Author Archives: kostrzu

Nate McMillan

Nate McMillan

Fun Fact: Gdybym chciał wybrać kartę, która najgorzej ilustruje karierę uwiecznionego na niej koszykarza, Nate McMillan z setu SkyBox 1990-91 byłby czołowym kandydatem. Nie dość, że pokazuje go w trakcie efektownego wsadu, czyli czegoś, co zupełnie nie kojarzy się z przyziemnym, niebłyskotliwym i twardym stylem gry „Pana Sonica”…

…to jeszcze na odwrocie zamiast fotki Nate’a, jest widnieje facjata Oldena Polynice’a (aka Not McMillan, he he):

NMcM

Jeden z najlepszych obwodowych defensorów lat 90. był znacznie bardziej zainteresowany rozgrywaniem i uprzykrzaniem życia rywalom, niż zdobywaniem punktów. Efekt: średnia asyst z kariery wyższa niż średnia punktowa oraz więcej przechwytów niż punktów w co dziesiątym meczu (83 razy na 796 spotkań sezonu regularnego).

McMillan wyrównał – niepobity do dziś – rekord ilości asyst w meczu w wykonaniu debiutanta – 25 (pierwszym, który tego dokonał był Ernie DiGregorio). To jednak rzadki fajerwerk statystyczny w karierze, która pod tym względem była raczej powściągliwa. Mało było zawodników tak bezwzględnie podporządkowujących indywidualne zapędy potrzebom zespołu.

Lata 90. Nate rozpoczął od przekazania pełnionej w latach 1986-90 roli podstawowego point guarda Gary’emu Paytonowi, rozpoczynając długoletnią wzorową współpracę tych panów. Dziś Mr. Sonic i The Glove sąsiadują ze sobą (jako, odpowiednio, numer dwa i numer jeden) zarówno na liście najlepszych przechwytujących, jak i najlepszych podających w historii Seattle Supersonics (oficjalnie Russell Westbrook wtrynił się pomiędzy nich na liście asystentów, ale wiadomo, Pioruny nigdy nie będą Ponaddźwiękowcami).

Otagowane

Tom Tolbert

Tom Tolbert

Fun Fact: W 1993 roku Tom Tolbert podpisał kontrakt z Los Angeles Clippers – po solidnym sezonie w Orlando Magic, gdzie grał rekordowe 25 minut w każdym spotkaniu – i zaczął nagle grzać ławę. Jego średni czas gry spadł o 12 minut i sfrustrowany Tom zaczął się nudzić. Z tychże nudów zaczął wydzwaniać do swojego ulubionego sportowego programu radiowego, prowadzonego przez Jima Rome’a (gdy zadzwonił pierwszy raz, zaczęto zadawać mu różne pytania by potwierdzić jego tożsamość, co skwitował zniecierpliwiony: „Dlaczego, do cholery, ktoś miałby się podszywać pod Toma Tolberta?”) i opowiadać ludziom historie z patologicznego świata Clippersów. Oczywiście GM, Elgin Baylor, nie był zadowolony, ale Tolbert powiedział wówczas: „No i co mi zrobi? Zacznę grać ujemne minuty?”

W szczytowych momentach (dwa pierwsze lata w Golden State i jedyny rok w Orlando) swojej trwającej niecałe 7 sezonów kariery, Tom Tolbert rzucał po 8 punktów i zbierał 5 piłek w każdym meczu. Jego dwa ostatnie sezony (93/94 i 94/95) były na tyle rozczarowujące, że gdy urodziło mu się pierwsze dziecko, 29-latek bez większego żalu zostawił ligę, która nie przewidywała żadnej większej roli dla gościa za słabego na grę na czwórce i za mało finezyjnego na bycie trójką.

Pogawędki z Jimem Rome’em zapewniły mu jednak gładkie wejście w świat sportowego dziennikarstwa. Przez ostatnie 20 lat Tolbert pracował jako komentator, miał własne programy radiowe i zaliczył przygodę z telewizją (za pracę przy meczach NBA na NBC dostał nawet nominację do Emmy).

Otagowane ,

Reggie Miller

Reggie Miller

Fun Fact: Meldowanie się w hotelach pod zmyślonymi nazwiskami to w świecie zawodowego amerykańskiego sportu dość długa tradycja, a na pewno istniała już w latach 90., co dokumentuje felieton Sports Illustrated z listopada 1997 roku.

