Pomyślałem więc, że skoro tyle lat Iverson był w tych stronach zaniedbywany, to równie dobrze można mu to wynagrodzić z nawiązką.
Możliwe, że ta nieobecność Allena jest podświadomym efektem tego, że nigdy nie byłem jego wielkim fanem. Doceniam go za bycie kulturowym fenomenem i potrafię uszanować jego bezkompromisowość, ale trudno mi się kibicuje graczom tak zafiksowanym na własnym punkcie.
Nie zmienia to faktu, że jest ikoną i autorem jednego z najsłynniejszych zagrań, nie tylko lat 90., ale i wszech czasów – podwójnego crossovera, po którym Michael Jordan wykonał swój przedostatni taniec:
Iverson wykończył ten zwód trafieniem na cztery i pół minuty przed końcem trzeciej kwarty przy stanie 69:59 dla Bulls. Dość symbolicznie, rzut po ośmieszeniu najsłynniejszego gościa w koszulce z numerem 23 dał Allenowi 23 punkty. Był to początek małego runu Sixers, którzy dwie minuty później wyrównali na 71:71.
Ale Iverson nie był częścią tego zrywu.
Zaraz po crossoverze – gdy Bulls szybko wyprowadzili piłkę i dalekim podaniem znaleźli Michaela Jordana, który próbował natychmiast zrewanżować się własnym trafieniem z półdychy, ale chybił – debiutant z Philly złapał czwarty faul na zbierającym Billu Wenningtonie i usiadł na ławce.
Chwilę później z parkietu zszedł też Jordan, nie dostaliśmy więc żadnego gorącego follow upu z Michaelem „biorącym rzeczy do siebie”. Gdy panowie wrócili na parkiet w czwartej kwarcie, Jego Powietrzność jeszcze tylko raz bronił Iversona jeden na jeden – na 28 sekund przed końcem, przy sześciopunktowym prowadzeniu i tym razem nie dał się zgubić (posiadanie AI zakończył podaniem do Jerry’ego Stackhouse’a).
Sixers ostatecznie przegrali 104:108, a Iverson spadł z boiska za faule na 18 sekund przed końcem, z wyrównującymi rekord kariery 37 punktami. Jeśli myślicie, że Jordan jednak zaplanował zemstę w kolejnym meczu – jak niegdyś na LaBradfordzie Smithcie – to znów muszę Was rozczarować. Gdy Sixers ponownie grali z Bulls, niecały miesiąc później, Allen poprawił swój punktowy rekord o siedem oczek.
Właśnie to spotkanie rozpoczęło jego historyczną passę pięciu meczów z ponad 40 punktami (44 z Bulls, 40 z Hawks, 44 z Bucks, 50 z Cavs i 40 z Bullets – Philadelphia nie odniosła w czasie tej serii ani jednego zwycięstwa). To najdłuższa taka seria w wykonaniu debiutanta po dziś dzień (AI zabrał rekord Wiltowi Chamberlainowi).
A wracając do meczu z 12 marca 1997.
Allen Iverson, na niecałe dwie minuty przed jego końcem, taką samą symulację zamknięcia w bębnie działającej pralki jak wcześniej Jordanowi, zafundował również Scottie’emu Pippenowi. Minął go, ale floater zakończył się nadgorliwą dobitką Marka Davisa, gdy piłka wciąż jeszcze była nad koszem (punkty jednak uznano). Ta akcja już nie była tak nośna, jak crossover na MJ’u, ale warto ją przypomnieć:
Fun Fact: Najlepsze zdanie jakie zostało kiedykolwiek napisane w jakimkolowiek „skarbie kibica” NBA? Znaleźć je można w jednym z numerów Pro-Basketu, w ramach krótkich lokautowych podsumowań dla każdej drużyny.
Będziecie wiedzieli, o które zdanie chodzi:
Tak szczerze, to jestem w szoku, że jeszcze tego tutaj nie wrzucałem, ani nawet nie wspominałem (a tak przynajmniej twierdzi blogowa wyszukiwarka). W mojej głowie pamięć o lecie 1998 w wykonaniu Pata Croce’a żyje bezczynszowo.
Pata Croce’a, który jest postacią nie mniej barwną niż Allen Iverson, ilustrujący ten wpis swoją kartą.
