Author Archives: kostrzu

John Williams

John Hot Plate Williams

Fun Fact: To zabawne, bo powyższą kartę zeskanowałem – z zamiarem opowiedzenia historii Johna „Hot Plate” Williamsa – równo rok temu. Zabawne, bo to dowód mojego lenistwa, a historia Johna to właśnie historia lenistwa.

Tyle, że w moim przypadku lenistwo popłaciło, bo ktoś wreszcie opowiedział losy Hot Plate’a za mnie…

Za bardzo jednak fascynuje mnie ta postać, żebym nie uzupełnił powyższego materiału o kilka smakowitych kąsków (John doceniłby właśnie taki dobór słów)…

Jego przegrana w walce z otyłością boli tak bardzo, bo on naprawdę potrafił grać. Może porównania do Magica Johnsona były na wyrost, ale powtarzane były bardzo często nie bez przyczyny. W tamtych czasach mało było gości o jego rozmiarach i tak wszechstronnym zestawie umiejętności…

Można by go było nazwać Magikiem w wersji light, gdyby nie to, że był zdecydowanie wersją heavy. Oficjalne pomiary wagi nigdy nie oddawały sprawiedliwości skali jego obżarstwa. Basketball-Reference przypisuje mu śmieszne 106 kilogramów, ale powszechnie wiadomo, że jego trenerzy otwierali szampana, gdy schodził poniżej 120 kilo. W „najlepszych latach” przychodził do pracy ważąc 135 kilogramów, a zdarzało mu się nawet dobić do 150.

Nic dziwnego, że w pewnym momencie jego agent poprosił, by kontrakcie Williamsa znalazł się zapis, iż nie może być publicznie ważony.

Mark Jackson, kolega klubowy zarówno w Los Angeles Clippers, jak i Indiana Pacers (Larry Brown był wielkim fanem Hot Plate’a), nazwał go nawet „najbardziej utalentowanym graczem podkoszowym z jakim grał” (a grał m.in. z Patrickiem Ewingiem).

Jego pobyt w Los Angeles Clippers (zakończony drugim w karierze zawieszeniem za bycie zbyt grubym) zbiegł się z pobytem w gorszym koszykarsko zakątku Miasta Aniołów innego legendarnego pasibrzucha, Stanleya Robertsa. Ktoś (a konkretnie Sports Illustrated) kiedyś nawet przeliczył ich łączną wagę na liczbę piłek do kosza – okazało się, że ważą razem tyle co 430 Spaldingów.

Co dziś porabia 51-letni sportowy emeryt? Chyba nic ciekawego. Zakładam, że wrócił w rodzinne strony, czyli do Los Angeles, bo kilka dni temu jego nazwisko pojawiło się w artykule o tamtejszej szkółce koszykarskiej założonej przez byłego obrońcę Kings, Pooh Jetera. Hot Plate miał tam uczyć dzieciaki.

Miejmy nadzieję, że nie nawyków żywieniowych.

But seriously, historia Johna tak naprawdę nie jest śmieszna… ale nie jest też wyjątkowa.

Marnowanie potencjału i możliwości to w gruncie rzeczy trywialna sprawa, tyle, że nie każdy gra o taką stawkę jak sukces na jednej z najbardziej barwnych sportowych aren. Lenistwo, depresja i nałogi pokonały niejedną osobę i Williams nie jest tu wyjątkiem, choć wypada mu wypominać, że nie skorzystał z tych paru danych mu szans. Bullets chcieli nawet – zamiast karać – zapłacić mu 200 tysięcy dolarów za to, że schudnie, ale to też nie pomogło.

Czy wszystko mogłoby się potoczyć inaczej, gdyby nie kontuzja kolana, która skróciła potencjalnie przełomowy sezon 89/90 do 18 spotkań, a Hot Plate’a wysłała do Krainy Wiecznych Dokładek?

Pewnie osiągnąłby więcej, ale myślę, że pełni potencjału i tak by nie zrealizował. Mówimy o kolesiu, który z nadwagą pojawił się już na pierwszym obozie przygotowawczym w NBA.

