnej sytuacji czarnoskórego mężczyzny w amerykańskiej kulturze.”

Larry’ego Johnsona w roli dzieła sztuki można zobaczyć ok. 1:45 w poniższym wideo:

Ciekawe, czy praca ma związek z najsłynniejszą wypowiedzią LJ’a z finałów 1999, w której porównał siebie i kolegów z Knicks do niewolników?

Kontuzje, zmniejszona boiskowa rola i kilka kontrowersyjnych zachowań oraz cytatów na koncie nie zmieniły jednak tego, jak pamiętamy Larry’ego. Dziś jego wizerunek w głowach większości kibiców to zapętlone, niczym w instalacji Pfeiffera, te parę lat świetności, damskie fatałaszki i pewien rzut za cztery

…i po tym przydługim wstępie chciałem dojść do głównego wątku moich ostatnich rozmyślań o Larrym Johnsonie.

Do jego złotego zęba.

Zresztą totalnie prawdziwego złotego zęba – to nie była jedna z nakładek, które w USA na początku lat 90. były tak popularna, że każdy mógł sobie je kupić u jubilera lub nawet w sklepie odzieżowym.

Larry stracił jedynkę na początku przygody z akademicką koszykówką, którą – po zawirowaniach z wynikami jego testu SAT – zaczynał w Odessa Junior College. Oczywiście w walce pod koszem.

Gdy Larry Johnson pojawił się na konferencji prasowej z okazji jego transferu do Nowego Jorku (bonusowy Fun Fact: LJ w liceum grał z numerem 33 i kazał na siebie mówić „mały Ewing”), złota korona była na miejscu, co dokumentuje karta ilustrująca ten wpis. Patrząc na nią uświadomiłem sobie jednak, że przecież Johnson już jej nie ma.

Co się więc stało ze złotym zębem? I kiedy?

„Śledztwo” zacząłem od kilku niezbyt udanych googlań, potem zacząłem przeglądać zdjęcia na Getty i szybko okazało się, że Johnson musiał odwiedzić dentystę już na samym początku nowojorskiego etapu swojej kariery. Zawężenie wyszukiwania do okresu okołotransferowego pozwoliło znaleźć humorystyczną analizę porównawczą LJ’a i Anthony’ego Masona, w której pozbycie się złotego zęba zostało określone „drugim najlepszym ruchem” w karierze Johnsona. Czyli pożegnanie z kultową jedynką nastąpiło gdzieś pomiędzy konferencją prasową z okazji transferu domkniętego 14 lipca 1996 roku, a 3 listopada, czyli momentem publikacji tekstu.

Niestety moje „dentektywistyczne” zdolności na nic więcej się nie zdały. Nie udało mi się już znaleźć ani bardziej precyzyjnego przedziału czasu, ani informacji co stało za decyzją Larry’ego, choć pewnie trzeba rzucić monetą pomiędzy modą a dorosłością.

Czy nowojorski etap kariery Johnsona mógłby być bardziej udany indywidualnie, gdyby zachował złotą jedynkę?

SPÓJRZCIE NA REWERS TEJ KARTY I SPRÓBUJCIE POWIEDZIEĆ, ŻE „NIE”:

Larry Johnson
Otagowane

Don MacLean

Don MacLean

Fun Fact: Don MacLean przez jeden sezon był najlepszym strzelcem wśród białych zawodników NBA, a potem kontuzje zredukowały jego karierę do serii epizodów w kilku różnych drużynach. Skrzydłowy Washington Bullets dostał wówczas nagrodę Most Improved Player, ale kolejne rozgrywki – 1994/95 – zaczęły się od transferu Chrisa Webbera, a ponieważ w składzie był też wybrany w drafcie Juwan Howard, to było wiadomo, że rola Dona zostanie zredukowana. Mimo tego, wszyscy się spodziewali, że trzecioroczniak będzie ważnym elementem stołecznego frontcourtu przyszłości. Sezon zaczął w pierwszej piątce, rzucając ponad 14 punktów w każdym spotkaniu.

W grudniu MacLean przyznał się jednak klubowemu lekarzowi, że od półtora roku bierze leki przeciwbólowe i obawia się, że mógł uszkodzić sobie nerki lub wątrobę. Dostał polecenie natychmiastowego odstawienia proszków, przez co ból kolana zrobił się tak nieznośny, że musiał przerwać grę. MacLean zaczął rehabilitację i przyjmowanie leków przeciwzapalnych, tym razem przepisanych przez sztab medyczny.