Specjalnie wybrałem taką, na której AI występuje w tej konkretnej koszulce, ponieważ:
a) zaliczyła ona comeback w sezonie 2025/26 jako jeden z alternatywnych strojów 76ers i muszę przyznać, że świetnie się zestarzała;
b) to kolejny pretekst, żeby pisać o prezydencie Pacie, bo to jego miłość do motocykli była inspiracją do sięgnięcia przez projektantów po czerń i złoto nawiązujące do logo Harleya Davidsona.
Ale i bez tego, losy Pata Croce’a i Allena Iversona są powiązane.
Pierwszą oficjalną fuchą Pata jako prezydenta klubu było reprezentowanie 76ers na loterii draftu 1996. Do historii tej imprezy przeszła celebracja Croce’a, który nie ograniczył się do standardowego tryumfalnego machnięcia pięścią, ale zrobił rundę honorową po podium, zbijając piątki z reprezentantami innych drużyn.
Oczywiście jeśli chodzi o reakcje z loterii draftu to i tak nic nie przebije Jerry’ego Westa. Jego mina, gdy okazało się, że Grizzlies nie wylosowali jedynki w drafcie LeBrona i w związku z tym muszą oddać pick numer dwa do Pistons, wyrażała coś pomiędzy flashbackami z drugiej i trzeciej bitwy pod Ypres oraz jednoczesnym doświadczeniem wszystkich sytuacji, o których śpiewała Alanis Morissette w „Ironic”.
MVP loterii draftu jest jednak zmarły dwa lata temu Pat Williams. Najpierw, w 1986 roku, cieszy się z jedynki dla Sixers, mimo iż uważał, że nie potrzebuje Brada Daugherty’ego bo ma Mosesa Malone’a, więc dzień przed draftem wymienił pierwszy pick za Roya Hinsona z Cavaliers oraz oddał… Mosesa Malone’a do Bullets. Potem, w 1992 roku, opada mu szczęka, gdy reprezentując Orlando wygrywa prawo do wyboru Shaquille’a O’Neala (dobrze, że nie miał wtedy w składzie Mosesa Malone’a). Wreszcie, w 1993 roku widać, że jest mu po ludzku głupio przed kolegami, że znowu ich wykiwał. Jak ktoś lubi starszych panów w garniturach niezdarnie wyrażających emocje, to piętnaście lat temu NBA zrobiła swoje TOP 10 loteryjnych reakcji:
Ale wracając do gościa, który spędził całe lato 1998 na uprawianiu seksu.
Zanim został działaczem, który wprowadził Philadelphię w erę Allena Iversona, zwieńczoną występem w finale, Pat Croce był fizjoterapeutą, który między 1984 a 1993 zbudował i sprzedał małe imperium (sieć 40 klinik w całych Stanach), a w międzyczasie dorabiał jako trener od przygotowania fizycznego w Philadelphia Flyers, później pełniąc tę funkcję także w 76ers.
Sixers w latach 90. powierzyli mu ważne zadanie – sprawić, żeby Shawn Bradley nabrał ciała. Cóż. Pat podobno bardzo się starał. Fiasko zrzucał na samego Bradleya, który po prostu nie stosował się do diety „7000 kalorii”, ale prawda jest taka, że takie same efekty na tym projekcie osiągnąłby ten gość z „Robocopa”, który wjechał do kadzi z toksycznymi odpadami i to po tym, jak z niej wyszedł.
Choć można było mu zarzucić, że się nie sprawdza, Croce zamiast zostać zwolnionym przez Sixers… został ich właścicielem mniejszościowym. To tak z serii „ścieżki kariery, których nie próbujcie w domu” (jeśli chodzi o ścieżkę kariery chudego Shawna, to został on wymieniony na grubego Derricka Colemana).
W jaki sposób Croce stał się pierwszym w historii ligi fizjoterapeutą, który awansował na prezydenta klubu? Skumał się z założycielem Flyers, Edem Sniderem, który szykował się do przejęcia drużyny koszykarskiej, dorzucił mu część świeżo zbitej fortuny i zaklepał sobie pozycję prezydenta w nowym reżimie.
