Fun Fact: Sean Elliott jest osobą odpowiedzialną za 4 ważne momenty w historii koszykówki. Pierwszy z nich, to poniższa akcja – dla mnie jeden z najbardziej niedocenianych wsadów lat 90., z którego dumny byłby nawet Tom Chambers:
Drugi ważny moment, to tzw. Memorial Day Miracle, bez którego nie byłoby być może pierwszego tytułu Spurs (tamten rzut dawał Spurs prowadzenie 2-0 w serii i podłamał Blazers, którzy po zaciętych dwóch pierwszych spotkaniach zostali rozbici w pozostałych dwóch):
Trzeci moment, to pokazanie, że można zażartować z Gregga Popovicha i po powrocie do domu nie odnaleźć swojej żony i dzieci brutalnie zamordowanych.
I w końcu moment numer 4, najbardziej pobudzający wyobraźnię – dowód na to, że Tim Duncan nie jest robotem wysłanym do naszych czasów z przyszłości, w której ludzkość walczy z rządami maszyn a przywódcą ruchu oporu jest syn tablicy pleksiglasowej, którą można zabić tylko rzucając o nią piłką do kosza.
I jeszcze luźne spostrzeżenie po obejrzeniu tych filmików – zapomniałem, że Jerome Kersey był członkiem ekipy Spurs, która rozjechała moich Knicks w 1999 roku. To bardzo przykre, ale chyba za późno na zmianę patrona bloga…
Fun Fact: Spośród wszystkich kart, które w drugiej połowie lat 90. można było kupić w polskich kioskach, największy sentyment mam zdecydowanie do insertu „Professor Dunk” z serii 1995-96 Upper Deck Collector’s Choice. A spośród kart w tym insercie chyba najbardziej lubiłem powyższy kartonik Drexlera, głównie dlatego, że przypominał mi o finałach z 1995 roku. Tamte finały mają szczególne miejsce w moim sercu, bo pierwszy raz poczułem jak to jest kibicować mistrzowi. Moje wcześniejsze finały kończyły się porażkami drużyn, za które na ostatniej prostej trzymałem kciuki, tak samo zresztą jak prawie wszystkie kolejne. Na 21 finałów jakich byłem świadkiem, finalista z którym sympatyzowałem tryumfował tylko 4 razy (Rockets nad Magic w 1995, Pistons nad Lakers w 2004, Celtics nad Lakers w 2008 i Mavericks nad Heat w 2011). Jednak wspólne rozdziewiczenie moje i Clyde’a Drexlera było najsłodsze.
W ramach bonusu – zbiór najlepszych wykładów profesora The Glide’a z Dunk University:
Fun Fact: Dawno temu, w pociągu ze Lwowa do Odessy, wymyśliłem ze swoim przyjacielem grę karcianą „Kemp”. Jej zasady są wbrew pozorom nieco bardziej skomplikowane niż „wyciągnij dowolną kartę i idź płodzić nieślubne dzieci”, a poznać je można w dedykowanym wpisie na współ-moim matczynym, a w zasadzie ojcowskim blogu. Polecam grę w Kempa nie tylko na deszczowe dni w Seattle.
Nabyłem kartę podpisaną przez Jerome’a Kerseya. Jego symboliczne sanktuarium, którym ze względu na tytułowy patronat jest poniekąd blog Mercy Mercy Jerome Kersey, wzbogaciło się więc o cenną relikwię.
Co do karpi na polopirynie to po prostu nie miałem pomysłu na chwytliwą drugą część tytułu, która akcentowałaby fakt, że nie jest to zwyczajna karta Jerome’a Kerseya.
1. Wspomniany na odwrocie karty tytuł mistrzowski NCAA uniwerku North Carolina State wszyscy określają mianem cudu, czyli można założyć, że szkoła, której liderem był Bailey stała się w tamtym czasie koszykarskim Dawidem. Tym piękniejszy jest fakt, że w 2005 roku, pięć lat po zakończeniu kariery w NBA (i Europie) zagrał w biblijnym musicalu rolę Goliata:
James Worthy ma mocnego konkurenta do tytułu najdziwniejszej roli filmowej koszykarza NBA noszącego gogle.
2. Jeśli myśleliście, że Goliat to szczyt dziwnych ról filmowych Thurla Baileya, to jesteście w błędzie. Rok później zagrał w filmie „Church Ball” postać, która miała na imię Mojżesz, a w 2007 można było go obejrzeć w niskobudżetowej komedii romantycznej „Heber Holiday” gdzie nazywał się „Mutumbo”. Awesome.
