Fun Fact: Gdyby Jason Williams zaczął karierę nie na końcu a na początku lat 90 (dając mi więcej czasu na zbudowanie kultu jego osoby opartego na kreatywności jego podań), byłby pewnie w pierwszym składzie tej drużyny. Ale i tak pokazał mi tyle, że trudno było mi go pominąć przy domykaniu tej zbieraniny ulubionych graczy. Jego podanie łokciem było chyba jedynym kultowym zagraniem, którego nigdy nie próbowałem naśladować (a próbowałem naśladować nawet riderowe East Bay Funk Dunk i Shot of the Decade) – po prostu wiedziałem, że to inny świat….
Pewnego dnia wybiorę pierwszą piątkę do drużyny All-Time „How could you miss that shot?!” Team i Raef LaFrentz będzie jej centrem.
Fun Fact: Trzecią piątkę All-Time Favorite Team zacząłem od Vina Bakera, sens ma więc pojawienie się w ślad za nim Shawna Kempa – jednego z najefektowniejszych graczy w historii, gwiazdy o jednej z najbardziej rozczarowujących końcówek kariery, twojego ojca, mojego ojca. Baker i Kemp pozostają związani wyjątkowo depresyjnym transferem – jestem obecnie w stanie przypomnieć sobie tylko jeden bardziej niewłaściwy ruch kadrowy: oddanie Patricka Ewinga do Sonics. Kemp w Cleveland stracił swoją nietuzinkowość i formę, podczas gdy Baker nie dźwignął ciągle barowej pogody Seattle – Kemp odganiał smutki kopulując, Vin sięgnął po butelkę. Obydwaj stoczyli się ostatecznie w trakcie lokautu, w czasie którego „Reign Man” pił mniej niż Baker tylko dlatego, że dużo więcej zakąszał. Shawn nigdy już nie wrócił do formy z połowy lat 90, ale też nie dał rady zdyskredytować tamtych osiągnięć. W moim przypadku, te wszystkie podniebne wsady są jednak równie ważne dla kultu postaci Kempa co jego przyziemne problemy. No i jeszcze te buty:
Fun Fact: Dawno, dawno temu w ramach side-projectu dla współmojego bloga Sokrates Ljoekelsoey, wpadłem na pomysł robienia paska komiksowego z Vinem Bakerem w roli głównej. Zapału starczyło tylko na testowy odcinek pilotowy. Znalazłem go nawet w archiwalnym folderze magazynującym różne pliki sprzed kilku dysków twardych. Wklejam, choć trochę obciach, bo cały budżet pilota poszedł na MS Painta i zabrakło na choć jedno zabawne zdanie…
W takiej sytuacji, nikt chyba nie wątpi, że Vin Baker musiał znaleźć się w mojej All-Time Favorite Team. Gdybym w chwili jej układania przypomniał sobie, że robiłem o nim komiksy, byłby pewnie w niej kimś więcej niż centrem trzeciego składu… Ale może tak jest lepiej… Mniej powodów do opijania…
Fun Fact: Jak wielu innych kibiców NBA, mam wielką słabość do tych najbardziej ekstremalnych ligowych dryblasów. Manute Bol to jednak dla mnie ktoś więcej niż ciekawostka, coś więcej niż sympatia jaką darzyłem Gheorghe Muresana za jaskrawe przejawy gigantyzmu, coś więcej niż beka z Shawna Bradleya. Manute Bol oczywiście odgrywał swoją rolę członka freak-showu doskonale (nawet na emeryturze korzystał z nietuzinkowości swojego ciała, zarabiając pieniądze na cele charytatywne jako bokser, hokeista czy dżokej), ale był przede wszystkim facetem z ogromnym sercem, który w zasadzie wszystko co zarobił w NBA przeznaczył na pomoc humanitarną, koncentrującą się na rodzinnym Sudanie. Gdy pojawia się temat Bola, przeważnie powtarza się historię o tym, jak będąc młodym chłopakiem zabił lwa włócznią. Zdecydowanie częściej powinno się wspominać, że na początku lat 90 odbył trzymiesięczne tournee po gabinetach 58 różnych amerykańskich senatorów i kongresmenów, zaliczając nawet spotkanie w Pentagonie, próbując ostrzec ich przed terrorystycznym zagrożeniem ze strony… Osamy Bin Ladena (mieszkającego wówczas legalnie w Sudanie). To jeden z tych powodów, dla których trudno nie czuć podziwu wobec Bola – zamiast żyć amerykańskim snem jak inni jego koledzy zarabiający krocie za zabawę pomarańczową piłką, on żył koszmarami innych, najbardziej potrzebujących, próbując dać im tę samą szansę, którą dostał on dzięki współpracy natury i zawodowego sportu.
