Fun Fact: W ramach moich gościnnych występów na blogu Z Krainy NBA ruszyłem niedawno z rubryką Pozdro Retro, w której drugim odcinku spisałem historię nieporadnych centrów imieniem Bill, grających w latach 90 w Chicago. Jednym z nich był Wennington i do linkowanego na koniec poprzedniego zdania artykułu odsyłam po więcej na temat brodatej maskotki drugiej dynastii Bulls.
W rzeczonym tekście często cytuję fragmenty książki „Bill Wennington’s Tales From The Bulls Hardwood”, w której krótko, ale trafnie opisywał relacje między „gorszym sortem” Byków a Michaelem Jordanem. Dodam jednak, że nie wszystkie jej fragmenty były równie trafne:
Fragment książki „Bill Wennington’s Tales From The Bulls Hardwood”
To bardzo lajtowy przykład, ale warto być świadomym jak działa licentia poetica w książkach o sporcie pisanych przez sportowców. W prawdziwym świecie, Bill Wennington „12 lub 13 zbiórek” miał tylko dwa razy i to jeszcze za czasów gry w Mavs (12 zebranych piłek 12 listopada 1988) i Kings (14 zbiórek z 10 marca 1991).
Fun Fact: Baby Jordan w stroju innym niż Miami Heat razi mnie równie bardzo, co Właściwy Jordan w stroju innym niż Chicago Bulls (choć w tamtych strojach Cavs mało kto nie raził).
To w ogóle niesamowicie znamienne, że swój ostatni mecz w króciutkiej karierze w NBA, Harold Miner rozegrał przeciwko Bykom z Michaelem Jordanem w składzie. Było to w lutym 20 lat temu, Cleveland zabrakło od zmierzających po rekord zwycięstw Bulls 26 punktów, a Miner w 5 minut oddał 2 niecelne rzuty, 2 razy podawał i odgwizdano mu 1 faul. Niby MJ nie miał wtedy jakiegoś wybitnego dnia (6-19 z gry, 14 punktów), ale nikt nie miał wątpliwości jak daleko było Haroldowi do jego niefortunnego przydomku…
Ale żeby nie było, że Baby Jordan nie dokonał niczego poza zwycięstwem w dwóch konkursach wsadów, to wyliczyłem, że jest jednym z ledwie czterech debiutantów w historii Miami Heat, którzy w pierwszym sezonie rozegrali przynajmniej 20 spotkań i rzucali po 10 punktów w meczu przy skuteczności większej niż 45% z pola i 30% z dystansu. Pozostali to Dwyane Wade, Steve Smith i Michael Beasley.
No i swój najlepszy mecz w barwach Kawalerzystów też rozegrał przeciw jordanowym Bykom…
Fun Fact: Zanim pojawił się termin „point forward”, było już kilku skrzydłowych, którym powierzono zadanie rozgrywania. Najsłynniejszym był Rick Barry, ale w tym kontekście wymienia się także takie nazwiska Johna Johnsona i Roberta Reida. Powszechnie uważa się jednak, że sam termin powstał jakoś w pierwszej połowie lat 90. Marques Johnson, który wówczas pełnił podobną rolę w Milwaukee Bucks, twierdzi, że to on wymyślił ten termin, ale ówczesny asystent Dona Nelsona – trenera Bucks, Del Harris, jest przekonany, że to on jest jego autorem. No i że Marques nie jest tak naprawdę pierwszym nazwanym point forwardem, bo nie był zbyt dobrym rozgrywającym, za to prawdziwym point guardem zamkniętym w ciele forwarda był jego kolega klubowy Paul Pressey (wierzę bardziej Harrisowi, który był asystentem lub coachem zarówno Johnsona i Presseya, jak i Barry’ego oraz Reida w czasach ich gry dla Rockets… aha – Robert Reid twierdzi, że termin wymyślił trener jego Sonics, Lenny Wilkens). Stąd powtarzana w wielu miejscach teza, że Pressey był oryginalnym point forwardem.
Niezależnie od tego jakie jest miejsce Paula w szeregu skrzydłowych z piłką w rękach, był on na pewno jednym z nich. Przez pięć kolejnych sezonów był liderem Bucks pod względem średniej asyst (rekord kariery to średnia 7.8 APG z rozgrywek 85/86), ale był lepszym zawodnikiem niż tylko ciekawostką interpozycjonalną. Dwukrotnie wybierano go do pierwszego składu All-Defensive (1985, 1986) i raz do drugiego (1987), a niektórzy dziennikarze w 1985 i 1986 roku cenili go tak wysoko, że wpisywali jego nazwisko na kartę do głosowania na MVP (w obydwu przypadkach uzbierał po 3 punkty, tyle samo co Dominique Wilkins w 1985 roku i tyle samo co Kevin McHale rok później). Jako prawdziwy koszykarz renesansu, Pressey wziął też kiedyś udział w konkursie wsadów, ale jego próbę można nazwać „kołyską”, tylko dlatego, że usypiała…
Paul (ojciec Phila, który w tym sezonie NBA zaliczył epizody w 76ers i Suns) zakończył karierę w 1992 roku (po dwóch sezonach w Spurs) by dołączyć do sztabu trenerskiego Dona Nelsona w Golden State. Kiedy jednak przez Warriors przetoczyła się fala kontuzji, Pressey przerwał zawodniczą emeryturę i założył koszulkę Warriors. Niestety po 18 spotkaniach on też padł ofiarą urazowej plagi i zakończył zabawę w koszykarza NBA na dobre, jako jeden z 9 graczy w historii, którzy w jednym sezonie zaliczali przynajmniej 14 punktów, 7.5 asyst, 5 zbiórek i 2 przechwyty.
