Trudno z tego tweeta wyekstrahować konkrety (czy McKey miał już operację, czy też czeka go ona lada moment), a póki co Polynice pozostaje jedynym źródłem tej informacji.
Miejmy więc nadzieję, że operacja się udała/uda i 51-letni Derrick McKey cieszyć się będzie dobrym zdrowiem jeszcze bardzo długo. Trzymam kciuki i Was namawiam do tego samego.
Sylwetkę Derricka nakreśliłem już w poprzednim poście na jego temat, ale trudno mówić o nim i nie wspomnieć po raz kolejny jak jednocześnie ekscytującym i frustrującym zawodnikiem był Heavy D.
Wyobraźcie sobie, że ktoś ma fizyczne predyspozycje Kevina Duranta oraz defensywną wszechstronność Draymonda Greena, ale pozbawiony jest jakiejkolwiek chęci do wybijania się na parkiecie. Wszyscy mieli zawsze same dobre rzeczy do powiedzenia o Derricku McKey, ale biorąc pod uwagę jego potencjał, powinny być to superlatywy.
Gracz Sonics i Pacers (i 76ers w ostatnim sezonie kariery) tłumaczył, że mógłby odgrywać większą rolę w ataku, ale robienie tego na siłę byłoby nie w jego stylu. Stylu, który to polegał na reagowaniu na wydarzenia na parkiecie, zamiast narzucaniu sobie ofensywnych zadań. Ta umiejętność robienia akurat tego, czego w danej chwili jego zespół potrzebuje czyniła go cennym członkiem drużyn opartych o zbalansowany atak, ale czasem nawet jego koledzy mieli dość jego pasywności. Eddie Johnson, zapytany o sposób na zmuszenie Derricka do większej aktywności, powiedział kiedyś:
„Powinniśmy wyjść na boisko, zacząć mecz i podać mu piłkę, a potem wszyscy, poza nim, wrócić do szatni. Wówczas mógłby oddać piłkę już tylko kibicom.”
Taki właśnie obraz McKeya utrwalił się fanom NBA z lat 90. – Pippena dla ubogich, robiącego różne fajne, ale niezbyt podniecające rzeczy gdzieś w tle.
Jak dla mnie najfajniejsze (a ta druga akcja w poniższym wideo, jest także podniecająca) były jego podania za plecami (ale podania za plecami to akurat mój koszykarski fetysz)…
…ale – zwłaszcza w pierwszych sezonach kariery – nieobce były mu też dające zastrzyk adrenaliny wsady (które m.in. eksponują jego warunki fizyczne)…
Fun Fact: Najbardziej ekscytujący moment w długiej i solidnej karierze Michaela Cage’a miał miejsce niedługo przed latami 90. 24 kwietnia 1988 roku, ówczesny zespół Cage’a, Los Angeles Clippers, rozgrywał ostatni mecz sezonu z Seattle Supersonics. Czternasty pick słynnego, jordanowskiego Draftu 1984, ostrzył sobie zęby na tytuł najlepszego zbierającego ligi, czego dowodem była średnia 20.5 zbiórek w sześciu spotkaniach poprzedzających starcie z Ponaddźwiękowcami. Niestety liderem klasyfikacji był Charles Oakley z Chicago Bulls, który dwa dni wcześniej zgarnął z tablic 35 piłek, a chwilę wcześniej zakończył rozgrywki z 21 zbiórkami na koncie. To stawiało Michaela w trudnej sytuacji – by wyprzedzić Oaka w jego koronnej kategorii, musiał zakończyć potyczkę z 28-ką na zbiórkowym liczniku, co byłoby jego rekordem kariery (nigdy wcześniej ani – spoiler alert – później nie miał na nim więcej niż 23).
A jednak mu się udało. Piłka padała jego łupem po niecelnych rzutach aż 30 razy.
Końcowa średnia zbiórek Cage’a wyniosła 13.03, a Oakleya 13.00.
Trzeba oczywiście pamiętać, że Clippers – grający jeszcze bez Danny’ego Manninga, którego mieli wybrać z jedynką naboru dwa miesiące później – przegrali w tamtych rozgrywkach 65 meczów, więc na brak okazji do zbierania piłek Cage nie mógł narzekać. Ba, w meczu z Sonics sam spudłował 7 razy na 8 prób (FG% w karierze: 51.5%) – nie zdziwiłbym się, gdyby zrobił to celowo by móc powalczyć o zbiórki po swoich własnych rzutach.
Nie zmienia to jednak faktu, że obydwaj dali popis walki podkoszowej, za co ich kluby nagrodziły ich… transferami. Bulls dokonali słynnej wymiany Oakleya na Billa Cartwrighta dzień przed Draftem 1988, a Clippers wysłali Cage’a do Supersonics (tych samych, którym dopiero co zwinął sprzed nosa 30 piłek) w dniu naboru za Gary’ego Granta i przyszły pick pierwszorundowy. Jak podsumował to w swoim felietonie dla Sports Illustrated Jack McCallum:
To zabawne, że każdy trener w Ameryce przysięga, iż walka na tablicach to najważniejszy element tej gry, a dwóch najlepszych zbierających NBA zostaje oddanych w odstępie 24 godzin.
Michael Cage – którego fryzjer szedł z duchem czasu i gdy lata 80. ustąpiły miejsca kolejnej dekadzie, zamienił trwałą ondulację na flat topa – spędził w Seattle sześć sezonów, odchodząc zaraz po Wielkim Fiasku Pierwszej Rundy Playoffów z 1994 roku. Jako wolny agent wybrał Cleveland, choć pewnie zastanowiłby się chwilę dłużej, gdyby wiedział, że Mike Fratello postanowi w jego pierwszym sezonie w Ohio zaimplementować swoją niesławną taktykę, która przekształciła Cavs w najwolniej i najnudniej grający team w NBA.
W sezonie 95/96, 34-letni Cage rozegrał swój ostatni istotny statystycznie sezon – jako podstawowy center Kawalerzystów był na 18. miejscu w lidze pod względem całkowitej ilości zbiórek. Miał ich 729, czyli – jak się miało okazać – o 20 więcej niż łącznie w trzech ostatnich sezonach w karierze, którą kończył w 76ers (96/97) i Nets (97/98 i 99/00 – Michael przeszedł na emeryturę w trakcie lokautowego sezonu, ale wrócił na pierwszą połowę kolejnych rozgrywek w roli mentora).
Cage to oczywiście jazda obowiązkowa dla wszystkich fanów podkoszowych twardzieli za lat 90. z ramionami tak szerokimi, że trudniej było je obejść niż Olivera Millera.
