Gheorghe Muresan

Gheorghe Muresan

Fun Fact: Ktoś powinien wydać całą serię kart dokumentującą wspólne przygody Muresana i Shawna Bradleya. Obok powyższej, dokumentującej pierwsze bliskie spotkanie ich tyłków, byłyby w niej takie karty jak „Muresan i Bradley oglądają Obcego dwójkę”, „Muresan i Bradley znajdują w skrzynce pocztowej awizo”, „Muresan i Bradley grają w Państwa-Miasta”, „Muresan i Bradley próbują kupić postument do umywalki Cersanit Eko 2000” czy „Muresan i Bradley pokonują Dziobatą Skolopendrę i uwalniają doktora Itai-Itai”.

Otagowane ,

Atrament Sympatyczny: Anthony Avent

Anthony Avent Elusive

Anthony Avent Elusive back

Ponieważ od jakiegoś czasu zajmuję się kompletowaniem setu Elusive Ink wchodzącego w skład serii 2011-12 Panini Past & Present, postanowiłem zacząć wchodzące w jego skład karty prezentować na blogu. Idea (sympatyczna zresztą) stojąca za Elusive Ink to przypomnienie ogółowi kolekcjonerów mniej znanych zawodników z lat 70., 80. i 90. , którzy zagubili się w akcji gdy przemysł karciany wchodził w fazę masowej produkcji kart z autografami, kawałkami koszulek, piłek, parkietów, butów, krzesełek czy niezużytych przez Shawna Kempa prezerwatyw (tzw seria „game not used”, gdzie na odwrocie karty możemy przeczytać np., że zawiera ona autentyczny kawałek prezerwatywy, której Shawn Kemp nie założył gdy płodził swoje piąte nieślubne dziecko). W rezultacie dostajemy set 65 kart z autografami, którego bohaterowie albo podpisują się na karcie po raz pierwszy, albo robili to do tej pory niewiele razy. Jasne – to współczesne karty, które teoretycznie nie są bohaterami tego bloga, tak samo jak zawodnicy, którzy pokończyli kariery w latach 70. i 80., ale duża ilość drugoplanowych gwiazd z lat 90., których opiewanie jest jak najbardziej misją MMJK, to aż nadto aby usprawiedliwić regularne doniesienia na temat postępów w zbieraniu Elusive Ink (zwłaszcza, że narzuciłem niezłe tempo i już jestem w posiadaniu prawie 2/3 setu). Wymyśliłem, że będzie to działać następująco – wrzucam skany karty wraz z informacją o zawodniku z odwrotu i dorzucam własne pięć groszy, bo w zasadzie pięć groszy to jedyne pieniądze jakie mi zostaną gdy już kupię wszystkie kart z setu. Tyle koniecznego wstępu – czas pomyśleć ciepło o nowym pomyśle i dzięki temu zobaczyć co skrywają te artefakty unurzane w atramencie sympatycznym.

***

Obiecane pięć groszy o Anthonym Avencie:

1. Po wyborze w drafcie (z numerem 15 w 1991) nie zagrał od razu w NBA, bo nie mógł dogadać się z Bucks w sprawie kontraktu i zagroził przyjęciem oferty z włoskiej drużyny Phonola Caserta, która wtedy kusiła dużymi pieniędzmi także Johna Salleya. Ostatecznie Bucks postanowili odczekać rok.

2. Za sezon we Włoszech Avent zarobił milion dolarów – więcej niż w jakimkolwiek z 5 sezonów jakie potem rozegrał w NBA.

3. W styczniu 1994 roku przeszedł (za Anthony’ego Cooka i dwa wybory w drafcie) do Orlando Magic gdzie grywał pod koszem (zamiennie z Niezbyt Wymagającą Konkurencją O Minuty Na Pozycji PF/C w osobach Jeffa Turnera i Larryego Krystkowiaka) z Shaquillem O’Nealem.