Szkoda, bo mam ogromną słabość do point forwardów.

Choć jeszcze większą słabość mam do point forwardów z dużym tyłkiem.

Otagowane

Chris Mullin

Chris Mullin

Fun Fact: Chris Mullin odszedł z Golden State Warriors latem 1997, a Indiana Pacers oddali za niego Ericka Dampiera i Duane’a Ferrella. Na rozstanie starzejącego się Mully’ego i przebudowywanych Dubs zanosiło się jednak już wcześniej i plotki na ten temat były dość głośne przed trade deadline sezonu 96/97.

Zainteresowani byli m.in. Orlando Magic, po których klub z Bay Area spodziewał się oddania dwóch pierwszorundowych picków pozostałych po wymianie Penny’ego Hardawaya i Chrisa Webbera. Mówiło się jednak, że najpoważniejszym kandydatem na nowego pracodawcę członka Dream Teamu są Utah Jazz, a ceną mieli być Bryon Russell, Adam Keefe i dwa wybory w pierwszej rundzie.

Chris Sheridan (pracujący wówczas dla Associated Press), pisząc o powyższych spekulacjach wspomniał też, że Jazz są faworytem do pozyskania Shawna Bradleya, gdy ten zostanie wolnym agentem w 1998 roku.

Gdyby obydwie plotki się spełniły, Utah mieliby w składzie na rozgrywki 98/99 następujących asów:

John Stockton

Jeff Hornacek

Greg Ostertag

Greg Foster

Todd Fuller

Chris Mullin

Shawn Bradley

(niestety Adam Keefe odszedłby w ramach wymiany za Mullina, ale dla hecy wyobraźmy sobie, że jednak został)

Ta rotacja byłaby tak biała, że nawet mecze NBA z lat 50-tych wyglądałyby przy niej jak odcinek „The Wire”.

Otagowane

Xavier McDaniel

Xavier McDaniel

Fun Fact: Nie mylą się ci, którzy twierdzą, że swoją życiową rolę filmową Xavier McDaniel zagrał w „Samotnikach”…

…jednak nie wyczerpują oni tematu. X-Man bowiem równie porywający epizod zaliczył w… „Świecie według Bundych”:

https://twitter.com/knickfilmschool/status/1003638339214430208

To nie koniec smaczków w tym odcinku.

Później Ksawery obrywa piłką od Peggy, znów prezentuje tę swoją minimalistyczną mimikę wpierdolu i raz jeszcze przekłada ją na czyny przy pomocy Bogu ducha winnego Ala.

Jeszcze później pojawia się… Clyde Drexler, który asystuje pani Bundy przy rzucie za 10 tysięcy…

…a w międzyczasie Kelly próbuje poderwać… Vlade Divaca.

Koszykarskie motywy uzupełnia gumowa figurka Patricka Ewinga, którą bawi się Peggy, heckling Ala skierowany do Pata Rileya i Charlesa Barkleya, a także wielki diss na Danny’ego Ainge’a. Najpierw spiker w hali zapowiada zawodników słowami „And now, it’s time to meet your NBA All Stars… and Danny Ainge”, a potem zamyślony Drexler – wciąż mający w pamięci Finały 1992 – patrząc na zupełnie nie ogarniającą koszykówki panią Bundy, dochodzi do następującego wniosku:

25 lat później wiemy, że Danny Ainge zdołałby zamienić Peggy Bundy na pierwszorundowy pick.

Otagowane

Charles Oakley

Charles Oakley

Fun Fact: Nie ma takiego przysłowia jak „Przyjaciel mojego przyjaciela jest moim wrogiem”, ale gdyby było, idealnym przykładem byliby najlepsi kumple Michaela Jordana – Charles Oakley i Charles Barkley.

