
Fun Fact: John Paxson był niepilnowany.
Bonusowy Fun Fact: John Paxson był niepilnowany.

Fun Fact: Jedną z moich ulubionych historii ze świata generalnych menadżerów drużyn NBA jest anegdota, którą wyczytałem kiedyś w „Magic Basketball” o budowaniu mistrzowskiej dynastii Detroit Pistons przez Jacka McCloskeya. Podobno pierwszym jego ruchem po objęciu posady w Tłokach był telefon do Los Angeles Lakers, w trakcie którego zaproponował następujący transfer: cała drużyna za Magica Johnsona. „Trader Jack”, jak go nazywano, bo w trakcie trzynastu lat w stanie Michigan dopiął ponad 30 transferów, został odesłany z kwitkiem, ale brawa za próbę. Tłumacząc potem swoją ofertę powiedział, że wystarczy otoczyć Magica zgrają przypadkowych graczy z CBA, żeby mieć zalążek świetnej drużyny.
Brawa należą się też M.L. Carrowi – gościowi, którego zna się głównie jako członka mistrzowskich składów Celtics z lat 80. (trafił do Bostonu w tym samym roku co Larry Bird), tymczasowego trenera z połowy lat 90. oraz generalnego menadżera, który nadzorował przebudowę Celtów po odejściu Birda i mógł zostać zapamiętany jako jeden z najlepszych w tej roli, gdyby wielkie tankowanie sezonu 1996/97 (był wtedy także head coachem) zakończyło się wylosowaniem pierwszego picku i wyborem Tima Duncana.
To jednak właśnie za pracę GM’a chciałem dziś Carra pochwalić, bo podobnie jak McCloskey zaczął ją od odważnego ruchu. W pierwszych tygodniach na nowym stanowisku podpisał kontrakty z Dominique’iem Wilkinsem, Davidem Wesleyem i Pervisem Ellisonem oraz wymienił Eda Pinckneya za Blue Edwardsa i Dereka Stronga, aż wreszcie, na początku sierpnia 1994 roku, M.L. wybrał numer Chicago Bulls. Oferta była następująca: przyszły wybór w pierwszej rundzie draftu dla Byków w zamian za prawo do nawiązania oficjalnego kontaktu z pewnym baseballistą…
Carr był przekonany, że zdołałby namówić Michaela Jordana na powrót do NBA i założenie koszulki Boston Celtics. „Nie pozwoliłbym mu zmrużyć oka dopóki by się nie zgodził” – mówił, a Bulls woleli nie ryzykować i odrzucili propozycję. Ciekawe ile nocy przespałby MJ grając w jednej drużynie z Erikiem Montrossem i swoim ulubieńcem, Xavierem McDanielem…

Fun Fuckin’ Fact!: Trochę siara, a trochę się jaram, dlatego z mieszanymi uczuciami obwieszczam Wam istnienie MMJK NBA 90s TRADING CARDS!
Co to? To po prostu zbiór grafik mojego autorstwa, stylizowanych na karty koszykarskie. Skoro żyjemy w czasach „nie znam się, to się wypowiem”, postanowiłem, że „nie jestem grafikiem, to sobie zaprojektuję karty”. To bardzo kluczowa informacja, bo jak zobaczycie przykładowe kartoniki, będziecie musieli pamiętać, że nie tworzył ich ani profesjonalista, ani nawet hobbysta.
Po co to? Nie mam pojęcia. Były jednak trzy konkretne impulsy, które stoją za tym setem. Pierwszym był początek pandemii. To bzdura, że człowiek podczas lockdownu ma nagle na wszystko więcej czasu, ale często potrzebuje wtedy czegoś, co będzie ucieczką od przygnębiającej rzeczywistości. Tą ucieczką było dla mnie właśnie – od maja do lipca – dłubanie w wolnych chwilach przy tych kartach. Z kolei częścią wspomnianej przygnębiającej rzeczywistości – a zarazem drugim impulsem – było uświadomienie sobie, jak bardzo podskoczyły ceny prawdziwych kart. Kupno nowego boxa to teraz zniechęcająco duża inwestycja, więc uznałem, że wolę sobie zrobić swoją serię. Trzecim impulsem była aplikacja Panini Dunk, która uświadomiła mi, że można też zbierać wirtualne karty z koszykarzami.
Ten drugi, wspomniany wyżej impuls, jest też powodem, dla którego na razie nie pokażę Wam wszystkich kart.
Stwierdziłem, że chciałbym dla Was przeprowadzić symulację otwierania paczek z kartami (możecie sobie nawet wyobrazić jak by te paczki wyglądały, dzięki głównej ilustracji tego posta) i dać Wam namiastkę tej frajdy.