Jako prezydent-naturszczyk radził sobie naprawdę nieźle. Jego niespożyta energia przekładała się na co raz lepszy PR, nawet gdy klub wciąż zbierał bęcki, bo Pat za wszelką cenę starał się być blisko kibiców, słuchać i rad oraz oczekiwań. A gdy Sixers wreszcie zaczęli wygrywać, Croce stał się ich najbardziej zwariowanym fanem: w przerwie jednego meczu zwisał spod dachu hali do góry nogami, podczas playoffowego runu ’01 najpierw wspiął się na wieżę ciśnień, by rozwiesić baner „Go Sixers”, a potem przebił sam siebie, gdy po awansie do finałów zrobił to samo, ale na moście Walta Whitmana (Croce to ten gość w środku na tym zdjęciu).
Nadpobudliwość prezydenta przekładała się też na liczne transfery i podejmowanie ryzyka, które jednak w końcowym rozrachunku się opłaciło.
Za marny pick drugorundowy skompletował wicemistrzowski backcourt, ściągając Erica Snowa.
Jackson i Clarence Weatherspoon zamienili się miejscami z Joe Smithem i Brianem Shawem, choć obaj akurat szybko okazali się ślepą uliczką. Podobnie jak chimeryczny Derrick Coleman, dlatego cała ta trójka nie dostała propozycji przedłużenia kontraktu po zakończeniu lokautu.
Croce naprawił te błędy podpisując umowy z podstawowym skrzydłowym przyszłej wicemistrzowskiej drużyny, George’em Lynchem oraz ważnym członkiem jej rotacji, Mattem Geigerem. Już w trakcie sezonu wymienił Tima Thomasa na Tyrone’a Hilla.
Wcześniej, Croce wybrał w drafcie 1998 Larry’ego Hughesa, który nie do końca się sprawdził, więc już półtora roku później został zamieniony w Toniego Kukoca – także średnio przydatnego, ale dołączonego do, między innymi, Ratliffa w transferze podczas trade deadline 2001. Na jego mocy do Miasta Braterskiej Miłości trafił Dikembe Mutombo. Trzy i pół miesiąca później, Sixers grali już w finale NBA.
Dodatkowo, to właśnie Pat Croce zwerbował Larry’ego Browna i oddał mu ster w Philly. Był mediatorem w licznych konfliktach między trenerem a Allenem Iversonem i bardzo możliwe, że gdyby nie empatia i zaraźliwy entuzjazm szefa, ten zespół implodowałby jeszcze przed finałowym runem. Nie znam historii poniższego zdjęcia, ale jestem przekonany, że taka sytuacja nie byłaby możliwa bez obecności Pata:
Najbardziej kontrowersyjną decyzję kadrową podjął w styczniu 2001. To wtedy zwolnił… swojego brata.
Żeby było zabawniej, drugi brat Pata, Vincent, parę miesięcy później został oskarżony o defraudację kilkunastu milionów dolarów należących do firmy ubezpieczeniowej, w której pracował (miejmy nadzieję, że nie trzymał ich w spodniach, gdy John Croce wpadał w odwiedziny).
Pat Croce przestał być prezydentem po wicemistrzowskiej kampanii. Przestał, bo – w skrócie – wygasł mu kontrakt a on przeszarżował, żądając od Snidera awansu na jego stanowisko, czyli CEO w spółce Comcast Spectator, do której należeli i Sixers, i Flyers. Dwójka braci-złodziei pewnie też nie sprzyjała szansom Pata na powrót i promocję.
Jak tylko przestał w klubie podejmować decyzje, prawie od razu wszystko zaczęło się sypać.
Gdy Pat Croce spławiał ze składu Derricka Colemana, uważał, że DC uosabia wszystkie największe problemy drużyny, która właśnie zaliczyła siódmy ujemny sezon z rzędu. I dawał zły przykład Iversonowi.
Bez leniwego Teodoryka w składzie (onomastyczny Fun Fact: Coleman i Nowitzki mieli tak samo na imię), Sixers od razu wskoczyli nad kreskę.
Po odsunięciu Croce’a od władzy, klub dokonał dwóch dużych ruchów w offseason – oddał Tyrone’a Hilla do Cleveland oraz sprowadził… Derricka Colemana (za m.in. George’a Lyncha).
Wicemistrzowie NBA z Colemanem powracającym do pierwszej piątki wygrali 13 meczów mniej i odpadli w pierwszej rundzie z Bostonem. Iverson z Sixers już nie osiągnął niczego znaczącego (z innymi drużynami zresztą też).