Lekarze ustalili datę powrotu do gry na 9 stycznia.

Chwilę wcześniej, 31 grudnia, Don i jego dziewczyna poszli do knajpy.

Tam przyczepił się do nich młody mężczyzna, który zaczął obrażać towarzyszkę MacLeana. Został wyproszony, ale gdy para opuściła lokal, agresywny 23-latek wciąż tam był. Wtedy też doszło do rękoczynów. Koszykarz publicznie nie zdradzał szczegółów zajścia, ale podobno władzom klubu powiedział, że unikał bójki do momentu, w którym jego dziewczyna została uderzona. MacLean wymierzył cios w twarz natręta – niestety tak niefortunnie, że złamał kciuk.

Data powrotu do gry przesunęła się nagle o dwa miesiące.

Do gry wrócił ostatecznie 28 lutego, ale postępy robione przez Juwana Howarda zepchnęły go na ławkę. Bullets przed kolejnym sezonem oddali go do Denver Nuggets za Roberta Packa i reszta jest mało ciekawą historią (no, może z wyjątkiem tego momentu, gdy Don został pierwszym koszykarzem NBA zawieszonym za doping).

Jeśli jednak myślicie, że to właśnie Don MacLean miał najgorszego Sylwestra 1994, to przypominam, że tego samego dnia, w którym koszykarz Bullets złamał kciuk na twarzy jakiegoś gościa, Anthony Avent został czterokrotnie pchnięty nożem we własnym domu przez osobę, z którą się przyjaźnił. Nie chciał zdradzić jej tożsamości, dlatego policji zeznał, że zaatakowało go trzech przypadkowych mężczyzn.

Żeby było zabawniej, także w Sylwestra 1994, podczas eventu zorganizowanego przez stację radiową z Dallas, Jason Kidd rzekomo uderzył fana, który poprosił go o wspólne zdjęcie (to wersja poszkodowanego, koszykarz zaprzeczył, że doszło do rękoczynów – niestety nie jestem w stanie zalinkować tekstu, ale przeczytałem o tym w The Sacramento Bee z 8 stycznia 1995).

A żeby już w ogóle można było boki zrywać, to przecież trzy dni wcześniej, w barową bójkę wdał się Oliver Miller.

Wyobraźcie sobie co w Nowy Rok musiał czuć David Stern, gdy dowiedział się, że czterej młodzi gracze z przechodzącej kryzys tożsamości pod nieobecność Michaela Jordana ligi, niemal w tym samym czasie wzięli udział w jakiejś burdzie.

Choć w sumie nawet nie trzeba sobie tego wyobrażać – po to wynaleziono słowo „clusterfuck” i poniższą scenę:

Otagowane

Anthony Avent

Anthony Avent error card

Fun Fact: Anthony Avent mnie nabrał.

Gdy pisałem o nim dawno temu, wspomniałem o tym, że w czasach gry dla Orlando Magic został zaatakowany na ulicy przez trzech napastników, z których jeden zranił go nożem. Zdarzenie miało miejsce w Sylwestra 1994 i nie zalinkowałem wtedy źródła, ale zakładam, że musiał to być jakiś artykuł napisany między Nowym Rokiem a 5 stycznia, kiedy to Avent wyznał, w rozmowie z prezydentem klubu z Florydy, Bobem Vanderweide, że zmyślił całą tę historię o trzech agresywnych białych mężczyznach, którzy rozpoznali go, zdenerwowali się, że ich zignorował i w czasie kłótni wyciągnęli nóż (później podkreślał, że w żadnym miejscu zeznania nie sugerował, że atak miał podłoże rasowe).

Powód? Tak naprawdę za rany przedramienia, nadgarstka i dwóch palców, które wymagały założenia 22 szwów, odpowiedzialny jest znajomy Aventa, który zaatakował go nożem w domu koszykarza. Lub: „znajoma” i „zaatakowała” – Anthony twardo odmawiał zidentyfikowania osoby, która czterokrotnie pchnęła go nożem, nie zdradzając także jej płci. Choć Anthony’ego przyłapano na złożeniu fałszywych zeznań, policja nie postawiła mu z tego powodu żadnych zarzutów, a sprawę po prostu umorzono. Także klub machnął ręką, słusznie wnioskując, że obciach jaki sobie zafundował jest wystarczającą karą.

