Author Archives: kostrzu

Doug Smith

Doug Smith

Fun Fact: Doug Smith był na tyle cenionym graczem uniwersyteckim, że w dniu Draftu 1991 pewien dziennikarz z Denver nawoływał Nuggets do wybrania go z czwartym numerem zamiast Dikembe Mutombo (choć to wiek Mutombo – 25 lat – był tak naprawdę głównym powodem wątpliwości autora). „Wybierzcie go i patrzcie jak daje wam dekadę solidnej kariery na pozycji skrzydłowego” – pisał Mark Wolf w Rocky Mountain News, myląc się raczej grubo, bo choć Smith – wybrany ostatecznie przez Dallas z szóstym pickiem – zaczął karierę solidnie (9/5 przez pierwsze trzy sezony), to trwała ona tylko pół dekady.

Ale nie tylko Wolf uważał Smitha za świetny wybór. „To pewniak” – mówił o nim Stu Inman, dyrektor ds. personalnych Miami Heat, właścicieli piątego picku, którzy długo głowili się, na którego Smitha go wykorzystać (ostatecznie postawili na Steve’a, porównywanego do Magica Johnsona, mimo iż Doug spełniał ich wymogi kadrowe).

Talent Smitha był podobno niepodważalny, ale niestety, tradycyjne podejście do pozycji na boisku, które w latach 90. wciąż jeszcze obowiązywało, utrudniało mu odnalezienie roli w NBA. Ci, którzy pamiętają go w akcji uważają, że dziś mógłby być stretch-four lub small-ballowym centrem, wtedy Mavs kazali mu przybrać na wadze, co pozbawiło go głównego atutu – atletyczności.

Na otwarcie poniższej topki można zobaczyć jak Doug Smith kończy kontratak po podaniu Jasona Kidda

…i dużo więcej migawek z jego kariery się nie zachowało. Trzy miesiące po uwiecznionej powyżej akcji, Smith został wystawiony na odstrzał przez Mavs i wybrany w expansion drafcie przez Raptors, jednak kontrakt podpisał ostatecznie z Celtics i po 17 rozegranych w zieleni meczach sezonu 95/96 jego przygoda z NBA dobiegła końca.

Jego profesjonalna gra w koszykówkę zakończyła się jednak dopiero w 2002 roku, gdy jako zawodnik ligi ABA doznał kończącej karierę kontuzji pleców… schylając się, by położyć piłkę na parkiecie.

Otagowane

East NBA All-Star Team 1993

East 1993

Fun Fact: All-Star Game z 1993 roku to moja pierwsza w życiu zarwana noc, żeby obejrzeć na żywo koszykówkę. Kciuki trzymałem właśnie za Wschód, co w nieprzyzwoicie wczesnych poniedziałkowych godzinach 22 lutego 1993 roku zapewniło magiczną mieszankę uniesień (dogrywka!) i zawodu (wynik końcowy). Pewnie właśnie dlatego uwieczniony na zdjęciu team jest jedną z moich ulubionych drużyn lat 90.

Fun Fact 2: To był pierwszy w historii ligi Mecz Gwiazd, w którym nie zagrał ani jeden zawodnik Celtics lub Lakers.

Otagowane

Jerome Kersey

Jerome Kersey

Fun Fact: Jak wspomniałem wczoraj, naprawdę nie wiem jakim cudem do tej pory bez autonomicznej wzmianki ostała się jedna z najbardziej kultowych anegdot dotyczących patrona tego bloga, Jerome’a Kerseya, o tym, jak to w 1995 roku – w trakcie jego jedynego sezonu w Warriors – spuścił łupnia na treningu szukającemu zaczepki Latrellowi Sprewellowi, który chwilę później wrócił na rewanż uzbrojony w sztachetę.

Niniejszym więc to czynię.

W sztachetę.

