Category Archives: Karty

Dontonio Wingfield

Dontonio Wingfield

Fun Fact: Tak naprawdę, to chyba nigdy nie widziałem Dontonio Wingfielda w akcji, poza tym jednym razem w czasie zestawienia najlepszych akcji tygodnia z sezonu 97/97 (miejsce piąte)…

…ale gdy jako dzieciak spędzasz całe dnie na przeglądaniu swoich kart koszykarskich, to nazwisko takie jak „Dontonio Wingfield” zapada ci w pamięć, zwłaszcza, że kojarzy się z eurodance’owym hitem, który rządził na listach przebojów w tym samym roku, w którym Seattle Supersonics wykorzystali 37. pick w drafcie na Wingfielda…

Dżizas. Trzeba to będzie wydrapać z uszu drucianą szczotką…

Niestety kariera Dontonio nie okazała się tak chwytliwa.

To był klasyczny przypadek gracza nie gotowego psychicznie na realia dorosłego życia, który jednak nie miał szansy dorosnąć i pozbierać się na parkiecie, bo jako 24-latek był już fizycznie niezdolny do profesjonalnego uprawiania sportu w wyniku wypadku drogowego w listopadzie 1998. Ba – po złamaniu pięciu kręgów i obydwu kostek w wyniku dachowania po próbie ominięcia sarny, cieszono się, że w ogóle może chodzić.

Przed wypadkiem, w trakcie przedłużającego się lokautu, Wingfield miał już wstępnie nagraną rozmowę o pracę z Washington Wizards, którzy szukali power forwardów po transferze Chrisa Webbera.

To miała być jego „druga” szansa, po niemal nieistniejącym sezonie debiutanckim 94/95 (81 minut w koszulce Sonics), zmarnowanej okazji na więcej minut po wyborze w expansion drafcie przez Toronto Raptors (nie wiem czy nie chciał grać w Kanadzie, czy to oni nie walczyli o niego, ale stronom nie udało się dojść do porozumienia w sprawie kontraktu) i trudnej sytuacji w Portland Trail Blazers, gdzie spędził dwa pełne sezony, ale upchnięty w rotacji za Rasheedem Wallace’em, Garym Trentem i Cliffem Robinsonem, walcząc o minuty z utalentowanym Jermaine’em O’Nealem.

Jego plany pokrzyżował jednak nie tylko wypadek.

Po latach przyznał, że w tamtym czasie z powodu stresu praktycznie nie sypiał, przytłoczony lękiem przed porażką oraz statusem niespełnionego talentu po gwiazdorskiej karierze w szkole średniej i udanym jednym roku na Uniwersytecie Cincinnati. Sfrustrowany, w czasie rozgrywek 96/97 odmówił wyjścia na parkiet w czasie śmieciowych minut.

Do tego dochodził temperament, który idealnie pasował do Jail Blazers.

Papę Kempa mógł zawstydzić spłodzeniem dziewięciorga dzieci, w tym trójki jeszcze w szkole średniej. Jako 19-latek spędził tydzień w więzieniu za bójkę z policjantem. Już po tym, jak Blazers zwolnili go po trzech meczach sezonu 97/98, latem 1998 roku poturbował dwóch policjantów, wezwanych aby przerwać jego kłótnię z dziewczyną, łamiąc palec jednego z nich. Za opór przy aresztowaniu i napaść został jesienią 1999 skazany na rok więzienia. Wyrok wysłuchał oparty o kule, bo wciąż nie odzyskał pełni sprawności po wypadku z listopada 1998.

Cztery miesiące w łóżku szpitalnym, dwanaście za kratkami i niezliczona ich ilość poświęcona rehabilitacji wreszcie naprostowały Wingfielda, który zaczął pracę jako trener młodych koszykarzy oraz pomagał przy różnych społecznych inicjatywach pomagających dzieciakom z jego rodzinnych stron uniknąć wejścia na ścieżkę przestępczą. Uczestnikom swoich obozów treningowych opowiada o sukcesach na szczeblu szkolnym (do dziś wiele osób uważa go za największy licealny talent w historii stanu Georgia) i pokazuje swoje karty koszykarskie, te same, które ja oglądałem prawie ćwierć wieku temu.

