Tag Archives: steve nash

Steve Nash

Steve Nash

Fun Fact: Ta karta to dowód, że Bryanta Reevesa było trudno i przeskoczyć, i obejść. Nie tylko Steve’owi Nashowi, ale i Vancouver Grizzlies, którym słabość do utalentowanego choć grubo ciosanego centra długo blokowała widoki na lepszą przyszłość.

Jedną ze zmarnowanych szans była odmowa wymiany Reevesa właśnie za Nasha – przyszłego dwukrotnego MVP, który wychowywał się w stolicy Kolumbii Brytyjskiej, Victorii, leżącej na wyspie Vancouver.

Jak wiadomo, Grizzlies mogli mieć Nasha już w 1996, ale nikt o zdrowych zmysłach, nie rozważałby wybrania drobnego chłopaka z uniwerku Santa Clara z trzecim numerem, który posiadały Miśki.

Nash zresztą nie od razu odpalił (10 minut, 3 punkty i 2 asysty na mecz jako rookie), ale akurat w Vancouver mogli zauważyć znaki. To właśnie w pierwszym meczu przeciwko drużynie z Brytyjskiej Kolumbii, w Vancouver, Steve – pod nieobecność Sama Cassella – dostał szansę gry w podstawowym składzie. I błysnął 17 punktami, 12 asystami i 7 zbiórkami (choć Suns to spotkanie przegrali).

W drugim sezonie, Nash miał przejąć minuty Kevina Johnsona, który zapowiadał przejście na emeryturę. Tyle, że KJ postanowił grać dalej, a rozwój kanadyjskiego rozgrywające nagle stracił wysoki priorytet. Odkąd w trakcie poprzednich rozgrywek szeregi Słońc zasilił 23-letni Jason Kidd, klub miał już swojego point guarda przyszłości.

Choć nie grał zbyt wiele jako debiutant, wszyscy uważali, że Nash zasługuje na większą rolę. Jego trener, Danny Ainge, dość bezpardonowo ocenił, że Steve już w pierwszym sezonie jest lepszym graczem niż Matt Maloney, który był podstawowym rozgrywającym Houston Rockets. Wiadomo, że Suns wiedzieli więcej o jego potencjale niż inne drużyny, które oglądały go tylko przez 10 minut na mecz, ale Phoenix słusznie uznali, że klubem najbardziej zainteresowanym Nashem powinni być Grizzlies.

W Vancouver szukali wówczas point guarda, a także kogoś, kto przyciągnąłby na trybuny więcej kibiców. Młody obiecujący chłopak, który dorastał w okolicy, nie tylko mógł być odpowiedzią na potrzeby sportowe, ale i marketingowe.

Wiedzieli o tym nie tylko Suns. W przeddraftowej zapowiedzi, Peter May z Boston Globe, opisując główną potrzebę klubu do zaspokojenia podczas naboru, napisał, że jest nią rozgrywający, a najlepiej Steve Nash, jeśli uda się go podebrać Suns. Dopiero potem zacząłby się przyglądać dostępnym graczom akademickim.

Nash był, w ocenie wielu, ryzykiem wartym podjęcia przez zespół, który nie miał wiele do stracenia.

Ale nie według generalnego menadżera, Stu Jacksona.

A przynajmniej niewartym ceny jaką był czwarty pick w drafcie 1997 oraz dodatkowy, niezidentyfikowany gracz. O tej możliwości informował niegdyś Howard Tsumura z Vancouver Sun, który rozmawiał o Nashu z Jacksonem po tym, jak Miśki już wykorzystały swój wybór na Antonio Danielsa. GM powiedział wtedy:

„Phoenix dzwoniło, ale propozycja była nierozsądna. Odezwali się, bo uświadomili sobie, że ten chłopak nie będzie grał, ale prosili nas o coś, na co po prostu nie możemy się zgodzić. Gdybyśmy zrobili to, czego żądali za Steve’a Nasha, to może cieszylibyśmy się przez jeden dzień, ale resztę roku spędzilibyśmy na powtarzaniu: ‚co my najlepszego zrobiliśmy?'”