Oczywiście za całość argumentacji za włączeniem Manuta Bola do mojej All-Time Favorite 2nd Team w roli pierwszego rezerwowego wystarczyłyby te dwa filmiki…
…ale to ważne, żeby co jakiś czas przypominać sobie, że nie był tylko człowiekiem-anegdotką. Choć oczywiście człowiekiem-anegdotką był wspaniałym.
Fun Fact: Z jednej strony szkoda, że Miner nie udźwignął „hype’u” i poddał się po pierwszej poważnej kontuzji, kończąc karierę po 3.5 roku tylko w zasadzie dlatego, że nie był już tak skoczny jak dawniej. Z drugiej strony przez ten krótki czas zarobił 7 milionów dolarów z kontraktu zawodniczego i 14 milionów dolarów z kontraktu reklamowego z Nike, które zamiast roztrwonić zainwestował tak mądrze, iż odkąd skończył karierę, po dziś dzień nie musi pracować by utrzymywać dom w Las Vegas, który dzieli z żoną i dwójką dzieci. Ile wielkich gwiazd dziś jest bankrutami?
Przypłacił przygodę z NBA wieloletnim i trudnym procesem dochodzenia do siebie po nierównej walce z przydomkiem „Baby Jordan” (Miner przyznaje, że na kilkanaście lat zupełnie wycofał się z życia publicznego, odmawiając rozmów prasie i zrywając wiele starych znajomości, bo był tak bardzo rozczarowany sposobem w jaki potoczyła się jego kariera). Tyle, że jak na „busta” zdołał odcisnąć całkiem pozytywne piętno na lidze, wygrywając dwa konkursy wsadów, gdy ten wyczyn jeszcze coś znaczył i zapadając w pamięć wielu osobom, w tym mojej skromnej.
To, że Miner niczego nie osiągnął na parkietach NBA, to był mój pierwszy zawód koszykarski w życiu. Takich rzeczy się nie zapomina i nie przestaje się dobrze życzyć postaciom, w których spontanicznie zainwestowało się tyle nadziei. Jako, że według Basketball-Reference.com, Miner w swoim trzecim sezonie w Heat był wystawiany na pozycji point guard, pozwoliłem sobie podczepić go do niej także w mojej All-Time Favorite 2nd Team.
Harold może i nie wypalił jako zawodowy koszykarz, ale wsadem potrafił wiązać krawaty.
Fun Fact: Jeśli komuś się nie podoba mój wybór power forwarda All-Time Favorite 2nd Team, niech powie to Charlesowi Oakleyowi w twarz. A potem przyszykuje swoją twarz. I stanie w kolejce…
Fun Fact: LJ znany jest głównie z dwóch rzeczy: 4-punktowego zagrania z playoffowej serii z Indianą i z przebierania się w babcine sukienki w cyklu reklam Converse’a. Oczywiście bardziej z tego drugiego. Właśnie historię powstania „Grandmamy” opowie Larry Johnson z okazji włączenia do mojej All-Time Favorite 2nd Team jako gracza na pozycji numer 3…
„Kiedy decydowałem się podpisać kontrakt z Converse tuż po opuszczeniu college’u, powiedzieli, że chcą zrobić reklamę ze mną, Larrym Birdem i Magikiem Johnsonem. Powiedzieli, że będę spał na noszach, przykryty tak, by nie było mnie widać. Larry Bird miał stać po jednej stronie a Magic Johnson po drugiej. Byli lekarzami. Próbowali stworzyć najlepszego koszykarza, a potem stwierdzili, że muszą go nazwać. Larry Bird miał powiedzieć: ‚Powinien się nazywać Larry’. Magic z kolei miał rzucić: „Powinien się nazywać Johnson”. Wtedy mieli zacząć powtarzać w kółko na przemian ‚Larry’ i ‚Johnson’. I wtedy ja bym się podniósł. Dlatego właśnie podpisałem z nimi kontrakt. Dwa miesiące później znów się spotkaliśmy w sprawie reklamy – zdążyłem już do tego czasu wydać pieniądze z umowy na dom dla mamy – a oni mówią: ‚Mamy inny pomysł – chcemy cię ubrać w sukienkę’. To była Grandmama. […] Wydałem całą ich kasę, więc musiałem to zrobić, ale gdyby zaraz po college’u powiedzieli, że chcą mnie przebrać za babcię, nigdy bym się nie zgodził.”
