
Fun Fact: Niewysoki point guard z włoskimi korzeniami, który został wybrany z numerem 36. w drafcie 1991 i rozegrał w NBA sto kilkanaście meczów, kontynuując karierę m.in. we Włoszech i Hiszpanii. Chris Corchiani to trochę taki Mike Iuzzolino.

Fun Fact: Przy okazji posta o Michealu Williamsie, mianowałem go playmakerem pierwszej piątki All-Literówka Team zbierającej zawodników z popularnymi imionami ale niepopularną pisownią. Wydawało mi się, że już kiedyś prezentowałem gdzieś jej skład, ale nie mogę znaleźć gdzie, więc zbierzmy ją do kupy jeszcze raz:
PG – Micheal „Nie Michael” Williams
SG – Dwyane „Nie Dwayne” Wade
SF – Bryon „Nie Byron” Russell
PF – Antawn „Nie Antwan, ani Antoine” Jamison
C – Ervin „Nie Earvin/Nie Magic” Johnson
Najbardziej pokrzywdzony jest tu Bryon Russell, bo jeśli to jego imię przekręcimy zgodnie z bardziej naturalną pisownią, otrzymamy zupełnie inne imię. Trzeba jednak przyznać, że wszyscy, którzy robili to przed 1997 rokiem, są trochę usprawiedliwieni.
Dziś pamiętamy Russella jako dobrego strzelca z dystansu, atletycznego penetratora i „plaster” na Michaela Jordana, ale kariera Bryona przez pierwsze trzy lata wcale się dobrze nie zapowiadała. W sezonie poprzedzającym rozgrywki, w których był podstawowym skrzydłowym Jazz i pomógł zajść im aż do finału, grzał ławę, rzucając po 2.9 punktu w każdym spotkaniu przy skuteczności 39.4%. Choć jako rookie pojawiał się regularnie w pierwszej piątce (przy czym jego czas gry z reguły nie przekraczał 17 minut), to jego rola od 1993 roku systematycznie malała. Doszło do tego, że Jazz poważnie rozważali jego zwolnienie, ale plan zmienił się ze względu na kontuzję Grega Ostertaga. W tamtym okresie dorabiał sobie do pensji sprzedając w klubowym sklepiku t-shirty z własną uśmiechniętą buźką i napisem „DON’T CALL ME BYRON”…
Jerry Sloan zaufał mu dopiero w trakcie playoffów 1996, w których jego czas gry podskoczył od 9.8 minut na mecz w sezonie zasadniczym do 25.5, a Russell odwdzięczył się m.in. 24 punktami i 10 zbiórkami w trzecim meczu finałów konferencji przeciwko Sonics. Utah wygrało wówczas „spotkanie kontaktowe” przed własną publicznością a skrzydłowy Jazzmanów mógł się czuć wyjątkowo… I wtedy do szatni wparowali dziennikarze, nazwali go „Byron” już w pierwszym pytaniu, a B-R-Y-O-N zabrał pytającemu dyktafon i zaczął literować do mikrofonu swoje imię.
W rozgrywkach 1996/97 Bryon przebił się na dobre do pierwszej piątki, przy okazji ustanawiając rekord klubu pod względem liczby celnych trójek (108). Trafiał je ze skutecznością 40.9%, która chyba najwięcej mówiła o pracy, jaką wykonał na treningach od momentu przyjścia do NBA – w sezonie debiutanckim, jego celność z dystansu wynosiła… 9.1%. Większość osób jednak uświadomiła sobie istnienie Russella dopiero w finałach 1997. Gdy seria przeniosła się do Salt Lake City i dostał zadanie krycia Jego Powietrzności, a skuteczność Mike’a nagle zauważalnie spadła, wszyscy zaczęli wieścić pojawienie się nowego „Jordan Stoppera”. MJ nie był zachwycony. „On jest Bryon, czy Byron?” – pytał dziennikarzy. „On jest Michael czy Michelle?” – ripostował „nie-Byron”.
Co ciekawe, żona Bryona też ma literówkę w imieniu (Kimberli), którą to państwo Russellowie przekazali córkom Kajun i Britnee. Tylko brat bliźniak Britnee – Brandon – ma imię zapisane zgodnie z ogólnie przyjętą normą. No, chyba, że to efekt literówki…
A co dziś słychać u Russella?