Czytamy w nim m.in., że Reggie Miller zwykł korzystać z nazwiska Jamesa Browna, co w czasie jego pobytu w Chicago z okazji treningów trzeciego Dream Teamu doprowadziło do zabawnej sytuacji, gdy pewnego dnia do hotelu Millera przybył prawdziwy James Brown.

Inne ciekawe ksywki przywołane w tekście SI:

Z innych źródeł słyszałem, że Michael Jordan lubił wpisywać się w hotelowy rejestr jako „Clark Kent” lub „Bugs Bunny”, Charles Barkley wśród swoich licznych ksywek miał także idealnie pasującego „Homera Simpsona”, Tim Hardaway używał przydomka „Speedy Gonzalez” a John Crotty (point guard w pierwszej piątce graczy, o których jeszcze nie pisałem na blogu, choć już dawno powinienem) składał hołd Looney Tunes jako T. Devil (choć moja ulubiona historia dotycząca hotelowych aliasów nie wywodzi się z lat 90., a jej bohaterem jest Patrick Beverley, który przed sezonem 17/18 musiał zmienić swoją przykrywkę, bo wcześniej podawał się za Milosa Teodosicia – swojego nowego kolegę z drużyny).

Po co ta zabawa? Cóż, myślicie, że gdyby Reggie Miller wpisał się jako Reggie Miller w jakimś nowojorskim hotelu w czasie playoffów, to zamawiając posiłek do pokoju nie dostałby od kibicujących Knicks pracowników „czegoś extra”? (Chodzą plotki, że Kobe Bryant wpisał się swoim własnym nazwiskiem w hotelu w Sacramento w czasie playoffów 2002 i zatruł się dostarczonym do pokoju burgerem). Choć patrząc na posturę Reggie’ego można było mieć wątpliwości czy jadał coś poza złamanymi sercami kibiców drużyny przeciwnej w sosie z łez Spike’a Lee i potu Johna Starksa

To wcale jednak nie jest mój ulubiony „clutch-moment” w karierze „Jamesa Browna” (i wcale nie dlatego, że ucztował on tamtego wieczora na moim sercu). Za znacznie bardziej dobitny uważałem game-winner z czwartego spotkania finałów konferencji z Bulls w 1998:

Ten moment gdy bezpardonowo przepchnął największą gwiazdę koszykówki w historii i potem wbił mu w pierś symboliczny sztylet tak niezbornym rzutem, jaki tylko Reggie potrafił uskuteczniać, był dla mnie Millerem w pigułce. Gościem, którego nogi w dzieciństwie przez pięć lat tkwiły w szynach korygujących jak u Forresta Gumpa i który – choć zazwyczaj najchudszy na parkiecie – nie bał się wkurzyć nikogo (pamiętam anegdotę, że w czasie wspominanych już przygotowań do Igrzysk w Atlancie, Reggie uczył się przekleństw w językach krajów, z którymi USA miało grać). To odepchnięcie Jordana może i było faulem, ale karma wynagrodziła to Mike’owi w finałach tamtych playoffs, gdy kończył karierę game-winnerem także poprzedzonym kontrowersyjnym kontaktem z obrońcą.

Wątpię żeby było jakieś boiskowe wspomnienie, które irytuje fanów Bulls z lat dziewięćdziesiątych (bo w końcu i tak przecież to oni wygrywali), ale jeśli przeszkadza wam powyższy rzut Millera, zawsze możecie sobie przypomnieć jak cztery lata wcześniej cieszył się przedwcześnie…

Fanom Knicks niestety pozostaje tylko wyśmianie jego wyglądu.

Otagowane

Pervis Ellison

Pervis Ellison

Fun Fact: Cincinnati/Rochester Royals swego czasu (1956-60) mieli pierwszy numer draftu cztery razy w ciągu pięciu lat, ale odkąd zmienili nazwę na Kings i przenieśli swoją siedzibę – najpierw do Kansas City, a potem do Sacramento – najwyższy pick w naborze do NBA przypadł im w udziale tylko raz, w 1989 roku. I wykorzystali go na Pervisa Ellisona, którego zaraz po sezonie debiutanckim – Out Of Service Pervis opuścił w nim 48 spotkań – oddali do Waszyngtonu (w trójstronnej wymianie z Jazz) za trzy picki, w tym dwa drugorundowe i dwóch bardzo białych ludzi (Bobby Hansen i Eric Leckner) zupełnie w stolicy Kalifornii niechcianych (łącznie rozegrali dla Kings 70 spotkań).