SB Nation zmontowało powyższe wideo w kwietniu 2018 roku i tylko dlatego pominięto najnowszą odsłonę beefu z maja 2018, kiedy to pojawiła się nowa reklama Barkleya…

…i jej recenzja autorstwa Oaka:

Żeby było zabawniej, ledwie dwa miesiące później, pojawiła się ta oto produkcja:

Tak w ogóle, to nie przypominam sobie żadnej innej reklamy telewizyjnej, w której wystąpił legendarny sprzedawca Liści Zagłady, a szybki youtube’owy research potwierdza, że – choć były przynajmniej jeszcze dwa takie przypadki – to Oakley miał zdecydowanie mniejszy potencjał marketingowy niż jego imiennik-łamane-na-nemesis.

(Tu Oak w towarzystwie kumpli z Nowego Jorku… swoją drogą, ciekawe, spoliczkował Charlesa Smitha po jego NIE-game-winnerze w playoffowym starciu z Bulls…

…a tu epizod (wait for it…) w wysokobudżetowej kampanii Sprint, z udziałem Kevina Duranta… swoją drogą, ciekawe, czy spoliczkował KD po jego przejściu do Warriors…)

Cóż, pozostaje czekać na komentarz Sir Charlesa do wizyty byłego gracza Knicks u okulisty.

I do tego.

Otagowane ,

Cedric Ceballos, Brad Daugherty, Dale Davis

Cedric Ceballos Brad Daugherty Dale Davis

Fun Fact: Cedric Ceballos w sezonie 92/93 zdobywał po prawie 13 punktów w meczu, z najlepszą w całej lidze skutecznością 57.6%, grając na niskim skrzydle, gdzie zazwyczaj próżno szukać tak efektywnych zawodników. Pomógł na pewno fakt, że przez całe rozgrywki oddał tylko dwa (obydwa spudłowane) rzuty za trzy punkty, co dziś w kontekście jego pozycji wydaje się niesłychane, ale nawet wtedy – gdy liga dopiero pozbywała się nieufności wobec regularnego korzystania z dobrodziejstw linii trzypunktowej – było ewenementem.

Wśród graczy, którzy w kampanii 92/93 rozegrali przynajmniej 1500 minut, tylko czternastu miało większy wstręt do rzutów z dystansu niż Cedric. Tyle samo prób co on miał m.in. Shaquille O’Neal oraz… Brad Daugherty, czyli drugi najskuteczniejszy z pola zawodnik w tamtych rozgrywkach, z odsetkiem na poziomie 57.1%.

Tyle, że Brad jeden ze swoich rzutów za trzy trafił.

Żadnej trójki nie trafił za to trzeci pod względem skuteczności rzutów z gry zawodnik sezonu 92/93, Dale Davis (56.8%), ale on ani razu nie próbował… ani też nie był znany z trafiania czegokolwiek z odległości większej niż rozmiar jego buta. Jego 52.7% celności rzutów wolnych było w tamtym roku drugim najgorszym wynikiem wśród koszykarzy z przynajmniej 200 osobistymi na koncie (słabszy był tylko Stanley Roberts – 48.8%).

Dale – jak to on – ciężko nad sobą pracował i dziewięć lat później mógł pochwalić się skutecznością z rzutów wolnych przekraczającą 70%.

Cedric ośmielił się spróbować swoich sił w rzutach z dystansu dwa lata później, gdy liga skróciła linię, i okazało się, że potrafi umieścić w koszu prawie 40% z nich (58 ze 146).

I tylko Brad nie doczekał się żadnego happy endu, bo kolejne rozgrywki miały okazać się ostatnimi w jego błyskotliwej karierze, skróconej przez chroniczne problemy z plecami.

Ale przynajmniej jako jedyny w tym gronie miał własną kanapkę w McDonald’s…

Otagowane , ,

Michael Jordan

Michael Jordan

Fun Fact: …a najgłupsza plotka transferowa lat dziewięćdziesiątych (przekazuję ją za Samem Smithem, tym od „Jordan Rules”, z łamów Chicago Tribune) to…

… pomysł z wiosny 1994 roku, że Chicago Bulls mieliby oddać prawa do będącego wciąż na pierwszej emeryturze Michael Jordana do Phoenix Suns, w zamian za Cedrica Ceballosa, Dana Majerle i Olivera Millera. To miałoby stworzyć możliwość wspólnej gry MJ’a z jego kumplem, Charlesem Barkleyem…

 

Otagowane

Cherokee Parks

Cherokee Parks

Fun Fact: Do drabiny, która jest motywem przewodnim drugiej serii 1995-96 Upper Deck Collector’s Choice jeszcze kiedyś wrócimy, a na razie skupmy się na gościu, który na powyższym obrazku próbuje się po niej wspiąć (SPOILER ALERT: nie uda mu się).