Jak to zrobimy?

Fun Fact: Na początku kariery Chris Webber miał zatargi nie tylko z Donem Nelsonem, ale też z generalnym menadżerem, który sprowadził go do Waszyngtonu, Johnem Nashem. Nash, który zraził do siebie także Juwana Howarda, został ostatecznie zwolniony w maju 1996 roku, kilka tygodni po tym, jak straszył C-Webba, że nie wypłaci mu całości kontraktu, karząc go tym samym za odmowę współpracy z lekarzem klubowym w trakcie rehabilitacji po operacji ramienia. Mniej więcej w tym samym czasie groził mu też grzywną za opuszczenie meczu na własnym parkiecie – zamiast siedzieć w garniturze na ławce, kontuzjowany Webber był na planie serialu „New York Undercover” („Ulice Nowego Jorku”).
Co tam robił? Grał Nelsona, byłą gwiazdę koszykówki uniwersyteckiej, której karierę przekreśliło oskarżenie o zabójstwo. Chłopak stał się wówczas mentorem i ochroniarzem młodszego brata, Franklina. Choć Franklin nie był aż tak utalentowany, jak Nelson, był gwiazdą na szczeblu szkół średnich i właśnie przyjął stypendium od jednego z czołowych uniwersytetów, który reprezentował… Anthony Mason. Na życie młodszego brata dybał lokalny diler narkotyków, którego Franklin zabija, a Nelson bierze na siebie winę. Brat dilera mści się zabijając C-Webba w więzieniu.
Serial jest w pewnych kręgach kultowy, ale w 2020 roku ogląda się go boleśnie, bo momentami przypomina raczej teledysk z połowy lat 90. Najlepsza scena to zdecydowanie wizyta Mase’a w domu Webbera. Pada żarcik, że lepiej, żeby trenujący młodszego brata Nelson nie zmieniał za bardzo stylu gry Franklina, na co C-Webb rzuca – „No, point forwardem jeszcze nie jest” – a kamera pokazuje kiwającego głową z uznaniem Masona.
W każdym razie to bardzo życiowy odcinek. I w telewizji, i w rzeczywistości, Chris Webber zrobił na studiach coś, co ciągnie się za nim przez resztę życia. Na szczęście kolejne popełniane błędy i pechowe zdarzenia w realu kończyły się znacznie lepiej niż w serialu. Rzut Horry’ego, to jednak nie kosa w brzuch, nawet jeśli bolał tak samo.
After The Fact: Dostało mi się trochę – i na facebooku, i na twitterze – za zaliczenie Chrisa Webbera do pierwszej piątki graczy, którzy najbardziej mnie rozczarowali. Moja linia obrony brzmiała w skrócie: „miał udaną karierę według obiektywnych standardów, ale nie wobec standardów, z którym musi się mierzyć ktoś o tak ogromnym talencie”, ale od teraz będę w sprawie moich argumentów odsyłał do ostatniego odcinka podcastu The Book Of Basketball 2.0, w którym Bill Simmons i Joe House dość wyczerpująco mówią o tym, dlaczego C-Webb złamał wszystkim serce (ale i tak powinien być w Hall Of Fame, do cholery!).

Dick Motta to jeden z najlepszych szkoleniowców NBA w historii, którego fachowości mogły dorównać tylko jego gwałtowny temperament i złotoustość.
Zajmuje 12 miejsce na liście najbardziej zwycięskich trenerów w historii. Zdobył nagrodę Coach Of The Year w 1971 i mistrzostwo w 1978. Zakończył karierę w 1997 roku, mając wówczas w swoim dorobku pracę z takimi zespołami jak (kolejno) Bulls, Bullets, Mavs (dwukrotnie), Kings i Nuggets.
W międzyczasie był bohaterem wielu różnych anegdot, z których niektóre chciałem teraz przytoczyć…
Dick Motta (który nigdy nie grał w koszykówkę w żadnej ze zorganizowanych struktur – nawet w liceum) miał jednak nie tylko złote usta, ale też złoty dotyk.
Nie wszystko czego dotknął zamieniało się w złoto (jako trener Kings wygrał 16 i 25 meczów, zwolniono go w trzecim sezonie po przegraniu 18 z 25 pierwszych spotkań, przy drugim podejściu do trenowania Mavericks ostatecznie przegrał z trójkątem bermudzkim Jason Kidd – Jim Jackson – Jamal Mashburn), ale był jednym z najlepszych nauczycieli koszykówki.