Fun Fact: „Cała Polska czeka na Erica Mobleya!” – takimi właśnie słowami były redaktor naczelny serwisu Z Krainy NBA, Piotrek Zarychta, wyjaśnił mi dlaczego siedzi i montuje filmik pokazujący w akcji rezerwowego centra Vancouver Grizzlies z ich najmniej chwalebnego okresu. Na jego obronę (byli redaktorzy naczelni serwisu Z Krainy NBA to bardzo wąskie grono, więc musimy się trzymać razem) trzeba zaznaczyć, że jak na drugiego środkowego najgorszej drużyny NBA, która gra z najlepszą drużyną wszech czasów, był to dość solidny występ…
Ten highlight mógłby konkurować o miano jednego z najmniej potrzebnych highlightów na YouTubie (a konkurowałbym m.in. z takimi tuzami jak „Chris Quinn Mix”, drugim „Chris Quinn Mix”, czy moim ukochanym „Vin Baker Makes Five Really Normal Two-Hand Dunks”), ale wszystko zależy od punktu widzenia. Bo na przykład z punktu widzenia Erica Mobleya, jest to zapis czegoś, co zdarzyło się mu tylko pięć razy: zakończenia spotkania z przynajmniej 12 punktami i 5 zbiórkami (jego rekordy kariery w tych kategoriach, to odpowiednio 14 i 12).
Zanim Mobley trafił do Grizzlies, gdzie widziano w nim przyszłościowego zmiennika dla mającego być podporą tego składu Bryanta Reevesa (spoiler alert: 5 i pół roku po wydarzeniach uwiecznionych na wklejanym wcześniej wideo, obydwaj byli już poza NBA), były center uniwerku Pittsburgh był 18. wyborem w Drafcie 1994. Trafił do Milwaukee Bucks, którzy w tym samym naborze z jedynką zgarnęli Glenna „Big Doga” Robinsona, a eksperci pochwalali decyzję Kozłów, komplementując wypełnienie podkoszowej i defensywnej dziury (zespół z Wisconsin podobno nawet próbował „up-trade’ować” się w okolice loterii, żeby zwiększyć swoje szansę na zwerbowanie Mobleya). „Wreszcie jakiś duży, straszny gość” – pisano. Choć kontuzja wyłączyła go z gry na 36 spotkań w sezonie debiutanckim, to zaaklimatyzował się w lidze na tyle, że łącznie 29 razy wystąpił w pierwszej piątce Milwaukee, zanim oddano go na początku drugiego roku do Kanady za Benoit Benjamina.
Wcześniej Eric był cenionym centrem Pitt – programu niesłynącego raczej z masowej produkcji gwiazd NBA, przez co wspomniana osiemnastka w drafcie była świetną recenzją jego akademickiej kariery. Od 1988 roku, w pierwszej rundzie naboru nazwisko gracza z Pittsburgha było wyczytywane tylko 3 razy (Steven Adams w 2013, Vonteego Cummings w 1999 i właśnie Mobley w 1994), a najlepszym koszykarzem w historii NBA po tej uczelni jest Charles „Dałem się zablokować 4 razy w jednej akcji, w najgorszym możliwym momencie” Smith.
Jeszcze wcześniej zaś, pochodzący z Bronxu Mobley zjadał mniejszych i bardziej wątłych przeciwników jego liceum Salesian in New Rochelle. Jeden z meczów skończył wówczas z 20 blokami na koncie.
W 113 meczach, jakie rozegrał w NBA, ledwie potroił tę ilość (61), choć to właśnie bloki i obrona obręczy były na szczycie listy jego największych zalet. Niestety nie było na niej zdrowia (Mobley nigdy nie zagrał w więcej niż 46 meczach w sezonie), ale także pracowitości, co mogło się wiązać zarówno z kontuzjogennością, jak i szybko postawioną na zawodniku kreską. Na jego usprawiedliwienie można jedynie dodać, że pogłoski o jego lenistwie pochodziły z Vancouver, w którym w owym czasie morale koszykarzy pukało od dołu w dno Rowu Mariańskiego. Gracze tak nie znosili deszczowego (choć pięknego) kanadyjskiego miasta, że jeden z nich na wieść o transferze do Grizzlies wypił 17 piw, inny, gdy dowiedział się o fiasku próby wykupienia klubu i przenosin do St. Louis, powiedział: „To smutny dzień dla Vancouver”, a jeszcze inny spędzał więcej czasu w klubach go-go niż na treningach (o nim dopiero będę pisał, stay tuned).
Fun Fact: Przy okazji wpisu o Kurcie Thomasie poczytałem sobie trochę tekstów sprzed Draftu 1995 i znalazłem różne ciekawe plotki transferowe. Wśród nich pojawiła się informacja, że Atlanta Hawks zaoferowali Mookie’ego Blaylocka i pick numer 16 w zamian za należący do Washington Bullets pick czwarty, z którym planowali wybrać Kevina Garnetta.
Mookie był wtedy rok po występie w All-Star Game i dwóch kolejnych wyborach do pierwszej piątki All-Defensive, mógł więc być atrakcyjny dla Pocisków szukających kogoś do poukładania na parkiecie gry swoich młodych gwiazd. Z szesnastką Bullets mieli różne interesujące opcje. Oryginalnie ze swoją czwórką wzięli kolejnego power forwarda (mieli już Chrisa Webbera i Juwana Howarda), ale po prostu postawili na teoretycznie najlepszego z pozostających do wyjęcia gości – Rasheeda Wallace’a. Po pierwszych piętnastu pickach dostępni wciąż byli m.in. przyszli All-Starzy, Michael Finley i Theo Ratliff.
Najciekawsze w tym scenariuszu z cyklu „Co by było gdyby?” jest to, że mając Mookie’ego, Bullets nie musieliby tak usilnie szukać rozgrywającego i mogli odpuścić trade z Cleveland z końca września 1995, w ramach którego pozyskali Marka Price’a… zwłaszcza, że zagrał w tylko 7 spotkaniach dla Waszyngtonu… Ceną był wówczas pierwszorundowy pick w Drafcie 1996, pick dwunasty, który Cavs wykorzystali na Witalija Potapenko. Bullets z Mookiem weszliby w sezon, w którym Webber rozegrał tylko 15 meczów, więc jest spora szansa, iż skład złożony z dowolnej kombinacji Blaylocka, Howarda, Calberta Cheaneya, Gheorghe Muresana i nawet Finleya/Ratliffa też zadowoliłby się przyzwoitymi 39 zwycięstwami i pozostał z numerem 12 w naborze. Gdyby tak się stało, to przypominam, że do wzięcia wciąż był pewien guard z imieniem zainspirowanym japońską wołowiną…
Hawks też napisaliby sobie nie najgorszą alternatywną historię. Jasne, brakowałoby bardzo solidnego Blaylocka, ale Steve Smith mógł zostać pełnoetatowym rozgrywającym i jakoś by to było. Rok później Jastrzębie ściągnęły Dikembe Mutombo, który razem z Kevinem Garnettem stworzyłby zaczyn bardzo groźnego składu.
Przed Draftem 1995 Bullets mieli jeszcze jednego chętnego na ich pick – Portland Trail Blazers – którzy za szansę wyboru KG oferowali Roda Stricklanda. Waszyngton się nie zgodził, ale rok później dokonał w zasadzie tej samej wymiany, bo pozyskali Stricklanda za Wallace’a.
Poboczna ciekawostka: podobno Suns chcieli w tym samym czasie oddać Dana Majerle do Vancouver Grizzlies za ich pick numer 6. Czy też wzięliby Bryanta Reevesa? A może postawiliby na Damona Stoudemire’a, przez co zrezygnowaliby z wyboru Steve’a Nasha rok później (nie żeby Nash zagrzał u nich długo miejsca przy pierwszym podejściu, ale jego kariera mogła się jednak potoczyć inaczej)? Niestety mogli też nadepnąć na taką minę, jak Shawn Respert (pick #8) czy Ed O’Bannon (#9). Ostatecznie opchnęli Pioruna Kawalerzystom za Johna Williamsa, który był w porządku, ale miał już 33 lata i powoli pakował ligowe manatki (Dan miał trzy wiosny na karku mniej, choć jak się miało okazać, też najlepsze lata miał za sobą).