Znacie go jako typowego, niewiele wnoszącego białasa z NBA. Coś tam słyszeliście o jego zamiłowaniu do tatuaży (miał swego czasu na plecach wytatuowaną paszczę, która otwierała się, gdy Parks się schylał), być może też o jego siostrze – basistce punkowej, ale ogólnie miał tak nieciekawy dorobek boiskowy, że zapobiegł zapadnięciu na dłużej w pamięć nawet tak nietuzinkowej postaci.

Do ligi trafił z uniwerku Duke, gdzie najpierw znęcał się nad nim buc Christian Laettner (którego niby miał być drugim wcieleniem), potem cień rzucał nań Grant Hill, a gdy wreszcie Parks został niekwestionowaną opcją numer jeden, „poprowadził” swoją szkołę do jednego z najgorszych sezonów w historii (po dziś dzień jedyny ujemny bilans i brak awansu do NCAA Torunament po 1983 roku).

Pokazał jednak wystarczająco dużo, żeby Mavericks wykorzystali na niego swój 12 pick w Drafcie 1995. Tam z kolei pokazał wystarczająco mało, by po roku Teksańczycy opchnęli do Minneapolis w zamian za zmianę zabezpieczeń na picku pozyskanym w 1994 roku w ramach transferu Sean Rooksa

W drugim sezonie w koszulce Wolves dostał szansę gry w pierwszej piątce, którą… cóż… wykorzystał, o ile wykorzystaniem szansy można określić średnie na poziomie 7.1 PPG i 5.5 RPG. Minnesota jakoś specjalnie się nimi nie jarała i rozwiązała kontrakt z Parksem.

I wtedy przyszedł lokaut, który zaważył na dalszej karierze Cherokee’ego.

Niejeden zawodowiec wracał wówczas do gry na lokautowej tarczy (patrz: Kemp, Shawn), a dla Parksa był to moment, w którym uznał, że sportowy tryb życia czyni go nieszczęśliwym. Pojechał wówczas do rodzinnego miasta w Kalifornii i rozpoczął imprezowy ciąg, który w zasadzie trwał przez kilka następnych lat, przerywany bardzo rzadko, w tym m.in. po to, żeby podpisać nowy kontrakt z Vancouver Grizzlies.

W Kanadzie zasłynął tym, że spędzał więcej czasu w klubach ze striptizem niż na treningach. Po latach przyznał, że w offseason praktycznie nie dotykał piłki, a jak nie hulał, to leżał przed telewizorem. Jego ostatnią kampanią był sezon 2003/04, który zakończył przedwcześnie w grudniu, po zwolnieniu przez Golden State Warriors. Były drużyny zainteresowane jego usługami, ale on grzecznie odmówił. Z ulgą zostawił za sobą karierę sportową i otworzył punk rockową spelunę.

Tam właśnie zastało go oświecenie, że źle zdiagnozował swój życiowy problem i zatęsknił za koszykówką.

Próbował comebacku w 2011 roku, podpisując kontrakt z francuskim ligowcem. Wkrótce okazało się jednak, że jest chory i przeszedł operację na otwartym sercu, kończącą jego marzenia o powrocie na parkiet, ale nie o powrocie do NBA.

Dziś Parks pracuje w biurze ligi w Nowym Jorku, do którego dostał się dzięki programowi stażów dla byłych graczy. Podobno jest niezwykle podekscytowany, w tym takimi rzeczami jak nauka obsługi Excela, bo odnalazł w nich to, czego zawsze w jego życiu brakowało – porządek, system i jasny plan działania.

Rzucił pracę w rockowej knajpie i wyjechał pracować w korporacji?

A co, spodziewaliście się, że gość imieniem Cherokee zrobi coś zgodnie z utartymi schematami?

Otagowane ,

Scottie Pippen

Scottie Pippen

Fun Fact: Jesienią 1994 roku wydano grę „Slam City with Scottie Pippen”, która miała chyba najdziwniejszy gameplay w historii wirtualnej koszykówki…

To jednak nie występ Pippena w roli bossa czyni tę grę wyjątkową, a fakt, że Scottie nagrał na jej potrzeby pierwszą i ostatnią w swoim życiu piosenkę – napisany przez producenta m.in. Madonny i Whitney Houston utwór „Respect”:

Cóż, trzeba przyznać, że Scottie znacznie lepiej wypada w roli rapera, niż w roli tancerza…

Przyznać też należy, że Charles Oakley to jedyna osoba na świecie, która wygląda na badassa w czasie udawanego śpiewania do niewidzialnego mikrofonu z pulowerkiem narzuconym na ramiona.

Otagowane

Charles Shackleford

Charles Shackleford

Fun Fact: Shackleford – rezerwowy w moim zespole koszykarzy o nazwiskach kojarzących się z filmowymi policjantami z kina akcji lat 80. – znany był z dwóch rzeczy: ze zbierania piłki i wpadania w kłopoty.

Z tym zbieraniem w NBA było jednak różnie.

Jako drugoroczniak w New Jersey Nets upolował kiedyś 26 piłek w jednym meczu (dodając 23 punkty), ale słabiutki team i tak nie był zainteresowany zatrzymaniem go w składzie po najlepszym – jak się miało okazać – sezonie w karierze Shacka (8.2 PPG, 6.8 RPG).

Charles wyjechał wówczas od Włoch, gdzie zdominował deski Serie A, przewodząc lidze ze średnią 16 zbiórek na mecz i prowadząc zespół Phonola Caserta do pierwszego w historii tytułu mistrzowskiego (różne źródła różnie określają jego wkład ofensywny – raz rzucał niecałe 20 punktów na mecz, raz ponad 30). W europejski hype uwierzyli zdesperowani włodarze 76ers, którzy nie mieli już konwencjonalnych pomysłów na wzmocnienie składu i zadowolenie Charlesa Barkleya.

Niestety po powrocie do kraju Shackleford zawiódł nie tylko wygórowane oczekiwania Chuckstera (Shack i Armon „Armen” Gilliam byli ulubionymi tematami narzekań Sir Charlesa przez cały sezon 91/92, po którym litościwie – dla wszystkich stron – został on wysłany do Phoenix). W odpowiednim kontekście jego 6/6 mogło uchodzić za solidne, ale 25-latek miał być podstawowym graczem, ostatnim kawałkiem układanki i upragnioną przez lata odpowiedzią na pozycji centra.

W zorganizowanej w lutym 1992 przez Sports Illustrated sondzie, trenerzy i generalni menadżerowie uznali go za drugiego najbardziej rozczarowującego nie-debiutanta w NBA (po Kevinie Duckworthcie). Zdemoralizowani Sixers nie awansowali do playoffs.

Znacznie lepiej szło Shackowi spełnianie oczekiwań dotyczących pozaboiskowych wpadek.

Zaczęło się jeszcze w college’u, gdzie oskarżono go o ustawianie meczów (nic mu nie udowodniono, ale przyznał się, że otrzymywał na lewo pieniądze).

Do historii przeszedł w czasie jednego z wywiadów, w którym chwaląc się swoją wszechstronnością powiedział:

„Lewa ręka, prawa ręka – to nieważne – jestem ziemnowodny”

„Left hand, right hand, it doesn’t matter. I’m amphibious” – brzmiała wypowiedź Shackleforda w oryginale, w którym słowo „oburęczny” to „ambidexterous”.

Już w NBA przyłapano go z marihuaną, w Europie – do której wrócił w 1993 roku, po zwolnieniu przez Philly, a także w 1995 roku, po półrocznym epizodzie w Minneapolis – kwestionowano jego sposób prowadzenia się. W 2006 roku – 7 lat po zakończeniu kariery zawodowej (ostatnim przystankiem były 32 mecze w koszulce Charlotte Hornets) – podczas rutynowej kontroli znaleziono w jego aucie marihuanę, kokainę i broń.

To właśnie za kółkiem wystąpił w mojej trzeciej ulubionej anegdocie na temat Shacka (druga to ziemnowodność, pierwszą opiszę za moment).

Bo, widzicie, Charles Shackleford skumał się w czasie gry w Philly z Jaysonem Williamsem. Można nawet znaleźć zdjęcia Shacka siedzącego na sali rozpraw nieopodal Williamsa, oskarżonego o nieumyślne zastrzelenie szofera. Zdecydowanie tak robią kumple.

Kumple pożyczają też sobie samochody, dlatego gdy 23 stycznia 2010 roku, w Myrtle Beach (Karolina Południowa), Charles wbił się w tylny błotnik jadącego przed nim Jeepa, kierował autem Jaysona Williamsa. I to właśnie za niego podał się, gdy na miejscu pojawiła się policja.

To było równo miesiąc przed tym, jak Jayson miał się dowiedzieć, że został skazany na pięć lat więzienia i tylko nieco ponad dwa tygodnie po tym, jak pijany Williams wjechał swoim Mercedesem w drzewo, za co parę miesięcy później dodano mu do wyroku jeden rok odsiadki (i 16 tysięcy kary za zniszczenie drzewa).

Podsumowując – Twój kumpel od lat przeżywa piekło, jest sądzony za zabójstwo i dopiero co został złapany po pijaku, a Ty pierwsze co robisz, gdy rozwalasz mu samochód, to udajesz, że jesteś nim, w teorii przyczyniając się do wydłużenia wyroku…

Co prawda Shack twierdzi, że wcale się nie przedstawiał i że funkcjonariusze w ogóle nie poprosili go o prawo jazdy (które zresztą miał zawieszone), spisując go na podstawie tablic rejestracyjnych, ale zarówno policjanci, jak i para jadąca Jeepem, słyszeli jak mówił, iż nazywa się Jayson Williams. Oczywiście to kłamstwo miało bardzo krótkie nogi – zwłaszcza, że bardzo dużo osób widziało Williamsa w czasie wypadku w Nowym Jorku – ale i tak w plebiscycie na Przyjaciela Roku 2010, Shackleford uplasował się dość nisko.

Pół roku później z kolei zajął ostatnie miejsce w konkursie na nie sprzedawanie lewych leków na receptę policjantowi pracującemu pod przykrywką.

Shack zmarł w 2017 roku, na serce. Wszyscy podkreślali, że to był równy chłopina, nieco nieśmiały z powodu zaburzeń mowy (jąkał się), który słabo radził sobie w wewnętrznymi problemami. Ogólnie miał bardzo łagodne usposobienie, ale lepiej było nie testować granic jego cierpliwości…

…i o tym właśnie jest moja ulubiona anegdota na temat Charlesa Shackleforda, którą cytuję za książką nikogo innego, jak Jaysona Williamsa, „Loose Balls: Easy Money, Hard Fouls, Cheap Laughs, and True Love in the NBA”:

Pewnego razu [podczas treningu Sixers – przyp. MMJK], (Shack) podał piłkę pod kosz do Armena Gilliama, ale Armen – jak zawsze – nie oddał jej. […] Shack coś powiedział, potem Armen coś powiedział, a Shack przeklął.

Bluzganie na Armena Gilliama to rzecz, której się po prostu nie robiło. Nie lubił tego. Brał to do siebie.

[…] Później, w szatni, Shack ze spuszczoną głową wiązał buty. Armen był jednak gotowy. Chciał się bić. Podszedł i powiedział: „Choć kolego, idziemy do kotłowni [i shit you not, do kotłowni – przyp. MMJK]. Zamkniemy za sobą drzwi i o własnych siłach wyjdzie tylko jeden z nas”.

Armen nie przeklinał i nie pił, ale potrafił przywalić ci cztery razy, zanim byś się zorientował, co się dzieje. Był twardzielem. Ale Charles Shackleford był z Karoliny Południowej, a to oznacza, że musiał mieć jakieś problemy.

Także chociaż nie miał ochoty walczyć, Shackleford nie miał wyboru. „Okej, nie ma problemu”, odpowiedział.

Armen poszedł do kotłowni, a parę minut później Shack poszedł za nim, niosąc ze sobą wielki, stary worek marynarski.

[…] Po minucie Armen Gilliam wyskoczył z kotłowni, prawie wyrywając drzwi z zawiasów i krzycząc, „on jest szalony, szalony!” W życiu nie widziałem, żeby Hammer biegł tak szybko.

Charles Shackleford wyszedł za nim z wielką maczetą, ogromnym nożem z otworami, takim, jakim ścinano trzcinę w Karolinie Południowej i którego on sam używał pracując na polu z ojcem. Miał ze 60 centymetrów długości. […] Shack spojrzał na nas i powiedział: „Te-te-te-te-ten chłopak, m-m-m-musi uważać z kim zadziera”.

[…] Armen już nigdy więcej go nie zaczepił.

Otagowane

Ervin Johnson

Ervin Johnson

Fun Fact: Jak na kogoś, kto zaczął grać w zorganizowanego kosza dopiero w wieku 22 lat, kariera Not Magica była wręcz błyskotliwa. Johnson po liceum – w którym nie uprawiał sportu, bo najzwyczajniej w świecie nie miał ochoty – przez 3 lata pracował jako kasjer w supermarkecie w Baton Rouge. Jeden z klientów zasugerował mu pewnego dnia, trochę dla żartu, żeby zgłosił się do trenera reprezentacji University Of New Orleans, Tima Floyda. Johnson postanowił spróbować (NBA > supermarket), a początkowo sceptyczny, ale mający problem z obsadą pozycji podkoszowych Floyd dał mu szansę.

Choć Ervin zaczynał grę w NCAA w wieku, w którym inni akademiccy koszykarze kończą pełną, czteroletnią karierę na tym szczeblu rozgrywek, gdy przystępował – jako 25-latek – do Draftu 1993, był najlepszym zbierającym i zdobywcą drugiej największej liczby punktów w historii UNO. Zawodowcem został późno, ale równie późno z zawodowstwem skończył, utrzymując się w NBA aż przez 13 sezonów, będąc zawsze solidnym źródłem zbiórek, bloków i dowcipów o byciu Nie Magikiem oraz posiadaniu twarzy, którą pokochać mogła tylko matka (własna i Tyrone’a Hilla).

W ataku umiał niewiele, przez co nie mógł zaliczyć Finałów 1996 do udanych. Szukający ofensywnego wsparcia z pozycji numer pięć, George Karl grał nim kolejno 9, 8 i 3 minuty w pierwszych trzech spotkaniach pojedynku Sonics i Bulls (choć – tak jak przez większość sezonu – wystawiał go w pierwszej piątce), a w ostatnich trzech meczach nie wypuścił go ani na minutę.

Karl był na tyle niezadowolony, że Ponaddźwiękowcy zwolnili Ervina w lipcu 1996, a trzy dni później zaoferowali jego minuty – razem z niesławnym kontraktem, który miał wręcz zabić koszykówkę w Seattle – Jimowi McIlvaine’owi.

McIlvaine nie zdołał nawet przebić średnich poprzednika z poprzedniego sezonu (3/3 Maca, 5/5 Nie Magica), który rozkwitł w koszulce Denver Nuggets (7/11) i ugruntował swoją pozycję po przejściu do Milwaukee Bucks latem 1997 roku. Już rok później jego trenerem znów został Karl, ale tym razem Furious George wyżej cenił swojego centra, dając mu regularne 20+ minut na mecz, aż do samego wspólnego końca w stanie Wisconsin w 2003 roku.

Otagowane