3. Oprócz pięciu ról filmowych, Bailey ma też na koncie występy w telewizji jako komentator oraz liczne występy publiczne jako mówca motywacyjny, a także trzy płyty z muzyką soul i R&B. Pamiętajmy, że wydanie trzech albumów z własną muzyką to duże osiągnięcie i nie pozwólmy aby jego znaczenie umniejszył fakt, że najłatwiej dostępna w sieci próbka muzycznej twórczości Baileya to rap napisany na potrzeby promocyjne policji z miasta Ogden w stanie Utah:
4. Pierwszym zespołem (muzycznym) Baileya byli The Jazz Brothers, w skład których wchodzili koledzy z pierwszego zespołu (koszykarskiego) Baileya, z Karlem Malonem na czele, którego wokal zupełnie mi nie pasuje do tego co pamiętam w jego wykonaniu z parkietów. Oto próbka (Karl wchodzi zaraz po Thurlu, na wysokości czterdziestej sekundy):
5. Thurl Bailey jeszcze lepszy niż w zdobywaniu punktów z ławki dla Utah Jazz i walki pod koszami, okazuje się w pojawianiu się w dziwnych filmikach na YouTube. Jako Goliata i ciemnoskórego rapera wspierającego lokalną policję już go widzieliście, ale nie mniej brawurowe moim zdaniem jest w wykonaniu Thurla Baileya wciąganie flagi…
…nagrywanie kiepskiej jakości klipów do wesołych piosenek z dziwnymi znajomymi…
…występowanie w parodii Indiany Jonesa z byłym generalnym menadżerem Jazz Frankiem Laydenem i jego synem Scottem (GM Knicks w latach 1999-2003, odpowiedzialny za transfer Patricka Ewinga, 100-milionowy kontrakt Allana Houstona i czarną śmierć)…
…i wpieprzanie hummusu.
Jak dla mnie YouTube mógłby się zmienić w YouThurl i nikt by nie zauważył.
Fun Fact: W poprzednim dzisiejszym tekście odgrażałem się, że ruszam na poszukiwania karty Tony’ego Massenburga, postanowiłem więc szybko podzielić się ich owocem. Należy pamiętać, że poszukiwania zawodnika, który w swojej karierze zmieniał barwy klubowe rekordowe 12 razy (w tym czterokrotnie w jednym sezonie), do łatwych nie należą.Tyle podróżował po NBA, że aż dziwne iż Tony nie zmienił nazwiska na Halik.
Fun fact: Podejrzewam, że niewiele osób zastanawiało się kiedykolwiek nad tym jak mogła się potoczyć kariera Sharone’a Wrighta, niegdysiejszego numeru 6 draftu 1994, gdyby nie groźny wypadek samochodowy, w którym doznał licznych obrażeń, w tym wielokrotnych złamań obydwu ramion. Nikt się nad tym nie zastanawia, bo nikt nie pamięta już o byłym centrze 76ers i Raptors, a poza tym takie gdybanie nie pozostawia zbyt dużego pola dla wyobraźni – w pięciu rozegranych przed wypadkiem sezonach Wright pokazał bowiem, że ponad rolę przeciętnego centra raczej się nie wybije, choć po debiutanckim sezonie zakończonym średnimi 11 punktów i 6 zbiórek oraz wyborem do drugiego składu All-Rookie Team te oczekiwania były nawet jeszcze większe.
Tak czy siak jednak szkoda tamtej kraksy – należy się cieszyć, że przeżył i wrócił do koszykówki (po 2,5 roku rehabilitacji kontynuował karierę zagranicą, m.in. w Anwilu Włocławek), ale jednak stracił szansę na zapewne długą i solidną karierę w NBA. Skoro Kwame Brown właśnie znalazł kolejnego chętnego na swoje usługi po 11 sezonach w lidze, nie ma powodu żeby wątpić w przydatność zdrowego Sharone’a Wrighta.