Anthony Avent nabrał policję, nabrał mnie, a ja nabrałem Was. A konkretnie to firma Topps nabrała nas wszystkich – ten gość na karcie powyżej to nie Avent, tylko Blue Edwards. Cóż, takie błędy się zdarzają, co chyba można podciągnąć pod morał tego wpisu.

A na koniec 16 punktów Anthony’ego, które wydarzyły się naprawdę:

I w sumie to jeszcze chyba wszyscy zasługujemy na autentyczne zdjęcie Anthony’ego Aventa na karcie koszykarskiej:

Anthony Avent
Otagowane

Oliver Miller

Oliver Miller

Fun Fact: Wiem, że zupełnie niedawno „The Really Big O” pojawił się na tym blogu, ale wiecie jak jest – kochanego ciałka nigdy za wiele.

Dziś Oliver J. Miller zabierze nas do baru nieopodal portu lotniczego Detroit.

Jest noc, 28 grudnia 1994 roku. Miller wchodzi do knajpy w towarzystwie kolegi. Właśnie przyleciał prywatnym samolotem Pistons z Nowego Jorku, gdzie jego zespół pojedynkował się z Knicks, a on w 32 minuty zaliczył 12 punktów, 7 zbiórek, 3 bloki i 2 przechwyty.

To był dopiero jego trzeci mecz po kontuzji prawej dłoni.

20 listopada, w starciu przeciwko Blazers, uderzył nią w obręcz i doznał pęknięcia jednej z kości. Zagrał jeszcze w kolejnych 8 meczach, ale ból stał się na tyle nieznośny, że do akcji wkroczył sztab medyczny i wsadził łapkę w gips.

Pięć dni przed wizytą w barze, Oliver dostał jednak zielone światło na powrót do gry.

Niestety już dwa dni później, znów był u klubowego lekarza, z tą samą dłonią i tym razem konieczna okazała się operacja, umieszczenie w ręce drutu i ponad miesiąc przerwy w grze.

Sprawy się komplikują, gdy próbujemy dojść jak doszło do ponownego złamania.

Otóż Oliver przyznał się, że we wspomnianym barze miał scysję z pijanym klientem, który trzykrotnie rzucił w stronę koszykarza rasistowskie obelgi i zamachnął się jako pierwszy. Oliver wyprowadził wtedy cios, żeby „wyjaśnić” sytuację i trafił. Ale zarzeka się, że uderzył gościa zdrową, lewą ręką, a nie prawą, którą trzeba było chwilę później operować.

To co się stało z tą prawą dłonią? Miller twierdzi, że potknął się w domu o kabel od telefonu i uszkodził ją ratując się przed upadkiem…

Gdybym pisał tu po angielsku, to skomentowałbym tę urzekającą historię takim oto wymyślonym na poczekaniu sucharem:

Who did Oliver Miller call after he tripped over a phone cord and broke his arm? I don’t know, but I call bullshit.

Trudno ocenić jak wiarygodnie brzmiała wtedy ta opowieść, ale w tamtych czasach na słowie Olivera mogła w zasadzie polegać tylko obsługa fast foodów. Sama za siebie mówi decyzja Detroit Pistons, którzy rok po zaoferowaniu Millerowi czteroletniego kontraktu wystawili go w expansion drafcie.

Ja sam nie wiem, czy mu wierzę.

A Wy?

A co do prawej dłoni Olivera, to doszła do siebie dość szybko, jeszcze w styczniu. W marcu zdobyła nawet zwycięskie punkty w meczu z Bostonem.

Otagowane

Jud Buechler

Jud Buechler

Fun Fact: To bardzo dziwne, że przez tyle lat funkcjonowania bloga nie nawiązałem do mojego ulubionego osiągnięcia statystycznego, czyli „tryliona”, tudzież „biliona” (angielska nazwa to „trillion” czyli niby po polsku „trylion”, ale tak naprawdę w USA „trillion” to jedynka i dwanaście zer, co my nazywamy bilionem).

Czym jest trylion?

Koszykarz osiąga go, gdy wychodzi na boisko, ale nie pozostawia po sobie żadnego śladu w protokole meczowym. Czyli na przykład gra 1 minutę, ma 0 punktów, 0 zbiórek, 0 asyst, 0 przechwytów, 0 bloków, 0 strat, 0 fauli, 0 oddanych rzutów wolnych, 0 oddanych rzutów za trzy, 0 oddanych rzutów z gry. Jedynka, dwanaście zer, trylion. Tudzież bilion.