Nie znamy szczegółów negocjacji i rozumiem, że potencjał wysokiego picku zawsze uwodzi bardziej niż potencjał drugoroczniaka, który dopiero się rozwija, ale Stu i tak źle ocenił sytuację.

Uważał, że Suns szukają frajera, bo Nash prawie w ogóle nie będzie grał w rozgrywkach 1997/98, a tymczasem jego średnia liczba minut spędzanych na parkiecie podwoiła się względem sezonu debiutanckiego. Ainge naprawdę był fanem jego talentu, dlatego wygospodarował dla niego minuty, co ułatwiły 32 spotkania bez Kevina Johnsona w składzie. W efekcie, średnia punktów Steve’a wzrosła trzykrotnie, zapewne tak samo, jak liczba chętnych na pozyskanie go.

Suns znów uznali, że najbardziej powinno na tym zależeć Grizzlies, którzy nie byli zadowoleni z tego, co jako rookie pokazał Daniels (ostatecznie, równo rok po jego wyborze, oddali go do Spurs za Carla Herrerę i Felipe Lopeza).

I znów Stu Jackson zmarnował szansę.

O tej sytuacji pisał Tommy Stokke z nieczynnego już serwisu Today’s Fastbreak powołując się na źródło pracujące niegdyś dla Grizzlies.

Podobno Słońca przed draftem 1998 ponownie zaoferowały Kanadyjczykom Nasha oraz Cliffa Robinsona, tym razem za pakiet, którego centralnym punktem był Bryant Reeves. Phoenix próbowali pozyskać też drugi pick naboru (który Miśki ostatecznie wykorzystali na Mike’a Bibby’ego), ale Stokke donosił, że tym, co ostatecznie zastopowało negocjacje była niechęć Jacksona do rozstania się z Big Countrym.

Reeves na boisku potrafił sporo (nawet Shaquille O’Neal mówił, jak ciężko przepychało się pod koszem z tym „turkusowym elewatorem zbożowym”) ale choć w 1998 roku jeszcze nie trapiły go chroniczne kontuzje, które miały zakończyć jego karierę raptem trzy lata później, to Jackson już wiedział, że Reeves nie dba o siebie (w sezon zawsze wchodził bez formy, rozkręcając się dopiero w drugiej połowie). Dodatkowo, rok wcześniej wręczył mu kontrakt, który uważano za zbyt wysoki nawet za zdrowego drugoroczniaka (62 miliony dolarów za 6 lat).

Ale Jackson nadal nie cenił Nasha wystarczająco wysoko.

Gdyby Grizzlies podjęli ryzyko i zgarnęli Steve’a za Bryanta, to z drugim numerem nie musieliby wybierać Mike’a Bibby’ego. Mogli postawić na przykład na Vince’a Cartera lub Paula Pierce’a czy nawet Antawna Jamisona.

Ostatecznie targu z Phoenix dobili Mavericks, oddając Pata Garrity’ego, Martina Muurseppa, Bubbę Wellsa oraz niechroniony pick w drafcie 1999. Ten niechroniony pick był bardzo cennym zasobem (i dał Suns Shawna Mariona), ale wierzę, że wiecznie szukający centra zespół z Arizony zadowoliłby się Reevesem po jego przełomowym, drugim sezonie.

Przypomnijmy sobie Stu marudzącego, że Suns chcą zbyt wiele, że Nash to grać w ogóle nie będzie, bo konkurencja za duża i zestawmy to z wypowiedzią Dona Nelsona po pozyskaniu Nasha:

„Sprawy nie mogły się potoczyć lepiej. Osiągnęliśmy wszystko, czego chcieliśmy. To się nie zdarza zbyt często w życiu. […] Chyba po raz pierwszy zrobiłem coś takiego [oddałem niechroniony pick pierwszorundowy]. To ryzyko, którego nie lubię podejmować… ale myślę, że będzie nam się opłacać.”