Jasne, był wiecznie niezadowolonym cholerykiem, który nie tylko w złe dni mieszał z błotem wszystkich – właścicieli, menadżerów, koszykarzy, sędziów czy samą ligę – ale to była po prostu cecha charakteru i reakcja na stres, która jednak nie przeszkadzała mu w wykonywaniu świetnej roboty. Zwykł zmuszać swoich graczy do wielkiego wysiłku (gdy Mitch Richmond przyszedł do Kings, których trenował Motta, Spud Webb miał go przywitać słowami „witaj w piekle”), ale prędzej raczej niż później przynosił on rezultaty, a wymyślając swoją taktykę Dick dbał o to, by jego koszykarze mieli frajdę na boisku. No i będąc cholerykiem miał jednak znacznie więcej klasy niż pierwszy lepszy pieniacz.
Najsłynniejszy z jego cytatów (choć tak naprawdę nie był jego) to wypowiedź z czasów playoffs 1978. Washington Bullets nie raz skazywani byli wówczas na pożarcie, a Motta zaapelował o spokój i odczekanie do końcowego gwizdka słowami (choć tak naprawdę wcale tak nie brzmiały): „Opera nie jest skończona, dopóki nie zaśpiewa gruba dama”. Ostatecznie mistrzowska przygoda Pocisków tak doskonale zgrała się z tym powiedzeniem, że natychmiast weszło ono do powszechnego użytku w amerykańskim języku angielskim.
89-letni dziś Dick Motta w swojej trenerskiej karierze dostał 398 przewinień technicznych (dla porównania: Rasheed Wallace uzbierał ich 317) i pewnie się cieszy, że jego czas przeminął zanim kary finansowe za tego rodzaju niesubordynację wzrosły z 25 do 2500 dolarów.

Fun Fact: W jednym z numerów „Magic Basketball” można znaleźć informację, że „Buck Williams sam buduje i wypuszcza na kontrolowane loty modele samolotów sterowane radiem. Ponadto prześledził genealogię swojej rodziny aż do 1798 roku.”
Jak dowiadujemy się z tego artykułu, budowanie zdalnie sterowanych samolotów było jego sposobem na radzenie sobie z frustracją związaną z grą dla słabiutkich Nets, a zainteresowanie genealogią zaczęło się, gdy jeden z dziennikarzy zasugerował, że jeden z jego przodków musiał zrobić coś złego, skoro Williams utknął na bagnach New Jersey. To drugie to żart (to znaczy żartem jest, że taki był powód, a nie to, że ktoś tak powiedział), ale w drugiej połowie lat 80. rzeczywiście były ciekawsze rzeczy do roboty niż gra w koszykówkę dla Nets.
Williams, All-Star już w swoim pierwszym sezonie i All-Star oraz członek drugiej drużyny All-NBA jako drugoroczniak, zamienił Nets w drużynę playoffową, która jednak cztery z pięciu postseason zakończyła na pierwszej rundzie. A potem wróciły lata chude (kolejno 24, 19 i 26 zwycięstw), które sprawiły, że Buck z otwartymi ramionami powitał perspektywę degradacji z pierwszej do czwartej albo i piątej boiskowej opcji w Blazers, których także odmienił na lepsze, pomagając dwukrotnie awansować do finałów NBA.
New Jersey po jego odejściu długo biło się z Waszyngtonem o miano Clippersów Wschodu, dopiero era Jasona Kidda zrobiła z nich szanowaną ekipę, choć nie na długo.
Legitymizują ich co prawda dwa występy w finałach, ale faktem jest, że począwszy od rozgrywek 1977/78 (w których debiutowali w roli drużyny NBA), tylko Clippers przegrali więcej meczów niż Nets. A nawet gdy Nets wygrywali, nigdy nie byli szczególnie dominujący. We wspomnianym przedziale czasowym, czyli na przestrzeni 44 sezonów regularnych, tylko raz wygrali przynajmniej 50 meczów. Równie skromne konto mają jedynie Bullets/Wizards oraz Pelicans (którym jednakowoż dopiero co stuknęło 18 oficjalnych wiosen w lidze). Biorąc pod uwagę odsetek zwycięstw w historii, obecni Brooklyńczycy mają czwarty najgorszy wynik ze wszystkich aktywnych drużyn – 41.8% (licząc tylko wyniki w NBA, bez paru dość udanych sezonów w ABA). Niżej są Grizzlies, Clippers i Timberwolves.
I dlatego, tak jak absolutnie nie zdziwiło mnie, że Clippers pozostają przeklętą drużyną nawet w 2020 roku (pod tym względem można na nich polegać jak na Bucku Williamsie w podkoszowej walce), tak nadal nie ufam Nets, których można spokojnie uznać za jeden z najgorszych zespołów ostatnich 40 lat.