Sad Fact: Nie pisałem o tym na blogu, ale zapewne wielu z Was wie, że Blaylock w 2013 roku spowodował wypadek samochodowy, zabijając 43-letnią matkę piątki dzieci. Nie był wówczas pijany, ale nie miał prawa jazdy a lekarze zakazali mu prowadzenia samochodu z powodu napadów padaczkowych, których doświadczał w wyniku odstawienia alkoholu. Za swoją głupotę Mookie został w 2014 roku skazany na 15 lat więzienia, który to wyrok – w ramach ugody – zamieniono na 3 lata w więzieniu, 4 w zawiasach i 8 na warunkowym. Choć ostatnio nic o nim nie słychać, były point guard Hawks zapewne opuścił już zakład zamknięty, miejmy więc nadzieję, że trzyma się z dala od używek i – przede wszystkim – od samochodów.
Fun Fact: Zawsze się zastanawiałem, czy Kurt Thomas mógł zostać kimś więcej niż tylko specem od zbiórek i rzutu z półdychy. Czy jego zawodowym „sufitem” rzeczywiście był zadaniowiec?
Moje wątpliwości wywodzą się jeszcze z czasów, gdy byłem dwunastolatkiem i logiczne było dla mnie, że jeśli ktoś był liderem NCAA (a konkretnie jej najbardziej prestiżowej jednostki organizacyjnej, Division I) pod względem średniej punktów i zbiórek, to musi mieć papiery na bycie Kimś w NBA.
Był wówczas – i pozostaje nim po dziś dzień – dopiero trzecim w historii liderem Division I zarówno w punktach, jak i zbiórkach. Jego poprzednikami byli legendarny i nieodżałowany Hank Gathers oraz Xavier McDaniel, przez lata jeden z najbardziej ekscytujących skrzydłowych ligi.
Kurta Thomasa nikt jednak nie nazwałby ekscytującym. Solidny? Tak. Twardy? Oczywiście. Pożyteczny? Jak najbardziej. Ale ekscytujący?
Co więc poszło nie tak?
Czy w ogóle coś poszło nie tak? Koszykówka tak zorganizowana jak w NBA weryfikuje przecież szybko rolę byłych gwiazd podrzędnych szkół.
No właśnie.
Thomas przystępował do Draftu 1995 ze średnimi 28.9 PPG i 14.6 RPG za jego ostatni sezon w koszulce Texas Christian University, ale Horned Frogs nie byli zbyt prestiżowym programem, dlatego trudno było doszukać się jego nazwiska w czołówce mock draftów.
Do tego jego akademicka kariera trwała aż 5 lat, bo stracił całe rozgrywki 92/93 z powodu złamanego piszczela. Miał też złamany kciuk i kostkę. Złamana kostka przytrafiła mu się też w szkole średniej. Podwyższone ryzyko kontuzji obniżało jego notowania, a na dodatek Thomas wyrobił sobie opinię dupka znacznie przesadzając z trash talkiem i pyszałkowatością.
Nikt jednak nie mógł odmówić mu niesamowitego rozwoju w czasie gry w NCAA. Z nieznanego gościa, który zaczął regularnie grać w kosza dopiero w połowie liceum, stał się autorem jednego z najrzadszych statystycznych osiągnięć w koszu akademickim.
Docenili to Miami Heat, wykorzystując na Kurta swój dziesiąty pick. Nie wiem czy ten ruch miał już błogosławieństwo Pata Rileya, który oficjalnie trenerem i prezydentem Heat został dopiero dwa miesiące później, lecz rileyowską czystkę nie tylko przetrwał, ale Brylantynowy Pat w drugiej połowie sezonu uczynił z niego podstawowego power forwarda (wcześniej robiąc mu miejsce poprzez transfery Kevina Willisa i Billy’ego Owensa). W grudniu 1995 był nawet taki okres 11 meczów, w których pierwszoroczniak z Teksasu notował po 17 punktów i prawie 8 zbiórek na spotkanie.
Rookie Kurt od czasu do czasu robił nawet takie, zupełnie nie kojarzące się z jego późniejszą karierą, rzeczy…
Niestety po obiecującym sezonie debiutanckim przeddraftowe obawy zaczęły się potwierdzać. Thomas po raz trzeci w karierze doznał kontuzji kostki i zakończył rozgrywki 96/97 po 18 spotkaniach. Heat dochodzącego do siebie skrzydłowego wyekspediowali do Dallas w ramach transferu Jamala Mashburna, ale w rodzinnym mieście także się nie nagrał – uraz kostki się odnowił i mogliśmy go w koszulce Mavs obejrzeć tylko 5 razy przez cały sezon 97/98.
Tu ciekawostka – Donowi Nelsonowi tak było żal Kurta, że zaoferował mu posadę asystenta trenera. Nie żałował go jednak tak bardzo, by latem zaoferować mu wieloletni kontrakt, dlatego Thomas wybrał ofertę z Nowego Jorku, gdzie został lajtową wersją Charlesa Oakleya i udowodnił, że problemy zdrowotne to przeszłość.
Jesienią 1999 roku powiedział, że jego celem indywidualnym są średnie na poziomie double-double i dopóki ich nie osiągnie, nie będzie miał poczucia, iż wykorzystuje pełnię swoich możliwości. Swoje ambicje wypełnił w sezonie 04/05, ale myślę, że ostatecznie bardziej dumny jest z utrzymania się w NBA aż przez 18 sezonów.
Nieźle, jak na kontuzjogennego dupka z mało ważnego uniwerku.
A wracając do pytania otwierającego ten wpis… Gdyby Kurt Thomas trafił do drużyny mniej zorientowanej na natychmiastowe wygrywanie niż Miami Heat, a jednocześnie nie zdemoralizowanej brakiem sukcesów i gdyby był zdrowszy – i nie mówię tu tylko o straconym drugim i trzecim sezonie w NBA, ale też o ciągłych urazach w szkole średniej i wyższej, bez których rozwój Kurta mógł być jeszcze bardziej imponujący – to moim zdaniem mógłby zbliżyć się do poziomu All-Star (jeśli w naszej wersji rzeczywistości potrafił wykręcać 14/9, to 20/10 w rzeczywistości nieco bardziej mu sprzyjającej nie wydaje się wygórowanym oczekiwaniem).
Tyle, że to gdybanie nie ma sensu (gdyby babcia miała Consy, to by była Larrym Johnsonem), bo powinniśmy być zadowoleni z tej wersji Kurta Thomasa, którą dostaliśmy (choć wielu fanów Knicks z połowy lat zerowych mogłoby się nie zgodzić).
Ta liga pełna jest gości, którzy mogą grać jak gwiazdy, jeśli są pierwszą opcją ataku, jak KT w Texas Christian. Prawdziwego zawodowca poznacie jednak po tym, że poza swoją – wybaczcie kołczingowy bulszit – „strefą komfortu” wciąż potrafi odnosić sukcesy.