4. Jeszcze za czasów gry w Orlando (czyli przed ostatnim etapem kariery gdzie próbował znaleźć sobie miejsce w ekipach Grizzlies, Jazz i Clippers) wdał się w uliczną bójkę (wynik kłótni z trzema agresywnymi przechodniami), którą skończył z czterema ranami od noża na lewym ramieniu i 20 szwami.

5. Avent po debiutanckiej przygodzie z ligą włoską w Europie grał jeszcze dwukrotnie – w sezonie 96/97 (po tym jak skończył mu się kontrakt z Vancouver a zanim – via Siuox Falls Skyforce z ligi CBA – zakotwiczył w Utah) w Panathinaikosie i w 2001 roku w PAOK-u.

Skończyły mi się drobne, a zapomniałem dodać, że Avent był raczej słaby w kosza. I że „Sioux Falls Skyforce” to fajowska nazwa.

Tyle. Wkrótce kolejne odsłony „Atramentu Sympatycznego”.

Otagowane , , ,

Ervin Johnson

Ervin Johnson

Fun Fact: Nie było chyba w historii NBA dwóch zawodników o bardziej zbliżonym imieniu i nazwisku i większej różnicy w talencie niż Earvin „Magic” Johnson i Ervin „No Magic” Johnson. Choć i tak lepiej przyjść do NBA dzieląc nazwisko z jedną z największych legend, z którą nie ma szans się równać, niż nazywając się Jason Williams i musieć na każdym kroku tłumaczyć, że nie jest się tym Jasonem Williamsem, który wykrzykiwał rasistowskie i anty-gejowskie wyzwiska w kierunku fanów, ani tym Jasonem („Jayem”) Williamsem, który o mało co nie zabił się na motocyklu zaprzepaszczając karierę wycenianą niegdyś na numer 2 draftu, ani też Jaysonem Williamsem, który zastrzelił swojego szofera. Właściwie to lepiej nie nazywać się Jason Williams nawet jeśli nie planuje się grać w NBA.

Otagowane , , , ,

Tim Hardaway

Tim Hardaway

Fun Fact: Moja pierwsza piątka koszykarzy z ksywami na cześć robali i pająków:

PG. Tim „Bug” Hardaway

SG. Scottie „Pająk” Pippen

SF. Kevin „Durantula” Durant

PF. Dennis „The Worm” Rodman

C. John „Spider” Salley

Należy nadmienić, że ksywę „Pająk” Pippenowi nadali prawdopodobnie Szaranowicz z Łabędziem lub Wojciech „Ależ U-ła” Michałowicz.

Otagowane

Jeff Hornacek

Jeff Hornacek

Fun Fact: Po ostatnim, smutnym wpisie, miałem problemy, żeby zmusić się do napisania kolejnego. Postanowiłem jednak przełamać ponury nastrój kartą, która przypomina o jednej z najzabawniejszych rzeczy związanych z NBA, czyli o głaskającym się podczas wykonywania wolnych Jeffie Hornacku. Trudno nie myśleć o superstrzelcu z Utah nie mając przed oczami jego zwyczaju z linii rzutów osobistych, ale jeśli ktoś jest wolny od tego wspomnienia, to na szczęście ta karta na odwrocie uwiecznia ten moment.

Jeff Hornacek back

Jeff Hornacek back zoom

Głask, głask.

Otagowane

Orlando Woolridge’u, Ty zawsze przy mnie stój…

Orlando Woolridge i Michael Jordan

Cholera. Naprawdę nie wiem od czego zacząć…

Ponieważ jednak nie mam złych i dobrych wieści zacznę po prostu od tej złej: 31 maja zmarł na serce 52-letni były koszykarz Bulls, Nets, Lakers, Nuggets, Pistons, Bucks i 76ers (a także ligi włoskiej), Orlando Woolridge – jeden z patronów tego bloga, ale także patronów całej mojej pasji koszykarskiej, którego kartę przez lata nosiłem w portfelu, o którym układałem wierszyki (o jednym i drugim pisałem w pierwszym w poście na tym blogu) i którego imię i nazwisko przybrałem pisząc dla pewnego nieczynnego serwisu rozrywkowego. I tu właśnie robi się trochę przerażająco… Bo widzicie, ten serwis, dla którego pisałem jako Orlando Woolridge, został zamknięty zgodnie z dużo wcześniejszym planem dokładnie… uwaga, ciarki… 31 maja. Brrr. Podsumowując – w dniu, w którym umarł mój pseudoartystyczny pseudonim umarła także osoba, na cześć której go przybrałem…

Nie wiem co o tym wszystkim myśleć. Oczywiście przede wszystkim jest mi smutno, bo 52 lata to zdecydowanie za mało, zwłaszcza dla dwumetrowych łowców punktów, którzy zakładali na mecz dwie pary skarpetek (Woolridge po przejściu do Lakers nie mogąc złapać formy zaczął pod skarpetami „Jeziorowców” nosić stare skarpety New Jersey Nets – klubu, w którym po raz ostatni zdobywał powyżej 20 punktów na mecz). Poza tym jednak mam lęki, że beztroskie wykorzystywanie jego imienia do niecnych celów mogło rzucić na niego jakąś klątwę, no bo sami powiedzcie – jakie były szanse? Jakie były pieprzone szanse? Jestem wstrząśnięty, zdezorientowany i lekko przestraszony. I przepraszam jeśli w jakikolwiek sposób zszargałem imię Orlando Woolridge’a (choć to nie ja wylądowałem na narkotykowym odwyku i nie mnie aresztowano za kradzież aluminiowych rur z placu budowy). Fajnie by było, gdy wszyscy zapamiętali go takim jakim był na parkiecie, czyli z akcentem na jego zamiłowanie do wsadów (to on jako pierwszy wykonał wsad z przełożeniem między nogami w Slam Dunk Contest) i innych sposobów zdobywania punktów (4 sezony powyżej 20 pkt/mecz i średnia z kariery 16,0):

Tak – Orlando Vernada Woolridge (ciekawostka: był kuzynem Willisa Reeda) potrafił grać, nawet jeśli wielu wytykało mu, że nie umiał bronić i w swoich najlepszych latach był trade’owany aż czterokrotnie a jego nowa drużyna zawsze przegrywała więcej meczów niż rok wcześniej. Przede wszystkim był on jednym z symboli widowiskowej koszykówki, która pomogła w latach 80. spopularyzować będącą w kryzysie ligę. Co prawda Orlando, po tym jak trafił do sztandarowego składu tamtych lat, czyli grających słynny „Showtime” Lakersów, rozegrał najgorszy sezon w swojej karierze, ale należy raczej zwalić to stracony na odwyku poprzedni rok. No właśnie – Woolridge był tak bardzo typowym dla lat 80. graczem NBA, że był równie oddany jej najlepszemu trendowi, jak i najgorszemu – w 1988 roku przyznał się do uzależnienia od kokainy, która w tamtej dekadzie zniszczyła wiele karier i żyć. Na szczęście Woolridge zdołał uniknąć najgorszych, nie tylko koszykarsko, efektów tego nałogu (choć kto wie czy kokaina nie była odpowiedzialna za to, że w wieku 52 lat Woolridge miał chroniczne problemy z sercem, które były powodem jego śmierci) i nawet już zbliżając się do zmierzchu swojej kariery potrafił rzucać po 25 punktów w meczu jako zawodnik Denver Nuggets, a na początku lat 90. został nawet bohaterem takiego oto poematu opublikowanego w jednym z numerów „Sport’s Illustrated”:

If Andre Turner is but a blur, Michael Jordan is pure poetry in motion.
Set free of earthly bonds, Dennis Rodman reaches basketball heaven.
In the blink of an eye, Orlando Woolridge achieves maximum net effect.
Defying logic—and gravity—Scottie Pippen goes airborne to punch a hole in the sky.
Suspended above it all, Doc Rivers is a picture of clarity amid the chaos.

Oczywiście nadal wolę swój wierszyk „Orlando Woolridge’u/Ty zawsze przy mnie stój”, ale to równie dobry przykład na to, że Orlando poruszał wyobraźnię i to nie tylko w taki sposób w jaki poruszał moją – czyli osoby, która nie miała okazji oglądać go w akcji u szczytu formy – jako dziwny koleś w dziwnych goglach i z dziwnym nazwiskiem, biorący udział w pierwszym meczu NBA jaki obejrzałem w swoim życiu. Ale i to nie jest zły sposób, żeby go zapamiętać – za to imię, za te gogle, za te anegdotki wyczytane po fakcie, ba, nawet za tę brawurową kradzież wartych 1,5 tysiąca dolarów aluminiowych rur (która miała miejsce w lutym tego roku) – w końcu koszykarz NBA, który na emeryturze nie ma żadnych brain fartów i nie musi sobie radzić z nagłym brakiem stałych dopływów dużej gotówki, to nie koszykarz NBA.

Ja chciałem podziękować Orlando nie tylko za użyczenie nazwiska pewnej części mojego zawodowego dorobku, ale przede wszystkim za bycie twarzą mojej największej życiowej pasji. Co prawda ten pierwszy fakt spowodował chyba najbardziej przerażający zbieg okoliczności (tak, zbieg okoliczności, tego się trzymajmy, ok?) w moim dotychczasowym życiu, który pewnego wietrznego poranka w Ciechanowie zmroził moje serce (oto powód, dla którego piszę ten tekst dopiero teraz – gdy dotarły do mnie smutne wieści byłem offline, a co gorsza, w wietrznym Ciechanowie), ale wszystko inne co dał mi Orlando Woolridge będzie zawsze ciepłym wspomnieniem i zamierzam je nadal kultywować. Ok – z ksywy „Orlando Woolridge” oficjalnie rezygnuję, bo teraz to trochę i głupio i straszno, ale poza tym nic się nie zmienia, ba – jego karta znów ląduje w moim portfelu. A mój idiotyczny wierszyk nabiera jeszcze mocniejszego wydźwięku. Trzymaj się Orlando. Wierzę, że będziesz najwyżej fruwającym aniołkiem.

Orlando Woolridge

Otagowane

Wpis #100 i kilka kart, bez których taki jubileusz nie mógłby się obejść

Chris Webber patch

My tu gadu-gadu, skanu-skanu, kartu-kartu, mercy-mercy, a to już setny wpis na tym blogu. Fakt ten postanowiłem zilustrować limitowanym właśnie do 100 patchem Chrisa Webbera – najcenniejszą kartą w mojej dość skromnej jeszcze, 300-kartowej kolekcji ulubionego koszykarza. To jednak nie jedyna karta, która nieprzypadkowo znajduje się w tym okolicznościowym tekście. Kolejne, wraz z wyjaśnieniem czemu właśnie one dostały zaproszenie na setkę, poniżej…

Jerome Kersey

Obowiązkowa karta Jerome’a Kerseya.

Orlando Woolridge

Obowiązkowa karta Orlando Woolridge’a.

Renaldo Balkman

Jeden z moich ulubionych okazów w kolekcji kart z autografami i „relikwiami” graczy Knicks. Oczywiście nie byłby nim, gdyby Renaldo Balkman nie miał dreadów i wielkiego nosa.

Mike Sweetney

Jedna z dwóch kart z kawałkami koszulek graczy Knicks, które kiedyś sprezentowała mi niespodziewanie moja dziewczyna powodując nagły rozkwit miłości do zbierania kart. I nie tylko do zbierania kart. (Choć obydwa rozkwity bledną przy rozkwicie tuszy Mike’a Sweetneya)

Harold Miner

Harold Miner z mojej pierwszej w życiu paczki kart (o której rozpisywałem się tutaj). Przez długi czas moja ulubiona karta na świecie.

Isaiah Rider

Druga ulubiona karta ever we wspomnianym wyżej okresie. Nie dało się wtedy nie lubić J.R. Ridera.

Isaiah Rider back

Tył kultowej karty Ridera. Z jej powodu uważałem w połowie lat 90., że niebieska bluza z białym t-shirtem pod spodem, to najlepsza stylówa ever. Oczywiście, gdy sam zacząłem się tak nosić, szybko okazało się, że nie wyglądam tak cool jak J.R., ale przynajmniej potrafiłem zrobić wsad z przełożeniem między nogami na małej obręczy przyczepionej przyssawkami do szafy w korytarzu mojego mieszkania.

Tim Duncan

Karty z mojej kolekcji pochodzą z 5 głównych źródeł. Z polskiego kiosku dawno, dawno temu, z kartonu po papierosach, który kiedyś przyniósł kolega z podstawówki (jeszcze dawniej temu), z Allegro, z eBaya i z prywatnych zbiorów członków jedynego w Polsce forum o kartach NBA. Ta karta trafiła do mnie jednak w nieco mniej standardowy sposób – została wyciągnięta z jednej z dwóch paczek, które kupiłem w przypadkowo napotkanym sklepiku w Budapeszcie parę lat temu. Pokazuję akurat ją, żeby przy okazji  wyrazić swoje poparcie dla San Antonio Spurs w walce o tytuł Mistrza NBA 2012.

Walt Frazier

Żeby ostatecznie osadzić tę setkę w jakieś ramy kartowo-czasowe, prezentuję powyżej także mój najświeższy karciany nabytek.

Jednocześnie lojalnie ostrzegam, że od setnego postu mogą zacząć się pewne przestoje w aktualizacji bloga. Przed chwilą bowiem odebrałem na poczcie NBA Live 07, ostatnią pecetową koszykówkę, która jest w stanie odpalić na moim komputerze, a co za tym idzie, moją ulubioną pecetową koszykówkę, w którą nie grałem już jakiś rok (dawno temu zgubiłem starą płytę, a wersja elektroniczna legalnie kupiona przez internetowy sklep EA przestała działać because fuck you that’s why). Po miesiącach poszukiwań znalazłem w końcu do kupienia używany egzemplarz, odpalam zatem instalatora, rozpakowuję patch z aktualnymi składami i będę grał w grę.

I! EJ! SPORTS! csynegejm!

Żegnam się do stówy dokładając pionę.

Otagowane , , , , , , , , ,

Mitch Richmond

Mitch Richmond

Fun Fact: Pięć powodów, dla których lubię Mitcha Richmonda:

1. Był jedną z najlepszych maszynek do punktów lat 90.

2. Był członkiem jednego z najfajniejszych tercetów w historii ligi, czyli Run TMC.

3. Był na okładce NBA Live 97 (mojej pierwszej własnej komputerowej koszykówki).

4. Dzięki jego trade value, mój ulubiony zawodnik, Chris Webber, mógł przejść do Sacramento i odrodzić swoją karierę.

5. Zawsze jak grałem w podróbę „Monopoly” z amerykańskimi stanami, to kupowałem miasto Richmond.

Otagowane

Jason Kidd

Jason Kidd

Fun Fact: Najpopularniejsze koszykarskie stereotypy odnośnie do rasy mówią o tym, że biali nie potrafią skakać, a czarni potrafią tylko skakać. Jason Kidd już od debiutanckiego sezonu pracuje nad rozpowszechnieniem kolejnej rasowej teorii koszykarskiej – że mulaci nie potrafią rzucać.

Otagowane

Larry Johnson

Larry Johnson

Fun Fact: AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA

Otagowane