Postanowiłem sprawdzić, kto jest rekordzistą wszech czasów pod względem zaliczonych trylionów. Skorzystałem, jak zawsze, z bazy Basketball Reference i uwzględniłem nie tylko sezon zasadniczy, ale także playoffy.

Tak jest, jak się już domyślacie, najbogatsza w tryliony była kariera Juda Buechlera.

Oto pierwsza piątka trylionerów wraz z liczbą meczów zakończonych z zerowym kontem:

Jud Buechler – 66
Steve Novak – 65
Mario West – 60
James Jones – 56
Darvin Ham – 53

(Na miejscu szóstym jest Garrett Temple, najwyżej notowany wśród wciąż aktywnych koszykarzy – do zrównania się z Hamem, brakuje mu siedmiu meczów z trylionem.)

Gdyby zsumować minuty z tych wszystkich meczów, które Buechler kończył jako statystyczny prawiczek (żeby się nie rozdrabniać zaokrąglamy w górę od 30 sekund), to można powiedzieć, że „zarobił” w nich 109 trylionów tudzież bilionów.

Mam nawet pełne highlighty Buechlera z tych prawie dwóch godzin. Wystarczy sobie obejrzeć dwa razy poniższe wideo:

Scott Hastings Fact: Zgadnijcie kto wymyślił tryliona

To był tylko jeden z jego z wielu żartów na swój temat, ale być może najbardziej trafiony, bo idealnie podsumowywał boiskową rolę bohatera Tygodnia Scotta Hastingsa. Zaiste bardzo często zostawało mu granie nic nie znaczących minut, gdy intensywność pojedynku spadała tak bardzo, że nawet nie było okazji kogoś sfaulować.

„Byłem królem dwóch i trzech trylionów” – wspominał już na koszykarskiej emeryturze Scott, wywołany do odpowiedzi przez Sports Illustrated.

Ten akapit z końca linkowanego tekstu uświadomił mi także, że niektórzy luźno podchodzili do definicji tego, co jest koszykarskim zerem, pomijając np. faule lub straty.

Wspomniane w tekście 11 trylionów Tima Perry’ego czy 14 trylionów Tree Rollinsa tak naprawdę nie miały miejsca. W tym konkretnym meczu Sixers, o którym czytamy w SI, autor najsmutniejszego wsadu w historii Slam Dunk Contest miał tak naprawdę jedną stratę, a więc uniknął dwunastu zer. Co do Rollinsa, to nawet nie wiem o jakim meczu mowa i choć Tree zaliczył w karierze co najmniej tryliona aż 34 razy, to żaden z nich nie był czternastokrotny. Tylko raz zagrał dokładnie 14 minut bez punktów i zbiórek, ale w tamtym spotkaniu – w którym zresztą w roli jego kolegi z drużyny wystąpił nie kto inny, jak Scott Hastings (wykręcając 6/3 w 9 minut) – Rollins miał 5 fauli, 1 blok i 1 przechwyt.

Ale spokojnie, Tree i tak ma jedno z lepszych miejsc w klubie trylionerów (treelionerów, hehe), bo jest w gronie 26 zawodników, którzy mieli zerowe konto mimo rozegrania dwucyfrowej liczby minut.

Rekord to 12 trylionów w jednym meczu, który dzieli trzech zawodników: Kenny Walker, Damon Jones i Rashad Vaughn.

Trudno wskazać, kto jest rekordzistą absolutnym, bo nie znamy co do sekundy czasu gry Walkera (w box score’ach z tamtych czasów dostawaliśmy zaokrąglone wartości, czyli jego 12 minut przeciwko Hawks oznacza zapewne przedział 11:30-12:29). Jest jednak spora szansa, że jest nim Vaughn, który był ledwie 6 sekund od 13 trylionów. MVP jest jednak zdecydowanie Damon Jones, który swoje niewidzialne 12 minut (a konkretnie 11:56) rozegrał w meczu finałów NBA.

Wracając do Scotta Hastingsa, przez którego uniwersum podróżujemy dziś po raz ostatni (przynajmniej na razie), to choć obwołanie się królem tryliona brzmi jak jedna z tych rzeczy, które wymyślił sobie nudząc się na ławce, to obstawiam, że naprawdę wiedział jak często zdarzało mu się zdziałać na parkiecie „tyle co Elvisowi lub jakiemuś innemu truposzowi” (jego słowa).

Choć dzisiaj Scott zajmuje jedenaste miejsce w trylionowej tabeli wszech czasów, to właśnie on był jej liderem na początku lat 90. Wysunął się na prowadzenie w trakcie rozgrywek 1990/91 (wyprzedził innego tytana, Grega Kite’a) i był rekordzistą prawie do końca kariery w 1993 roku.