Wiecie nad czym jeszcze zapewne niewiele osób się zastanawiało? Nad tym kto by wygrał w spotkaniu pomiędzy Philadelphią 76ers z czasów drugiego, najlepszego sezonu Wrighta a mistrzami NBA 2012, Miami Heat. Wiem, wiem – po co się zastanawiać nad takimi niedorzecznymi scenariuszami? Ja mam jednak ostatnio za dużo wolnego czasu, którego zresztą nie potrzeba wcale zbyt dużo, żeby szybko zasymulować taką potyczkę na stronie What If Sports. Wynik okazał się na tyle zaskakujący, że postanowiłem się nim tu podzielić:
Zgadza się – Sixers z sezonu 95/96, w którym wygrali tylko 18 meczów, pokonaliby we własnej hali Wielką Trójkę z Miami. Oczywiście to tylko symulacja, która w 99 kolejnych podejściach mogłaby zakończyć się wygraną Heat, ale i tak myśl, że mistrzowie NBA zdobyliby 81 punktów w meczu z jedną z najgorszych drużyn jakie pamiętam z czasów swojego kibicowania bawi. Warto zwrócić uwagę na 19 zbiórek Shawna Bradleya, który razem z Wrightem miał tworzyć frontcourt przyszłości Sixers, na tytuł gracza meczu dla dopiero co goszczącego na MMJK Jerry’ego Stackhouse’a (8 asyst? mam wątpliwości czy w całym sezonie 95/96 Stack podał piłkę osiem razy, nie mówiąc o asystowaniu) i fakt że Miami nie wygrało nawet mimo tego, iż podstarzały Vernon Maxwell pudłował za trzy z uporem maniaka, którym zresztą był.
Tyle na temat dwóch spośród najmniej interesujących fikcyjnych koszykarskich scenariuszy (nie)znanych ludzkości. Idę zobaczyć, czy mam gdzieś kartę Tony’ego Massenburga.
Ha! Wreszcie udało mi się wymyślić swój pierwszy nagłówek-kalambur apropos Linsanity. Szkoda, że dopiero w dniu kiedy jej pierwotne wcielenie dobiegło końca. Długo próbowałem nazwać uczucie, które towarzyszy mi od momentu gdy pojawiły się plotki, że Knicks zamierzają wyprzeć się odchowanej na kanapie Landry’ego Fieldsa globalnej ikony i jedynego od ponad 10 lat lubianego i nie wyśmiewanego poza Nowym Jorkiem swojego zawodnika. W końcu stwierdziłem, że tytułowa samotność jest chyba najbliżej prawdy. To nie złość ani pogodzenie z losem. Próbowałem się bowiem wkurzać a także wmawiać sobie, że to dobrze, ale argumenty za żadną z tez do mnie nie przemawiają. Bo wcale nie jestem przekonany, że Lin będzie gwiazdą, a z drugiej strony wątpię, żeby miał gorszą karierę niż Raymond Felton…
Perspektywa oglądania jak Lin jako gracz Rockets występuje w pierwszej piątce Meczu Gwiazd boli, ale równie bolesne byłoby oglądanie jak wali on głową w mur jakim stoją za Carmelo Anthonym trenerzy i działacze Knicks. Nie jest co prawda powiedziane, że Lin nie rozwinąłby skrzydeł w zorientowanym na wygranie teraz-zaraz systemie Knicks, tak jak nie jest powiedziane, że w Teksasie nie okaże się nierówny i kontuzjogenny. Pewne jest tylko to, że wystąpi w pierwszej piątce Meczu Gwiazd. Zadbają o to ci kolesie, razem z resztą 1,3 miliarda fanów Rockets w Chinach:
Trochę się brzydzę myślą, że będę zmuszony źle życzyć karierze Jeremy’ego (niestety nie jestem w stanie cieszyć cudzym szczęściem), z drugiej strony wiem, że w Houston będzie mu najlepiej na świecie jeśli chodzi o wsparcie fanów, co powoduje, że nie będę miał wyrzutów sumienia trzymając kciuki za to by Rockets 82 razy w sezonie grali z Miami Heat.
Hmm… To wideo to chyba najlepszy towarzysz w mojej „linsamotności”. No właśnie. Bo do tego cały czas zmierzam. Do samotności i dlaczego to jest teraz dla mnie dominujące doznanie. Bo mam wrażenie, że nie wyrównanie oferty Houston to kolejny z licznych w ostatnich 10 latach dowodów na to, że moja ulubiona drużyna ma mnie w dupie. Jedyny constans w ruchach transferowych Knicks od 2000 roku to bezlitosne pozbywanie się graczy, do których się przywiązałem, graczy, którzy, choć nie zawsze byli najlepsi w kosza, to dla mnie byli sercem drużyny – postaciami, które stawały się elementem krajobrazu, a nie panoszyły się po nim z maczetami jak nabytki w stylu Melo czy Marbury’ego. Równie mocno odczuwam samotność z powodu braku Lina, co przez oddanie do Portland Jareda Jeffriesa jak i wcześniejsze „znikniena swoje” Renaldo Balkmana, Wilsona Chandlera, Danilo Gallinariego, Davida Lee, Nate’a Robinsona, Trevora Arizy, że już o Latrellu Sprewellu i Patricku Ewingu nie wspomnę.