Fun Fact: Niezależnie od tego w jakiej erze szukamy, zawsze znajdziemy zapotrzebowanie na wchodzącego z ławki gracza obwodowego, który potrafi zdobywać punkty seriami. Wystarczy spojrzeć na listę zdobywców nagrody dla najlepszego rezerwowego – 22 z 38 laureatów można podciągnąć pod taką właśnie kategorię. Za nimi stoi jeszcze cała rzesza nienagradzanych błyskawicznych łowców punktów, z Vinniem Johnsonem na czele, którego ksywka „Microwave” stała się obowiązującym terminem na określanie tego typu gracza – wiecie, bo szybko się rozgrzewa. Ledell Eackles też był graczem-mikrofalówką, choć trzeba przyznać, że nie tylko w związku z ofensywnym profilem. Z szerszym niż wyższym, nieco topornym sprzętem kuchennym, mogła się też kojarzyć jego sylwetka.
Ledell Eackles zaczynał karierę z pozycji underdoga. Grał w niewielkim college’u, został wybrany w drugiej rundzie Draftu 1988, a już w pierwszym meczu NBA rzucił 19 punktów Michaelowi Jordanowi i Bulls. Fani Bullets życzyli mu dobrze, bo Eackles od razu pokazał potencjał. Stał się dostawcą ofensywy z ławki w teamie, który powoli pogrążał się w kryzysie po 18 występach w playoffs w poprzednich 20 latach (nie można tego zwalić na Ledella, ale na pewno nie pomagał). Jego średnie punktowe w kolejnych sezonach wynosiły 11.5, 13.5, 13.0 oraz 13.2 (to były niezłe wyniki, biorąc pod uwagę, że często przebywał na parkiecie krócej niż 20 minut). Jednak tylko pozornie było wiadomo, czego się po Ledellu spodziewać. Niestety słowa „Eackles” i „konsekwencja” mogły występować razem tylko w słowniku antonimów. Świetne rzutowo występy przeplatał fatalnymi, bo koncepcja posiadania piłki w rękach i nie oddania rzutu była dla niego równie obca, co TikTok dla ludzi powyżej 35-go roku życia.
W rezultacie jedyne na co kibice i trenerzy mogli liczyć to nadwaga (notorycznie stawiał się na obóz treningowy upasiony, przy wzroście 196 centymetrów potrafił roztyć się do 110 kilogramów, na pewno nie stroniąc od dań odgrzewanych w mikrofali), brak ochoty na grę w defensywie oraz wysokie mniemanie o sobie.
Tę ostatnią cechę wszyscy poznali już po jego drugim sezonie w NBA, gdy Ledell przystąpił do negocjacji nowego kontraktu. Razem ze swoim agentem uparł się, że nie zejdzie poniżej 2 milionów rocznie, czyli kwoty jaką za swoje usługi otrzymywało wówczas niewielu koszykarzy, a w grupie zarabiających mniej byli m.in. Larry Bird, Clyde Drexler i Karl Malone. Mniej więcej tyle dostawał wtedy Michael Jordan. Odpowiedź Bullets brzmiała: „Byliśmy w loterii draftu przez ostatnie dwa sezony z Ledellem. Możemy w niej być także bez niego”.
Eackles spuścił z tonu dopiero w przeddzień pierwszego meczu rozgrywek 90/91 – agent ogłosił, że zmniejszyli swoje oczekiwania finansowe o połowę, mając jednak świadomość, że jest to wyzysk. Bullets byli jednak nieugięci i gdy Ledell zgodził się wreszcie przyjąć ich warunki (1.5 miliona za 2 lata gry), sezon trwał już od miesiąca, a sympatia jaką kibice początkowo go darzyli, wyparowała.
Choć negocjował kontrakt z pozycji zbawcy Bullets, jedynego poza Bernardem Kingiem łowcy punktów (stołeczny team oddał przed sezonem Jeffa Malone’a do Jazz), nie udało mu się wywalczyć na stałe miejsca w pierwszej piątce. Wes Unseld miał mu za złe, że przez swoją chciwość pozbawił drużynę ważnego ogniwa oraz, że nie dbał o siebie podczas „wagarów”. Stawiał więc na defensywny tandem guardów Darrell Walker – Haywoode Workman, a na drugą opcję ataku wyrósł Harvey Grant.
Po dwóch kolejnych latach bumelanctwo Eacklesa w każdym elemencie koszykarskiego rzemiosła poza ofensywą, stało się jeszcze mniej pożądane w stolicy USA. Latem 1992 roku nie dostał żadnej propozycji kontraktu, mimo tradycyjnie mocnej końcówki sezonu (o czym jeszcze wspomnę), ale to na tym właśnie polegał problem – normalnie zawodnicy na wygasających kontraktach grają „contract year”, Ledellowi starczyło motywacji tylko na „contract month”.