Są tacy gracze NBA, którzy w drogę do sportowego spełnienia wyruszyli limuzyną lub wyścigówką, ale Kurt nie miał problemu, że wręczono mu kluczyki do ciężarówki. Siedząc wygodnie w jej kabinie mógł nie raz patrzeć z góry na porzucone na poboczu bardziej luksusowe auta.
Fun Fact: Tak jest! Dwa z rzędu wpisy, których bohaterem jest Kevin Pritchard. O tempora, o mores. Uznałem jednak, że jestem Wam to winien za wpadkę jaką było zdublowanie karty Kevina poprzednim razem.
Co? Że ta nowa karta jest praktycznie taka sama?
No cóż, to Kevin Pritchard. Gdy umrze – nie żebym mu tego życzył, ale każdy kiedyś umrze – pewnie go pochowają w tej czapce i z tą piłką.
Żebyście jednak nie myśleli, że bycie pierwszym w historii graczem, który podpisał kontrakt z Vancouver Grizzlies (i nie zagrał dla nich w żadnym meczu), jest jedynym koszykarskim osiągnięciem Pritcharda, to nadmienię, iż zdobył mistrzostwo NCAA jako point guard pierwszego składu Kansas (gwiazdą tamtej drużyny był Danny Manning, a trenerem był Larry Brown) a czasem robił tak:
A wracając do poprzedniego wpisu. Wrzucając do niego linka na facebooku zarzuciłem odważną tezę – że gdyby zebrać koszykarską piątkę złożoną z samych gości imieniem Kevin, to miała by ona wielkie szanse na wygraną w Turnieju Imienników. Ponieważ temat pobudził Waszą i moją wyobraźnię, przy okazji powrotu do Kevina Pritcharda, postanowiłem powrócić także do niego.
Zmontowałem 30 imiennych piątek, które moim zdaniem reprezentują niezły poziom i które da się skompletować bez większej gimnastyki. Przy ocenie siły poszczególnych teamów nie brałem pod uwagi głębi składu tylko skład samej pierwszej piątki. Oczywiście na niektóre pozycyjne przyporządkowania w tych zespołach trzeba przymknąć oko, ale w obecnej erze bezpozycyjnej koszykówki powinno to być łatwe.
Zacząłem od podzielenia swojej trzydziestki na trzy ligi po dziesięć zespołów.
3. liga
Trzecia najsłabsza liga to następujące drużyny (kolejność alfabetyczna): All-Andrew Team (Andre Miller – Andrew Toney – Andre Iguodala – Andrei Kirilenko – Andre Drummond), All-Daniel Team (Danny Ainge – Danny Green – Dan Majerle – Danny Manning – Dan Issel), All-Jamal Team (Jamal Murray – Jamal Crawford – Jamal Mashburn – Jamaal Wilkes – Jamal Sampson), All-Jason Team (Jason Kidd – Jason Terry – Jason Richardson – Jason Maxiell – Jason Thompson – Jayson Tatum – Jayson Williams[EDIT: Jakub na FB uświadomił mi, że zapomniałem o Jasonach przez „JAY”, więc edytuję skład, który nagle wygląda dużo lepiej…]), All-Nathaniel Team (Nate „Tiny” Archibald – Nate Robinson – Nate McMillan – Nate Bowman – Nate Thurmond), All-Reggie Team (Reggie Theus – Reggie Miller – Reggie Lewis – Reggie Slater – Reggie Evans), All-Richard Team (Richie Guerin – Rip Hamilton – Rick Barry – Richard Jefferson – Richard Petruska), All-Sam Team (Sam Cassell – Sam Jones – Sam Mitchell – Sam Perkins – Sam Lacey), All-Tom Team (Tomas Satoransky – Tom Van Arsdale – Tommy Heinsohn – Tom Chambers – Tom Gugliotta), All-Vincent Team (Vinny Del Negro – Vinnie Johnson – Vince Carter – Vince Hunter – Vin Baker).
Niespecjalnie będę się z tych drużyn tłumaczył. Do czterozespołowych playoffów w tej lidze awansowałyby moim zdaniem Andrzeje, Daniele, Ryśki i Tomki.
2. liga
Druga liga to już kilka zespołów, które mają prawo czuć się pokrzywdzone nie zaliczeniem ich do ekstraklasy: All-Anthony Team (Tony Parker – Tony Allen – Anthony Mason – Anthony Davis – Karl-Anthony Towns), All-Charles Team (Charlie Scott – Chuck Person – Charles Barkley – Charles Oakley – Charles „Buck” Williams), All-Jerry Team (Jerry West – Jerry Sloan – Jerry Stackhouse – Jerry Reynolds – Jerry Lucas), All-Joseph Team (Jo Jo White – Joe Dumars – Joe Fulks – Joe Johnson – Joe Barry Carroll), All-Larry Team (Larry Drew – Larry Hughes – Larry Bird – Larry Johnson – Larry Nance), All-Louis/Lewis Team (Louie Dampier – Lou Williams – Lou Hudson – Louis Orr – Lew Alcindor), All-Mark Team (Mark Price – Mark Jackson – Mark Aguirre – Marc Gasol – Mark Eaton), All-Stephen/Steven Team (Steve Nash – Stephen Curry – Steve Smith – Stephen Jackson – Steve Stipanovich), All-Tim Team (Tim Hardaway – Tim Legler – Tim Hardaway Junior – Tim Thomas – Tim Duncan), All-Walter Team (Walt Frazier – Walter Davis – Wally Szczerbiak – Walter Dukes – Walt Bellamy).
Na podstawie poziomu talentu i dorobku, drużyna Józków powinna być w pierwszej lidze. Zmarły na początku tego roku Joseph Henry „Jo Jo” White i Joe Dumars to dwaj niepozorni twardziele, którzy nie ustąpią ci ani na centymetr. Nie bez powodu sam Michael Jordan namaścił Dumarsa jako najtrudniejszego defensora przeciwko jakiemu grał. Iso Joe takim twardzielem nie jest, ale jego wszechstronność i brak lęku przed kluczowymi momentami meczu będzie cenna. Fulks to pierwsza ofensywna gwiazda ligi, gracz z innej epoki, który potrafił rzucić 63 punkty w meczu, w erze, która dała nam spotkanie zakończone wynikiem 19:18. Tyle, że Joe – choć na przełomie lat 40 i 50 grywał jako power forward – mierzył tylko 196 centymetrów. W rezultacie czwórką musiałby być Joe Johnson, który – owszem, bywał nią ostatnimi czasy, ale nie ufam tej konfiguracji w każdym starciu. Choć Barry Carroll, gdyby mu się akurat chciało, ma wystarczająco dużo talentu, żeby zapewnić temu teamowi awans do pierwszej ligi.