No właśnie. Nelson dostrzegł potencjał, nie przestraszył się ryzyka i już cztery sezony później doszedł z Nashem (i Dirkiem Nowitzkim, oczywiście) do finałów konferencji. Jackson wolał stawiać na Reevesa oraz kolejnych point guardów wybranych w drafcie (po Danielsie i Bibbym było przecież jeszcze fiasko ze Steve’em Francisem) i pomógł wpędzić cały projekt, jakim była koszykówka w Vancouver, do grobu.

Otagowane

Steve Nash

Steve Nash

Fun Fact: Po pierwszym sezonie w Dallas, Steve Nash został sklasyfikowany przez Sports Illustrated na 26. miejscu w NBA pośród point guardów (i 137 miejscu w całej lidze). Wśród graczy o lepszym wskaźniku „SI Player Rating Formula” byli m.in. Bimbo Coles, Eric Snow, Haywoode Workman czy Randy Brown. Ale prawda jest taka, że choć Nash dopiero zaczynał się rozkręcać, to sezon 98/99 miał faktycznie słaby, nawet jak na jego ówczesne standardy. Jako podstawowy rozgrywający Mavs (nie było trudno wywalczyć ten zaszczyt, skoro rok wcześniej rotacja point guardów w Dallas składała się z Roberta Packa, Khalida Reevesa i Kevina Ollie) trafiał tylko 36.3% rzutów z gry. To jego najgorszy wynik w karierze (nawet biorąc pod uwagę ten sezon, w którym nie w pełni zdrowia wystąpił dotąd tylko w 11 meczach i póki co trafia 36.7% rzutów), w której nigdy – poza tym sezonem i sezonem debiutanckim (gdy miał skuteczność 42.3%) – nie schodził poniżej 45.9%. Dość powiedzieć, że w całej karierze trafił jak dotychczas 49% swoich rzutów. Skąd więc te 36%? Polokautowy zjazd? I czy posłuchał wówczas własnej rady i porozmawiał ze specjalistami?

Otagowane

Z Archiwum XXI: 2002-03 Fleer Genuine Box Break

2002-03 Fleer Genuine box

Rzadko kiedy w moje ręce trafia box z kartami wydanymi po 2000 roku. Ba, w zasadzie to trafił tylko raz i miał to być odosobniony przypadek. Ponieważ jednak mało co sprawia mi taką frajdę jak otwieranie boxów, a akurat nie mogłem na szybko skombinować niczego z przedziału czasowego w jakim zawieszony jest ten blog, oto jest – box 2002-03 Fleer Genuine. I oto jest – najciekawszy wycinek jego zawartości. Karty ze starszych boxów prędzej czy później pojedynczo trafią na MMJK, te nowsze teoretycznie nie mają gdzie się podziać, stąd pomysł na kolejną relację z otwierania, po box breaku 2011-12 Panini Hoops.

2002-03 Fleer Genuine, to całkiem miła dla oka seria – no, może z wyjątkiem oczu fanów Toronto Raptors, ze względu na uwiecznionego gdzieś między kolejnym wyskokiem do widowiskowego wsadu a żądaniami odejścia z kanadyjskiego klubu Vince’a Cartera zdobiącego pudełko.

2002-03 Fleer Genuine box

Set podstawowy, to 135 kart, w tym 35 limitowanych do 2002 kart debiutantów. Ponieważ dopiero co miał miejsce Draft 2012, zacznijmy właśnie od kart rookie, które na 24 paczki zawierające po 5 kart, trafiły się dwie.

Genuine01

Genuine02

Draft z 2002 to nie był najbardziej udany nabór. Jasne, Yao Ming (#1), Amar’e Stoudemire (#9), Tayshaun Prince (#23) czy Carlos Boozer (#35) bywali uznawani za gwiazdy w tej lidze. Ba – nawet wyciągnięty przeze mnie Caron Butler (#10) dwukrotnie grał w All-Star Game. Ale poza tym, włos się jeży: Jay Williams (#2), Nikoloz Tskitishvili (#5), Dajuan Wagner (#6), Chris Wilcox (#8), Jared Jeffries (#11), Melvin Ely (#12), Marcus Haislip (#13), Fred Jones (#14)… polecam zresztą przejrzenie całego draftu – w przypadku niektórych nazwisk to pierwszy i ostatni raz gdy je wymieniono przed szerszą publicznością.