W latach 1992-1994 zniknął z NBA, aż wreszcie dostał drugą szansę od Miami Heat. Po przyzwoitym roku na Florydzie, znów przygarnął go Waszyngton i znów porzucił – sezon 96/97 Ledell spędził w Izraelu – aby zaprosić go na jeszcze jedną wspólną jazdę, już pod szyldem „Wizards”.
Na początku lat 90 nikt nie lubił Ledella, z tych samych powodów, dla których dziś nie lubimy Dionów Waitersów tej ligi. Leniwych samolubów żebrzących o piłkę, wierzących, że są gwiazdami, mimo iż większą rolę w ataku oferują im tylko słabe drużyny. Jednocześnie Eackles doskonale odnalazłby się w Waszyngtonie ery JaVale’a McGee, Nicka Younga, Gilberta Arenasa i internetowych memów.
Gdy grał w Heat, odezwał się w nim pewnego dnia wielki motywator. Podczas drużynowej narady dyskutował z kolegami o tym, jak ważna jest znajomość i akceptacja swojej roli na boisku (Ledell nie miał z tym problemu, o ile tą rolą było oddawanie dużej ilości naraz rzutów). Hasło „Know Your Role” tak jasno zaświeciło w jego głowie, że zerwał się na nogi, podszedł do stojącej w szatni tablicy i chcąc podkręcić team spirit „do jedenastu” nabazgrał „NO YOUR ROLL”. Glen Rice miał na gorąco skwitować przywódcze umiejętności Ledella słowami „siadaj debilu”.
Eackles trzynaście razy w karierze rzucił 30 punktów lub więcej i w 9 przypadkach były to mecze rozgrywane w marcu i kwietniu. Wiele osób sugerowało, że brzydzący się dietami i treningami Ledell dopiero na sam koniec sezonu, po rozegraniu 50-kilku spotkań, dochodził do jako-takiej formy. Jego średnie z kariery w marcu i kwietniu są takie same i wynoszą 12.8 PPG – to więcej niż średnie w jakimkolwiek innym miesiącu (9.9 w listopadzie, 8.6 w grudniu, 9.5 w styczniu, 11.2 w lutym).
Co ciekawe, mobilizował się często na starcia z Bulls – w pierwszych czterech latach gry w NBA rzucał im średnio prawie 18 punktów w meczu (w tym 32, 31 i dwa razy po 28), czyli jakieś pięć więcej niż wynosiła jego średnia na tamtym etapie kariery. Trend zresztą utrzymał się także później: w całej karierze miał 10.8 PPG, a przeciw Bykom – 14.5 (tyle samo rzucał Magikom i… Bullets w czasie sezonu spędzonego w Miami). Eackles potrafił zdobywać punkty i gdy dostawał szansę gry w pierwszej piątce, chętnie brał na siebie odpowiedzialność – w 87 meczach, które rozpoczynał od pierwszej minuty ma średnią 17.1 PPG i to przy lepszym odsetku trafień niż ten, który prezentował jako rezerwowy, grając na przeciw teoretycznie słabszego przeciwnika (46.9 FG% i 39.3 3P% jako starter, 43.3 FG% i 30.2 3P% z ławki). Jak jednak mawiał Unseld po jego dobrych występach: „Nigdy nie wiadomo czego się spodziewać po Ledellu, jutro może nawet nie wsiąść do klubowego autobusu”. Ten brak kontroli nad nawykami Eacklesa na parkiecie i poza nim sprawiał, że trener stawiając na niego zawsze czuł się jak Ludwik XVI podczas spaceru obok fabryki gilotyn.
Obserwowanie karier leniwych, aroganckich i samolubnych swingmanów, to schadenfreude wielu kibiców NBA. Warto pamiętać, że zanim na swój kultowy status zaczęły pracować takie postacie jak Isaiah Rider, Ricky Davis, J.R. Smith, Nick Young czy Dion Waiters, był jeszcze Ledell.
Bonusowy Fun Fact: Nie wiem dlaczego Bulls tak motywowali Eacklesa, ale raz nawet był na tyle nakręcony w starciu z ekipą z Chicago, że sprowokował jednego z największych zabijaków lat 80., Jamesa Edwardsa. To było w ostatnim meczu sezonu 1995/96, w którym Byki odniosły rekordowe, 72 zwycięstwo.

Na samym początku wiosennego lockdownu oglądałem jakąś wideokonferencję z koszykarską śmietanką lat dziewięćdziesiątych (nie pamiętam tylko pod jakim szyldem był ten program), na której co prawda było więcej śmiechu i niezręczności wynikających z kilkunastu dziadów próbujących gadać online niż treści, ale jeden temat przykuł moją uwagę.