Cóż… Nadal mówi się o nim głównie w kontekście krycia Jordana – konkretnie w jego „ostatniej” akcji – i nadal przekręca się jego imię.
Widowiskowym combo tych dwóch trendów była sytuacja z Twittera, kiedy w jednym z wielu memów powstałych na fali „The Last Dance” ktoś przez pomyłkę nazwał go „Byronem Scottem„. Obruszył się na to sam B-Y-R-O-N Scott, ćwierkając w odpowiedzi na mema: „Po pierwsze to Byron Russell…”. Oczywiście na odpowiedź „Po drugie, Bryon”, nie trzeba było długo czekać…

Fun Fact: Po nieco zbyt długiej przerwie kontynuujemy wątek pierwszej fali europejskich gwiazd zasilających szeregi ligi NBA (oraz wątek palaczy). Po Żarko Paspalju, czas na drugą najbarwniejszą postać tamtego wesołego kontyngentu – Vlade Divaca.
Vlade przychodził do NBA jako „Michael Jordan Jugosławii” (jego słowa, a konkretnie „jestem jak Michael Jordan i Big Ben”). Był gwiazdą tak wielką, że jego ślub był transmitowany w jugosłowiańskiej telewizji. Nic dziwnego, że bardzo szybko odnalazł się w pełnej blichtru rzeczywistości Los Angeles. I choć jego ulubionym zajęciem podczas pierwszego roku w USA było granie po sześć godzin dziennie w Super Mario Bros., to jego świeżo upieczona żona ciągnęła go w stronę Hollywood.
Snezana Divac, której Vlade oświadczył się, bo nie chciał lecieć samemu do USA, była początkującą aktorką. Latem 1990 roku obydwoje załapali się na plan filmu „Odlotowy Trabant” o niemieckim wynalazcy, który stworzył trabanta napędzanego sokiem z rzepy (¯\_(ツ)_/¯). Śnieżka i Władek grają tam dealerów Yugo (postać Divaca nazywa się „Yugo Boss”) i mają bardzo mało czasu antenowego (właściwie to nawet nie wiem czy Snezana ma jakikolwiek, ale oglądałem na fastforwardzie). Kariera filmowa żony Divaca ostatecznie nie była zbyt udana i według IMDb składa się na nią 6 roli, raczej epizodycznych w stylu „dziewczyna na przyjęciu” lub „prostytutka numer 3”. Ale załapała się do filmu „Eddie”, więc szacun. Vlade też pojawia się w „Eddie” i w ogóle to ma bardziej okazałe ekranowe CV niż żona. Grał m.in. siebie samego, podrywanego przez Kelly Bundy, w tym samym odcinku „Świata według Bundych”, w którym pojawili się Xavier McDaniel i Clyde Drexler. Oczywiście żadna z jego ról nie przebiła tej z reklamy maszynek do golenia z A.C. Greenem.
Kończąc wątek gwiazdorstwa Vlade pozwolę sobie nadmienić, że jest on zdecydowanie w czołówce koszykarzy z najlepszymi piosenkami na swoją cześć:
A co do zajawionego na wstępie wątku szlugów, to Vlade twierdzi, że palił ich po 10 dziennie i rzucił je na samym początku kariery w USA. Spotkałem się z anegdotą, że łatkę hardkorowego palacza załatwił mu Jerry West, który obiecał mu pracę w posiadających 26. pick Lakersach jeśli obniży swoje draftowe notowania pokazując się wszędzie z fajkiem. Ta historia jest absolutnie niewiarygodna, ale przynajmniej nikt w niej nie jeździ Trabantem napędzanym sokiem z rzepy.

Fun Fact: Żarko Paspalj to mniej znany reprezentant tej pierwszej, ekscytującej fali europejskich koszykarzy, która ruszyła na podbój NBA. On, Vlade Divac, Drażen Petrović, Sarunas Marciulionis i Ołeksandr Wołkow pobudzali wyobraźnię amerykańskich fanów na starcie sezonu 1989/90, a prasa uwielbiała kronikować ich nierzadko anegdotyczną aklimatyzację w JU-ES-EJ!
