Fun Fact: Finley kojarzy mi się zawsze z jego tomahawkami, które były proste ale efektowne. Słusznie nie próbował zbyt często urozmaicać swoich wsadów, bo wtedy bywało różnie:
Fun Fact: Finley kojarzy mi się zawsze z jego tomahawkami, które były proste ale efektowne. Słusznie nie próbował zbyt często urozmaicać swoich wsadów, bo wtedy bywało różnie:
Fun Fact: Jedna z najbardziej naładowanych nostalgią kart w mojej kolekcji. To był taki Chauncey Billups wśród kart mojego dzieciństwa – bardzo cenna, każdy chciał ją mieć, natomiast wciąż zmieniała właściciela (zastrzegam, że tak mi się przynajmniej wydaje – to było prawie 20 lat temu i mogę już tego dobrze nie pamiętać). Nie wiem skąd ta karta pojawiła się w moim życiu, ale pewnie jak większość pierwszych kart jakie widziałem na oczy, w kartonie po szlugach przytaszczonym przez nowego kolegę z klasy, który nie zdał rok wcześniej. Nie pamiętam też już, kto został pierwszym właścicielem dream-teamowej karty Pippena, ale raczej nie byłem to ja, choć oczywiście pożądałem jej jak Melo piłki w izolacji. Potem jednak rozpoczął się ferwor transakcji i nagle Pippen zaczął w ramach naszej klasy przechodzić z rąk do rąk. Nie dam sobie jednej uciąć, ale niewykluczone, że sam też ją miałem i potem opchnąłem. Posiadanie tej karty wiązało się zawsze z ogromną radością i postanowieniem, że już nigdy się jej nie odda. Jeden z właścicieli podpisał ją nawet z tyłu swoją ksywą (wymyśloną na potrzeby panującej w tamtym czasie mody na graffiti i posiadanie własnego tagu).
I to właśnie „Aron” był przedostatnim posiadaczem tej karty (chyba, jeszcze raz przyznaję, że mogę to wszystko zmyślać). Nie pamiętam co za nią oddałem, ale na pewno było warto. I cieszę się, że powstrzymałem się od puszczenia ją w dalszy obieg…
Eee… chce się ktoś wymienić?
Fun Fact: Bernard King to trochę taki Carmelo Anthony lat 80. (tylko z gorszymi kolanami) – nie chodzi tylko o to, że swego czasu był najlepszym strzelcem Knicks, ale o ogólny talent ofensywny połączony z tym, że choć dokonywał w tej dziedzinie wielkich rzeczy, to nigdy nie był zaliczany do grona największych gwiazd (o czym może świadczyć fakt, że rokrocznie jest pomijany w wyborze nowych członków Hall of Fame), chociażby z powodu braku imponujących osiągnięć drużynowych. Trzeba jednak powiedzieć, że mogło to wyglądać inaczej gdyby nie bardzo poważna kontuzja kolana u szczytu kariery, która pozbawiła go atletyzmu i miejsca w składzie Knicks. King odbudował się w barwach Bullets, ale szansa na stworzenie duetu z Patrickiem Ewingiem przepadła. Tak czy siak to na pewno jeden z najlepszych graczy jacy kiedykolwiek grali w Madison Square Garden, dlatego też pochwalę się jego autografem (choć skaner zabiera tej karcie dużo uroku):
Fun Fact: Moje niezbyt szeroko zakrojone badania wykazały, że Penny Hardaway był w latach 90. ulubionym koszykarzem wszystkich tych, którzy dziś zupełnie nie interesują się NBA.
Przyznaję, że w ostatnim czasie trochę sobie odpuściłem tropienie najgorszych akcji sezonu, ale nie umknął mojej uwadze ostatni wyczyn Vince’a Cartera.
To jednak i tak dopiero druga najgorsza akcja w tym sezonie w Dallas. Numerem jeden jest akcja z Lamarem Odomem.