Podobne zastrzeżenia mam do drużyny Stefanów – choć dwaj rozgrywający z czterema statuetkami MVP to świetny początek. Steve Smith na skrzydle się sprawdzi i pomoże jako point forward, Stephen Jackson u Dona Nelsona bywał przesuwany na czwórkę. Zdrowy Steve Stipanovich to zaś 13/8 w każdym meczu. Brakuje podkoszowca kalibru All-Star żeby wziąć szturmem pierwszą ligę…
Widziałbym jednak obydwie drużyny w drugoligowych playoffach, razem z All-Charles Team (przymykam oko, że Person oficjalnie nie nazywa się „Charles”, a „Chuck”, bo to przecież zdrobnienie tego samego imienia, trio Barkley-Oakley-Williams to najtwardsza podkoszowa formacja w turnieju imienników, a Charlie Scott to 5-krotny All-Star w ABA i NBA ze średnimi z kariery na poziomie 20/4/5) i All-Walter Team (dwóch Hall-of-famerów i idol Michaela Jordana, Walter Davis, łącznie 20 Meczów Gwiazd w dorobku całej piątki).
Jeśli nie przekonuje Was small-ball All-Josephów i All-Stevenów, to na ich miejsca w walce o awans o klasę wyżej czają się All-Jerry Team (West i Lucas to legendy), All-Louis/Lewis Team (młody Kareem, a Dampier to gwiazda ABA i członek Hall Of Fame) i All-Mark Team (brak tu mega-gwiazdy, ale za to mamy cały skład gości „robiących robotę”).
Czarny koń: Antki.
1. liga
Oto 10 moim zdaniem najlepszych piątek imienników:
All-Chris Team
PG – Chris Paul (9x All-Star, 8x All-NBA, 9x All-Defensive, 4x lider asyst, 6x lider przechwytów, gwarantowane Hall Of Fame)
SG – C.J. McCollum (Christian James nie ma koncie zbyt wielu indywidualnych wyróżnień, ale to jeden z najgroźniejszych w ofensywie guardów, rzucający od 3 lat powyżej 20 punktów na mecz)
SF – Chris Mullin (Hall Of Fame, 5x All-Star, 4x All-NBA)
Może frontcourt nieco soft a CP3 wciąż niczego jeszcze nie wygrał, ale podoba mi się ten zestaw, bo sprawdziłby się i dziś, i 30 lat temu.
All-David Team
PG – Dave Bing (Hall Of Fame, 7x All-Star, 3x All-NBA, 1x król strzelców, członek 50-tki najlepszych graczy NBA wybranej na 50-lecie ligi)
SG – David Thompson (Hall Of Fame, 5x All-Star, 3x All-NBA/ABA)
SF – Dave DeBusschere (Hall Of Fame, 8x All-Star, 1x All-NBA, 6x All-Defensive, członek 50/50)
PF – Dave Cowens (Hall Of Fame, 1x MVP, 8x All-Star, 3x All-NBA, 3x All-Defensive, członek 50/50)
C – David Robinson (Hall Of Fame, 1x MVP, 1x DPOY, 10x All-Star, 10x All-NBA, 8x All-Defensive, 1x król strzelców, 1x lider zbiórek, 1x lider bloków, członek 50/50)
Jeden z tylko dwóch składów, którego wszyscy członkowie należą do Hallu Sławy. Stawiacie przeciwko nim na własną odpowiedzialność…
All-George Team
PG – George Hill (solidna jedynka, 11/3/3 w karierze)
SG – George Gervin (Hall Of Fame, 12x All-Star, 9x All-NBA/ABA, 4x król strzelców, członek 50/50)
SF – George McCloud (specjalista od rzutów za trzy, prawie 19 PPG w najlepszym sezonie)
PF – George McGinnis (Hall Of Fame, 1x MVP ABA, 6x All-Star, 5x All-NBA/ABA)
C – George Mikan (Hall Of Fame, 4x All-Star, 6x All-NBA, 3x król strzelców, 2x lider zbiórek, członek 50/50)
George Mikan był pierwszym dominatorem tej ligi, ale zaczynał karierę w latach 40. i trudno powiedzieć jak wypadłby na tle współczesnych, bardziej wysportowanych centrów. Uważam jednak, że jak ktoś ma 208 cm i 111 kg to z talentem Mikana poradzi sobie w każdej erze koszykarskiej. Zresztą jeśli już wyobrażamy sobie Mikana grającego współcześnie, to musimy też sobie wyobrazić jak dobry by był, gdyby swój talent szlifował przy pomocy obecnych metod treningowych. Dodajcie genialnego strzelca Gervina i jeszcze jednego dominującego podkoszowca i macie siłę, która powinna poradzić sobie w niejednym wyimaginowanym starciu, nawet jeśli ich wsparcie to Hill i McCloud…
All-James Team
PG – James Harden (6x All-Star, 4x All-NBA, 1x król strzelców, 1x lider asyst)
SG – Jim Jackson (prowadzący nomadyczny tryb życia łowca punktów, 12 drużyn i 14 PPG w karierze, najlepszy sezon zakończył ze średnią ponad 25 punktów na mecz)
SF – Jimmy Butler (4x All-Star, 1x All-NBA, 3x All-Defensive)
PF – James Worthy (Hall Of Fame, 7x All-Star, 2x All-NBA, członek 50/50)
C – James Donaldson (1x All-Star)
Sezon, w którym James Donaldson został All-Starem zakończył ze średnią 7 punktów na mecz, co czyni go jednym z najbardziej kuriozalnych członków gwiazdorskiego grona, ale przez długie lata był solidnym środkowym celującym co noc w 10/10 i na pewno przyda się drużynie, której siła ognia i tak robi już wrażenie. Kariery Hardena i Butlera wciąż jeszcze się piszą, ale ich triumwirat z Worthym powinien dać tej drużynie wystarczająco argumentów w tej zabawie.
All-John Team
PG – John Stockton (Hall Of Fame, 10x All-Star, 11x All-NBA, 5x All-Defensive, 9x lider asyst, 2x lider przechwytów, członek 50/50)
SG – John Wall (5x All-Star, 1x All-NBA, 1x All-Defensive)
SF – John Havlicek (Hall Of Fame, 13x All-Star, 11x All-NBA, 8x All-Defensive, członek 50/50)
PF – John Drew (2x All-Star, 20.7 PPG za całą, 11-letnią karierę)
Stockton i Havlicek to legendy, Wall „czynnik X”, a Hot Rod i Drew bardzo solidne opcje pod koszem, zwłaszcza ten drugi, który otarł się o status gwiazdy i być może dokonałby więcej, gdyby nie wyleciał z ligi na narkotyki w połowie lat 80. Przyznaję jednak, że to być może najsłabszy team w tej lidze i nie trzeba by było długo przekonywać mnie do podmianki na Josephów, Stevenów lub Charlesów…
All-Kevin Team
PG – Kevin Johnson (3x All-Star, 5x All-NBA, stały bywalec klubu 20/10)
SG – Kevin Durant (1x MVP, 9x All-Star, 7x All-NBA, 4x król strzelców)
SF – Kevin Garnett (1x MVP, 1x DPOY, 15x All-Star, 9x All-NBA, 12x All-Defensive, 4x lider zbiórek)
PF – Kevin McHale (Hall Of Fame, 7x All-Star, 1x All-NBA, 6x All-Defensive, członek 50/50)
C – Kevin Love (5x All-Star, 2x All-NBA, 1x lider zbiórek)
Trochę zmieniłem skład Kevinów w porównaniu z piątką, którą zarzuciłem na facebooku, bo uznałem że KD spokojnie poradzi sobie na dwójce, a jeśli już KG musimy przesunąć z czwórki, by zrobić miejsce dla McHale’a, to lepiej o pozycję w dół, bo w ten sposób możemy wcisnąć Love’a na środek. Za kilka lat będzie to skład z trzema Hall-of-famerami i nadal uważam, że to jeden z faworytów turnieju imienników, niezależnie od ery, do której będziemy odnosić umiejętności zawodników.
SG – Michael Jordan (Hall Of Fame, 5x MVP, 1x DPOY, 14x All-Star, 11x All-NBA, 9x All-Defensive, 10x król strzelców, 3x lider przechwytów, członek 50/50)
SF – Michael Finley (2x All-Star, 5 sezonów ze średnią ponad 20 punktów na mecz)
PF – Michael Cage (1x lider zbiórek)
C – Mike Gminski (okolice 17/10 w najlepszych latach)
Nie powinno się stawiać przeciwko drużynie posiadającej Michaela Jordana, ale nie widzę ich na szczycie tej ligi, choć Sugar Ray (oczywiście każdy zawodnik występuje w szczytowej formie, pomijamy więc wątek jego uzależnienia od narkotyków, który przeszkodził mu w zrealizowaniu swojego potencjału… pomijamy też literówkę w jego imieniu…) mógłby być Pippenem, Finley zadaniowcem od rzutów z dystansu, a Cage i Gminski – Grantem i Cartwrightem. Czarny koń?
All-Paul Team
PG – Paul Pressey (prototyp point forwarda)
SG – Paul Arizin (Hall Of Fame, 10x All-Star, 4x All-NBA, 2x król strzelców)
SF – Paul George (5x All-Star, 3x All-NBA, 3x All-Defensive)
Długo się zastanawiałem, czy drużyna Pawłów nie powinna ustąpić miejsca w ekstraklasie komuś innemu, bo trochę za dużo tu swingmanów, ale ostatecznie stwierdziłem, że poziom talentu i wymienności pozycji jest tu za duży, żeby ktoś jednoznacznie zasługiwał na wypromowanie go kosztem All-Paul Team. Najdłużej myślałem nad podobnie zbudowanymi All-Joseph Team, ale uznałem, że brakuje im gościa takiego jak The Truth (który niebawem podwoi stan członków Hall Of Fame w tym składzie) – charyzmatycznego lidera. Dumars i White to niesamowicie gracze, ale też co najwyżej drugie opcje w najlepszych latach. Oczywiście Pawły będą żyć i umierać small-ballem, ale każdy fan „Lineup Of Death” Golden State Warriors wie, że może się to udać.
All-Robert Team
PG – Bob Cousy (Hall Of Fame, 1x MVP, 13x All-Star, 12x All-NBA, 8x lider asyst, członek 50/50)
SG – Bob Dandridge (4x All-Star, 1x All-NBA, 1x All-Defensive)
SF – Bobby Jones (5x All-Star, 1x All-ABA, 11x All-Defensive)
PF – Bob Pettit (Hall Of Fame, 2x MVP, 11x All-Star, 11x All-NBA, 2x król strzelców, 1x lider zbiórek, członek 50/50)
C – Bob McAdoo (Hall Of Fame, 1x MVP, 5x All-Star, 2x All-NBA, 3x król strzelców)
Pettit i McAdoo to podkoszowe żywioły z trzema statuetkami MVP i pięcioma tytułami króla strzelców na koncie (choć przyznaję, że długo się zastanawiałem, czy pozycji centra nie oddać Robertowi Parishowi lub Bobowi Lanierowi), Cousy to czarodziej rozegrania a Dandridge i Jones to gracze sprawdzający się po obydwu stronach parkietu. Z takim składem można w tej lidze myśleć o podium…
All-William Team
PG – Bill Sharman (Hall Of Fame, 8x All-Star, 7x All-NBA, członek 50/50)
SG – Bill Bradley (Hall Of Fame, 1x All-Star)
SF – Billy Cunningham (Hall Of Fame, 1x MVP, 5x All-Star, 5x All-NBA/ABA, członek 50/50)
PF – Bill Walton (Hall Of Fame, 1x MVP, 2x All-Star, 2x All-NBA, 2x All-Defensive, 1x lider zbiórek, 1x lider bloków, członek 50/50)
C – Bill Russell (Hall Of Fame, 5x MVP, 12x All-Star, 11x All-NBA, 1x All-Defensive, 4x lider zbiórek, członek 50/50)
Sami członkowie Hall Of Fame. Za same zasługi są w moim top 4.
Nie jestem oczywiście w stanie orzec kto powinien wygrać turniej imienników (nie mogę się nawet zdecydować według jakich kryteriów oceniać potencjał drużyn), zostawiam więc Was z sondą uwzględniającą zespoły pierwszoligowe i kilka osobistych typów z niższych lig. Z góry dzięki za pomoc w rozstrzygnięciu tego pojedynku…
Fun Fact: Powyższa karta to na pewno jedna z najdziwniejszych kart jakie kiedykolwiek wydrukowano, bo uwiecznia z pewnymi fanfarami jeden z najmniej ważnych momentów w historii NBA. Gdy byliśmy u progu ekspansji ligi w 1995 roku, pierwszy zawodnik w dziejach Vancouver Grizzlies mógł się wydawać godny odnotowania, ale czas szybko zweryfikował rolę Kevina Pritcharda w renesansie koszykówki w Kanadzie.
Pod koniec maja podpisał kontrakt, który dla niego był szansą aby wreszcie się wykazać (po sezonie debiutanckim w Golden State, w latach w 1991-95 rozegrał tylko 30 meczów NBA rozbitych na trzy drużyny i przeplecionych dwoma latami spędzonymi w Europie), ale jeszcze przed rozpoczęciem rozgrywek 95/96 został wysłany do Orlando Magic za Anthony’ego Aventa i zwolniony dzień później. Nie rozegrał więc ani jednego spotkania dla Grizzlies. Jego kariera zakończyła się w lutym 1996 roku po dwóch meczach w koszulce Bullets. W ostatnim starciu dostał 16 minut, rzucił 7 punktów i rozdał 4 asysty, co wcześniej zdarzyło mu się tylko cztery razy. Bardziej typowy występ Kevina Pritcharda wyglądał mniej więcej tak:
Wracając jednak do karty służącej za ilustrację wpisu. Zawsze mnie hipnotyzowała, ukryta pomiędzy tymi wszystkimi standardowymi kartonikami z dwumetrowymi łowcami punktów w heroicznych pozach. Trudno było na moment nie zawiesić się podczas przeglądania swoich zbiorów, nie poświęcić refleksji tej strzesze kruczoczarnych włosów, tym brwiom, tej szczęce czy TEMU krawatowi Kevina, który zdecydowanie bardziej wyglądał na GM’a (i ostatecznie nim został) niż zawodnika. No i – ponieważ to były lata 90., a ja byłem jeszcze w podstawówce i nie miałem najlepszego gustu – chciałem mieć taką piłkę i czapkę.
Ta karta hipnotyzowała mnie tak bardzo i tak bardzo nadal mnie hipnotyzuje, że spowodowała pierwszy w historii bloga dubel.