Gwiazda Partizanu Belgrad miała najmniej udaną przygodę z NBA z całej tej piątki (28 meczów w koszulce Spurs, 72 punkty, 30 zbiórek, prawie 2/3 spudłowanych rzutów), ale była autorem chyba najbardziej kultowego cytatu. Zapytany przez San Antonio Light o opinię na temat Ameryki, Jugosłowianin powiedział:
Kocham Pizza Hut. Supreme Pizza. Jest wspaniała. Jem ją pięć razy w tygodniu. Chcę otworzyć Pizza Hut w Jugosławii. Chcę zobaczyć Eddie’ego Murphy’ego i Whitney Houston, i Jacka Nicholsona. Chcę kupić Mitsubishi. Kocham papierosy Marlboro.
Te papierosy to w ogóle był motyw przewodni, bo Żarko nie popalał jak Vlade Divac – on kopcił jak smok, średnio trzy paczki dziennie. Spurs wysłali go nawet do słynnego na całe Stany hipnotyzera z Bostonu.
Parę godzin później, gdy Ostrogi wsiadały do busa wiozącego ich na mecz Celtics, Paspalj podszedł do trenera Larry’ego Browna i wyszczerzył się pokazując wypchane czymś usta: „Patrz trenerze, czekoladki.”
– relacjonował efekty sesji hipnotycznej Los Angeles Times. Oczywiście Żarko już wkrótce wrócił do ulubionego, obok pizzy („Pizza nie dla wszystkich. Dla mnie wspaniała.”), nałogu.
Nie tylko hipnoza nie zniechęciła go do palenia – z papierosów nie zrezygnował nawet po dwóch zawałach. W grudniu 2017 roku doznał udaru. Odwiedzał wówczas San Antonio i po wyjściu ze szpitala zamieszkał w domu Gregga Popovicha. U Popa – ówczesnego asystenta Larry’ego Browna – mieszkał także w czasie swojej krótkiej przygody ze Spurs.
Nie wiem, czy Żarko w końcu rzucił palenie, ale ostatnio widziałem go w telewizji i trzyma się całkiem OK.
Zdrówka.

Fun Fact: Po sześciu meczach sezonu 1988/89 Larry Bird był zmuszony poddać się operacji usunięcia ostróg kostnych z obydwu pięt i opuścił resztę rozgrywek, przez co Celtowie wygrali tylko 42 spotkania i ledwo-ledwo wślizgnęli się do playoffów (odpadając po trzech meczach z Detroit Pistons). Nagrodą za trudny sezon był trzynasty pick w drafcie, który miał wzmocnić pulę młodych talentów zbierających doświadczenie w cieniu Wielkiej Trójki. Choć wszyscy byli zgodni, że Birda, Kevina McHale’a i Roberta Parisha nie da się zastąpić, oraz że strata Lena Biasa jest niepowetowana, to kapitał w postaci Reggie’ego Lewisa i Briana Shawa uważany był za bardzo dobry początek budowania drużyny na kolejną dekadę. Po drafcie 1989 widoki Celtów na lata dziewięćdziesiąte mogły być jeszcze lepsze, ale wszystko zepsuł… Red Auerbach.
To właśnie architekt legendy Celtics uparł się, żeby ze wspomnianym trzynastym pickiem wybrać Michaela Smitha – podstarzałego już skrzydłowego (miał za sobą cztery lata na mormońskiej uczelni Brigham Young oraz dwa lata spędzone na łażeniu po górskich wioskach Argentyny i szukaniu chętnych na chwilę rozmowy o naszym panu i zbawcy), który jednak zdobywał na uczelni dużo punktów i jak się zmrużyło oczy, wyglądał trochę jak Larry Bird.
Inne zdanie miał właściciel bostońskiego zespołu, Alan Cohen. On uważał, że z trzynastką należy wybrać Tima Hardawaya, ale uległ Redowi. Śliniący się Golden State Warriors szybciutko zgarnęli Tima z czternastym pickiem (a wiecie kto poszedł cztery miejsca po Smithcie? Shawn Kemp).
