Fun Fact: A jeśli się zastanawialiście, którym X-Manem był „X-Man”, to chyba najbliżej mu było do Wolverine’a, ponieważ zwykł nie obcinać paznokci, żeby móc nimi kaleczyć przeciwników. Co raczej nie spotykało się z ich aprobatą.
Fun Fact: A jeśli się zastanawialiście, którym X-Manem był „X-Man”, to chyba najbliżej mu było do Wolverine’a, ponieważ zwykł nie obcinać paznokci, żeby móc nimi kaleczyć przeciwników. Co raczej nie spotykało się z ich aprobatą.
Fun Fact: Co bym tu nie napisał, to nie będzie to aż tak „fun” jak to co się dzieje na powyższej karcie. A dzieje się sporo. Wielkie ptaszyska, płomienie, pustynne krajobrazy, psychodeliczne nieba, pioruny, trzęsące się nieproporcjonalne ręce. No i Dan Majerle. I duuużo estetyki lat 90.
Fun Fact: Pamiętacie jak San Antonio Spurs tankowali żeby zdobyć w Drafcie 1997 roku Tima Duncana? Nawet jeśli wyleciało Wam to z głowy, to pewnie przypomniały Wam to tegoroczne ruchy kadrowe Sixers czy Celtics (którzy zresztą w sezonie 96/97 też tankowali). A pamiętacie, że najlepszym strzelcem tamtych Ostróg był 37-letni Dominique „Umiem 3 wsady” Wikins? Jeśli to też Wam wyleciało z głowy to znalazłem wspominkowe wideo:
Fun Fact: Nie chciałem robić tłoku we wpisie o Vlade Divacu i odwracać uwagi od świetnego bloku na Kobe’em, dlatego hijackuję poniekąd wpis o „Żelaznej Dziewicy” żeby zaprezentować tę reklamę:
Swoją drogą chyba nie dało się wymyślić gorzej nadającego się duetu do filmiku o goleniu brody i podrywaniu panienek niż Vlade i A.C.
PS: A tak przy okazji, pewna refleksja: Green jest być może najbardziej inspirującym literacko koszykarzem – przy poprzedniej okazji linkowałem to nieco niepokojące opowiadanie, a właśnie mi się przypomniało, że A.C. użyczył imienia jednemu z bohaterów literackiego serialu obyczajowo-sportowego w formie tekstowej, który kiedyś pisałem razem z imć Spirem na Z Czuba.
Fun Fact: Ten dziwny moment gdy Charlotte Hornets przez chwilę wychodzą lepiej niż Lakers na wymianie Kobe’ego za Divaca:
Fun Fact: Zdobył w swojej karierze ponad 17 tysięcy punktów, 4 razy zagrał w Meczu Gwiazd, był przez 18 lat najlepszym strzelcem wszech czasów w historii Dallas Mavericks, którzy parę lat po zakończeniu kariery zastrzegli jego numer, a Pat Riley uważa, że gdyby nie popełnił największego błędu trenerskiego w swoim życiu i wstawił go na boisko zamiast niemiłosiernie pudłującego Johna Starksa w siódmym meczu Finałów 1994 to Knicks zdobyliby mistrzostwo… A i tak wszyscy mylą Rolando Blackmana z Renaldo Balkmanem.
Sad Fact: Carlos Rogers przyszedł do ligi jako badylowaty atleta zachowujący się jak gangster z Detroit (pewnie dlatego, że faktycznie nim był), który szybko wyrobił sobie opinię trudnego pracownika. Odchodził z niej jako człowiek z sercem na dłoni, któremu każdy dobrze życzył. Niestety aby zmienić tak diametralnie sposób postrzegania swojej osoby, Rogers musiał przeżyć szeroko komentowaną tragedię osobistą. Na początku 1997 roku, gdy Carlos był w trakcie swojego trzeciego, najlepszego sezonu w lidze, jego siostra trafiła do szpitala z niewydolnością nerek. Rogers natychmiast zapowiedział, że odda jej swoją nerkę – tak jak planował to zrobić już 3 lata wcześniej gdy ostatecznie udało się znaleźć innego dawcę. Niestety stan zdrowia Adrienne pogorszył się gwałtownie i było za późno na przeszczep. Zresztą siostra pewnie i tak nie chciałaby zgodzić się na przyjęcie nerki od brata ponieważ od samego początku powtarzała, że nie zaryzykuje jego zdrowia i kariery w NBA.
Nie lubię zmieniać „Fun Factów” w „Sad Facty” ale niestety w przypadku Rogersa inaczej się nie da. Karierę miał w zasadzie niezbyt zapadającą w pamięć (7 punktów tu, 4 zbiórki tam i tak przez 8 sezonów), a artykuły na jego temat z reguły skupiały się na licznych dramatach jakie rozgrywały się w jego najbliższym otoczeniu (ojciec ćpun i zwyrodnialec, życie w centrum wojny gangów, morderstwo jego brata, śmierć siostry, wypadek i paraliż kuzyna). Nie pamiętam też dlaczego zniknął z ligi w wieku 30 lat ale podobno ma się dobrze, na tyle dobrze, że parę lat temu widziano go przeznaczającego 1000 dolarów na budowę placu zabaw w Houston. Czyli, w odróżnieniu od znaczej części koszykarskich emerytów, nie zbankrutował w ciągu pierwszych 5 lat po zakończeniu kariery. A to już kwalifikuje się jako „Fun Fact”.
Fun Fact: Dawno mnie tu nie było, ale mam usprawiedliwienie na każdy dzień nieobecności. Serio. Nie będę się tłumaczył, ale uwierzcie mi, że to lepsze usprawiedliwienia niż te, których swego czasu udzielał Shawn Kemp. Cytat, true story:
„Shawn Kemp w czasach gry w Cleveland często spóźniał się na samolot i w pewnym momencie skończyły mu się wymówki. Pewnego razu powiedział trenerom, że spóźnił się ponieważ jego pies zasnął przed jego samochodem i musiał czekać aż się obudzi.”
Chociaż nie – moje usprawiedliwienia nie są jednak aż tak dobre.
Właśnie wróciłem z poczty:
Mój powrót do zbierania kart miał miejsce krótko przed eksplozją formy Jeremy’ego Lina, więc jego autograf w barwach Knicks stał się moim pierwszym karcianym Świętym Graalem. Potrzeba było podpisania umowy z Rockets i pełnego, dość średniego sezonu aby Linsanity przebrzmiało i karty Lina zeszły cenowo do poziomu jaki uważam za górną granicę tego ile mogę wydać na autograf średniej klasy point guarda, który nie gra już w mojej ulubionej drużynie. Paradoksalnie koniec mody na Lina i jego odejście z Nowego Jorku dodaje powyższej karcie specyficznego uroku – „kto był ten wie” i takie tam.
W każdym razie cieszę się, że z listy największych karcianych zachcianek mogłem wykreślić kolejną pozycję, nawet jeśli nie jara mnie ten fakt tak bardzo jak jarałby 1,5 roku temu. Jak dobrze pójdzie to może za następne 1,5 roku pochwalę się autografem Patricka Ewinga (niestety odejście do Seattle i Orlando nie zaszkodziło cenom jego kart).