Ktoś – o ile się nie mylę, Charles Barkley – zadał pozostałym pytanie o koszykarza, który najbardziej ich rozczarował. On sam opowiedział o Kennym Greenie, kolesiu, który został wybrany w drafcie przez Bullets o jedno miejsce przed Karlem Malone’em i trafił do Philly w trakcie swojego debiutanckiego sezonu. Sir Charles po tym, co widział w jego wykonaniu na treningach, był przekonany, że Green może stać się gwiazdą, ale skończyło się raptem na 40 meczach w koszulce 76ers i pożegnaniem na dobre z NBA przed 23. urodzinami.
Właśnie znalazłem brudnopis, w którym zapisałem sobie odpowiedzi kilku innych uczestników rozmowy i trzeba przyznać, że nie brakuje tu klasyków.
Shaquille O’Neal wskazał Stanleya Robertsa, z którym miał bardzo skomplikowaną relację. Trochę czasu poświęca jej nawet w swojej książce „Shaq bez cenzury”, a którą ja sam, na „innym serwisie sportowym” streściłem następująco:
Stanley Roberts jest jednym z największych zmarnowanych talentów lat 90. Gdy grał razem z O’Nealem na LSU, mówiono, że będzie lepszym koszykarzem niż Shaq – był równie potężny i atletyczny, ale w odróżnieniu od młodszego kolegi potrafił też rzucać z dystansu. Niestety połączenie tego talentu i oczekiwań wobec jego osoby w połączeniu z chorobliwą dobrotliwością Robertsa, jego lenistwem i słabością do imprezowania sprawiła, że po paru latach w lidze tonął w długach i tłuszczu. A wszystko zaczęło się już na uniwerku. Shaq przyznał, że bardzo lubił Stanleya, bo po prostu nie dało się go nie lubić, ale fakt, że jest tak dobry i tak bardzo ma to gdzieś doprowadzał go do szewskiej pasji (O’Neal na jednym z treningów zaatakował go metalowym koszem na śmieci). Jednocześnie „Diesel” przyznaje, także w książce, że to dzięki Robertsowi jest tym kim jest – że to jego obecność w LSU, rywalizacja o miejsce w składzie i opinie o jego wyższości popchnęły O’Neala do jeszcze cięższej pracy nad sobą. Tyle wiemy z biografii. Ja natomiast żałuję, że O’Neal nie wspomniał, że jego znienawidzony najlepszy kumpel został także wybrany w drafcie przez Orlando Magic – miało to miejsce rok przed wyborem Shaquille’a. Roberts, który przez rok między opuszczeniem uczelni a podpisaniem kontraktu w NBA zdążył już zrobić się grubaskiem, miał całkiem udany sezon debiutancki, ale do ponownego połączenia sił dwóch gigantów nie doszło, bo parę miesięcy po drafcie 1992, Roberts został oddany do Los Angeles Clippers. Zawsze mnie ciekawiło jak z tym transferem było naprawdę, bo krążą na ten temat różne opinie. Czy to sam Stanley poprosił o wymianę (miał w kontrakcie opcję zawetowania każdego transferu jednak jej nie użył)? Czy może to sprawka Shaqa? Mówi się, że O’Neal, który w LSU nie grywał w pierwszej piątce dopóki w składzie był Roberts i zawsze ciężko grało mu się przeciw niemu na treningach (a także później w NBA), bał się, że w Magic Stanley też udowodni swoją wyższość. Ot, niuans, ale jak wspomniałem – nie do końca wyjaśniony i biografia Shaqa niestety także marnuje tę okazję.
Dominique Wilkins o złamanie mu koszykarskiego serca oskarża Antoine’a Carra, który zanim stał się misiowatym wujaszkiem z Utah Jazz, zapowiadał się niegdyś przez duże „Z”. Pierwsze sezony po wyborze z ósmym pickiem draftu 1983 przez Pistons spędził właśnie w Hawks (nie liczę sezonu w Olimpii Mediolan gdzie grał przez rok po zerwaniu negocjacji kontraktowych z Tłokami), którym nigdy nie udało się znaleźć drugiej gwiazdy do wsparcia Wilkinsa. Nie był nią też i Antoś, który przez pięć i pół roku nie potrafił się przebić do pierwszej piątki (potem przeszedł do Kings, gdzie przez 110 meczów w słabiutkiej drużynie rzucał po 20 punktów na mecz, po czym trafił do Spurs i już na dobre stał się zadaniowcem).
Na może nie do końca sprawiedliwą wzmiankę zasłużył też Rashard Lewis, którego wskazał Gary Payton. Lewis rozwinął się w gracza formatu all-star, ale The Glove najwyraźniej uważa, że stać go było na jeszcze więcej.