Michael Smith szybko wyrobił sobie opinię lenia i buca, a do tego na tle koszykarzy NBA wyglądał na drewniaka. Jego kariera w Celtics trwała dwa, spędzone na ławce, lata. Karierę Tima Hardawaya z grubsza pewnie pamiętacie… Dość powiedzieć, że w ostatnim sezonie Bostonu w roli realnego faworyta do mistrzostwa – rozgrywkach 1990/91, które Bird i spółka zaczęli od wygrania 29 z 34 meczów – Hardaway po drugiej stronie kontynentu wykręcał 23 punkty i 10 asyst, a jego talent i potencjał byłyby bezcenne dla podstarzałych gwiazd, których ciała ostatecznie nie dźwignęły obciążenia. Warto dodać, że nowy trener, Chris Ford, forsował wówczas szybką, ofensywną koszykówkę, w której Tim Bug czułby się jak ryba w wodzie. Gdy Celtowie toczyli ostatecznie przegrany bój z Detroit Pistons w drugiej rundzie playoffów 1991, Warriors pojedynkowali się z Lakers, a niedoszły gracz Celtics robił tak:
W tamtej przegranej 1-4 serii, Hardaway miał średnie 26.8 PPG, 12.8 APG i 3.8 SPG (a nawet dorzucał po jednym bloku na mecz). Zaczął od 33 punktów w meczu numer 1, a skończył z 27 punktami i 20 asystami w piątym spotkaniu.
Red Auerbach przyznał się do błędu już po 1.5 miesiąca sezonu Smitha w Bostonie. Nie bacząc na poczucie wartości swojego debiutanta (który zdążył go już wyprowadzić z równowagi, gdy na obóz treningowy stawił się zupełnie bez formy), Auerbach powiedział wprost, że powinni byli wybrać Vlade Divaca („ale nie wiedzieliśmy, że potrafi tak dobrze grać”). Gdy nieco ponad rok później Tim Hardaway rzucał 37 punktów w Boston Garden, Red zapewne byłby gotów przyznać, że to jednak on był właściwym wyborem.

Fun Fact: Vinnie Johnson jest autorem jednego z zapomnianych finałowych game winnerów.
Tak na marginesie – bo akurat ostatnio oglądałem to spotkanie – warto wspomnieć, że Microwave nie musiałby się rozgrzewać w końcówce, gdyby Blazers w całym spotkaniu nie spudłowali nieprzyzwoitej ilości layupów i rzutów wolnych (choć Pistons na linii byli jeszcze gorsi).
Już wcale nie na marginesie chciałem też zauważyć, że choć wynik serii był dość jednostronny, emocji nie brakowało. Drugi mecz, wygrany przez Blazers 106:105, zakończył się dwoma zwycięskimi rzutami wolnymi Clyde’a Drexlera w dogrywce (wcześniej trójkę trafił Bill Laimbeer, a później Clifford Robinson zablokował Jamesa Edwardsa). W czwartym starciu Danny Young trafił wyrównującą trójkę równo z końcową syreną, ale sędziowie orzekli, że oddał rzut za późno…
No i w końcu, w piątym pojedynku, Vinny pognębił Blazers na 0.7 sekundy przed końcem.
Lata 90. były bardzo urodzajne jeśli chodzi o rzuty dające zwycięstwo w ostatnich sekundach spotkań finałowych. Jestem prawie pewien, że już kiedyś je zbierałem w jednym miejscu, ale nie mogę tego nigdzie znaleźć więc spisuję poniżej:
1990, mecz #2, 2.1 do końca: dwa rzuty wolne Clyde’a Drexlera
1990, mecz #5, 0.7 do końca: rzut Vinnie’ego Johnsona
1993, mecz #6, 3.9 do końca: trójka Johna Paxsona
1995, mecz #1, 0.3 do końca: dobitka Hakeema Olajuwona
1997, mecz #1: buzzer beater Michaela Jordana
1997, mecz #6, 5.0 do końca: rzut Steve’a Kerra (co prawda Toni Kukoc zdobył potem jeszcze dwa punkty, ale umówmy się, że to była bardziej cieszynka niż pełnoprawne koszykarskie zagranie – rzut Kerra był game-winnerem i basta)
1998, mecz #6, 5.2 do końca: ostatni rzut Michaela Jordana
1999, mecz #7, 47.0 do końca: rzut Avery’ego Johnsona
Sporo, przeważnie bolesnych, wspomnień…
A wracając do Vinniego. Choć jest jednym z ikonicznych graczy rezerwowych, nigdy nie został wyróżniony nagrodą Sixth Man Of The Year. Po swoim game-winnerze doczekał się nowej boiskowej ksywki „007”, ale cieszył się nią tylko dwa lata, kończąc karierę w 1992 roku (po ostatnim sezonie w koszulce Spurs). Microwave zarobił w NBA 5 milionów dolarów, ale na emeryturze rozkręcił biznes motoryzacyjny, który dziś warty jest około… 400 milionów.