Fun Fact: Dzisiejszy FF pochodzi z jednego z archiwalnych numerów Sports Illustrated z kwietnia 1991:
Podczas niedawnej zabawy z trzyletnim synem Jeremiah, obrońca Hawks, Glenn (Doc) Rivers, przyczepił sobie do czoła kosz-zabawkę na przyssawki. Zamiast jednak ćwiczyć rzuty z dystansu, czego spodziewał się Doc, Jeremiah wykonał dziki slam dunk, który zerwał przyssawki z czoła ojca, zostawiając dużą, nieregularną czerwoną łatkę, wciąż widoczną następnego dnia podczas treningu. Tak narodziła się nowa ksywka Riversa: Gorbaczow.
Szkoda, że Doc załatwił posadę w Clippers Austinowi, a nie Jeremiaszowi, który wygląda jak ktoś, kto lepiej odnalazłby się w teamie o nazwie „Lob City”.
Gorbaczow niecałe trzy miesiące po cytowanym powyżej artykule został wytransferowany za 9 pick w Drafcie 1991 (i dwa drugorundowe w 1993 i 1994) do Clippers, którym pomógł awansować do playoffs (skąd po roku trafił do Knicks, a potem do Spurs). Jego kariera to jednak przede wszystkim 8 sezonów w Atlancie (w rozgrywkach 87/88 zagrał nawet w All-Star Game), w trakcie których prezentował się mniej więcej tak:
Fun Fact: Eddie Johnson zaliczył już krótki występ na MMJK i na pewno jeszcze kiedyś o nim napiszę, ale dziś wolę wykorzystać jego postać jako wytrych do fun factu na temat innego koszykarza, który grał w NBA o dekadę za wcześnie, by być bohaterem tego bloga.
Eddie zaczynał karierę w sezonie 81/82 i jego kolegą z Kansas City Kings był wówczas niejaki Hawkeye Whitney. Charles (bo takie było prawdziwe imię „Sokolego Oka”) kończył wtedy swoją dwuletnią karierę (kolana nie dźwignęły), ale dopiero zaczynał naznaczoną narkotykami i alkoholem drogę na dno.
Whitneyowi udało się w końcu wytrzeźwieć i jako tako ogarnąć swoje życie na przełomie wieków, ale wcześniej odsiedział 6 lat więzienia za swój ostatni wyskok, którym było porwanie – razem z nieletnim wspólnikiem (który podobno zmusił Whitneya do współudziału grożąc mu bronią) – mężczyzny wprost z ulicy w Waszyngtonie. We trójkę jeździli od bankomatu do bankomatu, z których porwany wypłacił około 1700 dolarów. Na koniec Hawkeye, zmartwiony, że jego ofiara nie będzie miała jak wrócić do domu, wyciągnął z kieszeni 10 dolarów, żeby facet miał na taksówkę. Sprawa może i przeszłaby bez echa, gdyby nie fakt, że ofiara kidnaperów zupełnym przypadkiem okazała się osobistym prawnikiem żony prezydenta USA, Hilary Clinton.
A co do Eddie’ego Johnsona, to dla niego też znajdzie się miejsce w teleturnieju. Na przykład przy pytaniu o najlepszego strzelca, jaki nigdy nie zagrał w All-Star Game (jego 19202 punkty to obecnie 52 wynik w całej historii ligi).
Fun Fact: L-Train jest jedynym graczem w historii ligi, który po pierwszych trzech sezonach w NBA miał średnie z kariery powyżej 17 punktów, 7 zbiórek, 4 asyst, 1.5 przechwytu i 1 bloku. Takie średnie w latach 1991-1994 notował jeszcze tylko Scottie Pippen. Odkąd w sezonie 91/92 statystycy policzyli mu 8.1 RPG, 4.3 APG, 1.7 SPG i 1.7 BPG, takie osiągi powtórzyło do dziś raptem trzech zawodników: David Robinson (93/94), Chris Webber (96/97) i Kevin Garnett (98/99).