I tak właśnie natrafiamy na największą rywalizację w historii NBA, o której nikt nie wie – zapewne dlatego, że nigdy nie było boiskowej rywalizacji o mniejszym znaczeniu.

Otóż Hastings w swoim ostatnim sezonie, 1992/93, toczył zażartą walkę o palmę pierwszeństwa w wymyślonej przez siebie kategorii z nikim innym, jak kolegą po bardzo białym fachu, Edem Nealym, dla którego rozgrywki 1992/93 także były ostatnimi w NBA.

Ed w tamtym sezonie był trylionerem sześć razy, a Scott jedynie trzykrotnie. Końcowy wynik: 40 meczów z zerowym dorobkiem w karierze dla Hastingsa i 42 dla Nealy’ego.

I to by było na tyle. Kończę Tydzień Scotta Hastingsa bogatszy o nowego ulubionego zawodnika. Mam nadzieję, że Wy też.

Postaw kawę
Otagowane , ,

Ed Nealy

Ed Nealy

Fun Fact: Gdybym miał wymyślić od zera koszykarza, który nazywa się Ed Nealy, wyglądałby dokładnie jak Ed Nealy, czyli byłby bardzo biały, bardzo niekontrowersyjnie uczesany i posiadający budowę ciała, którą porównywano albo do kartonu płatków śniadaniowych (Bob Ford z „The Philadelphia Inquirer”) albo (to już Sam Smith w „Jordan Rules”) do beczki (jedyną rozbieżnością byłoby to, że wyobrażałbym sobie go bardziej jako mierzącego 210 centymetrów środkowego, niż nieco ponad dwumetrowego silnego skrzydłowego).

I miałby dokładnie taki sam przebieg kariery.

Po solidnych czterech latach na uniwersytecie zostaje wybrany z odległym numerem draftu (to jedyna część, którą bym zmienił, bo w jego czasach tacy Edowie Nealy byli gwiazdami NCAA i potem szli w pierwszej dziesiątce draftu, ale może właśnie przez brak tych 10 centymetrów Nealy nie był numerem 6 tylko numerem 166).

Szybko rozgaszcza się w roli rezerwowego, który przez większość kariery będzie trzecią opcją na swojej pozycji, oferując solidną, ale absolutnie wyruganą z jakichkolwiek objawów spektakularności podkoszową obecność.

Skacze po drużynach przeplatając swoją karierę postojami w CBA. W którymś momencie zostaje graczem końca ławki w drużynie walczącej o najwyższe laury i ulubieńcem kibiców, a dziennikarze piszą o nim z czułością, że „każda drużyna powinna mieć kogoś takiego, naprawdę. Bo Ed Nealy jest naprawdę w porządku, poza tym, że jest trochę za niski, wolny, nie umie rzucać i nie jest zbyt utalentowany” (to akurat napisał w lutym 1990 felietonista Gene Seymour, choć ten komentarz o braku rzutu już dwa lata później się zdezaktualizował, gdy Nealy trafił 20 razy za trzy w jednym sezonie).

Na emeryturę przechodzi po 11 latach, ze średnimi z NBA wynoszącymi 2.7 punktu i 3.3 zbiórki oraz tytułem mistrzowskim przy swoim nazwisku, mimo, że nie zagrał ani jednego meczu w playoffowej kampanii swojej drużyny.

I choć w szerokiej perspektywie jego dokonania przemykają niezauważone, to Ed Nealy miał momenty.

Jak wspomniałem – trudno mówić o nim, jako o mistrzu NBA – w sezonie 1992/93 pojawił się na parkiecie w koszulce Bulls tylko 10 razy (trafił do Chicago przed trade deadline). Bulls oddali wtedy za niego drugorundowy pick, bo Phil Jackson był jego wielkim fanem.

Co prawda nie załapał się do playoffowej dwunastki, ale na bycie członkiem tamtej mistrzowskiej drużyny zapracował sobie wcześniej – w sezonie 1989/90.

Co ciekawe (no dobra, może i niezbyt ciekawe, w końcu to tekst o Edzie Nealym, ale warte wspomnienia…), wtedy też był już znany w Chicago, bo był graczem Bulls między 27 października i 14 grudnia 1988 roku. Wówczas został oddany do Phoenix za Craiga Hodgesa, ale już niecały rok później Jerry Krause ściągnął go z powrotem, także w cenie drugorundowego picku.