Fun Fact: Zawsze fascynowały mnie rekordy. Takie definitywne, nie „od czasu wprowadzenia zegara 24 sekund” czy „po 1980 roku”. Większość z nich była już dość wyśrubowana, gdy zaczynałem śledzić NBA (choć niektóre były całkiem świeże, jak 30 asyst Scotta Skilesa w 1990 roku). Mimo że byłem nowy w tym sporcie, szybko się zorientowałem, że nikt nie rzuci już 100 punktów (dlatego defekowałem materiałami budowlanymi, gdy David Robinson miał 71 punktów a Kobe Bryant 81), ani nie zbierze 50 piłek i w związku z tym każde zbliżenie się do statystycznych granic wydawało mi się wielkim wydarzeniem.
Z lat 90. przychodzi mi na szybko do głowy tylko pięć rekordów. Pamiętam sześć trójek Michaela Jordana w połowie meczu finałowego. Pamiętam, że Glen Rice pobił rekord All-Star Game pod względem punktów w kwarcie, ale tylko Meczu Gwiazd. Pamiętam średnio, ale odnotowałem pobicie rekordu trójek w jednym meczu Dennisa Scotta, ale to był głównie efekt skróconej linii rzutów za trzy (to zapomniany asterysk przy 72 zwycięstwach Byków). Dwoma rekordami, ktre wywarły wówczas na mnie największe wrażenie były w tej sytuacji seria kolejnych występów w meczu A.C. Greena oraz seria kolejnych celnych osobistych autorstwa Micheala Williamsa.
Williams trafił do NBA w 1988 roku jako 48 numer draftu. Miał fart, bo od razu po zakończeniu debiutanckiego sezonu mógł sobie wpisać w cv „mistrz NBA” – choć on sam zagrał w playoffach łącznie 6 minut (z czego w finałach dwie), był członkiem składu Detroit Pistons, który sięgnął po pierwszy tytuł w historii organizacji. Niestety nie załapał się już na dublet, bo latem został oddany do Phoenix Suns, którzy zwolnili go już w grudniu i dopiero wiosną szansę powrotu do ligi dali mu Charlotte Hornets, oferując 10-dniowy kontrakt i – ostatecznie – zatrudnienie do końca sezonu. Jego dorobek po pierwszych dwóch sezonach w NBA przekładał się statystycznie na średnie 3.7 punktów, 2 asysty i 8.9 minut w 77 meczach.
Wtedy kontrakt zaoferowali mu Indiana Pacers i to okazało się zbawienne dla jego kariery. Kolejne cztery lata, które Williams podzielił po równo między Pacers i Wolves (przeszedł do Minny razem z Chuckiem Personem za Pooh Richardsona i Sama Mitchella) to już osiągi na poziomie 13.8 punktów, 7.3 asysty oraz 31.2 minut w meczu. Wrócił do playoffów, ale tym razem w dużo bardziej prominentnej roli. W 1991 roku Pacers odpadli w pierwszej rundzie z Celtics, ale dumny klub z Bostonu potrzebował aż pięciu meczów by wyeliminować niżej rozstawionych rywali. Oto końcówka decydującego spotkania i świetna pogoń Indiany w ostatnich minutach, niemal zakończona powodzeniem…
Williams miał w tym spotkaniu 23 punkty i 10 asyst, a w całej serii zaliczał średnio 20.6 PPG, 8.6 APG, 3.2 RPG oraz 2.8 SPG. W 1992 roku był członkiem All-Defensive 2nd Team oraz drugim najlepszym przechwytującym ligi (2.9 na mecz) i przez trzy kolejne sezony utrzymywał się w pierwszej dziesiątce najlepszych asystentów. To właśnie wtedy – na przestrzeni 19 meczów sezonu regularnego, rozciągniętych na dwa sezony, między 24 marca a 9 listopada 1993 roku – trwała jego rekordowa seria, w czasie której ręka nie zadrżała mu na linii rzutów wolnych aż 97 razy z rzędu. W ten sposób pobił aż o 19 trafień poprzedni, dwunastoletni wówczas rekord Calvina Murphy’ego.
Niestety po 6 sezonach w lidze, bardzo solidna kariera Micheala załamała się z powodu nagłego pasma kontuzji. W rozgrywkach 94/95 wystąpił tylko w jednym meczu z powodu urazu stopy, a w kolejnych raptem w dziewięciu spotkaniach. Sezon 96/97 był dla niego stracony w całości, a jego powrót ograniczył się do 25 meczów w kolejnej kampanii. Williams w 1999 roku pojawił się jeszcze w dwóch meczach Toronto Raptors, ale te łącznie 15 minut gry było jego ostatnią stycznością z zawodową koszykówką.