Draft 1989 nie był jakimś szczególnie mocnym draftem, więc utalentowany center zawsze pójdzie w takich okolicznościach z jedynką, ale Kings mogli wybrać kogoś znacznie bardziej pożytecznego, jak Sean Elliott (pick #3) czy Glen Rice (#4), o dalszych wyborach – Mookie Blaylock (#12), Tim Hardaway (#14), Shawn Kemp (#17), Vlade Divac (#26) czy Cliff Robinson (#36) – nie wspominając.

Ellison niby nie był niczemu winien – ciało zdradziło go równie podstępnie, co klub i fanów – ale jego przedłużająca się absencja oraz niezbyt błyskotliwe występy w koszulce Kings (średnie 8.0 PPG, 5.8 RPG) zestawione z oczekiwaniami wobec pierwszego picku uczyniły z niego niezbyt popularną postać. Pervis tak wspomina tamte czasy:

„Było tak źle, że gdy wracając do domu po jednym z meczów, złapałem gumę na autostradzie, dwóch asystentów trenera minęło mnie nie zatrzymując się”.

Otagowane

Tony Dumas

Tony Dumas

Fun Fact: Tony Dumas – numer 19 Draftu 1994 – przeszedł do historii jako autor jednego z najgorszych występów w Slam Dunk Contest. Na swoje usprawiedliwienie ma jednak fakt, że przeszedł równocześnie do historii jako (prawdopodobnie) pierwszy koszykarz kontuzjowany w czasie konkursu (na pewno nie ostatni, parę lat później T-Mac rozwalił sobie nadgarstek w SDC). Jego uraz kolana trochę wygląda jak wymówka (ojoj, no wygrałbym to, ale widzicie, kolano, a przecież przygotowałem sekretny wsad!) ale faktem jest, że rookie z Dallas chwilę pauzował po Weekendzie Gwiazd, wracając na boisko niecałe dwa tygodnie później…

Tony’emu nie udało się zbyt wiele ugrać także poza Konkursem Wsadów. Z ligi wyleciał po 3.5 roku (zwolniony przez Cavs, gdzie trafił w trójstronnej wymianie z udziałem Antonio McDyessa z Phoenix Suns, do których z kolei trafił razem z Jasonem Kiddem), a jego najlepszą kampanią był ta drugoroczna, w której zagrał 67 spotkań (12 w pierwszej piątce) i rzucał po 11 punktów w meczu.

Dumas skorzystał z dodatkowych minut, które pojawiły się po kończącej sezon kontuzji kolana Jamala Mashburna, do której doszło ledwie kilka dni przed powyższym meczem. To miał być przełomowy sezon trzech panów „J”, którzy w poprzednim sezonie wygrali 36 meczów i zawsze żałowałem, że Mash, Kidd i Jim Jackson nie dostali jeszcze tej jednej szansy (w połowie kolejnych rozgrywek żaden z nich nie był już graczem Mavericks). Choć pewnie i tak nic by z tego nie wyszło, bo wiecznie ścierające się ze sobą młode gwiazdki z 18 pierwszych spotkań sezonu 95/96 – gdy Jamal, Jason i Jim byli jeszcze w komplecie – przegrali 12.

Na koniec jeszcze kilka migawek z Dumasem w meczowej akcji plus próbka jego talentów wokalnych w duecie z Popeyem Jonesem wygrzebana na jakimś strasznym wideoarchiwalnym zadupiu…

Otagowane

Chris Webber

Chris Webber

Fun Fact: Zadanie na dziś – pomyślcie o swoim ulubionym koszykarzu NBA i spróbujcie wybrać trzy mecze, które byłyby najbardziej trafnym skrótem jego kariery. Niekoniecznie najlepsze mecze, ale takie, które waszym zdaniem uchwytują esencję danego zawodnika, jego stylu gry, osiągnięć i spuścizny.