Ponieważ 2002 rok, to był czas, kiedy moje zainteresowanie NBA było dużo słabsze niż trzy lata wcześniej i trzy lata później, niektóre z kart wyciągniętych z boxa wprawiło mnie w zakłopotanie. Oto moje top 5 kart, które sprawiły, że pomyślałem „a niech mnie, nie pamiętałem, że on tam grał”…

Genuine03

I moje top 1 z cyklu „a niech mnie, nie mogę zapomnieć, że tam grał”…

Genuine04

Ale zostawmy nudny base set i zajmijmy się insertami. Niestety set Genuine Leaders znów nie daje nam zapomnieć o tym o czym wszyscy fani koszykówki z lat 90. chcieliby zapomnieć.

Genuine Insert 01

Swoją drogą widok Jordana w koszulce Wizards nie przestaje mnie fascynować. Gdyby nie kilka ostatnich sezonów Charlotte Bobcats, byłoby to zdecydowanie najgorsze co Michael mógł zrobić dla kultu swojej jednostki.

Kolejne inserty wyłowione z 2002-03 Fleer Genuine to Names of the Game…

Genuine Insert 02

…i Global Warning, które tworzą razem dość zabawny obrazek, zważywszy na to, że minęło od czasu ich wydrukowania 10 lat, a aktualne plotki transferowe mówią o tym, że Nash może wrócić do Dallas i że Memphis próbowało pozyskać Pau Gasola z Lakers.

Genuine Insert 04

Jest jeszcze „wcięty” insert On the Up…

Genuine Insert 05

Skoro pracownicy Fleera uważali, że Marcus Fizer podoła kiedykolwiek łatce zawodnika „na fali wznoszącej”, to nic dziwnego, że firma zbankrutowała w 2005, mniej więcej wtedy kiedy Fizer, po raptem pięcioletniej karierze, wyleciał z NBA (jego powrotu na 3 mecze w 2006 roku nie liczę).

To co skłoniło mnie do zakupu akurat tego boxa, to obietnica aż czterech kart typu game used. Obietnica spełniona w postaci poniższych kart:

– Genuine Coverage i Richard „Wyglądam w stroju Wizards równie dziwnie jak Jordan, tyle, że ja tego mrocznego okresu nie zostawiłem na koniec kariery” Hamilton

Genuine GU 01

– Genuine Coverage i Keith „Jeden z kolejnych nieudanych eksperymentów z seri ‚Drugi Bird/Pierwszy Nowitzki'” Van Horn

Genuine GU 02

– Genuine Leaders i Karl „To mój ostatni sezon w barwach Jazz” Malone

Genuine GU 03

– Names of the Game i Vince „Fuck You Toronto” Carter

Genuine GU 04

Malone i Carter to dość dobre trafy, a i widok Van Horna cieszy, zwłaszcza, że przez parę meczów sezonu 03/04 łudziłem się, iż on i Stephon Marbury stworzą zgrany duet w New York Knicks. To nie jest najbardziej nietrafione oczekiwanie w moim życiu tylko dlatego, że Marbury próbował potem jeszcze stworzyć duet ze Stevem Francisem. Niewypałem nie było też na pewno otworzenie boxa 2002-03 Fleer Genuine. Niby wolę karty dokumentujące złoty jak dla mnie okres ligi, czyli lata 90., ale dość ciekawe było też obcowanie z kartami z czasów, w którym praktycznie się NBA nie interesowałem. No i uświadomiłem sobie, że w sumie nie jest to dla mnie aż taka czarna dziura, skoro pamiętam, że Marcus Fizer był słaby w kosza.

Otagowane , , , , , , , , , ,