Gdy się zorientowałem, w pierwszym odruchu chciałem wyrzucić ten post do kosza, ale potem uznałem, że mogę żyć z łatką gościa, który ciągle ma ochotę skanować i publikować w Internecie tę dziwną kartę Kevina Pritcharda (no i pierwszy dubel po ponad 6 latach i prawie 800 wpisach nie jest chyba powodem do bycia specjalnie zawstydzonym).
No bo spójrzcie na te smoliste kępy kłaków wylewająca się spod czapki aż na oczy! Bliżej przekonania się, jak wyglądałaby karta koszykarska Wooly Willy’ego nigdy nie będziemy…
Co ciekawe, choć Pritchardowi w NBA zdecydowanie nie wyszło, ogólnie ceniono jego koszykarskie IQ i zwracano uwagę na ukryty pod niepozorną powierzchownością atletyzm – podobno Kevin miał taki sam wyskok dosiężny co, na przykład, Gerald Green.
Fun Fact:Drugi dzień z rzędu bohaterem wpisu jest gracz o nazwisku Grant i – z tego właśnie powodu – ksywie „Generał”. Brian Grant zasługiwał na sobie poświęcony wpis od dawna, zwłaszcza, że nieodłącznie kojarzący się z nim (a przynajmniej mnie się kojarzący), a mniej zasłużony Michael Smith już miał swoje pięć minut.
Grant i Smith kojarzą mi się na tyle mocno, że zamiast pisać cały tekst od nowa, przepiszę tekst o Michaelu Smith’cie podmieniając tylko nazwiska, liczby i niepodważalne fakty:
Michael Smith Brian Grant został wybrany w drugiej pierwszej rundzie Draftu 1994 przez Sacramento Kings i stworzył ekscytujący duet pierwszorocznych power forwardów z Brianem Grantem Michaelem Smithem. Po pierwszym sezonie mógł się poszczycić występem w Rookie Game i najlepszym drugim wśród debiutantów odsetkiem trafień z pola (54.2% 51.1%)*. Po drugim sezonie miał już miano najlepszego zbierającego ligi wśród graczy, którzy ani razu nie wyszli w podstawowym składzie (6.0) jednego z liderów Kings, których pomógł wprowadzić do playoffs jako trzeci strzelec (14.4 PPG), drugi zbierający (7.0 RPG) i najlepszy blokujący (1.3 BPG). W trzecim, został graczem pierwszej piątki i liderem Królów w średniej zbiórek (9.5) niestety stałym bywalcem listy kontuzjowanych, występując tylko w 24 spotkaniach. Był klasyczną podkoszową bestyjką, w której lęk budziły tylko lęku nie budziły nawet wizyty na linii rzutów wolnych (w pierwszych trzech latach w lidze nigdy nie przekroczył granicy 50% celności ciągle poprawiał się w tym elemencie, trafiając 78% w roku #3). Jak na tak dobry początek, reszta jego kariery była rozczarowująca pozbawiona większych indywidualnych fajerwerków. Nigdy nie przestał dzielnie walczyć pod tablicami, ale po transferach do Vancouver i Waszyngtonu, wyjechał do Włoch w 2001 roku i to był – nieco przedwczesny – koniec jego przygody z NBA (Smith wrócił do USA, ale rozegrał jeszcze tylko dwa sezony w CBA, z przerwą na preseason w koszulce Indiana Pacers). pomimo lukratywnych kontraktów podpisanych z Blazers (56 mln dol. za 6 lat w 1997 roku) i Heat (86/7 w 2000) nigdy tak naprawdę nie wyszedł poza rolę zadaniowca (w Portland stracił miejsce w pierwszej piątce po dwóch latach na poziomie 12/9, w Miami rekord kariery w średniej punktów – 15.2 PPG – wykręcił, gdy Alonzo Mourning wypadł prawie na cały sezon z gry i trzeba było jakoś rozdzielić jego rzuty, a rekord zbiórek – 10.2 RPG – gdy Heat już tankowali w rozgrywkach 02/03).
Basketball Reference twierdzi, że graczami o podobnej statystycznie karierze są m.in. Grant Long, Tyrone Hill oraz Udonis Haslem i to chyba całkiem stosowne towarzystwo dla BG, który duchowo był trzecim z „braci” Davis. Także wymienieni przy tej okazji Derrick Coleman, Antonio McDyess, Josh Smith i Armen Gilliam byli już jednak bardziej uzdolnieni niż Grant.
A ponieważ – jak już chyba wspomniałem – Brian Grant i tak kojarzy mi się przede wszystkim z Michaelem Smithem, oto wspólna akcja tych panów z jednego ze spotkań w czasie ich drugiego sezonu w NBA. Ten pierwszy zdobywa punkty, a drugi uruchamia akcję blokiem…
Wypada też wspomnieć, że 10 lat temu – dwa lata po tym, jak zakończył karierę sportową – u Briana zdiagnozowano chorobę Parkinsona, a on zaangażował się – zainspirowany m.in. przez Michaela J. Foxa i Muhammada Aliego – w pomoc i edukację osób dotkniętych, bezpośrednio lub pośrednio, jego chorobą.
*napisałem w cytowanym tekście, że Michael Smith miał najlepszą skuteczność z pola wśród rookies, ale teraz trochę nie wiem na podstawie jakich statystyk – wg Basketball Reference, najlepszy odsetek trafień z gry przy spełnieniu wymogów oficjalnej klasyfikacji ligowej miał Eric Montross, a jeśli pominąć minimum oddanych rzutów to było pięciu gości lepszych od Smitha (najlepszy, niejaki James Blackwell rozegrał tylko 13 spotkań i rzucał też tylko 13 razy, ale już taki Eric Mobley, drugi w tym zestawieniu, swoje 59.1% wykręcił na 132 rzutach… dodam, że Smith miał prób 406)…
Fun Fact: Gdybym miał stworzyć pierwszą piątkę koszykarskich masochistów to miałbym pewien problem… ale nie tak duży, jak mogłoby się wydawać. Temat można bowiem potraktować bardzo luźno i już na dzień dobry miałbym ostrą rywalizację o miejsce w formacji podkoszowej między Dennisem Rodmanem (na pewno choć raz spróbował BDSM), Kevinem McHale’em, Willisem Reedem (słynni m.in. z gry pomimo bolesnych kontuzji) i A.C. Greenem (14 lat pracy bez ani jednego urlopu na żądanie). Jeśli jednak rozmawiamy o czystym masochizmie, to trzy miejsca w składzie – obwód i jedną z pozycji na skrzydle – otrzymałby na bank kolektyw Gary Grant, Eric Piatkowski i Loy Vaught.
Panowie mają to do siebie, że łącznie, w latach 1988-2003, rozegrali 24 sezony w barwach Los Angeles Clippers. W tamtych czasach, gdy w Clipperlandzie wygrywanie i dobra organizacja była na porządku dziennym mniej więcej w takim stopniu co przejawy filantropii i tolerancji Donalda Sterlinga, gra w ich koszulce była tylko niewiele wyżej w rankingu życiowych opcji niż dożywocie w najgorszym skrzydle kalifornijskiego więzienia San Quentin. A jednak Piatkowski wytrzymał tam 9 lat, Vaught – 8, a Grant – wybrany w Drafcie 1988 z 15-tką przez Sonics i od razu wymieniony za Michaela Cage’a – 7.