Fun Fact: Dominique słynął z pakowania jaja do kosza, więc pasuje świetnie nie tylko do all-starowej soboty ale i tej Wielkiej.
To co prawda blog o starych kartach NBA, ale tak naprawdę jest to blog o renesansie mojej miłości do nich, który to kiedyś postanowiłem uczcić zakupem boxa z nowymi kartami. Wreszcie się udało, co z kolei postanowiłem upamiętnić krótką relacją z jego otwarcia. Mój wybór padł na box najtańszy z ledwie paru obecnie dostępnych pozycji (bo i tak na reanimację mojego hobby wydałem już tyle pieniędzy, że James Dolan za czasów menadżerki Isiah Thomasa byłby pod wrażeniem), zawierający 36 paczek po 8 kart box Panini Hoops.
Tak – okazuje się, że obecnie jedyną firmą posiadającą prawa do drukowania kart ze zdjęciami jest właśnie znane lepiej z albumów z naklejkami „Panda” Panini (lider z czasów dokumentowanych na tym blogu, Upper Deck, obecnie wydaje karty, na których zawodnicy noszą stroje z college’u). Innymi słowy, trochę od czasu gdy ostatni raz zbierałem karty NBA zmieniło. Kiedyś jak brałem do ręki paczuszkę produktów Panini, marzyłem o perkozie kapturniku, dziś marzyłem o autografie Jeremy’ego Lina.
Oczywiście karty z autografem Lina (który jest wart co najmniej dwa razy tyle niż cały box) nie trafiłem, ale i tak zrobiłem cieszynkę Steve’a Novaka, gdy wyciągnąłem podstawową wersję jego karty – jego pierwszej w barwach Knicks.
Oczywiście istnieje niebezpieczeństwo (w wyniku połączenia być może kończącej obecny sezon kontuzji i niepewności co do wymagań finansowych Jeremy’ego przez sezonem przyszłym), że to jednocześnie ostatnia karta Lina w barwach Knicks (nie licząc tych, które pojawią się w innych tegorocznych seriach oczywiście).
Co do kart z autografami, to Panini gwarantuje, że każdy box zawiera dwie. Zaiste dwa autografy znalazłem. Niestety nie trafiłem żadnego bardzo cennego*:
No chyba, że np. za rok wybuchnie Da’Seanity (póki co Da’Sean Butler idzie w ślady Lina, bo, tak jak on w pierwszym sezonie, nie może sobie znaleźć miejsca w NBA).
W tej sytuacji najcenniejszą kartą jaką wyjąłem, a jednocześnie drugą najbardziej mnie cieszącą po własnym Linie, była pierwsza karta Carmelo Anthony’ego jako gracza Knicks. Najcenniejsza, bo jedyna na świecie:
Limit 1/1 – ha! Co prawda karta jest niemalże identyczna co masowo produkowana regularna karta Melo od Panini Hoops, a także jej nieco bardziej ekskluzywna wersja równoległa z dopiskiem „Artist’s Proofs” (o ile się nie mylę powstała aby podkreślić mające ostatnio miejsce zmiany barw klubowych), ale jakby nie patrzeć drugiej dokładnie takiej karty Carmelo, z czarnym (a nie srebrnym jak zwyczajna „AP”) napisem „Artist’s Proofs”, nie ma na całym świecie. Brzmi to idiotycznie, ale limit 1/1, to limit 1/1.
Skoro już jesteśmy przy wyciąganiu kart Knicks, jako ich fan, jarałem się każdą znalezioną:
A skoro jednocześnie jesteśmy przy wyciąganiu kart w wersjach alternatywnych, to wyciągnąłem także „zwykłe” „Artist’s Proofs” Sundiaty Gainesa (choć srebrna, odbijająca światło czcionka na moim skanerze i tak wychodzi jak czarna)…
… oraz dwie równoległe karty glossy (znów – nie widać tego na skanie, ale są znacznie bardziej połyskliwe niż regularne karty):
W ten oto sposób, trzy najbardziej bezsensowne użycia skanera mam już za sobą.