Karl Malone z kolei był rozczarowany Gregiem Ostertagiem, choć nie wiem jak można było na gościa patrzeć i mieć jakiekolwiek oczekiwania. Clyde Drexler oszczędził swoich kolegów z zespołu, za to napiętnował Isaiaha Ridera, o którego przypadku pisałem ostatnio dość wyczerpująco. Innym rozmówcą „wyróżniającym” zawodnika spoza swojej drużyny był Mitch Richmond, który mianem niewypału określił Ledella Eacklesa, łowcę punktów i kilogramów, o którym mam w szufladzie gotowy tekst i kto wie, czy już wkrótce go nie użyję.
Dwie ostatnie osoby, które odpowiedziały na pytanie Sir Charlesa to David Robinson i Glen Rice. Obydwaj wskazali dwa klasyczne przypadki, odpowiednio, Lloyda Danielsa (legenda streetballa, którą już na tych łamach opisywałem – według Admirała nie odniósł sukcesu w NBA bo po prostu „działo się w jego życiu zbyt wiele rzeczy”) i Harolda Minera (nigdy nie pozbył się piętna „Baby Jordana”, a Rice dodaje, że „nie potrafił się odnaleźć jako część drużyny”).
Moja pierwsza piątka niewypałów z lat 90? Gdyby brać pod uwagę subiektywną, a nie obiektywną skalę rozczarowania, to na parkiet wybiegłby taki skład:
PG – Shawn Respert
SG – Bo Kimble
SF – Harold Miner
PF – Robert Traylor
C – Chris Webber (od ulubionego zawodnika wymaga się najwięcej)
Jak ktoś ma ochotę się pożalić na swoje niespełnione koszykarskie miłości, to zapraszam do komentarzy.

Fun Fact: Moja ulubiona seria kart to Upper Deck 1991/92 (przykładowa karta posłużyła ostatnio za ilustrację do wpisu o Lesterze Connerze), ale dla wielu osób najbardziej ekscytującą serią z tamtych lat był inauguracyjny produkt koszykarski firmy Impel Marketing, wydany pod szyldem SkyBox Basketball 1990/91.
Impel – który zmienił oficjalnie nazwę na SkyBox International w 1992 roku – był jednostką wydzieloną z The Liggett Group Inc., jednego amerykańskich koncernów tytoniowych. Ta sama firma, która produkowała kartoniki z koszykarzami, dostarczała też do kiosków w USA Chesterfieldy i L&M-y (obydwie marki w 1999 roku przejął Phillip Morris).
A dlaczego ich karty były wyjątkowe? Jako pierwsi oparli design produktu na możliwościach programów graficznych (Photoshop debiutował w tym samym roku co SkyBox). Przełożyło się to na dość zwariowane jak na tamte czasy tła i szparowane sylwetki koszykarzy. Dziś kojarzy się to trochę z grafikami, jakie pod koniec lat 90. robiło się w Wordarcie, ale wówczas tamten design aspirował do bycia produktem premium. To, co doceniamy dziś tak samo jak trzydzieści (!) lat temu, to duże, często lifestyle’owe zdjęcia na odwrocie.
Zobaczcie zresztą sami, o co była cała ta heca:
Jak widać w powyższym materiale, Kenny Walker też był fanem unikatowej serii, a w szczególności swojego zdjęcia z tyłu. Nie dziwię się.

Rewersy tych kartoników możemy także uznać za pionierskie jeśli chodzi o koszykarską analitykę. Oprócz tradycyjnych statystyk dostajemy także dane w przeliczeniu na 48 minut i porównanie ze średnimi osiągami na danej pozycji.
W pamięć zapada jednak przede wszystkim strona wizualna (która moim zdaniem wypadła jeszcze lepiej w kolejnej edycji, 1991/92, reprezentowanej np. przez tę kartę Cliffa Robinsona… oraz przez duże ilości naraz swetrów i koszul). List miłosny do tej serii napisał kiedyś jeden z najpopularniejszych obecnie koszykarskich autorów – Shea Serrano.
SkyBox International funkcjonowało na rynku produktów kolekcjonerskich tylko pięć lat. W 1995 roku firma została kupiona przez… Marvela (który w tamtym czasie produkował już karty koszykarskie pod marką Fleer). Chyba najważniejsze wydarzenie w historii tego brandu miało miejsce w kwietniu 1992. SkyBox zatrudnił wówczas w roli swojego rzecznika Magic Johnsona. To był pierwszy kontrakt reklamowy, jaki zaoferowano gwieździe Lakers po tym, jak ogłosił światu, że jest nosicielem wirusa HIV.
I tak, o.