W lata 90 Simmons wchodził jako trzeci najlepszy strzelec w historii NCAA (tytuł, który utrzymuje po dziś dzień) i 7 wybór Draftu 1990 po uniwersytecie LaSalle. Rywalizację o tytuł Rookie Of The Year przegrał tylko z Derrickiem Colemanem, zdobywając w trakcie debiutanckiej kampanii wyróżnienie dla Gracza Tygodnia za średnie 29 PPG, 13.5 RPG i 5.5 APG w czterech kolejnych spotkaniach przerwanych Meczem Gwiazd. L-Train potrafił na boisku robić wszystko i choć brak specjalizacji oraz nieco zbyt wyluzowane podejście do życia prawdopodobnie nie pozwoliłby mu wyrosnąć na prawdziwą gwiazdę, to był całkiem niezłą wczesną wersją Granta Hilla… niestety z takim samym zdrowiem.
Po operacji kolan przed piątym sezonem w NBA (nie była ona zresztą jedyną w ciągu kolejnych – jak się miało okazać, ostatnich w lidze – trzech lat) nigdy nie powrócił do pełnej sprawności. Równie mocno co widok jego spuchniętych kolan, w oczy kuły statystyki dalekie od dawnych osiągów (okolice 4 punktów, 3 zbiórek i jednej asysty).
Zbyt dużo namacalnych dowodów na umiejętności Simmonsa nie zostało, ale poniżej można zobaczyć jak układała się jego współpraca z Mitchem Richmondem i resztą (wydawałoby się) perspektywicznego składu Kings…
Kontuzja kolan skazała na zapomnienie świetny start jaki L-Train zaliczył w NBA, za to kontuzja nadgarstka z 1991 roku unieśmiertelniła nazwisko Simmonsa w panteonie najgłupszych urazów profesjonalnych sportowców – Lionel doznał jej od… zbyt długiego grania na GameBoyu.
Fun Fact: Joe Smith wcale nie wyglądał na niewypał przez pierwsze dwa lata po wyborze z numerem 1 Draftu 1995. Zanosiło się, że na długie lata będzie członkiem drugiego garnituru gwiazd ligi, skrzydłowym flirtującym regularnie z 20 punktami i 10 zbiórkami. I wtedy przyszedł wymuszony trade do Filadelfii (Smith zapowiedział, że nie zostanie w Warriors po wygaśnięciu kontraktu debiutanckiego), po którym Joe spadł nagle o koszykarską klasę niżej i utknął w roli średniaka.
Jego wybór.
Trudniej jednak zrozumieć wybór Minnesoty Timberwolves, która po lokaucie z 1998 roku postanowiła złamać dla Smitha ligowe prawo – podpisać z nim niski kontrakt dla zachowania miejsca w salary cap, jednocześnie oferując pod stołem wieloletnią i wielomilionową umowę, która zostałaby zawarta jak tylko Wilki pozyskałyby „prawa Birda”. W 2000 roku ściema wyszła na jaw w trakcie sądowego zawodowego rozwodu między parą agentów, którzy wspólnie obsługiwali między innymi Smitha i Kevina Garnetta. Rezultat: w zamian za 10 punktów i 6 zbiórek „Jana Kowalskiego”, Wolves stracili (decyzją NBA) trzy wybory w pierwszej rundzie draftu. Niby byli wówczas jedną z najlepszych drużyn ligi i te picki były niskie, ale gdyby wybierali właściwie mogli dzięki nim pozyskać np. Gilberta Arenasa w 2001, Carlosa Boozera w 2002 i Andersona Varejao w 2004. Od czasu zakończenia kary, Joe Smith grał jeszcze 10 innych klubach i nagrał 2 płyty hiphopowe – t0, odpowiednio, ilości o 10 i o 2 większe, niż liczba awansów do playoff, jakie klub z północy USA wywalczył w tym okresie…
Jak widać, w obydwu przypadkach istnieją pewne wątpliwości co do reputacji karmy.
Fun Fact: Lorenzo Williams to przedstawiciel jakże licznej grupy defensywnych centrów, którzy w ataku prezentowali mniej więcej tyle polotu co Big Baby Davis w obsłudze komputera. Jest też jednym z najgorszych wykonawców rzutów wolnych w historii: spośród graczy, którzy mają na swoim koncie przynajmniej 200 osobistych, lorenzowe 37.7% to drugi najgorszy wynik (prowadzi Clint Capela – 35.6%).
Williams kojarzy się fanom NBA głównie z grą w Mavericks (niby spędził 3 lata w Bullets/Wizards, ale rozegrał tam tylko 41 spotkań) a jego najlepszy statystycznie sezon to rozgrywki 94/95, gdy notował w Dallas 4.0 PPG, 8.4 RPG i 1.8 BPG. U szczytu swoich możliwości wyglądał mniej więcej tak…
Ten wyrywek z kariery Lorenzo narobił mi smaka na więcej bloków i podań Jasona Kidda, dlatego dorzucam williamsowy mix:
Fun Fact: Tak się składa, że ta karta uwiecznia pojedynek poprzedniego i obecnego trenera Golden State Warriors. Nie chce mi się wnikać w porównania między tymi panami, więc w skrócie:
– W kategorii „zawodnicy”: Mark Jackson > Steve Kerr
– W kategorii „trenerzy”: Mark Jackson < Steve Kerr
– W kategorii „żony, które podczas publicznych wystąpień brzmią jak kozy”: Mark Jackson > Steve Kerr