Fun Fact: Tak sobie ostatnio myślałem o tym, co Russell Westbrook wyprawia w sezonie 16/17 i choć kosmiczne jest to na wielu statystycznych poziomach, to ja skupiłem się na jego drygu do wykręcania triple-double z przynajmniej 40 punktami, bo przypomniało mi się, że TVP retransmitowało kiedyś mecz, w którym Chris Webber dokonał tego samego.
Kilka kliknięć myszką na Basketball Reference później miałem taką tabelkę:
Gdyby nie ostatnie statystyczne ekscesy Russa i Jamesa Hardena, liderem pod względem czterdziestek w ramach wyniku potrójnie podwójnego w nowożytnej NBA byłby Larry Bird, ex aequo z LeBronem Jamesem i Michaelem Jordanem (choć LBJ przełamuje ten remis mając jako jedyny w tym gronie 40/10/10 w meczu playoffs, co od 1983 roku udało się jeszcze tylko Charlesowi Barkleyowi). Larry Legenda pracujący na tę pozycję wygląda mniej więcej tak:
Oczywiście jeśli chodzi o całą historię ligi, a nie tylko ostatnie 34 lata, powyższa tabelka się zmienia. Oscar Robertson miał aż 22 mecze z 40/10/10 i to on jest rekordzistą wszech czasów (przypominam, że wracamy do sezonu zasadniczego) a Westbrook spada na drugie miejsce wyprzedzając z kolei Wilta Chamberlaina, który ma w karierze o jeden taki wyczyn mniej niż lider OKC.
Fun Fact: 1 marca 1992 roku, czyli równo ćwierć wieku temu, odbyła się ostatnia w sezonie regularnym próba przed Finałami 1992 – do Chicago przyjechali Portland Trail Blazers. W odróżnieniu od poprzedniego spotkania Bulls i Blazers (29 listopada 1991 roku obrońcy tytułu wygrali 116:114 po dwóch dogrywkach), ten mecz przeszedł bez echa – Byki przejechały się po gościach 111:91. Ilustrujący ten wpis Scottie Pippen flirtował z triple-double (20 punktów, 10 asyst, 8 zbiórek), Jordan jordanił (31 punktów, 9 zbiórek, 7 asyst), Drexler drexlerzył (26 punktów, 12 zbiórek) a patron tego bloga, Jerome Kersey, zaliczył jeden z najgorszych ofensywnie meczów w swojej karierze (0-8 z pola).
Ten dzień stał się jednak pamiętny dzięki przedmeczowym i pomeczowym wypowiedziom Bulls, do których wracano potem wielokrotnie, w tym praktycznie w każdym tekście zapowiadającym Finały 1992. Najpierw Phil Jackson stwierdził, że Blazers ulegają samodestrukcji w końcówkach meczów, a potem Jordan pochwalił ich talent i warunki fizyczne, dodając jednak, że w tej grze chodzi o wykorzystywanie tych atutów z głową, oraz że ich sposób na Blazers to zmuszanie ich do ataku pozycyjnego, gdzie muszą myśleć. Jakby ktoś nie wyłapał aluzji, Horace Grant powiedział wprost: „Oni nie grają mądrze”.
Tak oto do Blazers przylgnęła łatka drużyny głupiej, bez interpersonalnej chemii i zrozumienia zespołowego aspektu koszykówki – ciekawe czy kiedykolwiek mówiono tak o innej drużynie, która na przestrzeni trzech poprzednich lat wygrała kolejno 59, 63 i 57 spotkań w sezonie regularnym i dwa razy awansowała do finałów… Tak czy siak te stereotypy stały się drugą najczęściej używaną narracją późniejszego finałowego starcia (pierwszego finału w mojej historii kibicowania NBA), zaraz po „Jordan vs. Drexler”.
A wracając do ilustracji – Pip chyba lubił potyczki z ekipą z Oregonu (w której zresztą spędził lata 1999-2003), bo przy podziale jego statystyk na przeciwników, to właśnie w starciach z Blazers ma najlepsze w karierze średnie punktów (18.2 – w całej karierze 16.1) i zbiórek (7.8 – w całej karierze 6.4).