Gary Grant był gwiazdą Michigan Wolverines, gdzie tworzył backcourt m.in. z Antoine’em Joubertem, znanym w naszym kraju z występów w PLK (Browary Tyskie Bobry Bytom, Pogoń Ruda Śląska i Hoop Blachy Pruszyński Pruszków). W NBA gwiazdą nie został (m.in. z powodu łatki imprezowicza, na którą pracował w pierwszych sezonach w lidze), ale jako gracz Clippers potwierdził, że jest bardzo solidnym playmakerem. Cztery razy w karierze kończył mecz z dorobkiem 20 asyst, co jest ósmym wynikiem w historii ligi, ex aequo z m.in. innym rozgrywający Clippers – Chrisem Paulem (oraz Oscarem Robertsonem, Tinym Archibaldem i Scottem Skilesem). Do dziś jego nazwisko widnieje na trzecim miejscu listy najlepszych podających i przechwytujących w historii Clippers, jedynie za nazwiskami CP3 i 2-krotnego All-Stara (MVP Meczu Gwiazd w 1978) oraz członka All-NBA 2nd Team w 1976 roku, Randy’ego Smitha.
Gdyby poniższa sytuacja potoczyła się nieco inaczej, Gary miałby jeszcze więcej asyst w karierze…
Wracając do wywołanego już przez dobór karty „Klubu 20 Asyst” i tradycji wybierania pierwszych piątek, oto piątka najbardziej niespodziewanych członków wspomnianego grona, oczywiście bez podziału na pozycje, bo jednak to głównie point guardzi…
1 – Chris Duhon – zarwałem noc dla tamtego meczu, w którym Duhon zaliczył 22 asysty i tylko dlatego wierzę…
2 – George McCloud – był długodystansowym snajperem a nie rozgrywającym, średnia asyst w karierze – 2.3…
3 – Will Bynum – Joe Dumars ściągnął go w 2008 roku z ligi izraelskiej i trzymał w Pistons do 2014 (sam Joe D również wtedy wyleciał). Jak zapewne pamiętacie, Tłoki w tamtym czasie nie były synonimem solidnej koszykówki…
4 – Ennis Whatley – kolejny weteran ligi izraelskiej, miał kilka solidnych sezonów w słabych drużynach w latach 80. i wtedy śrubował swoje rekordy asyst. W latach 90. rozegrał 135 meczów, notując po 3 punkty i 2 asysty w każdym z nich. PG w mojej All-WHO?! Team…
5 – Mahmoud Abdul-Rauf – wytrawny score-first point guard, duchowy ojciec chrzestny Stephena Curry’ego, często miał piłkę w rękach, ale jego średnia z kariery – 3.5 – nie sugeruje kogoś zdolnego rozdać ponad 20 kończących podań w jednym spotkaniu (w 586 meczach w karierze, w „Klubie 10 Asyst” pojawił się raptem 14 razy).
Unlucky Fact: Łatwo rzucić okiem na metryczkę Lichtiego i uznać go za kolejnego, niezbyt wartego zapamiętania, bardzo białego człowieka, na dodatek wybranego z numerem 15 w drafcie, w którym z 17-ką poszedł Shawn Kemp. Możliwe jednak, że Todd Lichti byłby bardziej znaną postacią wśród fanów NBA lat dziewięćdziesiątych, gdyby nie druzgocząca passa nieszczęść, która bezpardonowo wybiła go z obiecującej trajektorii lotu jaką był sam początek kariery.
Jako rookie, Todd grał dla Nuggets po 16+ minut w meczu i rzucał średnio przyzwoite 8 punktów, na równie przyzwoitym odsetku – 48.6%. Ci, którzy widzieli go w akcji – nie tylko w NBA, ale i na Uniwersytecie Stanford, który opuścił jako rekordzista w ilości zdobytych punktów (jego rekord pobito dopiero w 2015 roku, czyli po 26 latach) – podkreślali jego ponadprzeciętny ciąg na kosz. Mierzący 193 centymetry shooting guard nigdy nie bał się wbiegania w pomalowane i to w czasach, w których tamte tereny zamieszkiwali prawdziwi twardziele. Po zakończeniu rozgrywek 89/90, działacze z Denver musieli być zadowoleni że Lichti w dniu draftu spadł na piętnastą pozycję – Bryłki gładko przegrały w pierwszej rundzie playoffs ze Spurs, ale Todd w pierwszym starciu miał z ławki 22 punkty, 13 zbiórek i 8 asyst.
Wiecie jak często rookie dokonuje czegoś takiego w meczu tej fazy rozgrywek (w tym przypadku Basketball Reference oferuje dane od 1964 roku)?
Niestety nieco ponad dwa tygodnie po zakończeniu tamtej serii, Lichti miał wypadek samochodowy. Jego dziewczyna, Kirstin – którą miał właśnie przedstawić rodzicom – zasnęła za kierownicą, auto przekoziołkowało i dziewczyna zginęła na miejscu. Todd trafił do szpitala bez poważniejszych – biorąc pod uwagę sytuację – urazów. Złamana stopa zrosła się na tyle szybko, że pojawił się w pierwszej piątce Nuggets na inaugurację sezonu. To mógł być jego przełomowy rok – w pierwszych 12 spotkaniach siedmiokrotnie rzucał ponad 20 punktów i notował średnie na poziomie 18.9 PPG, 3.8 RPG, 3.0 APG i 2.2 SPG.
Nie wiem, czy wypadek należy uznać za początek jego złej passy, czy też raczej za moment, w którym wykorzystał cały osobisty przydział uśmiechów losu, ale nie trzeba było długo czekać na kolejny cios wymierzony w zdrowie Todda. Przełomowy sezon trwał tylko 29 meczów (z czasem trochę wytracił impet, ale i tak 14 PPG za rozgrywki 90/91 to dobry wynik, choć oczywiście trzeba brać poprawkę na niesamowicie ofensywny styl gry tamtych Nuggets). Zanim Lichti zakończył przygodę z NBA w 1994 roku po serii epizodów w barwach Magic, Warriors i Celtics, zerwał więzadła w obydwu kolanach oraz doznał przecięcia ścięgien w nadgarstku.
Nawet gdy grał, nie był już jednak tym samym zawodnikiem. Częściowo ograniczony przez obolałe ciało, a częściowo przez przybitego tragedią i pechem ducha, nie był już tak nieustraszony na boisku. Sam później przyznał, że po wypadku „NBA przestała nagle być tak ważna, jaką wydawała się, gdy próbowałem się do niej dostać”.
Karierę dokończył we Włoszech i Australii. Na południowej półkuli zadomowił się nawet na dłużej, reprezentując Perth Wildcats do końca lat 90. i poznając tam projektantkę mody Sue, którą ostatecznie poślubił i z którą osiadł w Melbourne (w międzyczasie wracając na trochę do Stanów i próbując swoich sił jako komentator meczów Nuggets).
NBA oferuje bardzo wiele historii porażki, bo nie każdemu udaje się przekuć talent na ligową walutę, która pozwala na wieloletni byt w tym elitarnym gronie, tudzież nie rozmienić go na drobne. Czasem jednak po prostu brakuje wakatów na stanowisku kowala własnego losu i warto pamiętać, iż w licznych przypadkach zawalonych karier zamiast wytykać palcami, powinniśmy je krzyżować na szczęście.