Przykładowo, fani Jordana będą mieli łatwo/trudno bo on miał w zasadzie same klasyczne mecze. Gdyby jakiś koszykarski neofita powiedział mi, „słyszałem, że ten cały Michael Jordan był niezły w kosza, ale nigdy nie widziałem żadnego meczu z jego udziałem – mógłbyś coś polecić?”, to postawiłbym na pierwszy mecz finałów z Blazers, The Flu Game i ostatni mecz jego kariery w koszulce Bulls (w zależności od dyspozycji dnia, mógłbym zamienić The Flu Game na 63 playoffowe punkty rzucone Bostonowi).

Z kolei gdybym chciał komuś wytłumaczyć jaką rolę odegrał w historii NBA mój ulubiony gracz, Chris Webber, to moja krótka lista spotkań do obejrzenia zaczynałaby się od starcia Golden State Warriors i Phoenix Suns z 16 listopada 1993 roku. To czwarty mecz w karierze C-Webba, który był jego oficjalnym wejściem w poczet najbardziej ekscytujących młodych graczy ligi. To z niego pochodzi jego najsłynniejsza akcja, do znudzenia wmontowywana w przeróżne kompilacje widowiskowych zagrań z lat 90 – wsad nad Charlesem Barkleyem po przełożeniu piłki za plecami. To właśnie spotkanie doskonale pokazuje jego wyjątkowy, zwłaszcza jak na podkoszowca, flow, wszechstronność, łatwość z jaką wszystko mu przychodziło i tę iskrę bożą, od której miał zająć się lont pod rakietą o nazwie „Najlepszy power forward w historii NBA” (jak miało się później okazać, ta rakieta eksplodował niedługo po starcie…).

12-letni ja musiał się zakochać w Webberze, bo Webber grał w kosza właśnie tak, jak robiłby to 12-latek – starając się ponad wszystko, by być na boisku cool.

LOWE.

Jakie dwa inne mecze dobrałbym do webberowego pakietu startowego? Chyba 40/10/10 w barwach Bullets przeciw Warriors jako szczytowe osiągnięcie szczeniackiego etapu kariery Chrisa (w której miał więcej talentu niż rozumu) oraz 51/26 wykręcone już w Sacramento, w pojedynku z Pacers, jako przykład tego jakim dominatorem potrafił być i jak często szło to na marne bo C-Webb miewał poważne problemy ze stawianiem kropki nad „i” (Kings przegrali tamten mecz a Webber spudłował 23 rzuty, w tym wszystkie w dogrywce).

Otagowane

Robert Parish (choć tak naprawdę to Larry Robinson)

Robert Parish

Fun Fact: Choć Larry Robinson przywdziewał koszulki aż ośmiu klubów NBA, to – jeśli wierzyć spisowi z Beckett.com – ten fakt nie został uwieczniony na żadnej karcie. Jedyna tekturka zadrukowana fotografią tego guarda, wchodząca w skład serii 1991-92 ProCards CBA, upamiętnia jego epizod w Rapid City Thrillers i estetycznie jest krewniakiem kart wydawanych parę lat później przez Tygodnik Koszykarski Basket…

Larry Robinson

Karty nie posiadam, więc skan pożyczony z COMC.com

Krewniakiem Larry’ego Robinsona jest z kolei Robert Parish, który użyczył swojego znacznie bogatszego dorobku (nie tylko) karcianego na potrzeby głównej ilustracji wpisu.

Larry i Robert dorastali w przedzielonych rzeką Red River siostrzanych miastach Bossier City i Shreveport. Oprócz linii na drzewie genealogicznym i ulubionego sportu łączy ich także gra dla Centenary College, gdzie Robinson był niewiele mniejszą gwiazdą co 15 lat starszy kuzyn. Parish ze średnimi z uniwersyteckiej kariery na poziomie 21 punktów i 17 zbiórek został wybrany z ósmym numerem draftu. Larry’emu 21 punktów, 7 zbiórek i parę asyst w każdym meczu nie pomogło i nikt nie chciał poświęcić na niego picku w naborze z 1990 roku, choć ostatecznie udało mu się wywalczyć miejsce w składzie drużyny NBA.

Debiutancki sezon podzielił między Washington Bullets (12 meczów) i Golden State Warriors (24 mecze), od tych pierwszych dostając nawet szansę – tuż przed zwolnieniem w drugim miesiącu rozgrywek – wychodzenia w pierwszej piątce, w której to roli notował około 7 punktów, 2 zbiórek i 2 asyst w każdym z nielicznych spotkań. To była jednak pierwsza i przedostatnia kampania, w której Larry dostawał w miarę regularnie szansę wybiegnięcia na boisko – potem były jeszcze 33 mecze z Atlanta Hawks w rozgrywkach 00/01 i to by było na tyle jeśli chodzi o granie w więcej niż 12 meczach na sezon…

Per Game Table
Season Age Tm G GS MP FG% 3P% FT% TRB AST STL BLK TOV PF PTS
1990-91 23 TOT 36 10 11.8 .413 .000 .556 1.4 1.0 0.4 0.0 0.8 1.4 3.9
1990-91 23 GSW 24 0 7.1 .407 .533 1.0 0.5 0.4 0.0 0.7 1.0 2.3
1990-91 23 WSB 12 10 21.3 .418 .000 .583 2.3 2.0 0.6 0.0 0.9 2.2 6.9
1991-92 24 BOS 1 0 6.0 .200 2.0 1.0 0.0 0.0 1.0 3.0 2.0
1992-93 25 WSB 4 0 8.3 .375 .000 .600 0.8 0.8 0.3 0.3 0.3 0.0 3.8
1993-94 26 HOU 6 0 9.2 .500 .250 .375 1.7 1.0 1.2 0.0 1.7 1.3 4.2
1994-95 27 Did Did Did Did Did Did Did Did Did Did Did Did Did Did
1995-96 28 Did Did Did Did Did Did Did Did Did Did Did Did Did Did
1996-97 29 Did Did Did Did Did Did Did Did Did Did Did Did Did Did
1997-98 30 VAN 6 0 6.8 .316 .500 1.000 2.0 0.2 0.7 0.0 0.3 0.0 2.8
1998-99 31 Did Did Did Did Did Did Did Did Did Did Did Did Did Did
1999-00 32 Did Did Did Did Did Did Did Did Did Did Did Did Did Did
2000-01 33 TOT 34 1 18.6 .364 .379 .875 2.6 1.1 0.8 0.1 0.7 1.4 5.9
2000-01 33 CLE 1 0 1.0 0.0 0.0 0.0 0.0 1.0 0.0 0.0
2000-01 33 ATL 33 1 19.1 .364 .379 .875 2.6 1.1 0.8 0.1 0.7 1.4 6.0
2001-02 34 NYK 2 0 5.0 .250 .500 1.0 0.0 0.0 0.0 0.0 0.5 1.5
Career 89 11 13.5 .384 .373 .667 1.9 0.9 0.6 0.0 0.7 1.2 4.5
Provided by Basketball-Reference.com: View Original Table
Generated 2/27/2018.

Puste miejsca powyższej tabeli (a jej dalszy ciąg), Robinson wypełniał grą w CBA, IBL i USBL, a także w Europie i Ameryce Południowej.

Jak widać, dane było mu przez krótką – najkrótszą – chwilę być kolegą klubowym Roberta Parisha, trzykrotnie też spotykali się w roli boiskowych rywali: po raz ostatni 14 lutego 1991 roku, ale Larry Robinson raczej nie wspomina tego zbyt dobrze…

Zoidberg: You should feel bad

Otagowane ,

Karl Malone

Karl Malone

Fun Fact: Karl Malone ma trochę za dużo czasu na emeryturze. Albo trochę za mało kasy. Efekt – dość drętwawy filmik, na którym Listonosz, za pieniądze Red Bulla, wkręca Anthony’ego Davisa.

Choć trzeba przyznać, że Malone w roli irytującego ciecia wypada całkiem nieźle.

Na pewno lepiej niż w roli irytującego agenta służby imigracyjnych.

Choć najlepiej i tak wypada Jimmy Kimmel w roli irytującego Karla Malone’a.

Otagowane

Larry Nance

Larry Nance

Fun Fact: Jeśli ktoś ten fakt przegapił, to śpieszę uświadomić, że od kilku dni w Cleveland Cavaliers znów gra gość nazywający się Larry Nance.

Mało tego, już niedługo Larry Nance znów będzie nosił koszulkę Cavs z numerem 22 – tata poprosił klub o udostępnienie juniorowi jego zastrzeżonego numeru.

Jeśli syn chce być jeszcze doskonalszą kopią ojca, musi powalczyć o trzy występy w All-Star Game i zacząć blokować rzuty na elitarnym poziomie. Nance Senior zablokował w swojej karierze więcej rzutów niż każdy nie-center nie nazywający się Tim Duncan (który jednak od pewnego momentu stał się centrem) i Kevin Garnett, przy czym warto wspomnieć, że TD grał 19 sezonów, KG – 21, a Larry – 13.

No i ktoś jeszcze musi młodemu Larry’emu wymyślić równie fajną ksywę co „The High Ayatollah of Slamola„…

Otagowane

Sam Bowie

Sam Bowie

Fun Fact: Jego wizerunek skrzywdzonego przez los i politykę kadrową Blazers niebożęcia ucierpiał parę lat temu, gdy Sam Bowie przyznał, iż trochę oszukiwał na testach w Portland. Gdy lekarze opukiwali mu nogi i pytali czy boli, center mówił „nie”, choć myślał „ała”. Nie zmienia to oczywiście faktu, że sztab medyczny Blazers przeprowadził wszystkie możliwe wówczas badania i nie dał zielonego światła przed Draftem 1984 wierząc chłopaczynie na słowo. Mimo wszystko na pewno zatajenie bólu przez Sama ukryło potencjalną czerwoną flagę.

Karma zadziałała natychmiast, sprawiając, że pierwszy z gości, którego Blazers nie wybrali wierząc w dobre zdrowie Bowie’ego został najlepszym koszykarzem w historii, przez co Sam na wieki zostanie zapamiętany jako największa draftowa porażka (warto jednak wspomnieć, że gdyby Blazers nie zdecydowali się na centra z Kentucky, postawiliby nie na MJ’a, a na Charlesa Barkleya).

Trudno mu choć trochę nie współczuć. Zapowiadał się naprawdę nieźle – jako debiutant (10.0 PPG, 8.6 RPG, 2.7 BPG w 76 meczach) znalazł się w końcu w All-Rookie Team, zaraz obok Jordana, Barkleya i Olajuwona (i Sama Perkinsa). Dane mu jednak było rozegrać już tylko pół sezonu w atmosferze ekscytacji stojącymi przed nim możliwościami. Między lutym 1986 a październikiem 1988 aż trzy razy łamał nogę (ten trzeci raz podczas lekkiej rozgrzewki przed meczem przedsezonowym), co zatrzymało i upośledziło jego rozwój.

Często zapominamy, że Samowi Bowie’emu udało się przez pewien czas być zdrowym. Po tym jak Blazers oddali go do Nets (wraz z pickiem, który zamieniono później na Mookie Blaylocka) za Bucka Williamsa przed rozgrywkami 89/90, rozegrał cztery kampanie, w których nigdy nie opuścił więcej niż 20 spotkań, regularnie grał w podstawowym składzie i notował bardzo solidne cyferki.

Per Game Table
Season Age Tm G GS MP FG% 3P% FT% TRB AST STL BLK TOV PF PTS
1989-90 28 NJN 68 54 32.5 .416 .323 .776 10.1 1.3 0.6 1.8 1.8 3.1 14.7
1990-91 29 NJN 62 51 30.9 .434 .182 .732 7.7 2.4 0.7 1.5 2.3 2.8 12.9
1991-92 30 NJN 71 61 30.7 .445 .320 .757 8.1 2.6 0.6 1.7 2.1 3.0 15.0
1992-93 31 NJN 79 65 26.5 .450 .333 .779 7.0 1.6 0.4 1.6 1.5 2.9 9.1
Provided by Basketball-Reference.com: View Original Table
Generated 2/23/2018.

Włączył nawet do swojego repertuaru rzut za trzy (choć korzystał z niego bardzo sporadycznie – w ciągu całej kariery próbował swoich sił z dystansu 106 razy, trafiając 32-krotnie), co w tamtych czasach było bardzo dużą ekstrawagancją. Oto przykładowy występ Sama w koszulce Nets:

Uwieczniony na karcie (która, tak bajdełej ma literówkę w nazwisku Sama) epizod w Los Angeles był efektem transferu za inny podkoszowy niewypał – Benoita Benjamina. Niestety problemy zdrowotne powróciły i w sezonie 93/94 Sam opuścił 57 meczów. W następnym było lepiej (67 spotkań), ale Bowie’emu nie chciało już się męczyć i zakończył karierę 11 lat po wyborze w drafcie, oddając się w pełni swojej drugiej pasji – hodowli koni wyścigowych. Oby jego podopieczni mieli bardziej wytrzymałe nogi niż on.

Otagowane