Otagowane

Pooh Richardson

Pooh Richardson

Fun Fact: Kończąc tryptyk postów zainspirowanych aktualnymi wydarzeniami w NBA (wcześniej wspominałem o kolejnym awansie Spurs do playoffów i rekordzie Rockets), pozwolę sobie pogratulować Minnesocie Timberwolves, która wilczym swędem znalazła się w najlepszej ósemce zespołów Konferencji Zachodniej, po raz pierwszy od 13 sezonów (co jest drugą najdłuższą taką bessą w historii, po 15 bezproduktywnych sezonach Clippers w latach 1976-1991).

Gratulacje będą w formie wpisu o pierwszym graczu wybranym przez Wilki w drafcie do NBA, który do dziś jest rekordzistą klubu pod względem łącznej liczby asyst w jednym sezonie (734 w 90/91). Pooh Richardson wielkiej kariery nie zrobił, bo nigdy nie nauczył się rzucać i bronić na przyzwoitym poziomie. Niefortunna w języku angielskim ksywka „Pooh” (wzięta oczywiście od Kubusia Puchatka, but still) pewnie też nie pomagała, no bo w czym może pomóc, że wołają na ciebie „kupah” z niemym „h”.

Jerome – bo tak naprawdę miał na imię – zapowiadał się przez moment: w swoim drugim i trzecim sezonie wykręcał dla Minny średnie na poziomie 17 punktów i 9 asyst, ale Wolves wysłali go do Indianapolis (razem z Samem Mitchellem) za Micheala Williamsa i Chucka Persona, gdzie zaczął zmywać się z ligowym tłem. Proces ten postępował po transferze do Los Angeles Clippers latem 1994 (wówczas razem z nim, za Marka Jacksona i Grega Minora, wymienieni zostali Malik Sealy i Eric Piatkowski). Gdy gorsze dziecko Miasta Aniołów awansowało niespodziewanie do playoffs w 1997 roku, Pooh nie był już nawet point guardem pierwszej piątki (średnie 5.6 PPG, 2.9 APG), bo tę fuchę sprzątnął mu sprzed nosa młodszy kolega z czasów UCLA, Darrick Martin.

Pooh to w ogóle ma ciekawych kolegów.

Od dawna kumpluje się z Willem Smithem.

Violet Palmer – pierwsza kobieta-sędzia w NBA – jest siostrą przyjaciela, z którym grał na uniwerku.

Z Public Enemy lubi się na tyle, że zespół umieścił go w podziękowaniach dołączonych do albumu „It Takes A Nation Of Millions To Hold Us Back”.

Ale Jerome znał się też z narkotykowym lordem Altonem Colesem, każącym na siebie mówić Ace Capone (but seriously…), którego kochanką była siostra Richardsona, Asya.

Przyjacielem byłego gracza Wolves był też policjant, Rickie Durham. Przyjacielem tak dobrym, że w 2005 roku ostrzegł Pooha o wielkim nalocie (dwa stany, 200 policjantów i agentów FBI biorących udział) na narkotykowe imperium Capone’a, kilka godzin przed utrzymywaną w tajemnicy akcją.

Richardson okazał się przyjacielem trochę gorszym, bo w 2009 pogrążył swoimi zeznaniami Durhama w zamian za immunitet, przyznając, że dostał od niego informację o planach policji, po czym zadzwonił do siostry rozkazując jej natychmiast opuścić dom należący do gangstera (żeby było „zabawniej”, siostra i tak została tamtego ranka aresztowana, a w 2011 skazano ją na dwa lata więzienia za pomoc w praniu pieniędzy swojego chłopaka).

W kryciu występków swoich znajomych Pooh był więc równie dobry, co w rzucaniu wolnych. Ze skutecznością 63.2% w karierze jest jednym z najgorszych na linii point guardów w historii. Wśród graczy, którzy tak jak Richardson grali przez całą karierę średnio powyżej 30 minut na mecz, gorszy wynik ma tylko Rajon Rondo (60.4%) oraz George King (64.2 w latach 1952-58), choć technicznie kwalifikują się też mający za sobą dopiero jeden rok gry Lonzo Ball i Ben Simmons, kasują konkurencję z odsetkami – odpowiednio – 45.1% i 56.0%…

Jeśli lubicie żarty o tym, że słabo trafiający do obręczy koszykarze powinni iść do okulisty, to rozbawi was ta hardkorowo garażowa reklama „doktora od oczu celebrytów” z ubiegłego roku (reszcie zostaje tylko krindż):

Otagowane

Robert Horry

Robert Horry

Fun Fact: Sezon 2017/18 zakończy się kolejnym pobiciem drużynowego rekordu celnych rzutów za trzy w trakcie rozgrywek zasadniczych. Będzie on należał do Houston Rockets i wynosił 1243 + cokolwiek dorzucą w ostatnim meczu sezonu, który dziś w nocy (pewnie coś koło 15 trójek, bo tyle mają średnio na spotkanie).