Fun Fact: Te wyjmowane z paczek ninetiesowych, kioskowych Upper Decków potrójne karty strasznie mnie konfundowały (prawie tak bardzo, jak przebieg zawodowej kariery Eda O’Bannona). Nigdy nie mogłem się zdecydować, czy je rozrywać, czy nie. Ostatecznie wszystkie podzieliłem na mini-karty, moim zdaniem dość logicznie uznając, że skoro producent nie chciał byśmy je dzielili na trzy części, to darowałby sobie perforację pomiędzy segmentami. Gdy dziś trafiam na taką kartę, zostawiam ją jednak nienaruszoną, bo łatwiej je w ten sposób przechowywać. To chyba oznaka – wyjątkowo niszowa, przyznaję, ale jednak – starzenia się.
Ale, ale.
Ten post miał mieć trzech bohaterów i żadnym z nich nie miał być podstarzały ja. Ed miał już krótką wzmiankę i darujmy sobie dalsze pastwienie się nad jego zmarnowanym talentem (zresztą niewiele jestem chwilowo w stanie dodać do tego, co napisałem tu ostatnio…), zostają więc – także mający już na koncie epizody na MMJK – Tyus i Jiří zwany też przez Amerykanów George’em.
Ten drugi był 22 pickiem w pierwszej rundzie Draftu 1995, ale już chwilę później, jako 24-latek wyleciał na dobre poza ligę (ze średnimi z kariery około 3 punktów i 2 zbiórek w meczu). Nie załapałby się nawet do pierwszej piątki George’ów z lat 90, bo na centrze wygryzłby go Gheorghe Muresan (reszta składu to Tate George i George McCloud na obwodzie, George Lynch na skrzydle a na czwórce – z braku laku – mający na drugie imię George, Anthony Mason).
Edney – jeden z tych mniej znanych zdobywców mniej znanej nagrody Frances Pomeroy Naismith Award – zdziałał w NBA nieco więcej (7 punktów, 4 asysty w karierze), choć stracił miejsce w lidze w tym samym momencie co Zidek (obydwaj zresztą stworzyli wtedy duet w Żalgirisie Kowno). W tym czasie przerobił alternatywny scenariusz przyszłej kariery Isaiah Thomasa, tyle że w tej jej wersji miniaturowy point guard nie miał okazji eksplodować talentem grając dla Kings, a potem Celtics. Choć momenty były:
Fun Fact: Bullets/Wizards w erze mojego ulubionego zawodnika, Chrisa Webbera, nie odnieśli ani jednego zwycięstwa w playoffach, w których rozegrali raptem trzy mecze przeciwko zmierzającym po swój piąty tytuł Chicago Bulls. Byli jednak blisko w ostatnim spotkaniu tamtej serii, przegrywając 95:96. Mieli piłkę w ostatnich sekundach tamtego meczu, a ostatnim, który jej dotykał był Calbert Cheaney.
Meh.
Webber z oddawania zwycięskich rzutów też nie słynął, ale kilka epizodów w tej roli zaliczył. Najwcześniejszy udokumentowany na YouTube game winner C-Webba to trafienie z meczu przeciw Lakers z 26 marca 1999 roku. To przy okazji przypomnienie jakości klipów wideo, które funkcjonowały w Internecie z lat 90 (zachęcam do oglądania poniższego klipu z odpalonym w tle dźwiękiem modemu)…
Fun Fact: Isiah Thomas tyle przegrał w swojej karierze jako działacz, że wiele osób zapomniało, jak dobry był jako koszykarz. Tak dobry, że dość łatwo można włączyć go do grona 5 najlepszych point guardów w historii ligi.
2 mistrzostwa, 12 Meczów Gwiazd, 3 razy w All-NBA 1st Team, w szczytowym momencie kariery średnie na poziomie 21 punktów i 14 asyst oraz ponad 4 zbiórek i 2 przechwytów, 25 punktów w trzeciej kwarcie meczu finałów NA SKRĘCONEJ KOSTCE, średnie 28/5/7 w Finałach 1990, ujście z życiem ze spotkania z łokciem Karla Malone’a – jak dla mnie „fejm” się zgadza.