(Tak naprawdę to w kantówkę, ale sztacheta brzmi bardziej awanturniczo)

(I tak naprawdę to – według Jerome’a Kerseya – kwestię kantówki rozdmuchała prasa)

(I w ogóle to nie wierzcie w tę część, w której Sprewell odgraża się na koniec, że pójdzie po spluwę – z angielskiego „piece” – bo podobno powiedział „peeps”, czyli najzwyczajniej w świecie straszył kolegami)

(Ale ja i tak w żadne dementi nie wierzę, bo Spree i w życiu, i na boisku był personifikacją świszczącej przed czyjąś twarzą sztachety, więc ta anegdota pasuje zbyt dobrze… No bo niby co zrobił? Zaprosił Kerseya na herbatkę?)

Otagowane

Latrell Sprewell

Latrell Sprewell

Fun Fact: Nie ma nic bardziej „fun”, jak randomowa plotka transferowa sprzed ponad 20 lat, a zatem…

Przed Draftem 1995, w którym Warriors mieli wybierać z jedynką, sporo spekulowało się o ewentualnych ruchach kadrowych zespołu z Oakland związanych z niezadowoleniem Latrella Sprewella z kierunku – a raczej jego braku – obranego przez drużynę.

Trudno się było kiełkującej dopiero frustracji rzucającego obrońcy dziwić – w sezonie 93/94, Dubs wygrali 50 meczów grając cały sezon bez Tima Hardawaya, po czym wytransferowali dwóch najlepszych kumpli Spree, Chrisa Webbera i Billy’ego Owensa, i mimo powrotu Tima, wygrali w kolejnych rozgrywkach tylko 26 razy.

Co prawda Sprewell nie miał jeszcze ochoty dusić trenerów i ganiać kolegów ze sztachetą – choć od tego drugiego dzieliło go raptem parę miesięcy (nie mogę uwierzyć – albo znaleźć w archiwum bloga – że jeszcze nigdy o tym incydencie nie pisałem – obiecuję się jak najszybciej poprawić, choćby jutro) – ale jego niechęć do Dona Nelsona i pupilka trenera, Hardaway, była powszechnie znana.

Plotkowano zatem.

Na przykład o tym, że Wojownicy mogą przed draftem wysłać go do Clippers za pick numer dwa i do Joe Smitha dobrać Jerry’ego Stackhouse’a.

Albo o tym – i do tego scenariusza zmierzam od początku posta – że negocjują transfer Latrella do Portland Trail Blazers (za Cliffa Robinsona i Otisa Thorpe’a).

I to, moi drodzy, jest zabawne w dwójnasób.

Po pierwsze dlatego, że idealnie wpisałby się w mającą niebawem nastać erę Jail Blazers.

Po drugie – bo trenerem Portland był w tamtym czasie… P.J. Carlesimo.

Otagowane

Michael Smith

Michael Smith

Fun Fact: Najwięcej złego dla kariery Michaela Smitha (nie, nie tego Michaela Smitha) zrobił Red Auerbach, który w 1989 roku uparł się (na przekór m.in. właścicielowi klubu), żeby trzynasty pick w drafcie – nagrodę za sezon stracony przez kontuzję Larry’ego Birda (zagrał tylko w 6 meczach, Celtics mieli bilans 42-40) – wykorzystać właśnie na niego, zamiast Tima Hardawaya (to właśnie jego chciał Alan Cohen, właściciel) lub Shawna Kempa. Na tym jednak nie poprzestał, beztrosko rzucając po wyborze, że Smith „ma wiele wspólnego z Larrym Birdem – mamy nadzieję”.

I tak przylgnęła do niego łatka „Birda dla ubogich” (choć można było zrozumieć o co chodziło Redowi – Michael był wysokim skrzydłowym, który na uczelni zdobywał dużo punktów – w tym z dystansu – zbierał, podawał… wypisz, wymaluj, kolejna nadzieja białych).

Resztę złego dla kariery Michaela Smith zrobił już on sam. Na obóz przygotowawczy dotarł bez formy, przez co szybko złapał kontuzję, tracąc szansę na zaznajomienie się z nową sytuacją i udowodnienie swojej wartości. Gdy jesteś debiutantem w legendarnej drużynie celującej w mistrza, w której na Twojej pozycji grają Bird, Kevin McHale a nawet, czasami, Reggie Lewis, to trudno w trakcie sezonu zdobyć zaufanie trenera. Dodatkowo – słusznie lub niesłusznie, nie wiem, nie znam człowieka – przylgnęła do Smitha łatka gracza mało ambitnego, który w oczach trenerów nie starał się wystarczająco mocno. Jeśli dodać do tego boiskową opinię – nie umiejącego bronić samoluba – nic dziwnego, że po dwóch sezonach w Bostonie (w żadnym nie grywał średnio nawet po 10 minut w meczu), został zwolniony i do NBA już nie wrócił, nie licząc 29 meczów dla Clippers w rozgrywkach 94/95.

Ale na jeden z fajniejszych celtyckich highlightów lat 90. się załapał, nawet jeśli tylko w roli drugoplanowej…

 

Otagowane ,

Lamond Murray

Lamond Murray

Fun Fact: Lamond Murray był autorem jednego z mniej standardowych game-winnerów lat 90.

Jego wsad w Rookie Game 1995 dał drużynie Białych trzeci i czwarty punkt w dogrywce, co zakończyło spotkanie, bo przepisy sparingu pierwszoroczniaków zastąpiły standardowe 5 minut doliczonego czasu gry nagłą śmiercią „kto pierwszy zdobędzie 3 punkty”.

Rzeczony wsad znajdziecie na końcu tej kompilacji…

Murray był w tamtym spotkaniu nie tylko liderem pod względem ilości dunków (3), ale i zbiórek (9), a jego 15 punktów było największym ofensywnym dobytkiem wśród uczestników, którzy nie byli MVP tego meczu (Eddie Jones, 25), albo numerem jeden draftu (Glenn Robinson, 21). To było także o jeden punkt więcej, niż jego średnia punktowa za cały sezon debiutancki, ale choć Murray był czwartym najlepszym strzelcem wśród rookies (za Robinsonem, Grantem Hillem i Juwanem Howardem), nie zmieścił się w dwóch piątkach All-Rookie wybranych po sezonie (nawet mimo tego, że łącznie zawierały 11 zawodników) – zabrakło mu jednego głosu.

Otagowane

Mark Macon

Mark Macon

Fun Fact: Mark Macon nigdy nie spełnił oczekiwań pokładanych w nim przez Nuggets, gdy Ci wybierali go z numerem ósmym w Drafcie 1991. Fani z Denver jednak jakoś szczególnie nie rwą włosów z głowy wspominając tamten nabór, bo cztery picki wcześniej zespół z Kolorado zwerbował Dikembe Mutombo, a po Maconie nie wybrano żadnej wielkiej gwiazdy. Nie zmienia to faktu, że Bryłki miałyby jeszcze bardziej błyskotliwą pierwszą połowę lat 90., gdyby zamiast guarda z Uniwersytetu Temple postawiono na Staceya Augmona (#9), Terrella Brandona (#11), czy Dale’a Davisa (#13, pomijam wybranego z #10 Briana Williamsa/Bisona Dele bo on dwa lata później i tak trafił do Denver).

Pomimo wyboru do drugiej piątki najlepszych debiutantów rozgrywek 91/92, Macon – choć posiadał widoczny dryg do zaliczania przechwytów i ogólne uznanie z postawę defensywną – dość szybko zraził do siebie pokładających w nim nadzieję włodarzy, trenerów oraz kibiców i już po dwóch tygodniach trzeciego sezonu w lidze został wysłany do Pistons za kontuzjowanego Alvina Robertsona (który przez dwa lata nie zdołał wyzdrowieć i nie rozegrał ani jednego meczu w koszulce Nuggets).

Nawet jego najlepsza, debiutancka kampania, nie była bez skazy, bo swoje 10 punktów na mecz rzucał na skuteczności ledwie 37.5%. W całej karierze trafiał nieco ponad 38% swoich rzutów, więc poniższy blooper jest całkiem adekwatnym highlightem jego kariery…

[UWAGA SUCHAR] Mark Macon? Raczej Mark Missin…

 

Otagowane

Kevin McHale

Kevin McHale

Fun Fact: Kevin McHale to prawdopodobnie jeden z pięciu najlepszych power forwardów w historii ligi i zasłużył na ten tytuł pomimo tego, że całą karierę spędził w cieniu Larry’ego Birda. Najlepiej jego karierę podsumowuje sytuacja z grudnia 1990 roku. W trakcie rozgrywanego w Bostonie meczu z Sixers, McHale przekroczył próg 15 tysięcy punktów zdobytych w karierze… ale nikt się nie zorientował. 20 dni wcześniej Larry Bird został piętnastym (wówczas) członkiem klubu graczy z dwudziestoma tysiącami punktów na koncie – z tej okazji zatrzymano grę i przy akompaniamencie ogłuszającej owacji wręczono na pamiątkę piłkę meczową. Ba, symboliczne wyrazy uznania od klubu i kibiców Celtics dostał nawet Orlando Woolridge, który parę dni później – odwiedzając Boston Garden z Denver Nuggets – zdobył swój dziesięciotysięczny punkt…

Gdy nadszedł moment kamienia milowego McHale’a, jak pisze Jack McCallum w „Unfinished Business”…

„(…) meczu nie zatrzymano, nie było żadnego anonsu, nikt nie dał McHale’owi piłki. Nikt nie wiedział. Ani PR-owcy Celtics, ani dziennikarze, ani sam McHale. (…) Dowiedział się o tym siedząc na ławce w trakcie meczu w Charlotte następnego wieczoru, kiedy podsłuchał mówiących o tym komentatorów. „Gdyby to był Larry, daliby mu piłkę, zatrzymali grę, pomyśleliby o wszystkim”, narzekał później Robert Parish. „Ale ponieważ to Kevin, to w porządku jest nic nie robić? Co za gówno.”

McCallum twierdzi, że choć silny skrzydłowy Bostonu nigdy nie brał nic do siebie (inaczej nie byłby w stanie koegzystować z bucowatym Birdem), tamta sytuacja go zabolała.

Choć oczywiście to także obrócił swoim zwyczajem w żart. Trzy tygodnie po niewybaczalnej wpadce Celtics, podczas luźnego, nieobowiązkowego treningu miała miejsce taka sytuacja (cytat znów z „Unfinished Business” – ta książka nie istniałaby bez cytatów z Kevina i anegdot z jego udziałem):

„Hej, Michael Jordan zdobył wczoraj w Philly swój 15-tysięczny punkt”, powiedział McHale, kartkując sekcje sportowe leżących obok gazet. „Ciekawe czy zatrzymali mecz?”

„Tak”, powiedział [Dave] Popson. „Była ceremonia i w ogóle”.

„Ojejciu”, odparł McHale, robiąc przytyk do gafy Celtów w obliczu jego własnego kamienia milowego, „musiało mu być miło”.

Ostatecznie McHale uzbierał w karierze 17335 punktów i uczcijmy je wszystkie tym oto montażem jego popisowych akcji…

Ramiona Kevina McHale’a są tak długie, że wszechświat musiał skrócić ramiona Kevina Willisa, żeby pozostać w równowadze.

PS: Przy okazji chciałem ogłosić zwycięzcę niedawnego turnieju imienników, który wygrali mający w swoich szeregach dzisiejszego bohatera Kevinowie, wyprzedzając Chrisów i Michaelów. Dzięki za wszystkie głosy!

Otagowane

Blair Rasmussen

Blair Rasmussen

Fun Fact: Tak w gruncie rzeczy, to nie da się na Blaira Rasmussena powiedzieć niczego jednoznacznie złego.

W college’u (Oregon) był gwiazdą, a w NBA solidnym zmiennikiem na centrze, który gdy dostał szansę regularnych występów w pierwszej piątce, był liderem swojej drużyny w zbiórkach i blokach. To był sezon 90/91, szósta zawodowa kampania naszego bohatera, a średnie wynosiły 9.7 RPG i 1.9 BPG (Blair dorzucał też w każdym meczu 12.5 PPG, ale to nie był jego rekord kariery, bo parę lat wcześniej przekroczył ten wynik o 0.2).

Co prawda tą drużyną byli Denver Nuggets, którzy akurat w tamtym sezonie przegrali 62 mecze tracąc w każdym meczu ponad 130 punktów (więc nie żeby Rasmussen miał jakąś wielką konkurencję w realizacji defensywnych obowiązków – w końcu przez poprzednie cztery lata najlepiej zbierającym graczem Bryłek był 190-centymetrowy obrońca), ale ogólnie piętnasty pick w Drafcie 1985 jakoś specjalnie swoich talentów nie sprzeniewierzył.

Był wielki (siedem stóp wzrostu), rzucał z dystansu (choć nie za trzy, ale pamiętajmy, że w tamtych latach to była fanaberia) i potrafił blokować rzuty – dziś zmusiłby niejednego skauta do zmiany bielizny, a wówczas zmajstrował sobie przyzwoitą, ośmioletnią karierę, która byłaby dłuższa, gdyby poważny problem z plecami nie wyłączył Rasmussena z akcji na dobre.

Mimo to, przedłużenie kontraktu, które dostał w Denver w 1989 było przegięciem.

Nie chodziło tylko o to, że 17.5 miliona dolarów za 7 lat gry to było za dużo jak na rezerwowego centra, ale Blairowi wręczono ten kontrakt bez akceptu nowych właścicieli Nuggets. Bertram Lee i Peter Bynoe niedawno przejęli większość udziałów w klubie (za 65 milionów dolarów), zostając pierwszymi czarnoskórymi właścicielami w czołowych amerykańskich ligach zawodowych, ale ani generalny menadżer Pete Babcock, ani zatrudniony by go nadzorować, prezydent John Spoelstra (z tych Spolestrów) nie wpadli na to, żeby dać im znać, że planują wydać ich 17 milionów. Wkurzeni Lee i Bynoe próbowali potem namówić agenta Rasumssena, aby zredukował umowę do 10 milionów i 5 lat, ale jego śmiech podobno doprowadził do zejścia lawiny w Górach Skalistych.

W efekcie Blair zarabiał więcej niż np. Larry Bird, Scottie Pippen (i to trzykrotnie), Clyde Drexler, Dominique Wilkins czy John Stockton. Pensja Rasmussena za rozgrywki 90/91 była 18. najwyższą w całej lidze. Zarabiał nawet więcej niż Jon Koncak, do cholery, a przecież on został tak przepłacony, że aż dostał upamiętniającą to ksywkę…

Jak już jednak wspomniałem, złego słowa na Rasmussena nie powiem.

W końcu zdarzało mu się nawet założyć czapę Jordanowi.

Otagowane ,

Shawn Kemp

Shawn Kemp

Fun Fact: Postanowiłem wrzucić dziś jakąś kartę Shawna Kempa i nagle okazało się, że – także dziś – The Players’ Tribune opublikowało tekst autorstwa Reign Mana.

Miło było dowiedzieć się, że u Kempa wszystko w porządku, choć więcej pisze o Garym Paytonie niż o sobie i jakoś przesadnie nie sypie z rękawa anegdotkami. Choć tu śmiechłem:

Jeśli Kemp ma dobrą pamięć (a raczej – jeśli szwankuje ona tylko, gdy chodzi o kupno prezerwatyw), to wspomniana sytuacja miała miejsce 2 grudnia 1989 roku. Nie znalazłem na szybko żadnej innej relacji z tamtego dnia, ale znalazłem potwierdzenie faktu, że Billowi nie udało się Shawna przestraszyć (no dobra, może troszeczkę – w następnym meczu tych drużyn, rozegranym 17 dni później, rookie Sonics nie zdobył ani jednego punktu), bo gdy Tłoki następny raz przyjechały do Szmaragdowego Miasta, Reign Man zrobił tak:

Podejrzewam, że to wtedy Mark Aguirre zaczął nosić tamten t-shirt…

Mark Aguirre

Otagowane