Do Rockets należał także poprzedni rekord (1181) ustanowiony ledwie rok temu, a także rekord z rozgrywek 14/15 (933), który w 2016 unieważnili Golden State Warriors (1077). Tak jest – od czterech lat rokrocznie mamy nowego rekordzistę.

Dominacja Rakiet pod względem ilości trafianych rzutów z dystansu nie jest jednak nowością, bo już wcześniej dzierżyli oni tytuł rekordzistów NBA w tym względzie – najpierw zabrali go Phoenix Suns (398 trafień w rozgrywkach 92/93) trafiając 429 rzutów w sezonie zakończonym ich pierwszym tytułem mistrzowskim, czyli 93/94, a potem sami go poprawili, kończąc kampanię 94/95 z 646 trójkami na koncie (to były zresztą zwariowane czasy, bo w wyniku skrócenia linii rzutu trzypunktowego do 6,31m poprzedni rekord pobiło aż 16 teamów).

W kosmicznym jak na ówczesne warunki wyniku największy udział mieli Vernon Maxwell (143 trójki) i Kenny Smith (142), ale tuż za nimi był Robert Horry z 86 trafieniami (to zresztą drugi najlepszy jego wynik w długiej karierze). Prawdziwego fana NBA z lat 90. poznaje się jednak po tym, że Horry’ego nie kojarzy z rzutami z dystansu, a z młodzieńczym atletyzmem, który przejawiał się, między innymi, takimi akcjami…

Wracając do rzutu za trzy: rekord Rockets utrzymał się tylko rok, bo w sezonie 95/96 Dallas Mavericks trafili z dystansu 735 razy. Ich wynik pozostał najlepszy aż do rozgrywek 04/05, gdy kopanie tyłków w siedem sekund lub mniej rozpoczęli Phoenix Suns (796 trafień). Tak w ogóle, to do dziś aż 81 zespołów pobiło tamten ninetiesowy rekord trójek Mavs, a 69 z nich dokonało tego w pięciu ostatnich latach.

A żeby ostatecznie udowodnić, że duże ilości trójek w Houston to żaden nowy trend, oto ranking klubów najczęściej trafiających z dystansu w historii NBA (przypominam, że ten element gry liga wprowadziła w sezonie 79/80):

Query Results Table
Team Team
Rk Fr Yrs 3P
3P%
1 HOU 39 18345 .350
2 GSW 39 16251 .358
3 DAL 38 16081 .354
4 PHO 39 15712 .357
5 NYK 39 15253 .351
6 OKC 39 15226 .354
7 LAL 39 15022 .344
8 BOS 39 14930 .350
9 POR 39 14747 .352
10 IND 39 14654 .354
11 ORL 29 14574 .356
12 CLE 39 14524 .359
13 ATL 39 14264 .346
14 DEN 39 14135 .341
15 MIL 39 14054 .353
16 SAS 39 14015 .363
17 SAC 39 14005 .353
18 MIA 30 13944 .356
19 NJN 39 13672 .338
20 DET 39 13450 .347
21 LAC 39 13281 .340
22 CHI 39 12985 .351
23 WAS 39 12345 .342
24 PHI 39 12184 .334
25 TOR 23 12180 .361
26 CHA 28 11816 .355
27 UTA 39 11325 .349
28 MIN 29 10336 .341
29 MEM 23 9984 .348
30 NOH 16 8474 .357
Provided by Basketball-Reference.com: View Original Table
Generated 4/11/2018.
Otagowane

Sean Elliott

Sean Elliott

Fun Fact: W teraźniejszości kończy się właśnie sezon zasadniczy 2017/18 i San Antonio Spurs – z problemami, ale jednak – zapewnili sobie 21. awans do playoffs z rzędu. Ostatni raz Ostrogi były poza burtą w niesławnych rozgrywkach 96/97, gdy po sześciu meczach David Robinson wyleciał na cały sezon z powodu kontuzji, Sean Elliott rozegrał tylko 39 spotkań, a liderem tankującego dla Tima Duncana zespołu został 37-letni Dominique Wilkins. To były czasy.