Karierę zakończył przedwcześnie, w wyniku zerwanego ścięgna Achillesa, w 1994 roku. Choć w latach 90 zaczął spuszczać nieco z tonu, to w tejże dekadzie (liczonej, jak zawsze, od sezonu 89/90 do 98/99) był jednym z ledwie pięciu koszykarzy, którzy mogą się pochwalić łącznymi średnimi wynoszącymi minimum 17 punktów, 8 asyst i 3 zbiórki – oprócz niego, członkami tego klubu są Magic Johnson, Kevin Johnson, Tim Hardaway i Damon Stoudamire.
Disappointing Fact: Na liście największych rozczarowań w historii Sacramento Kings wypadek samochodowy Bobby’ego Hurleya, który załamał karierę obiecującego point guarda z siódmym numerem Draftu 1993 po ledwie 19 meczach w debiutanckim sezonie, plasuje się mniej więcej na 7 miejscu. Tuż za nim jest rezygnacja z usług Isaiah Thomasa, żeby móc podpisać kontrakt z Darrenem Collisonem, los wszystkich kingsowych picków w loterii draftu od 2012 roku, do dziś. Przed nim – dramat Maurice’a Stokesa, DeMarcus Cousins za garść koralików z mardi gras (to już chyba Indianie wyszli lepiej na transferze Manhattanu w ręce Holendrów), transfery Oscara Robertsona i Jerry’ego Lucasa (o ile Buddy Hield i pick z tegorocznego draftu zostaną w Sacto dłużej niż rok, to Kings skorzystają na dealu DMC-do-Pels więcej niż na transferach swoich megagwiazd z lat 60, bo żaden z czterech gości pozyskanych w zamian nie rozegrał nawet pełnego sezonu w stolicy Kalifornii), szósty mecz Finałów Konferencji Zachodniej z 2002 roku i czwarty mecz Finałów Konferencji Zachodniej z 2002 roku.
Fun Fact: Bobby – podobnie jak „funfel” z czasów Duke, Christan Laettner – ma polskie korzenie, dzięki mamie, Christine Ledzion. Przed wypadkiem zdążył nakręcić reklamówkę dla nowej marki obuwia sportowego In The Zone, która padła miesiąc po jego wypadku.
Fun Fact: 68 milionów dolarów płatne w 10 lat, to wciąż najwyższy kontrakt debiutancki w historii (gdy David Stern się o nim dowiedział, błyskawicznie przeforsował sztywne stawki kontraktowe dla debiutantów), choć Big Dog Robinson myślał, że namówi Bucks na zagwarantowanie mu 100 milionów. Cóż, Bucks też myśleli, że dostaną getto-wersję Larry’ego Birda, a nie Rudy’ego Gaya. Mnie jego rozczarowująco nie-mega-gwiazdorska kariera zawsze przygnębiała, ale i tak podtrzymuję zaproszenie dla Glenna na ławkę mojej All-Time Favorite Team…
Fun Fact: Choć Clyde Drexler był jednym z najbardziej niesamowitych ligowych lotników z lat 80 i 90, to w Konkursach Wsadów nigdy nie dokonał niczego pamiętnego. Nie żeby nie próbował – w Slam Dunk Contest wystartował aż 5 razy, co – razem z Dominique’iem Wilkinsem – czyni go rekordzistą pod tym względem. Poniższe wideo prezentuje jego najlepszy występ w ramach tych zawodów – w 1989 roku zajął drugie miejsce ustępując tylko Kenny’emu „Sky” Walkerowi (ale nawet wtedy rozczarował, pudłując dwa pierwsze dunki finałowe i rezygnując z trzeciej próby nie mając już szansy na zwycięstwo).
Gracja Drexlera jest tu doskonale widoczna, ale to, co porywało wszystkich w meczach, nie robiło wrażenia na sędziach SDC. Poza wsadowym wicemistrzostwem sprzed 28 lat, konkursowy dorobek Szybowca to przedostatnie miejsce w 1984, ostatnie w 1985, czwarte w 1987 i trzecie w 1988. Tendencja była wznosząca, ale jak na takiego profesora w umieszczaniu piłki w koszu z góry – czegoś tu brakuje. Może po prostu odrobiny złych manier, które musi posiadać każdy showman.