Siedzę więc sobie nad tym zbliżającym się do końca tekstem, sam jak ten palec, który mam nadzieję, że szybko złamie Jeremy Lin co przeszkodzi w rychłym udowodnieniu, iż Knicks nie mogli wybrać gorszego momentu by nagle stać się finansowo odpowiedzialni. To „lone-lin-ess” nie potrwa jednak zbyt długo bo przypomnę sobie wreszcie, że przecież jest jeszcze do kogo w niebiesko-pomarańczowych barwach czuć sympatię – w końcu wrócił Marcus Camby, wrócił Kurt Thomas a w zimę wróci na boisko także Iman Shumpert. Jakoś to będzie, zwłaszcza jeśli Knicks faktycznie okażą się równie silni co podczas pierwszych wspólnych lat Camby’ego i Thomasa w Nowym Jorku. Towarzystwo, dajmy na to, finalistów Konferencji Wschodniej wiosną 2013, będzie, dla Knicks i dla mnie, najlepszym towarzystwem do wypełnienia luki po Linsanity. Zanim ktoś mnie wyśmieje za taką prognozę wyników NYK to chciałem przypomnieć, że czuję się teraz samotny więc mogę udawać, że nikt nie widzi jak ją snuję. W takich warunkach mogę nawet bez wstydu oglądać zdjęcia nagiego Ricka Barry’ego w wannie.
W sumie to przyszła mi jeszcze do głowy jedna myśl (sporo myślę odkąd zdjęcie nagiego Ricka Barry’ego sprawiło, że straciłem wzrok), której nie przeczytałem w żadnej z 1069 analiz sytuacji pojawiających się w każdej godzinie ostatnich kilku dni. Skoro chcąc nie chcąc Knicksi zafundowali sobie trzyletnie okienko na wygranie tytułu, do którego poprowadzić ma ich Carmelo Anhtony a nie Jeremy Lin, to Lin zostając w Nowym Jorku byłby przede wszystkim (ewentualnym) wspaniałym początkiem wyznaczonej na lato 2015 przebudowy (gdy Knicks znów będą dużo poniżej poziomu salary cap). Jeśli więc Lin faktycznie okaże się w Houston gwiazdą, to zgadnijcie, kiedy kończy mu się kontrakt…
Ta wizja daje jakąś nadzieję, że kolejny błąd popełniony przez New York Knicks nie będzie mnie prześladował całe życie. Oczywiście złudną, jak wszystkie nadzieje dawane przez Nowojorczyków swoim kibicom, ale to zawsze coś.
A skoro już wmówiłem sobie tę samotność, to warto na zakończenie tego tekstu i kariery Jeremy’ego Lina w New York Knicks skorzystać z faktu, że na temat samotności jest wiele piosenek, z których niektóre nawet trochę pasują do sytuacji.
Fun Fact: Bardzo chciałem w tym miejscu przedstawić moją pierwszą piątkę koszykarzy, którzy kupili swojej mamie kościół, ale niestety nie udało mi się skompletować jej w całości. Jedno jest pewne – będzie miała backcourt bogaty w graczy obwieszczanych swego czasu następcami Jordana…
Spokojnie za to mogę skompletować pierwszy skład złożony z wolnych agentów powyżej 37 roku życia, których jeszcze nie mają w swoim składzie New York Knicks:
PG Anthony Carter
SGJerry Stackhouse Mike James
SF Grant Hill
PF Juwan Howard
C Erick Dampier
JESZCZE nie mają (oczywiście możemy być tylko pewni, że w Nowym Jorku nie zagra Grant Hill, który nawet wiele lat po przejściu na emeryturę będzie co lato mówił, że rozważa podpisanie kontraktu z Knicks).
Update:Przegapiłem, że Jerry Stackhouse wczoraj podpisał kontrakt z Brooklyn Nets, więc wypada z powyższej piątki. Stwierdziłem też, że zamiast Ericka Dampiera można dać ewentualnie Grega Odena.