Łącznie w ostatnich 30 latach, zespół z San Antonio wystąpił w post season 28 razy (a właściwie to 27.5 raza, bo w sezonie 87/88 awansowali niezbyt zasłużenie, wygrywając zaledwie… 31 spotkań), dłuższe wakacje fundując sobie także w rozgrywkach 88/89, gdy wybrany z jedynką w Drafcie 1987 Admirał wciąż jeszcze służył w marynarce wojennej Stanów Zjednoczonych. Efektem był trzeci pick w naborze pozbawionym pewniaków, co być może uratowało Spurs przed postawieniem na wybranych z jedynką i dwójką Pervisa Ellisona i Danny’ego Ferry’ego. Zamiast nich do Teksasu powędrował Sean Elliott, który wraz ze świeżo zdemobilizowanym Robinsonem rozpoczął erę playoffowego urodzaju.

Wracając do teraźniejszości, to mimo przedłużenia playoffowej passy, Ostrogi przerywają serię 18 sezonów z minimum 50 zwycięstwami na koncie (która byłaby 20-sezonowa gdyby nie fakt, że w 1999 roku rozegrano 50 meczów ŁĄCZNIE). Gdyby tak pominąć sezon polokautowy i tankowanie z 1997 roku, to obecny bilans Spurs będzie najgorszy od 1992 roku (47 zwycięstw), czyli od kampanii, z której pochodzi ten oto blooperek Seana Elliotta…

Niestety nie mogę wrzucić filmiku, który wrzucić chciałbym najbardziej, bo najwyraźniej nie ma go w Internecie – fragmentów nadawanego w pierwszej połowie lat 90. programu telewizyjnego poświęconego Spurs, gdzie podobno Sean Elliott i Gregg Popovich recenzowali filmy.

Taka strata wymaga drugiej nagrody pocieszenia, którą niech będzie ta reklama, nakręcona w szczytowym momencie kariery indywidualnej Seana (20.0 PPG i drugie powołanie do Meczu Gwiazd w 95/96)…

Otagowane

Tyrone Hill

Tyrone Hill

Fun Fact: Dawno temu, Tyrone Hill miał akwarium z trzema piraniami, które nazwał pieszczotliwie Rebound 1, Rebound 2 i Rebound 3.

Dlaczego tak?

Bo jak im wrzucał złote rybki na pożarcie, to walczyły o nie tak zajadle, jak on walczył pod koszem o zbiórki.

Taak… zdecydowanie widzę podobieństwo.

Podobno je także spoliczkował Charles Oakley, gdy próbował odzyskać swój dług.

Otagowane

Richard Dumas

Richard Dumas

Fun Fact: Wszyscy pamiętają ten moment, gdy Shaquille O’Neal zniszczył konstrukcję kosza w hali Phoenix Suns. Drugą najbardziej ekscytującą rzeczą tego dnia była życiówka Richarda Dumasa, którzy rzucił 31 punktów umieszczając w koszu widowiskowy wsad za widowiskowym wsadem. Większość dumasowych akcji oraz inne najciekawsze momenty tamtego spotkania (wygranego przez Suns 121:105) można obejrzeć na poniższym skrócie, pod który ktoś podłożył „Get Ready For This” 2 Unlimited, więc wiadomo – ninetiesowy orgazm…

A co do Dumasa, to każdy koszykarski koneser tamtej dekady pamięta jego smutną historię – jako 23-latek (i debiutant) był podstawowym zawodnikiem wicemistrza NBA, jako 26-latek był już poza ligą, głównie z powodu problemów z narkotykami. Dwa miesiące temu pojawił się podczas organizowanej przez Phoenix Suns „90s Night”, ale ogólnie pewnie mogłoby być z nim lepiej – parę lat temu dostał „zawiasy” za kradzież m.in. alkoholu, papierosów i płyt DVD ze sklepu w bazie wojskowej obsługiwanej przez firmę sprzątająca, dla której pracował.

Richard Dumas to też wytrych do jednej z historyjek z mojego ulubionego gatunku – pobudzających wyobraźnię transferów, które nie doszły do skutku.

Podobno Detroit Pistons szukając latem 1993 chętnych na Dennisa Rodmana byli poważnie zainteresowani ofertą Suns (którzy to mieli być pierwszym wyborem Robaka), rozpoczynającą się właśnie od Dumasa. Gdy jednak dowiedzieli się, że przebojowy rookie przebywa obecnie na odwyku, zerwali negocjacje. Najlepiej podsumował to blog Detroit Bad Boys: „To ironia, że transfer z udziałem Dennisa Rodmana nie doszedł do skutku z powodu osobistych problemów zawodnika, który nie nazywał się Dennis Rodman”.

Otagowane

Derrick McKey

Derrick McKey

Worrying Fact: Kolega Derricka McKey z czasów gry w Seattle Supersonics, Olden Polynice, wyćwierkał wczoraj niepokojącą prośbę…

Trudno z tego tweeta wyekstrahować konkrety (czy McKey miał już operację, czy też czeka go ona lada moment), a póki co Polynice pozostaje jedynym źródłem tej informacji.

Miejmy więc nadzieję, że operacja się udała/uda i 51-letni Derrick McKey cieszyć się będzie dobrym zdrowiem jeszcze bardzo długo. Trzymam kciuki i Was namawiam do tego samego.

Sylwetkę Derricka nakreśliłem już w poprzednim poście na jego temat, ale trudno mówić o nim i nie wspomnieć po raz kolejny jak jednocześnie ekscytującym i frustrującym zawodnikiem był Heavy D.

Wyobraźcie sobie, że ktoś ma fizyczne predyspozycje Kevina Duranta oraz defensywną wszechstronność Draymonda Greena, ale pozbawiony jest jakiejkolwiek chęci do wybijania się na parkiecie. Wszyscy mieli zawsze same dobre rzeczy do powiedzenia o Derricku McKey, ale biorąc pod uwagę jego potencjał, powinny być to superlatywy.

Gracz Sonics i Pacers (i 76ers w ostatnim sezonie kariery) tłumaczył, że mógłby odgrywać większą rolę w ataku, ale robienie tego na siłę byłoby nie w jego stylu. Stylu, który to polegał na reagowaniu na wydarzenia na parkiecie, zamiast narzucaniu sobie ofensywnych zadań. Ta umiejętność robienia akurat tego, czego w danej chwili jego zespół potrzebuje czyniła go cennym członkiem drużyn opartych o zbalansowany atak, ale czasem nawet jego koledzy mieli dość jego pasywności. Eddie Johnson, zapytany o sposób na zmuszenie Derricka do większej aktywności, powiedział kiedyś:

„Powinniśmy wyjść na boisko, zacząć mecz i podać mu piłkę, a potem wszyscy, poza nim, wrócić do szatni. Wówczas mógłby oddać piłkę już tylko kibicom.”

Taki właśnie obraz McKeya utrwalił się fanom NBA z lat 90. – Pippena dla ubogich, robiącego różne fajne, ale niezbyt podniecające rzeczy gdzieś w tle.

Jak dla mnie najfajniejsze (a ta druga akcja w poniższym wideo, jest także podniecająca) były jego podania za plecami (ale podania za plecami to akurat mój koszykarski fetysz)…

…ale – zwłaszcza w pierwszych sezonach kariery – nieobce były mu też dające zastrzyk adrenaliny wsady (które m.in. eksponują jego warunki fizyczne)…

Zdrówka, Heavy D!

Otagowane

Michael Cage

Michael Cage

Fun Fact: Najbardziej ekscytujący moment w długiej i solidnej karierze Michaela Cage’a miał miejsce niedługo przed latami 90. 24 kwietnia 1988 roku, ówczesny zespół Cage’a, Los Angeles Clippers, rozgrywał ostatni mecz sezonu z Seattle Supersonics. Czternasty pick słynnego, jordanowskiego Draftu 1984, ostrzył sobie zęby na tytuł najlepszego zbierającego ligi, czego dowodem była średnia 20.5 zbiórek w sześciu spotkaniach poprzedzających starcie z Ponaddźwiękowcami. Niestety liderem klasyfikacji był Charles Oakley z Chicago Bulls, który dwa dni wcześniej zgarnął z tablic 35 piłek, a chwilę wcześniej zakończył rozgrywki z 21 zbiórkami na koncie. To stawiało Michaela w trudnej sytuacji – by wyprzedzić Oaka w jego koronnej kategorii, musiał zakończyć potyczkę z 28-ką na zbiórkowym liczniku, co byłoby jego rekordem kariery (nigdy wcześniej ani – spoiler alert – później nie miał na nim więcej niż 23).

A jednak mu się udało. Piłka padała jego łupem po niecelnych rzutach aż 30 razy.

Końcowa średnia zbiórek Cage’a wyniosła 13.03, a Oakleya 13.00.

Trzeba oczywiście pamiętać, że Clippers – grający jeszcze bez Danny’ego Manninga, którego mieli wybrać z jedynką naboru dwa miesiące później – przegrali w tamtych rozgrywkach 65 meczów, więc na brak okazji do zbierania piłek Cage nie mógł narzekać. Ba, w meczu z Sonics sam spudłował 7 razy na 8 prób (FG% w karierze: 51.5%) – nie zdziwiłbym się, gdyby zrobił to celowo by móc powalczyć o zbiórki po swoich własnych rzutach.

Nie zmienia to jednak faktu, że obydwaj dali popis walki podkoszowej, za co ich kluby nagrodziły ich… transferami. Bulls dokonali słynnej wymiany Oakleya na Billa Cartwrighta dzień przed Draftem 1988, a Clippers wysłali Cage’a do Supersonics (tych samych, którym dopiero co zwinął sprzed nosa 30 piłek) w dniu naboru za Gary’ego Granta i przyszły pick pierwszorundowy. Jak podsumował to w swoim felietonie dla Sports Illustrated Jack McCallum:

To zabawne, że każdy trener w Ameryce przysięga, iż walka na tablicach to najważniejszy element tej gry, a dwóch najlepszych zbierających NBA zostaje oddanych w odstępie 24 godzin.

 

Michael Cage – którego fryzjer szedł z duchem czasu i gdy lata 80. ustąpiły miejsca kolejnej dekadzie, zamienił trwałą ondulację na flat topa – spędził w Seattle sześć sezonów, odchodząc zaraz po Wielkim Fiasku Pierwszej Rundy Playoffów z 1994 roku. Jako wolny agent wybrał Cleveland, choć pewnie zastanowiłby się chwilę dłużej, gdyby wiedział, że Mike Fratello postanowi w jego pierwszym sezonie w Ohio zaimplementować swoją niesławną taktykę, która przekształciła Cavs w najwolniej i najnudniej grający team w NBA.

W sezonie 95/96, 34-letni Cage rozegrał swój ostatni istotny statystycznie sezon – jako podstawowy center Kawalerzystów był na 18. miejscu w lidze pod względem całkowitej ilości zbiórek. Miał ich 729, czyli – jak się miało okazać – o 20 więcej niż łącznie w trzech ostatnich sezonach w karierze, którą kończył w 76ers (96/97) i Nets (97/98 i 99/00 – Michael przeszedł na emeryturę w trakcie lokautowego sezonu, ale wrócił na pierwszą połowę kolejnych rozgrywek w roli mentora).

Cage to oczywiście jazda obowiązkowa dla wszystkich fanów podkoszowych twardzieli za lat 90. z ramionami tak szerokimi, że trudniej było je obejść niż Olivera Millera.

Otagowane

Eric Mobley

Eric Mobley

Fun Fact: „Cała Polska czeka na Erica Mobleya!” – takimi właśnie słowami były redaktor naczelny serwisu Z Krainy NBA, Piotrek Zarychta, wyjaśnił mi dlaczego siedzi i montuje filmik pokazujący w akcji rezerwowego centra Vancouver Grizzlies z ich najmniej chwalebnego okresu. Na jego obronę (byli redaktorzy naczelni serwisu Z Krainy NBA to bardzo wąskie grono, więc musimy się trzymać razem) trzeba zaznaczyć, że jak na drugiego środkowego najgorszej drużyny NBA, która gra z najlepszą drużyną wszech czasów, był to dość solidny występ…

Ten highlight mógłby konkurować o miano jednego z najmniej potrzebnych highlightów na YouTubie (a konkurowałbym m.in. z takimi tuzami jak „Chris Quinn Mix”, drugim „Chris Quinn Mix”, czy moim ukochanym „Vin Baker Makes Five Really Normal Two-Hand Dunks”), ale wszystko zależy od punktu widzenia. Bo na przykład z punktu widzenia Erica Mobleya, jest to zapis czegoś, co zdarzyło się mu tylko pięć razy: zakończenia spotkania z przynajmniej 12 punktami i 5 zbiórkami (jego rekordy kariery w tych kategoriach, to odpowiednio 14 i 12).

Zanim Mobley trafił do Grizzlies, gdzie widziano w nim przyszłościowego zmiennika dla mającego być podporą tego składu Bryanta Reevesa (spoiler alert: 5 i pół roku po wydarzeniach uwiecznionych na wklejanym wcześniej wideo, obydwaj byli już poza NBA), były center uniwerku Pittsburgh był 18. wyborem w Drafcie 1994. Trafił do Milwaukee Bucks, którzy w tym samym naborze z jedynką zgarnęli Glenna „Big Doga” Robinsona, a eksperci pochwalali decyzję Kozłów, komplementując wypełnienie podkoszowej i defensywnej dziury (zespół z Wisconsin podobno nawet próbował „up-trade’ować” się w okolice loterii, żeby zwiększyć swoje szansę na zwerbowanie Mobleya). „Wreszcie jakiś duży, straszny gość” – pisano. Choć kontuzja wyłączyła go z gry na 36 spotkań w sezonie debiutanckim, to zaaklimatyzował się w lidze na tyle, że łącznie 29 razy wystąpił w pierwszej piątce Milwaukee, zanim oddano go na początku drugiego roku do Kanady za Benoit Benjamina.

Wcześniej Eric był cenionym centrem Pitt – programu niesłynącego raczej z masowej produkcji gwiazd NBA, przez co wspomniana osiemnastka w drafcie była świetną recenzją jego akademickiej kariery. Od 1988 roku, w pierwszej rundzie naboru nazwisko gracza z Pittsburgha było wyczytywane tylko 3 razy (Steven Adams w 2013, Vonteego Cummings w 1999 i właśnie Mobley w 1994), a najlepszym koszykarzem w historii NBA po tej uczelni jest Charles „Dałem się zablokować 4 razy w jednej akcji, w najgorszym możliwym momencie” Smith.

Jeszcze wcześniej zaś, pochodzący z Bronxu Mobley zjadał mniejszych i bardziej wątłych przeciwników jego liceum Salesian in New Rochelle. Jeden z meczów skończył wówczas z 20 blokami na koncie.

W 113 meczach, jakie rozegrał w NBA, ledwie potroił tę ilość (61), choć to właśnie bloki i obrona obręczy były na szczycie listy jego największych zalet. Niestety nie było na niej zdrowia (Mobley nigdy nie zagrał w więcej niż 46 meczach w sezonie), ale także pracowitości, co mogło się wiązać zarówno z kontuzjogennością, jak i szybko postawioną na zawodniku kreską. Na jego usprawiedliwienie można jedynie dodać, że pogłoski o jego lenistwie pochodziły z Vancouver, w którym w owym czasie morale koszykarzy pukało od dołu w dno Rowu Mariańskiego. Gracze tak nie znosili deszczowego (choć pięknego) kanadyjskiego miasta, że jeden z nich na wieść o transferze do Grizzlies wypił 17 piw, inny, gdy dowiedział się o fiasku próby wykupienia klubu i przenosin do St. Louis, powiedział: „To smutny dzień dla Vancouver”, a jeszcze inny spędzał więcej czasu w klubach go-go niż na treningach (o nim dopiero będę pisał, stay tuned).

Otagowane

Mookie Blaylock

Mookie Blaylock

Fun Fact: Przy okazji wpisu o Kurcie Thomasie poczytałem sobie trochę tekstów sprzed Draftu 1995 i znalazłem różne ciekawe plotki transferowe. Wśród nich pojawiła się informacja, że Atlanta Hawks zaoferowali Mookie’ego Blaylocka i pick numer 16 w zamian za należący do Washington Bullets pick czwarty, z którym planowali wybrać Kevina Garnetta.

Mookie był wtedy rok po występie w All-Star Game i dwóch kolejnych wyborach do pierwszej piątki All-Defensive, mógł więc być atrakcyjny dla Pocisków szukających kogoś do poukładania na parkiecie gry swoich młodych gwiazd. Z szesnastką Bullets mieli różne interesujące opcje. Oryginalnie ze swoją czwórką wzięli kolejnego power forwarda (mieli już Chrisa Webbera i Juwana Howarda), ale po prostu postawili na teoretycznie najlepszego z pozostających do wyjęcia gości – Rasheeda Wallace’a. Po pierwszych piętnastu pickach dostępni wciąż byli m.in. przyszli All-Starzy, Michael Finley i Theo Ratliff.

Najciekawsze w tym scenariuszu z cyklu „Co by było gdyby?” jest to, że mając Mookie’ego, Bullets nie musieliby tak usilnie szukać rozgrywającego i mogli odpuścić trade z Cleveland z końca września 1995, w ramach którego pozyskali Marka Price’a… zwłaszcza, że zagrał w tylko 7 spotkaniach dla Waszyngtonu… Ceną był wówczas pierwszorundowy pick w Drafcie 1996, pick dwunasty, który Cavs wykorzystali na Witalija Potapenko. Bullets z Mookiem weszliby w sezon, w którym Webber rozegrał tylko 15 meczów, więc jest spora szansa, iż skład złożony z dowolnej kombinacji Blaylocka, Howarda, Calberta Cheaneya, Gheorghe Muresana i nawet Finleya/Ratliffa też zadowoliłby się przyzwoitymi 39 zwycięstwami i pozostał z numerem 12 w naborze. Gdyby tak się stało, to przypominam, że do wzięcia wciąż był pewien guard z imieniem zainspirowanym japońską wołowiną

Hawks też napisaliby sobie nie najgorszą alternatywną historię. Jasne, brakowałoby bardzo solidnego Blaylocka, ale Steve Smith mógł zostać pełnoetatowym rozgrywającym i jakoś by to było. Rok później Jastrzębie ściągnęły Dikembe Mutombo, który razem z Kevinem Garnettem stworzyłby zaczyn bardzo groźnego składu.

Przed Draftem 1995 Bullets mieli jeszcze jednego chętnego na ich pick – Portland Trail Blazers – którzy za szansę wyboru KG oferowali Roda Stricklanda. Waszyngton się nie zgodził, ale rok później dokonał w zasadzie tej samej wymiany, bo pozyskali Stricklanda za Wallace’a.

Poboczna ciekawostka: podobno Suns chcieli w tym samym czasie oddać Dana Majerle do Vancouver Grizzlies za ich pick numer 6. Czy też wzięliby Bryanta Reevesa? A może postawiliby na Damona Stoudemire’a, przez co zrezygnowaliby z wyboru Steve’a Nasha rok później (nie żeby Nash zagrzał u nich długo miejsca przy pierwszym podejściu, ale jego kariera mogła się jednak potoczyć inaczej)? Niestety mogli też nadepnąć na taką minę, jak Shawn Respert (pick #8) czy Ed O’Bannon (#9). Ostatecznie opchnęli Pioruna Kawalerzystom za Johna Williamsa, który był w porządku, ale miał już 33 lata i powoli pakował ligowe manatki (Dan miał trzy wiosny na karku mniej, choć jak się miało okazać, też najlepsze lata miał za sobą).

Sad Fact: Nie pisałem o tym na blogu, ale zapewne wielu z Was wie, że Blaylock w 2013 roku spowodował wypadek samochodowy, zabijając 43-letnią matkę piątki dzieci. Nie był wówczas pijany, ale nie miał prawa jazdy a lekarze zakazali mu prowadzenia samochodu z powodu napadów padaczkowych, których doświadczał w wyniku odstawienia alkoholu. Za swoją głupotę Mookie został w 2014 roku skazany na 15 lat więzienia, który to wyrok – w ramach ugody – zamieniono na 3 lata w więzieniu, 4 w zawiasach i 8 na warunkowym. Choć ostatnio nic o nim nie słychać, były point guard Hawks zapewne opuścił już zakład zamknięty, miejmy więc nadzieję, że trzyma się z dala od używek i – przede wszystkim – od samochodów.

Otagowane