Co dziś porabia Micheal – rozgrywający mojej pierwszej piątki graczy, których imię każdy choć raz napisał z błędem? Po odejściu z NBA założył biznes budowlany w Teksasie i jego rozwijanie tak go wciągnęło, że zerwał z koszykówką i dawnym życiem praktycznie całkowicie. Gdy parę lat temu dostał zaproszenie na świętowanie 25-lecia pierwszego tytułu Pistons, wcale nie chciał z niego skorzystać i dopiero żona przekonała go, że wspominanie sukcesów koszykarskich nie jest wcale takim złym pomysłem.
A co dziś dzieje się z rekordem Williamsa? Żyje i ma się dobrze, choć w ostatnich paru latach miały miejsce dwa groźne ataki: Jose Calderon umieścił w obręczy 89 kolejnych osobistych, a Dirk Nowitzki – 82. Warto dodać, że stary rekord Murphy’ego pobił w międzyczasie także Mahmoud Abdul-Rauf, który dociągnął swoją serię do 81 trafień. Rekordzista Guinnessa, Ted St. Martin uważa, że wszyscy oni są słodcy z tymi swoimi seryjkami…
[To kolejny lekko przeredagowany i zachowany dla potomności wpis z czasów istnienia rubryki „Pozdro Retro”, która już jakiś czas temu zniknęła z archiwów serwisu Z Krainy NBA]

Fun Fact: Monty Williams trafił do ligi w 1994 roku. Rok po śmierci Reggie’ego Lewisa i cztery lata po śmierci Hanka Gathersa. Tak jak u nich, u Monty’ego zdiagnozowano wadę serca. Przez dwa lata nie grał w koszykówkę i choć w końcu dostał zielone światło na powrót do składu Uniwersytetu Notre Dame, stając się jednym z czołowych zawodników akademickich, w drafcie spadł na 24. miejsce. Knicks, tak jak i właściciele poprzednich 23 picków, obawiali się inwestycji w gracza, który w powszechnej opinii ryzykował śmiercią przy każdym wyjściu na boisko, ale drużynie walczącej o mistrzostwo trudno było zrezygnować z szansy na pozyskanie zawodnika o takim potencjale. Zwłaszcza grającego na tej samej pozycji, co Charles Smith, który od czasu przejścia do Wielkiego Jabłka z sezonu na sezon niknął w oczach.
Knicks oczywiście przebadali gruntownie Monty’ego i uspokoili się na tyle, by zaoferować mu gwarantowane pieniądze (Williams był tak pewny, że będzie nie tylko zdrowy, ale i pokaże swój talent, że zamiast pięcioletniego kontraktu zażądał trzyletniego, by szybciej móc podpisać nową, bardziej lukratywną umowę… SPOILER ALERT! – Monty nie podpisał nigdy później lepszego kontraktu). Zupełnie spokojni Nowojorczycy jednak nie byli, dlatego na każdy mecz z udziałem Monty’ego zapewniali defibrylator.
Williams w Knicks ostatecznie nie wypalił i przed trade deadline 1996 roku opuścił przeniósł się do San Antonio razem z tym, którego miał być następcą – Charlesem Smithem. To był jednak jeden z najlepszych transferów w historii klubu, bo pozwolił – razem z innymi ruchami – stworzyć wystarczająco dużo wolnych funduszy, by latem ściągnąć Allana Houstona i Chrisa Childsa. Czyli tamten wybór w drafcie Nowojorczyków nie poszedł na marne, mimo iż największym osiągnięciem Williamsa w trykocie Knicks było zdjęcie w pierwszym w historii Skarbie Kibica Magic Basketball:


Fun Fact: Podobno kiedyś Chris Morris poprosił pianistę w barze, żeby „zagrał coś Picassa”… Tak twierdzi Jayson Williams, pisząc w swojej książce, że był wtedy razem z nim. Nie wierzę w ani jedną ze świetnych anegdot z „Loose Balls”, choć nie byłby to jedyny raz, kiedy Chris i Jayson byli w jednym pomieszczeniu, gdy wydarzyło się coś, czego jeden się potem wstydził, a drugi publicznie opisywał.