Nie chce mi się już pokazywać wszystkich rodzajów insertów w tej serii, dlatego ograniczę się do najfajniejszych – kart Slam Dunk Champion…
…oraz insertu „Courtside” z Kevinem Durantem (niech to będzie dobra wróżba przed Finałami NBA):
Gdyby nie wybuch Linsanity, to zawodnikiem, na którego karty wszyscy by w boxach Panini Hoops polowali byłby Ricky Rubio, dlatego łezkę radości uroniłem także nad pierwszą kartą Hiszpana w trykocie drużyny NBA:
Łezkę smutku z kolei uroniłem nad prawdopodobnie ostatnią kartą w trykocie drużyny NBA Grega Odena:
W końcu doczekałem się także swojej pierwszej karty Marcina Gortata:
Na tym nie koniec fajnych kart jakie skrywał mój box (zresztą muszę powiedzieć, że choć nie jestem fanem designu nowoczesnych kart, to Hoops pod tym względem bardzo mi odpowiada), ale daruję sobie skanowanie wszystkich, poza debiutanckim karcianym ujęciem Chrisa Paula w barwach Los Angeles „Tak – kiedyś zarządzała nami prostytutka. Serio” Clippers – dla wszystkich tych, którzy jeszcze nie dowierzają:
I zanim skończę tę chaotyczny box break, chciałem wyróżnić trzy najdziwniejsze karty jakie z niego wyciągnąłem. Po pierwsze DeSagana Diop i nagroda dla najmniej schlebiającej fotografii użytej na karcie 2011-12 Panini Hoops (chociaż nie jest ona nawet w połowie tak zła jak sposób wykonywania przez Diopa osobistych):
Po drugie – obczajcie czoło Johana Petro:
Wow. Biorąc pod uwagę, że w Nets gra też czoło Sheldena Williamsa…
…to Nets w swojej nowej hali na Brooklynie mogliby nie stawiać klasycznych konstrukcji koszy, tylko postawić po obydwu stronach parkietu Petro i Williamsa z przyczepionymi do skroni obręczami.
I w końcu po trzecie – kim do cholery jest Armon Johnson?
Ponieważ takie długie teksty warto jakoś podsumować, to wspomnę tylko, że choć mojemu sercu najbliższe są jednak karty z lat 90., to ciężko oprzeć się urokowi tego co w dziedzinie kart wydarzyło się w XXI wieku. 2011-12 Panini Hoops to seria, która ten urok podaje w bardzo oldschoolowej formie i dlatego cieszę się, że właśnie z niej pochodzącym boxem uczciłem założenie tego bloga.
A co do *, czyli gwiazdki, która być może umknęła Wam w tekście, a pojawiła się przy zdaniu mówiącym o tym, że wśród dwóch gwarantowanych na 36 paczek autografów nie trafiłem żadnego cennego, to kieruje ona do tego oto przypisu dopełniającego mojej kolekcji 2011-12 Panini Hoops. Chciałem w nim wspomnieć, że oprócz boxu, kupiłem także luzem 4 paczki i na przekór matematyce udało mi się ustrzelić kolejny autograf, który, o ile jego właściciel nie zmarnuje swojego talentu, powinien być dość wartościowym elementem mojej kolekcji.
Fun Fact: Żałowałem, że Knicksi oddali Charlesa Oakleya do Toronto za Marcusa Camby’ego. Całą drogę do finału NBA.
Fun Fact: W 1992 roku Sabonis nie odebrał swojego brązowego medalu podczas dekoracji wieńczącej olimpijski turniej koszykarski, ponieważ wcześniejsze osiem godzin, jakie minęły od zakończenia meczu Litwinów o 3. miejsce, spędził na upijaniu się i wyzywaniu przypadkowo spotkanych olimpijczyków na pojedynki w siłowaniu się na rękę. Sabonis odnalazł się parę dni później w żeńskiej części olimpijskiej wioski. Innymi słowy, Arvydas Sabonis rządzi.