Przepraszam Kenny’ego Walkera, że trafił mu się tak mało koszykarski wpis, ale też jego kariera nie była aż tak bardzo ciekawa koszykarsko (poza wygraniem konkursu wsadów, rzecz jasna), zwłaszcza jak na piąty pick draftu (choć byli przed nim tacy, co skończyli jeszcze mniej ciekawie). Zresztą to nie pierwszy niekoszykarski wpis na temat Kenny’ego Walkera na tym blogu.

Fun Fact: Kariera J.R. Ridera (wiem, że poza samym początkiem kariery używał swojego imienia, ale przypomniałem sobie jak bardzo cool za dzieciaka wydawało mi się nazywanie się „J.R. Rider”, więc postanowiłem w tej notce posługiwać się tylko tą wersją) zaczęła się od pochwały Michaela Jordana, a skończyła na wypatroszeniu przez Kobe’ego Bryanta.
Co było pomiędzy? Dużo ekscytujących zagrań i zachwytów nad jego skocznością i siłą, ale jednak głównie żal. Żal, że taki talent marnuje się z powodu braku profesjonalnych nawyków, lenistwa, nałogów i trudnego charakteru wynikającego prawdopodobnie w równym stopniu z dawnych traum co z rozpieszczenia, jakiego doświadczają wybitnie utalentowane sportowo dzieciaki (choć warto wspomnieć, że trenerzy i koledzy podkreślają, iż przez większość czasu Rider był naprawdę sympatycznym gościem).
J.R. Rider był przez pewien czas moim ulubionym koszykarzem NBA i długo pozostawał numerem 2, ale nawet moje uczucia zaczęły szybko się ulatniać, gdy stało się jasne, że właściwie to jest gorącym kartoflem przerzucanym dalej, gdy zaczynał za bardzo parzyć. Po odejściu z Minnesoty w zasadzie było już prawie pewne, że nie będzie najlepszym shooting guardem ligi nie nazywającym się Jordan (ten tytuł był przez lata dziewięćdziesiąte cały czas do wzięcia).
A ten shooting guard, który nazywał się Jordan miał kiedyś powiedzieć jednemu z przyjaciół Ridera, że NBA „może być kiedyś jego (czyli J.R.’a – przyp. red) ligą”. Z takimi oczekiwaniami zaczynał karierę, kończył ją z kolei poza playoffowym składem Lakers w 2001, choć w trakcie sezonu regularnego był najlepszym strzelcem z ławki Jeziorowców (7.6 PPG). J.R. dostał mistrzowski pierścień, ale Phil Jackson nie chciał go w pobliżu drużyny w trakcie postseason. Choć Rider był już w zasadzie wypalony (przed 30tką!), na treningach ciągle próbował pokazać swoją wyższość nad 22-letnim Kobem. Ten w końcu nie wytrzymał i wyzwał Ridera na pojedynek 1-na-1. Oczywiście Bryant zdemolował J.R.’a ku uciesze kolegów z zespołu, którzy tak dobrze się bawili wyśmiewając byłego gracza Wolves, Blazers i Hawks (ha, założę się, że tej jego przygody nie pamiętacie!), że Rider podobno chciał się z nimi wszystkimi bić (zachęcam do przeczytania barwnego opisu całej sytuacji autorstwa tych, którzy byli wtedy w sali). Są tacy, którzy twierdzą, że Kobe zniszczył wtedy morale Ridera i stąd pominięcie przez Phila podczas kompletowania składu playoffowego. Jak tamten pojedynek wspomina sam J.R.? Oczywiście twierdzi, że nie był rozgrzany.
Co dziś dzieje się z Riderem? Mam nadzieję, że jest w miarę ogarnięty, co mogłyby sugerować newsy sprzed roku o posadzie asystenta trenera w jednym z liceów (choć z tego samego okresu pochodzą te doniesienia). Przewinął się ostatnio m.in. przez podcast Stephena Jacksona i Matta Barnesa i wyglądał w porządku, ma też własną szkółkę koszykarską Sky Rider. Trzeba jednak pamiętać w jakiej rozsypce był niecałe 10 lat temu, gdy powstał ten świetny tekst Paula Gackle’a z East Bay Express, który doskonale streszcza jego przygodę z zawodową koszykówką i nakreśla sytuację w jakiej dorastał oraz problemy, które czekały na niego po zakończeniu kariery (esencją jest chyba jedno zdanie, które przytaczam tutaj nie dosłownie: Riderowi bardziej zależało na doskonaleniu się w gangsterce niż w koszykówce).
No i nie zapominajmy, że J.R. był też raperem:
Gdybyś chciał opowiedzieć o NBA lat 90. na podstawie historii jednego koszykarza, J.R. Rider byłby dobrym wyborem.