I to była naprawdę dobra decyzja, bo playoffy 1990 rozgrywane w barwach Bulls, były najjaśniejszym punktem kariery Nealy’ego.

W wyniku problemów ze zdrowiem Billa Cartwrighta i śmierci ojca Scottie’ego Pippena, w trakcie ostatniego niemistrzowskiego postseason ery Jordana (nie liczę 1995 roku), Jax musiał szukać wsparcia w dalszych rejonach ławki i Ed był jednym z tych gości, którym mógł zaufać.

W czwartym meczu drugiej rundy z Sixers, zdobył 9 punktów i zebrał 9 piłek dodatkowo twardo kryjąc i frustrując Charlesa Barkleya. Wypadł tak dobrze, że został poproszony o udzielenie pomeczowego wywiadu u boku Michaela Jordana (który rzucił wtedy 45 punktów) i został okrzyknięty graczem meczu przez stację CBS. Jego praca pod koszami przyczyniła się do zwycięstwa wyjazdowego i objęcia prowadzenia 3-1.

W półfinałach przeciwko Detroit Pistons, w trzecim starciu, które zakończyło się „kontaktowym” zwycięstwem Byków, zagrał 22 minuty i zdobył 8 punktów, a Phil Jackson nazwał go po meczu swoim „ulubionym zawodnikiem, najmądrzejszym graczem w całej drużynie”.

Mecz wcześniej zapracował też na sympatię Horace’a Granta i Stacey Kinga, bo choć we trójkę faulowali Jamesa Edwardsa, to z liścia dostał tylko Nealy.

W całej kampanii 1990, która zakończyła się dla Byków porażką z Tłokami, rozegrał 15 spotkań i spędzał na parkiecie średnio 15 minut. Zasłużył nawet na szacunek Jordana, który uważał, że Ed jest jedynym kolegą z zespołu potrafiącym stawiać dobre zasłony.

Ale gdy przyszło do negocjacji nowego kontraktu, Nealy nie był specjalnie sentymentalny – Bulls oferowali mu 400 tysięcy dolarów rocznie i dwuletnią umowę, ale Ed powiedział, że chce zarabiać 700 tysięcy dolarów rocznie i mieć kontrakt na trzy lata. Byki go wyśmiały, ale on nie blefował – wymarzoną umowę otrzymał od Phoenix Suns, czyli swojego poprzedniego klubu, prowadzonego przez Cottona Fitzsimmonsa, który był jego pierwszym trenerem w NBA, gdy w 1982 roku trafił do Kansas City Kings i jako rookie rozegrał najlepszy sezon w karierze (61 meczów w pierwszej piątce, 4.4 PPG, 5.9 RPG).

Zauważyliście trend, że każdy kto się pozbywa Eda, chce go potem z powrotem? Istotę jego uroku najlepiej wyartykułował Sam Smith w „Jordan Rules”:

[Nealy] jest koszykarskim odpowiednikiem podwinięcia rękawów, naplucia na dłonie i wzięcia się do roboty.

Scott Hastings Fact: Co Ed Nealy ma wspólnego ze Scottem Hastingsem?

To proste: obydwaj byli bardzo białymi ludźmi o ograniczonym repertuarze koszykarskim, sprowadzającym się do harowania na treningach i bycia boiskowym twardzielem, o ile oczywiście akurat byli na boisku, a nie – jak zazwyczaj – na ławce.

Dlatego, gdy w 1990 roku Bulls, z Nealym w składzie, bili się o finał z Pistons, z Hastingsem w składzie, bohaterowi Tygodnia Scotta Hastingsa nie umknęło to podobieństwo. Tuż przed początkiem pojedynku ogłosił, że razem z Edem zamierzają zorganizować własny camp koszykarski, gdzie podzielą się z ogółem swoimi unikatowymi umiejętnościami:

„Zamiast szybkiego ataku, będziemy uczyć wolnego ataku – pięciu gości będzie próbowało jak najwolniej przebiec długość boiska. Inne rzeczy, które będziemy trenować to rzut z wyskoku bez odrywania stóp z parkietu, nauka zagrania ‚screen-and-screen-and-screen-some-more’, rzucanie się na parkiet, obijanie sobie bioder, wsady z krzesełka, noszenie toreb i przeprowadzka całej rodziny w 24 godziny.”

Nikt tak poetycko nie ujmował istoty bycia drewnianym wyrobnikiem w NBA, jak Scott.

Otagowane , ,