W tej sytuacji największym pozameczowym dunkowym wyczynem Drexlera jest zwycięstwo w nietypowym konkursie zorganizowanym przez Portland Trail Blazers przy okazji rozgrywanego na świeżym powietrzu meczu pokazowego w sierpniu 1989. Po każdej rundzie wsadów organizatorzy podwyższali obręcz. The Glide jako jedyny zapakował do kosza umieszczonego na wysokości 354 centymetrów (drugie miejsce zajął nikt inny jak Jerome Kersey, zaliczając jako ostatnią wysokość 350 centymetrów).
Fact: Choć Jayson Williams był wyróżniającym się elementem krajobrazu NBA lat 90, to jeszcze nigdy nie pojawił się na tym blogu, bo do pisania o nim zniechęcała mnie ta cała historia z nieumyślnym zabójstwem swojego szofera (nie żeby mnie to powstrzymało od tematycznych żartów). Skreśliłem Williamsa, nawet nie jako mordercę, a po prostu idiotę. (no bo nawet pomijając machanie po pijaku naładowanym shotgunem, to kto nazywa córki Tryumph i Whizdom?). Nie zastanawiałem się zbytnio nad tym, jak to zajście, prawie dekada spędzona w sądach i ponad dwa lata w więzieniu, wpłynęło na życie Williamsa, a wpłynęło w sposób, w jaki nietrudno można sobie było wyobrazić – były gracz Sixers i Nets stracił rodzinę, przyjaciół, mnóstwo pieniędzy i grunt pod nogami popadając w alkoholizm.
Oak – o którym od wczoraj znowu głośno z powodu rozróby na trybunach Madison Square Garden – zakumplował się z Jaysonem jeszcze w czasach, gdy obydwaj należeli do ścisłego grona najlepiej zbierających koszykarzy NBA. Gdy Williams staczał się i wszyscy jego kumple go opuszczali, Oakley regularnie sprawdzał jak radzi sobie były rywal. Na początku 2016 roku Jayson był w bardzo złym stanie i wtedy wybrał w telefonie numer Oaka. Ten wskoczył w auto, pojechał z Cleveland na Florydę i pomógł znaleźć Williamsowi odpowiedni ośrodek odwykowy. Od tego czasu codziennie wysyła mu smsy, dzwoni kilka razy w tygodniu i regularnie wpada w odwiedziny, przy okazji gotując dla wszystkich mieszkańców domu trzeźwości, w którym mieszka Jayson.
Taki na co dzień jest Charles Oakley. Oczywiście nie dla wrogów…
Jasne, Oak nie powinien przepychać się z wykonującymi swoją pracę ochroniarzami, ale tak to już jest z twardzielami – gdy otacza ich kilku barczystych facetów, włączają im się instynkty obronne.
Poza tym poszło pewnie o to, że były gracz Knicks rzucił jakiś niewybredny komentarz w kierunku siedzącego nieopodal właściciela nowojorskiego klubu, Jamesa Dolana, a ma do tego prawo bo:
a) Dolan to buc;
b) Knicks załatwiają liczne fuchy wszystkim byłym graczom, zapewniają im darmowe bilety i regularnie oddają hołd w przerwach meczów, ale Oakleya zawsze pomijają, bo w odróżnieniu od innych klubowych legend „mówi jak jest”, od dawna krytykując reżim Dolana, który z kolei otacza się tylko klakierami;
c) Dolan to buc.
Sprawę pozwolę sobie podsumować wyczerpującym temat komentarzem autorstwa LeBrona Jamesa:
LeBron makes brief statement, says he's done, then says, "wait, one more: Charles Oakley for President."
Zmierzam do tego, że tak jak nie należy wyrabiać sobie opinii o Charlesie Oakleyu na podstawie jednej niefortunnej sytuacji, tak niesłuszne jest potępianie Jaysona Williamsa za jeden, tragicznie idiotyczny wypadek i chorobę alkoholową.