Fun Fact: Poniższa infografika niezmiennie sprawia, że gotuje mi się ta część mojego mózgu odpowiedzialna za ogarnianie alternatywnych wersji rzeczywistości. Wiele razy fantazjowano co by było, gdyby Portland Trail Blazers wzięli z numerem drugim Draftu 1984 Michaela Jordana i stworzyli najbardziej majestatyczny w powietrzu duet wszech czasów z nim i Clyde’em Drexlerem. Zdecydowanie za mało fantazjuje się na temat tego co by było, gdyby taki duet zmontowano w Chicago – przeznaczenia które – jak widać – Bulls spieprzyli w tym samym stopniu co Blazers:
Edit:Zapomniałem zaznaczyć, że Clyde jest shooting guardem w moim All-Time Favorite 2nd Team. Dobra wiadomość dla niego, to że w niej nie będzie musiał dzielić się piłką z Jordanem.
Fun Fact: Prezentację All-Time Favorite 2nd Team zaczynam od pozycji centra, bo to dobry moment aby wspomnieć o Dikembe Mutombo – człowieku, który spędził poniedziałek z brytyjską parą książęcą. Czym jest fenomen Dikembe Mutombo? Cóż – LeBron James po meczu wywołał dyplomatyczny skandal pozwalając sobie na dotknięcie Kate Middleton („szaraki” nie mogą inicjować kontaktu fizycznego z brytyjską rodziną królewską), natomiast Dikembe wyjadał Kate i Williamowi popcorn i nikt nie powiedział złego słowa…
Skoro już wyróżniam Dikembe, to skorzystam z okazji aby stłamsić dość popularny ostatnio w kontekście Mutombo trend przypominania tej sytuacji, gdy Michael Jordan nad nim zadunkował. To nośny motyw, zwłaszcza wobec krążącego po sieci montażu zestawiającego ten wsad z rozmową Jordana i Mutombo w szatni przed Meczem Gwiazd, w której posiadacz najgorzej naoliwionych strun głosowych upiera się, że MJ nigdy nie wykonał nad nim wsadu. To fajna historia…
…ale nie zapominajmy o tych wszystkich razach gdy Mike’owi nie udawało się dunkować nad Dikembe
Fun Fact: Trudno było mi się pogodzić z odsunięciem od pierwszego składu All-Time Favorite Team Glenna Robinsona, ale Jerome Kersey musiał się w nim znaleźć. Dla Big Doga stworzyłem więc pozycję szóstego gracza – niby poza pierwszą piątką ale jednak zasługującego na miejsce w niej, równorzędnego. Do Robinsona mam sentyment bo naprawdę kupiłem hype na jego wybór z numerem 1 draftu 1994. Grant Hill i Jason Kidd zadziwiali i zgarniali wspólnie nagrody dla Debiutanta Roku, ale ja cały czas wierzyłem, że to Robinson ostatecznie okaże się najlepszym zawodnikiem. Tak się niestety nie stało, choć Robinson ma za sobą udaną karierę (20.7 punktów na mecz w karierze to nie byle jaki wynik), w której najpierw stworzył w latach 1994-2002 kilka całkiem ekscytujących drużyn razem z Vinem Bakerem, Rayem Allenem, Terrellem Brandonem, Samem Cassellem czy Timem Thomasem (i Jerome’em Kerseyem – nie zapominajmy o kończących karierę 22 meczach Kerseya w Milwaukee w czasie rozgrywek 00/01!) a na koniec odrobinę się potułał (Atlanta, Philadelphia i San Antonio) by zakończyć swoją przygodę z NBA mistrzostwem (dołączył do Spurs tuż przed playoffami 2005). To naprawdę udana kariera, Big Dog jest tylko winny nie bycia megagwiazdą, która podpisała najwyższy w historii debiutancki kontrakt, warty 68 milionów (choć Robinson walczył o 100 milionów – NBA tak się przeraziła jego żądań, że od następnego sezonu wprowadziła system kontraktów debiutanckich). Nikt jednak nie ma prawa nazwać go „bustem”, po moim i Anthony’ego Bennetta trupie. On po prostu nie miał „iskry bożej” ani fiksacji na punkcie pracy nad sobą. Fani Milwaukee Bucks pewnie mają dziś ambiwalentny stosunek do porównań Big Doga i Jabariego Parkera – z jednej strony na pewno życzyliby sobie takiej ofensywnej broni, z drugiej strony woleliby kogoś poważniej myślącego o byciu najlepszym możliwym koszykarzem. Koniec końców myślę, że każdemu warto życzyć bycia kimś kto zasłużył sobie na powołanie do Dream Teamu III (nie zagrał na IO w Atlancie z powodu kontuzji, zastąpił go Gary Payton, ale i tak miałem jego plakat w stroju reprezentacyjnym na ścianie).
Nosił też jedne z najbardziej niedocenianych modelów buta z lat 90.
Tyle o Big Dogu (na razie), na koniec jeszcze szybkie podsumowanie mojej All-Time Favorite 1st Team: