Jeśli gracz jest z Europy, to na pewno pali papierosy.
Co prawda w ostatnich latach plotek na ten temat powstaje znacznie mniej, ale weźcie nazwisko dowolnego koszykarza ze Starego Kontynentu, który grał w NBA przed 2010 rokiem i wygooglajcie je razem ze słowem „cigarettes” (poza Andrisem Biedrinsem, nie googlajcie Andrisa Biedrinsa), a jest spora szansa, że coś znajdziecie.
Vranković – jeden z europejskich pionierów w NBA – także jest bohaterem pokaźnej ilości legend na temat popalania i to o szerokim spektrum. W jednym miejscu przeczytacie, że Chorwat w ogóle nie palił, w innym, że popalał, w jeszcze innym, że potrafił wypalić całą paczkę przed samym meczem, a nawet, że te papierosy były bez filtra. Jak się człowiek zastanowi, to te wszystkie historyjki są w równym stopniu zabawne, co nieco ksenofobiczne.
Taki Stojko nie pomagał sobie jednak tym, że wyraźnie odstawał od kolegów z Boston Celtics – dla których grał w latach 1990-1992 – pod względem kondycji. Był jednak już 27-letnim, zmanierowanym zawodnikiem, który nie miał czasu wdrożyć się w znacznie bardziej wymagające, jeśli chodzi o wytrzymałość, realia NBA, a Chris Ford w ogóle w niego nie wierzył i przyklejał do ławy (przez dwa sezony w Bostonie rozegrał tylko 50 meczów, grając w nich średnio po 5 minut). Trudno więc było mu dogonić stawkę bez zadyszki. No ale śmieszniej było napisać, że na pewno jara szlugi. Ach ci zwariowani Europejczycy z tych ich lepianek pośrodku niczego.
Żeby było zabawniej, Bob Cousy twierdzi, że nigdy nie palił papierosów.
Ale rzućmy już temat palenia.
Stojko.
Wielkolud z drygiem do blokowania rzutów (6 bloków na mecz PER36 w czasie gry dla Celtics), autor pierwszego triple-double w historii Eurobasketu i jeden z najbardziej utytułowanych zawodników w historii międzynarodowej koszykówki. W latach 1990-1992 nie pograł zbyt wiele – wystąpił tylko w 50 meczach, średnio spędzając w nich na parkiecie po 5 minut…
Cztery lata później wrócił do NBA i jako członek Timberwolves i Clippers wybiegał na parkiet 120 razy, w tym 73-krotnie od pierwszej minuty. To była bardzo skromna rehabilitacja (średnio Chorwat zgarniał po 3 punkty i 3 zbiórki, dorzucając po firmowym bloku na mecz), ale pewnie pomogła Vrankoviciowi zakończyć niedługo potem karierę z w miarę czystym sumieniem.
Fun Fact: Wiemy już kto był lepszy – Dale Davis czy Antonio Davis – czas więc na jeszcze trudniejsze pytanie: kto był bardziej nudnym koszykarzem: Andrew Lang czy Mark West?
Pospolici jak imiona Andrzej i Marek, Lang i West definiowali w latach 90 przeciętność. Oto obydwaj panowie wykonujący przeciętne wsady (no dobra, młodszy Lang coś tam ubarwiał, ale sprawdźcie polot Westa):
W najbardziej ekscytujących momentach związanych z ich karierami, obydwaj panowie odegrali jednak rolę tego nad którym się dunkuje…
Lang i West byli centrami na granicy pierwszej piątki i ławki, których specjalnością było blokowanie rzutów i przepychanie się pod koszem. Mieli długie i solidne kariery pozbawione jednak błysku, stąd takie, a nie inne moje skojarzenie. Gdyby zebrać do kupy wszystkich podkoszowców w historii NBA i wyciągnąć z nich średnią arytmetyczną, wynikiem byliby zapewne Andrew i Mark.
Lang był bardziej żwawy, za to West wyróżniał się długowiecznością. Lang był mniej efektywny z pola, za to West znacznie gorszy na linii rzutów wolnych. Obydwaj zaliczyli po siedem drużyn NBA, w latach 1988-1992 będąc kolegami klubowymi w Phoenix. Andrew uważa Marka za najlepszego kolegę z zespołu jakiego miał i przyznaje, że bardzo dużo nauczył się od starszego kolegi. Podobieństwo osób nie jest więc przypadkowe.
Fun Fact: Tracy – który jest kuzynem Lamonda Murraya i Allana Houstona (oraz bratem Camerona Murraya, gwiazdy na szczeblu szkół średnich, który po studiach nie znalazł zatrudnienia w NBA i zaciągnął się do Harlem Globetrotters) – dołączył do ekspansywnych Toronto Raptors bo nikt inny nie chciał zaoferować mu kontraktu latem 1995. Jako Dinozaur dostał i wykorzystał swoją pierwszą szansę na regularne występy. Znany wcześniej jako lider klasyfikacji najlepszych strzelców z dystansu za sezon 93/94 (45.9% jako drugoroczniak w koszulce Blazers) i uczestnik wymiany, na mocy której Clyde Drexler przeszedł do Houston (Murray został jednak odsunięty od kadry playoffowej), grając po 30 minut w meczu dla Raptors (choć mimo wszystko częściej zaczynał na ławce niż w podstawowym składzie) notował rekordowe w karierze 16.2 PPG, 4.3 RPG, 1.6 APG i 1.1 SPG (przy 42.2% za trzy). Highlightami tamtego sezonu było 40 punktów rzuconych Nuggets oraz pamiętne zwycięstwo nad Chicago Bulls, dla których była to jedna z zaledwie 10 porażek w rozgrywkach…
Przełom w Toronto sprawił, że Bullets zaoferowali Murrayowi 7-letni kontrakt wart 17 milionów dolarów. To właśnie w stolicy, Tracy zaliczył najlepszy indywidualny występ, gdy – już w koszulce Wizards, a nie Bullets, w lutym 1998 – dołączył do klubu 50 punktów. Sam tak wspominał tamten występ:
Murray przesadził trochę opisując dokonania Roda Stricklanda tamtego dnia, ale niewiele. Prowadząc do boju mocno przetrzebionych przez kontuzje Czarodziejów, Rod miał 21 punktów, 20 asyst i 12 zbiórek.
Ciekawostka statystyczna: od tamtego lutowego wieczoru nieco ponad 20 lat temu, triple-double z 20 punktami i 20 asystami miało miejsce już tylko jeden raz: w grudniu 2016 udało się to Russellowi Westbrookowi. Z kolei w ostatnich 30 latach takim osiągnięciem pochwalić może się jeszcze tylko Magic Johnson.
Fun Fact: Tak na pierwszy rzut oka, Loren Meyer niezbyt nadaje się na bohatera ciekawego wpisu na koszykarskim blogu. Ot, przypadek jakich wiele. Kumaty podkoszowiec z NCAA trafia do NBA, gdzie okazuje się, że tego co robi dobrze (w tym wypadku: podkoszowa harówka i rzut z półdystansu), nie robi na tyle dobrze, żeby nie dało się go łatwo zastąpić. Po czterech sezonach w lidze – jednym w całości straconym przez kontuzję, a ostatnim składającym się z ledwie 14 meczów – 24 pick Draftu 1995 zakończył przygodę z NBA jako 26-latek (potem grał jeszcze krótko w lidze brytyjskiej). Nie zapadł nikomu w pamięć, ale też się nie zbłaźnił. Na 140 meczów w jego karierze, wychodził w pierwszej piątce częściej niż w co trzecim spotkaniu, notując PER36 średnie ok. 11 punktów i 9 zbiórek.
W jego przypadku o wiele ciekawsze są jednak fun facty pozaboiskowe:
#1 – W czasie trzeciego roku studiów miał poważny wypadek – auto, w którym był pasażerem, wjechało… pod pociąg. Stracił większość tamtego sezonu, ale: a) przeżył; b) szybko wrócił do zdrowia i był gotowy na ostatni sezon w NCAA. Kilka miesięcy wcześniej, także w wypadku samochodowym, zginął inny zawodnik Iowa State, Chris Street (to na jego cześć Meyer grał z numerem 40).
#2 – Loren dorastał w liczącej 700 mieszkańców mieścinie o nazwie Ruthven i tam też uczęszczał do szkoły średniej. Nie udało mi się na szybko sprawdzić jakie jest najmniejsza miejscowość, jaka dała nam gracza NBA, ale obstawiam, że Ruthven jest w ścisłej czołówce.
#4 – Loren Meyer to jeden z zapewne niewielu (niestety(?) nikt nie zbiera takich danych) pierwszorundowych picków, który w momencie wyboru w drafcie do NBA był topless. Oglądanie naboru w telewizji wspomina w rozmowie z KTIV.com następująco:
Wściekłem się [że nikt mnie jeszcze nie wybrał], więc rozebrałem się z koszulki i poszedłem na podjazd, gdzie zawsze grałem w kosza moim tatą i wujkami. Zaczęliśmy grać 3-na-3 i nagle z domu wybiega siostra, rzuca się na mnie i mówi, że zostałem wybrany, ale nie wie gdzie.
Impreza podraftowa – zorganizowana, a jakże, w remizie – to podobno do dziś jedna z najgrubszych bib w historii Ruthven.
Tyle ciekawostek, od których bardziej intrygujący i tak będzie zapewne fakt, że istnieje wykres przedstawiający rozkład rzutów Lorena z całej jego kariery w NBA…
Podczas trade deadline w 1998 roku, gdy był w trakcie swojego drugiego sezonu w Orlando, Magic dogadali się z Jazz w sprawie wymiany, ekspediującej Libańczyka do Salt Lake City, w zamian za Chrisa Morrisa, Grega Fostera i pick w drafcie. Jazzmani zmierzali wówczas do drugiego kolejnego występu w finałach NBA i notujący w tamtym momencie średnie na poziomie 15 punktów i 7 zbiórek center, byłby zdecydowanym wzmocnieniem podkoszowej rotacji składającej się właśnie z Fostera, Grega Ostertaga, Adama Keefe’a i Antoine’a Carra (którzy w Playoffs 1998 rzucali ŁĄCZNIE 14 punktów na mecz). Dałby Jerry’emu Sloanowi bardzo przydatną opcję ofensywną, która nie musiałaby odmienić losów finałowego pojedynku z Bulls, ale na pewno by pomogła.
Tyle, że Seikaly nie stawił się w Utah i klub anulował transfer po upływie 48 godzin, w ciągu których – według regulaminu – zawodnicy muszą zameldować się w nowym miejscu pracy.
Center, który w tej sytuacji został oddany do Nets, zarzekał się, że bardzo chciał grać o mistrzostwo z Johnem Stocktonem i Karlem Malone’em (Rony w całej karierze zagrał w playoffs 14 razy, Jazz w samych playoffach 1998 – 20). Według niego, wymiana nie doszła do skutku z winy Jazzmanów, po tym, jak wyszła na jaw kontuzja stopy Libańczyka, która miała zmusić go do pauzowania przez kilka tygodni.
Zespół z Salt Lake City przedstawiał zupełnie inną wersję wydarzeń, w której gracz i jego agent w pewnym momencie zerwali kontakt i mimo upływu dwóch dni, nie wyjaśnili nieobecności nowego pracownika.
Nie tylko jednak Jazzmani nie wiedzieli o co chodzi koszykarzowi – także działacze Magic nie kryli swojej frustracji postawą Seikaly’ego, rozważając ukaranie go poprzez wypowiedzenie umowy, gdyby nie udało się dopiąć żadnego dealu z jego udziałem.
W wersję o niezdecydowaniu włodarzy Utah Jazz trudno uwierzyć m.in. dlatego, że center Magic już wcześniej blokował transfery.
Zanim dogadali się z Jazz, Magicy mieli niemal gotową trójstronną wymianę z Sixers i Warriors, ale Seikaly powiedział, że nie chce grać w Filadelfii. Gdy w ramach planu B, Orlando rozpoczęło rozmowy z Raptors, Rony znów podniósł larum, że nie planuje przeprowadzać się do Kanady. Nic dziwnego, że zbuntował się też na myśl o zamianie plaż Florydy na śnieżne połacie Utah (co sugerował chociażby jego ówczesny kolega z Magic, Nick Anderson).
Dodatkowo pojawia się wątek restrukturyzacji umowy środkowego, która przestawała być gwarantowana po kolejnym sezonie, co gracz chciał zmienić, a klub – przemyśleć. Jeśli Seikaly uznał, że nie postawi na swoim, to mógł albo się obrazić, albo próbować wywrzeć nacisk poprzez ciche (dwa) dni. W każdym razie gadka o wycofaniu się z transferu ze względu na kontuzje brzmi niezbyt logicznie, bo przecież Rony nie stawił się nawet w Salt Lake City na badania lekarskie. Jeśli jego uraz faktycznie zaniepokoiłby drużynę, mogli spokojnie anulować deal na tej właśnie, medycznej podstawie.
Wiarę w słowa Seikaly’ego i jego wielką chęć gry o mistrzostwo utrudnia także anegdotkaJohna Salleya – kumpla Libańczyka z czasów gry dla Heat:
Pewnego dnia [Seikaly] mówi do mnie: „Hej, stary, jak to jest z tym graniem aż do czerwca?”
Jak pamiętacie, przez sześć sezonów grałem w Pistons i występowałem co roku w playoffach. Pytam więc: „Ale o co ci chodzi?”
„No wiesz, playoffy, trzecia runda, gra się aż do 28 czerwca” – kontynuuje.
„Eee, no tak to już jest, gdy wygrywasz mistrzostwo” – mówię.
A on na to: „Ale przecież płacą ci tylko za grę od listopada do kwietnia! To zabiera zbyt dużą część lata. To niedorzeczne”.
Tłumaczę więc: „No cóż, w grze o tytuł nie liczą się pieniądze, tylko duma”.
On zaś odpowiada: „Chyba musi tak być, bo to przecież straszne gówno, że musicie grać dwa miesiące dłużej”.
Nie zaprzecza z kolei Derek Harper, że gdy rok wcześniej był w takiej samej sytuacji co Seikaly – jego Mavericks chcieli oddać go Jazz – miał gdzieś szansę gry o mistrzostwo jako zmiennik Johna Stocktona. Dziennikarzom ESPN powiedział wówczas:
Tak, była mowa o transferze do Utah, ale sami sobie idźcie do Utah. Nie mam nic do stanu, ani drużyny, ale po prostu nie chcę tam mieszkać.
Może więc nie powinno się w Seikaly’ego rzucać kamieniami zanim ktoś nie zapyta, czy wolimy mieszkać w Miami czy Salt Lake City?
Zresztą Jazz nie mają czego żałować, bo po tym, jak odrzucił szansę gry dla nich (albo oni odrzucili jego – chyba już nigdy się nie dowiemy), Rony rozegrał tylko 18 meczów NBA – 9 do końca sezonu 97/98 i 9 w polokautowych rozgrywkach 98/99 – i zakończył karierę z powodu… a jakże, kontuzji stopy, która zaczęła mu doskwierać przed trade deadline 1998.
Czyli wersja z Jazz orientującymi się nagle, że oddali dwóch kluczowych zadaniowców za gościa z jedną nogą, wcale nie jest mniej sensowna niż niechęć Seikaly’ego do dwóch miesięcy pracy za darmo.
Fun Fact: Obejrzałem sobie ostatnio mecz pomiędzy Sacramento Kings i Miami Heat z 5 lutego 1996 roku, głównie dlatego, że chciałem popatrzeć na Walta Williamsa w akcji.
W pakiecie dostałem też Billy’ego Owensa, który interesuje mnie z tych samych powodów co The Wizard – obydwaj panowie przychodzili do ligi jako wszechstronni skrzydłowi ze smykałką do rozgrywania. To Owens był uważany za większy talent i – ostatecznie – większe rozczarowanie, ale tak on, jak i Walt bardzo blado wypadali na tle niegdysiejszych porównań do Magica Johnsona.
Co ciekawe, nieco ponad dwa tygodnie po tym meczu, Kings i Heat wymienili się swoimi niespełnionymi nadziejami. Walt Williams powędrował na Florydę razem z Tyrone’em Corbinem (został tam tylko do końca sezonu), zaś oprócz Billy’ego Owensa zmuszony do spakowania się został Kevin Gamble. To było w ogóle rewolucyjne zamknięcie okienka transferowego dla Heat, którzy domknęli jeszcze dwie wymiany – pozyskali Tima Hardawaya i Chrisa Gatlinga z Warriors za Bimbo Colesa i Kevina Willisa, a Terrence’a Renchera zamienili z Suns na Tony’ego Smitha. Wszystko po to, żeby mieć latem kasę na Gary’ego Paytona, Reggie’ego Millera i Juwana Howarda (choć, jak wiemy, plany od A do C nie wypaliły i Heat musieli się zadowolić nową umową dla Tima Hardawaya, Danem Majerle i P.J. Brownem).
Do Walta Williamsa mam też sentyment zbudowany na jego udziale w moim ulubionym, choć dość niszowym przerywniku z lat 90., w którym – już w jednej z kilku pierwszych migawek – prezentuje efektowny wymach nogami po wsadzie.
Ten spot jest jak zapis imprezy, na której moje dwie szczenięce miłości z tamtych lat – NBA i euro dance – spotkały się i nawciągały kokainy. LOWE.
Fun Fact: 2 lutego to Dzień Świstaka czyli humorystyczne amerykańskie święto zwiastujące rychłe nadejście wiosny, ale mnie ono jednak bardziej kojarzy się z przeżywaniem w kółko tego samego dnia, jak w filmie Harolda Ramisa, którego tłem była uroczystość w kolebce świstaczego zwyczaju – mieście Punxsutawney. Główny bohater, grany przez Billa Murraya, skazany jest na ciągłe powtarzanie niezbyt udanych 24 godzin swojego życia, dopóki nie uda mu się naprawić swoich błędów i stać się lepszym człowiekiem (i poderwać Andie MacDowell).
Jeśli potraktować tę pętlę nie jako piekło, a szansę na wprowadzenie znaczących poprawek do swojego życia, to pewnie znaleźlibyśmy kilku koszykarzy NBA z lat 90. chętnych na powtórkę.
Chris Webber z pewnością chciałby cofnąć czas – czas wzięty w czasie finału NCAA.
Nick Anderson swoim Dniem Świstaka wybrałby dzień pierwszego meczu Finałów 1995 (ciekawe powtórek zajęłoby mu trafienie choć jednego z czterech rzutów wolnych).
Karl Malone także mógłby poćwiczyć osobiste w finałowych pierwszych meczach, tyle że w 1997 roku. Albo cięte riposty, gdy ktoś ci mówi „Listonosz nie pracuje w niedzielę” (możliwe opcje: „A Twój ryj nie pracuje cały tydzień”, „Przynajmniej nie biorę urlopów na żądanie w okresie największego obłożenia i nie zastępuje mnie Toni Kukoc” lub „Spier***”).
Charles Smith ustawiłby sobie na „repeat” 2 czerwca 1993 i może w końcu włożyłby z góry tę @#$% piłkę.
Alton Lister mógłby zaś 30 kwietnia 1992, przed meczem z Sonics, zakończyć karierę.
David Robinson nie jest gościem, który powinien czegokolwiek żałować w swojej karierze – w końcu dała mu nie tylko liczne indywidualne osiągnięcia, ale i – ostatecznie – dwa mistrzostwa. Gdyby jednak miał większe ego, na pewno przeszkadzałoby mu, że już zawsze będziemy mówić, iż nic by nie osiągnął, gdyby nie Tim Duncan.
Momentem, w którym cały świat zobaczył rysę na posągowej postaci Robinsona, były finały Konferencji Zachodniej w 1995 roku, w których Spurs mierzyli się z Rockets , a Admirał – odbierający nagrodę MVP przed pierwszym starciem serii – stawał naprzeciwko Hakeema Olajuwona, najbardziej wartościowego zawodnika sprzed roku. Ostrogi były najlepszym zespołem sezonu regularnego, podczas gdy Rakiety przystępowały do obrony tytuł dopiero z szóstego miejsca na Zachodzie. To jednak Houstończycy wygrali dwa pierwsze i dwa ostatnie mecze serii, oddając tylko dwa środkowe spotkania we własnej hali, a motywem przewodnim była bezwzględna dominacja Olajuwona (średnie 35.3 PPG, 12.5 RPG, 5.0 APG, 4.2 BPG) nad Robinsonem. A symbolem tej dominacji była ta oto akcja, z drugiego meczu…
I tak sobie myślę, że Robinson doceniłby szansę na wymazanie ze wszystkich highlightów tego właśnie momentu, który dla wielu kibiców jest pierwszym skojarzeniem z jego osobą.
Oczywiście powtórka tego dnia raczej nie odmieniłaby losów serii. Do tego Admirał potrzebowałby roli nie w „Dniu Świstaka” a w „Terminatorze”, w której to łaziłby na początku lat 60. po Lagosie i pytał kobiety „Are you Abike Olajuwon?”
A wracając do miasteczka Punxsutawney w stanie Pensylwania, miejsca obchodów najsłynniejszego Dnia Świstaka spopularyzowanego przez wspomnianą komedię Ramisa, to warto dodać, że ma ono dość duży wkład w historię NBA. To właśnie w nim urodził się legendarny trener Chuck Daly (który zresztą trenował Robinsona na IO w Barcelonie).
Fun Fact: Z okazji kolejnej na blogu rysunkowej karty, postanowiłem powalczyć o piątkę złożoną z graczy z lat 90. mających ksywy związane z pieniędzmi (korzystam z bazy ksyw na Basketball-Reference):
W zasadzie, to Orlando Woolridge jest jednym z najlepszych zawodników jakich Tłoki pozyskały w ramach trade’u w latach 90. Mówię oczywiście o talencie i pozycji w hierarchii ligi w momencie transferu (dopiero co rzucał po 25 punktów w meczu jak gracz Nuggets), a nie tego, czy ta wymiana wypaliła.
Bo nie wypaliła.
Pozyskany w sierpniu 1991 roku, Orlando miał ożywić ofensywę podupadających Pistons, ale skończyło się na kolejnym rozdziale „Klątwy Woolridge’a”: każda z 7 drużyn, która sprowadzała go do siebie notowała w danym sezonie bilans gorszy niż w poprzednim. Tych, którzy wierzyli, że numer zero odmieni Tłoki powinien zastanowić fakt, że aby namówić Denver na wymianę wystarczył rzucający po 1.8 punktu w meczu Scott Hastings i wybór w drugiej rundzie draftu. Przez 1.5 sezonu w stanie Michigan, Orlando rzucał w okolicy 14 punktów w każdym meczu, a przed trade deadline 1993 został wymieniony za inny wielki talent u schyłku kariery – czterokrotnego All-Stara (po raz ostatni wystąpił w ASG w 1991 roku), świetnego defensora z quadruple-double na koncie, Alvina Robertsona. Obrońca dokończył sezon w Detroit ale jeszcze przed startem kolejnego wyekspediowano go do Denver za Marcusa Liberty’ego i Mark Macona (Robertson stracił rozgrywki 93/94 i 94/95 z powodu kontuzji więc ostatecznie dla klubu z Kolorado nie zagrał).
Inni znaczący zawodnicy, jacy trafiali do Motor City poprzez trade w latach 90 (chronologicznie):
– Sean Elliott (ze Spurs, razem z Davidem Woodem i pierwszorundowym pickiem, za Dennisa Rodmana, Isaiah Morrisa, pick pierwszorundowy i pick drugorundowy; październik 1993) – Sean Elliott był świeżo upieczonym All-Starem, ale znacznie obniżył loty w Detroit i po roku został zwrócony Ostrogom. Drodzy Pistons, odrobina kadrowej konsekwencji by was nie zabiła…
– Otis Thorpe (z Blazers, za Billa Curleya i Randolpha Childressa; wrzesień 1995) – Pistons wyjęli niezadowolonego Thorpe’a praktycznie za darmo, a on za ratunek od dalszej gry w Oregonie odwdzięczył się dwoma sezonami na poziomie jego średniej z kariery (14/8). Niewiele brakowało, a odwdzięczyłby się także najlepszym dealem w historii klubu z Detroit, ale Tłoki pozyskany za niego w 1997 pick Grizzlies – przepraszam za określenie, ale uważam, że jest ono wyjątkowo na miejscu – przepierdolili w 2003 roku na Darko Milicicia.
– Stacey Augmon i Grant Long (z Hawks, za dwa picki pierwszorudnowe i dwa picki drugorundowe; lipiec 1996) – Augmon i Long byli od lat graczami pierwszopiątkowymi, ale w Detroit (podobnie jak Elliott, Robertson i Woolridge) zaliczyli spadek formy (skalę obrazuje zestawienie średnich punktowych – w ostatnim sezonie w Atlancie obydwaj notowali po 13 punktów na mecz, a w Motor City – po 5). Augmon jeszcze w trakcie rozgrywek 96/97 został oddany do Blazers, a z Longiem po dwóch latach nie przedłużono kontraktu (wrócił do Hawks). Na szczęście za ten duet Tłoki nie oddały w zasadzie nic, bo Jastrzębie zmarnowały wszystkie cztery otrzymane picki (wykorzystano je na Alaina Digbeau, Cala Bowdlera, Diona Glovera i Lariego Ketnera… no dobra – Glover coś tam sensownego grał, ale reszta na niewiele się zdała).
– Jerry Stackhouse (z 76ers, z Erikiem Montrossem i drugorundowym pickiem, za Theo Ratliffa, Aarona McKie i pick pierwszorundowy; grudzień 1997) – Stack oczywiście nigdy nie zrealizował w pełni swojego gwiazdorskiego potencjału, ale Pistons dobrze zrobili dając mu szansę. No i jakby nie patrzeć rzucał te prawie 30 punktów w meczu w sezonie 00/01.
– Christian Laettner (z Hawks, za Scota Pollarda i pick pierwszorundowy; styczeń 1999) – dwa lata wcześniej o tej samej porze Laettner grał w Meczu Gwiazd, ale w międzyczasie spuścił z tonu, a w lokautowym sezonie pojawił się w koszulce Pistons tylko 16 razy (do tego z najgorszymi w karierze średnimi 7 punktów i 3 zbiórek). Odkuł się trochę rok później (12/6), ale Tłoki oczywiście szybko zmieniły zdanie, wysyłając Krzyśka do Dallas półtora roku po ściągnięciu go z Atlanty.
Jak widzicie, generalni menadżerowie Pistons raczej nie wspominają lat dziewięćdziesiątych jakoś bardzo miło, bo nawet jeśli ściągali jakieś znane nazwisko to zazwyczaj na krótko i z rozczarowującym skutkiem, ale warto wspomnieć, że tak ogólnie to Tłoki umieją w transfery. Obydwie mistrzowskie ery są przecież zbudowane na trafionych wymianach (Bill Laimbeer, Mark Aguirre, Vinnie Johnson w latach 80, Ben Wallace, Rip Hamilton, Rasheed Wallace w XXI wieku).
Fun Fact: Poświęciłem już chwilę zadumy temu, jak dziwnie Mark Price wyglądał w koszulce Cavs z lat 1994-99, ale naprawdę dziwnie to dopiero wyglądał w komiksowej koszulce Warriors. Na szczęście wystąpił w niej tylko w czasie preseason przed rozgrywkami 97/98, zanim Golden State litościwie wysłali go do Orlando na jego ostatni rok w NBA.
Wracając do koszulek Cavs z drugiej połowy lat 90 – oto randomowa akcja Price’a z tamtych czasów, która jest jaka jest, ale bardzo chciałem ją wrzucić ze względu na zjawiskową stratę Otisa Thorpe’a popisującego się podczas próby rozpoczęcia akcji swoimi wielkimi dłońmi…